II
Siedząc chwilę później przy stole, panna Holm żałowała, że nie położyła się spać wcześniej. W zakładzie o tej porze jedzono już kolację. Roznoszono właśnie duże, okrągłe tace z blaszanymi talerzami i kubkami, które na niespokojnym oddziale zastępowały porcelanę. Kobiecie wydało się, że czuje na wargach półsłodki smak blachy, że widzi kubek naznaczony zębami innego pacjenta.
Przy stole siedziało wielu gości, ponieważ gospodyni przyjmowała sporo osób, które przychodziły tylko na posiłki. Panna Holm niektórych rozpoznała i skinęła im na przywitanie, inni byli dla niej nowi. W milczeniu przysłuchiwała się, jak rozmawiają o teatrze, kinie i księżniczce, w barwnej mieszaninie tematów, a ona nieśmiało dojrzała nowy fason sukienek, wyłapała tytuły kilku powieści, które widocznie należało przeczytać i mieć o nich jakieś zdanie. Panna Holm tak długo żyła w innym świecie, gdzie na podobne sprawy patrzono z innej perspektywy albo zupełnie je pomijano, gdzie urojenia, które darowały chłód i ciepło, stanowiły powietrze prawdziwego życia i gdzie mędrcami były lalki wygadujące głupoty — wystarczyło je dotknąć, by się rozpadły. Oczywiście wiedziała, że jej świat był szalonym światem o błędnie rozrysowanym proporcjach, nie mogła jednak oprzeć się myśli, że ludzie siedzący teraz wokół niej ściągnęli zasłony z tajemniczego warsztatu życia — że krążą po peryferiach, gdzie nie dociera szum ani blask ogniska w środku kręgu.
Poza tym tak długo jadała w samotności, że teraz przy stole czuła się niezręcznie; prawie zapomniała, jak używa się noża, noże były bowiem niebezpieczną bronią w rękach szpitalnych pacjentów. Ukradkiem zerknęła na błyszczące, metalowe ostrze, przejechała po nim palcem, lecz zaraz rozejrzała się dokoła, wystraszona, że ktoś ją nakryje.
Nie, nie wiedziała, co odpowiedzieć młodemu mężczyźnie, który spytał, czy woli rosyjskich aktorów od szwedzkich. Nic „nie wolała”. Lekko drżącym głosem odparła, że długo przebywała poza Sztokholmem. On nie był w stanie wywnioskować, że była w zakładzie, ale zdawało jej się, że skrywa uśmiech za serwetką.
I wreszcie po zakończeniu obiadu mogła wymknąć się do swego pokoju, gdzie długo stała w oknie i wyglądała na niekończącą się ulicę, z latarniami po obu stronach. Obserwowała kamienice, gdzie mieszkania ustawiono na mieszkaniach. W niektórych oknach świeciło się, inne były czarne, jakby coś chciały ukryć. Ale ze wszystkich biło chłodem, szyby stanowiły jedynie wklejone kawałki kry, a mieszkańcy oddychali lodem. Przez głowę panny Holm przemknęło, że teraz będzie korzystać ze swojej wolności. Klucz leżał na biurku. Ale nie śmiała; z westchnieniem musiała przyznać sama przed sobą, że nie miała odwagi. Miałaby wyjść, żeby znów spotkać ludzi, być popychaną w tramwajach, może siedzieć w teatrze, podczas gdy spektakl umyka coraz dalej jej uwadze — z lęku, że ona nie potrafi się właściwie zachować?
Ale nawet tu, w pokoiku, martwiło ją tysiąc drobiazgów. Łóżko powinno stać w szczególny sposób, musi je odsunąć od ściany. Lusterko odbijało światło lampy, odwróciła je. Obraz nad szafką wisiał krzywo; lekko popchnęła ramę, ale zaraz wystraszyła się, że obraz spadnie, więc zdjęła go i postawiła na podłodze.
Tak bardzo przywykła do tego, że wciąż ma na sobie pilnujące oczy, że teraz z obawą odczuwała samotność. Gdy się już położyła, zobaczyła, jak coś migocze w strumieniu światła z latarni za oknem. To klucz. Klucz do wolności, teraz należał do niej. Z cichutkim szlochem odwróciła się do ściany, by go nie widzieć. Nie tylko za drzwiami można zatrzasnąć wolność. Są ludzie, którzy mimo, że ich dróg nie zastawiają żadne wrota, czują się jak jeńcy, uwięzieni w swoich obsesjach, we własnej obawie, w strachu przed martwymi przedmiotami, które okręcają łańcuchy wokół ich stóp, i przed żywymi, które ich zniszczą. Panna Holm wiedziała, że jest jedną z nich, a połyskujący klucz tylko jej o tym przypominał.
W środku nocy obudziła się, bo ktoś zapalił światło. Szybko podniosła się na łokciach. Stała przed nią gruba kobieta. Szerokie stopy wsunęła w papucie, a nad falującą koszulą nocną zwisały różowe fałdy peniuaru8. Wyglądała jak olbrzymia porcja ulubionego deseru dzieci — waty cukrowej. Panna Holm rzuciła jej wystraszone spojrzenie.
— Och — odezwała się gospodyni i położyła dłoń na roztrzęsionej wacie — panienka krzyknęła... Wystraszyłam się, tak w pierwszą noc!
Panna Holm zapewniła, że musiała krzyczeć przez sen. Ponownie zgasło światło, a różowa zjawa zniknęła. Młoda kobieta długo nie mogła zasnąć, z odrobiną nostalgii mimowolnie nasłuchiwała kroków szpitalnego stróża. Ale słyszała tylko przejeżdżające obok auta, a raz donośne głosy kilku nocnych spacerowiczów.