I

Panna Signe Holm szła powoli w stronę wielkiej szpitalnej bramy. Powietrze było dziś osobliwe. Wiele razy wychodziła na dwór w towarzystwie innych pacjentów, ale wówczas jakby nie mogła porządnie oddychać. Teraz wzięła głęboki oddech, odwróciła się i spojrzała na szpitalny kompleks. W jesiennej szarości budynek zdawał się ciężki, olbrzymi. Długo mu się przyglądała, zamyślona. Znała życie, jakie toczyło się za tymi okienkami, za tymi zamkniętymi drzwiami. Tego dnia została wypisana, uznana za zdrową, ale lekarz o dobrych, życzliwych oczach nie mógł pospiesznie skrobiącym piórem wykreślić jej wspomnień.

Były tam jednak także zdarzenia, które chciała zachować w pamięci — nie wszystkie wypełniał strach. W chwili najgłębszej rozpaczy ktoś pogłaskał ją po włosach, stwardniała od szmat i szorstkich szczot dłoń pogładziła ją po policzku. Podczas niekończącej się nocy ktoś od czas do czasu nachylał się nad nią, zapamiętała twarz w blasku lampki. Przez te miesiące ukochała ten błękitny strój pod białym fartuchem i kiedy migał w głębi korytarza, głos, ten radosny, pogodny głos nigdy nie był zbyt daleko. Ale pamiętała też inne rzeczy. Wzdrygnęła się, po czym ruszyła przed siebie.

Przy bramie czekała na nią jedna z pacjentek. Była to stara kobieta o smutnym, jakby nieobecnym spojrzeniu w bladych oczach. Krążyła po parku, próbując zebrać bukiet z jesiennych kwiatów. Teraz go jej podała — zmarznięty, czerwony pąk róży i kilka astrów z płatkami pomarszczonymi jak bibuła.

— Do widzenia, panienko — rzekła. — Dziękuję za pani uprzejmość. Ale — szybko zbliżyła usta do ucha tamtej — proszę tam uważać! Ludzie są okrutni… Okrutni! Dzioby i szpony!

Staruszka zrobiła grymas wyrażający nienawiść i strach.

Panna Holm spojrzała na walizkę obciążającą jej ramię, a potem przed siebie — za bramę ogrodzenia, w kierunku miasta, które w oddali odznaczało się ostrymi wieżami i szczytami domów. Miała wrażenie, jakby wyruszała w podróż. Zatrzymała tam swój pokoik. Teraz, po tych miesiącach, mogła znów mieć go na własność, a potem znajdzie jakąś pracę. Poczuła gwałtowną tęsknotę za tym pokoikiem. Przecież do niej należał. Zapłaciła, by móc go zatrzymać, ponieważ nie miała dokąd przenieść mebli; była samotna.

— Do widzenia — pożegnała się pospiesznie i przesadnie dziarskim gestem chwyciła walizeczkę.

Stary stróż skinął życzliwie i na pożegnanie zdjął czapkę. Tylu już widział, jak wychodzą przez to ogrodzenie, tylu, jak wchodzą — jedni rozkrzyczani, wymachujący rękami, inni zapadnięci w sobie, z twarzami duchów. Miał jedno zadanie: otworzyć i zamknąć, otworzyć i ponownie zamknąć, przypilnować, by nikt nieupoważniony nie wszedł do środka i nikt z tutejszych bez pozwolenia się nie wydostał. Muszą przechodzić obok niego, zarówno ci mądrzy, jak i ci drudzy. Zadanie przyniosło stróżowi medal za wierną służbę.

Gdy panna Holm uszła już kawałek, odwróciła się. Stróż wciąż stał w miejscu, a za nim siwa staruszka. Dla tej pacjentki stróż nie reprezentował zamknięcia przed wolnością, tylko władzę, która chroni ją przed złym światem na zewnątrz. Lecz panna Holm zobaczyła pierwsze miejskie latanie i przyspieszyła kroku.

Siedziała teraz w tramwaju. Ten brzęczał, dzwonił i trząsł, ale jechał powoli, bardzo powoli. Rzędy szarych kamienic wyglądały, jakby i one trzęsły się i drżały niczym bajkowy taniec kalekich, a wielkie witryny sklepików prezentowały wystawione towary — wszystko urocze, kuszące dla nieprzywykłych oczu: od kwiecistych jedwabiów po czerwone jabłka i połyskujące kiście granatowych winogron. Ze strachem panna Holm poczuła w tramwaju napierające na nią ciepło, jakieś kolano przyciśnięte do jej własnego, ramię do jej ramienia. Niezgrabnymi palcami wyciągnęła z portmonetki monetę i zapłaciła za bilet.

A więc teraz była w świecie! Ludzie dokoła nie wiedzieli, skąd przybywa, nigdy nie słyszeli odgłosu klucza przekręcanego w drzwiach, których nie da się potem otworzyć. To wolne stworzenia, chodzą, jak i gdzie chcą. Ludzie godni pozazdroszczenia; nawet nie wiedzieli, że można im zazdrościć, nie czuli wdzięczności za to, że sami mogą otwierać i zamykać za sobą drzwi.

„Będę miała własny klucz!”, pomyślała panna Holm i zdusiła w sobie śmiech, który nagle zabulgotał w gardle. Z uczuciem przypominającym niemal rozkosz wyobraziła sobie, jak wkłada klucz do zamka.

Nasłuchiwała głosu konduktora wywołującego kolejne przystanki:

— Tegelbacken5! Drottninggatan6! Plac Gustawa Adolfa7!

Znajome nazwy obudziły wspomnienia. Oczami wyobraźni zobaczyła siebie dawniej tędy biegnącą. Zawsze jej się spieszyło. Do biura i z biura. Tę pracę oczywiście straciła. Pamiętała też tych kilka razy, kiedy dawała sobie czas: wiosenne dni, gdy niebo otwarło jasnobłękitny kielich nad jej głową, a powietrze oddychało kruchym tonem jak wtedy, gdy szumią przewody telefoniczne albo woda ociera się o wypolerowane kamienie kei.

Z pamięci wyłoniła się twarz (wiele twarzy się tam cisnęło), ale nie chciała jej oglądać. Myśli wykonały skok, nagle znalazła się sama na jakimś nierzeczywistym placu. Panował tu chaos. Płytki chodnikowe uniosły się, jakby były z żelaza i przejechał po nich wielki magnes, domy wyginały się w łuki, aż kominy pękały i okrakiem przeskakiwały przez dachy. Pośród tego wszystkiego usłyszała donośny sygnał gwizdka, z ciemności wyłoniło się coś przeolbrzymiego i dyszącego, paszcza ją pochłonęła. Doszła do siebie dopiero w zakładzie, gdy wkłuto jej strzykawkę z morfiną. Czy nie tak to było?

Panna Holm szybko się rozejrzała. Mimo ciepła marzła, wciśnięta między ludzi. Przygnębiona pomyślała o minie, jaka kiedyś w zakładzie pojawiała się na twarzy pewnej odwiedzającej, gdy podczas rozmowy ze swym bliskim doświadczyła nagłego wybuchu wściekłości innego pacjenta. Konwencjonalna groza i niechęć całego świata zewnętrznego natychmiast zastąpiła maskę wyrozumiałości, odrobiny drażniącej uprzejmości, które przed chwilą dało się wyczytać z rysów eleganckiej, obcej mieszczanki.

Czy ci porządni ludzi po obu jej stronach, wyglądający na takich, którzy przez całe życie jedzą kolację o określonej porze i zrobią to także dzisiaj, przeszliby identyczną przemianę, gdyby wiedzieli, że dopiero co wypisana z zakładu pacjentka podróżuje tym samym wagonem?

Panna Holm nie śmiała odpowiedzieć na swe ciche pytanie. A gdy wysiadła z tramwaju, weszła do przedsionka kamienicy, w której mieszkała, i na moment z walizką w dłoni oparła się o ścianę, usłyszała, jak złowieszcza odpowiedź uderza zranionym skrzydłem o jej serce.

Otworzyła jej gospodyni. Panna Holm uznała, że wygląda na grubszą niż wcześniej. Zza ciężkich powiek nie widać było całych oczu, a gdy się uśmiechała, jak teraz, fałdy podbródka łagodnie kładły się aż po gardło.

— Witamy — powiedziała. — Słyszałam od doktora, że panienka lada dzień wróci do domu. — Szła przez korytarz rozkołysanym krokiem, po czym otworzyła drzwi do pokoju, za którego spokojem panna Holm tak często tęskniła.

— Doktor zarzekał się, że panienka jest już w pełni zdrowa — ciągnęła gospodyni, wścibsko krzątając się po pokoju; w końcu należał do niej, lokatorka jedynie z niego korzystała.

Panna Holm prawie jej nie słuchała. Spojrzeniem pochłaniała swoje stare, ukochane meble i obrazy. Sprawiały wrażenie ludzkich, były bardziej ludzkie niż ta gruba baba, jakby wypukłe powierzchnie uśmiechały się, a szeroka kanapa otworzyła matczyne ramiona. Lecz gospodyni niezmordowanie mówiła dalej.

— Ależ panienko, jak panienka wygląda, taka chuda i zmarniała. Widać, oj widać, że panienka była chora. Ale doktor zaprzysiągł, że panienka jest już całkiem zdrowa.

Panna Holm niechętnie przeniosła wzrok z mebli na ciekawskie, natrętne, lecz życzliwe oczy. Tamta wciąż wracała do tego, że „doktor zaprzysiągł”. Czyżby aż tak bardzo nie chciała przyjąć z powrotem dawnej lokatorki?

— Na pewno było tam strasznie? — odezwała się, a jej spojrzenie dalej badało i lustrowało. — Chciałam pojechać odwiedzić panienkę, ale znajomi mi powiedzieli, że moje nerwy tego nie zniosą. Ha! Ha! Że też nerwy mogłyby nie znieść szpitala dla nerwowo chorych.

Mówi „szpital dla nerwowo chorych”, choć ma na myśli „dom wariatów”, zanotowała w duszy panna Holm, a złowieszcze uderzenia skrzydeł, jakie poczuła w przedsionku, zmieniły się wtem w bicie jej niespokojnego, furkoczącego serca.

— Chyba odpocznę trochę przed obiadem — powiedziała wycieńczona.

— Ależ oczywiście, nie ma sprawy! Obiad jemy o tej samej porze. Miło będzie znów zobaczyć panienkę przy stole. Tam chyba nie karmili za dobrze?

Gdy wychodziła, drzwi jakby rozszerzyły się ze względu na jej spuchnięte cielsko, a potem zatrzasnęły, kiedy zniknęła.

Panna Holm zastanawiała się, jakie wymiary przyjmuje „tam” w wyobraźni jej gospodyni. Zwykłe, fałszywe albo przesadzone historie o zamknięciach, kolumny w gazetach o awanturach i pogrubione tytuły, świadectwa mętnych albo zbyt zgorzkniałych pacjentów, potajemne, wystraszone szepty odwiedzających na temat tego, co dzieje się w wielkim domu za kratami — zduszone krzyki, dochodzące aż za mury, przybierały na sile, przyprawiając porządnych obywateli o dreszcze... Wszystko skupiało się na tym, by stworzyć straszne wyobrażenia i karykatury.

A ona, która stamtąd przybyła, musi tkwić w tej fatalnej atmosferze szaleństwa, śmieszności i strachu.