III

Panna Holm stała w korytarzu u bogatej wdowy i czekała, aż służąca ją zaanonsuje. Ciepło kominka delikatnie muskało jej ubranie, pachniało kawą. Nie była to brutalna kawowa woń, jaka potrafi uderzyć, gdy wchodzi się do mieszkania biedoty, lecz leciutka, pachnąca para, która bezprawnie przemknęła przez zasłonięte kotarą drzwi.

Panna Holm sądziła, że to kres męczących poszukiwań posady. W ciągu tych kilku dni, jakie minęły od jej powrotu, myśli wypełniała potrzeba porządnej pracy, a co za nią idzie, poczucia finansowego bezpieczeństwa. Najpierw sprawdziła w swoich dawnym biurze. Lecz tam szef tylko pokręcił głową, sugerując, że praca biurowa jest nie na jej nerwy. A ona nie nalegała. W takiej sytuacji człowiek nie nalega; w każdej chwili w ciągu dnia jej gardło mogło schwytać wspomnienie zimnego pomieszczenia, gdzie rozchodzi się echo własnych lub obcych krzyków, albo gdy na ubraniach, które wróciły z pralni, spostrzega czerwoną naszywkę, a nikt poza nią nie potrafi rozszyfrować tych cyfr i liter. Postarała się więc o posadę sekretarki u znajomego, który kiedyś zaproponował ją, gdy tylko się zwolni. Zwolniła się w tym tygodniu. Lecz widocznie zmieniono opinię co do jej kompetencji, a ona i teraz nie potrafiła prosić.

Ogłoszenie o pracy jako dama do towarzystwa zobaczyła w gazecie. Poprzedniego dnia poszła tam, a zamożna wdowa nie wydawała się nieprzychylnie nastawiona. Dziś dziewczyna miała otrzymać wiążącą odpowiedź.

Służąca otworzyła drzwi salonu. Panna Holm weszła i przy niewielkim stoliku zobaczyła wdowę z inną młodą damą. Siedziały przy na wpół opróżnionych filiżankach kawy. Wymieniono zwroty grzecznościowe, odwaga panny Holm wzrosła.

— No więc — zaczęła wdowa, zerkając na tę drugą damę — wczoraj zadzwoniłam do gospodyni panny Holm, potrzebowałam jakichś informacji. Spytałam, czy panienka jest zdrowa, jest taka wątła, a tamta odpowiedziała jakoś wymijająco, że miała słabe nerwy, że na jakiś czas ją odesłano, ale nie mam jasności. Czy faktycznie tak było?

Panna Holm spuściła wzrok na wzór na dywanie. Od razu domyśliła się, że obie damy musiały odgadnąć prawdę na podstawie wymijającej odpowiedzi gospodyni. Czuła, jak podejrzliwie węszą wokół niej. Czy pacjentka zakładu musi bezwarunkowo być dziką bestią, potworem, który miałby nagle się zerwać i zamienić w zniekształconą postać albo z rykiem rzucić się na porządnych ludzi? Tak sądzono. Obawiano się przyjąć ją do pracy.

Rozmowa w pięknym, oddychającym kulturą wysoką salonie nie trwała długo i gdy panna Holm wyszła na ulicę, na długą chwilę zatrzymała się przed witryną sklepową, lecz jej zmęczony wzrok niczego nie widział. Straciła ochotę na dalsze próby zdobycia pracy. Być może istnieli jacyś ludzie bez uprzedzeń. Nie pamiętała, w jakim kontekście, ale słyszała, że tacy istnieją. Wiedziała, że otwarto biuro wyłącznie po to, by pomóc takim jak ona; doktor nawet radził jej udać się tam w razie potrzeby, ale ona nie miała siły. Świat po drugiej stronie krat ogrodzenia zmęczył ją.

Wtem odwróciła się i zaczęła przyglądać się mijającym ją ludziom. Tacy wścibscy! Tacy zażywni! Aż zalatywało od nich smażonym mięsem i regularnymi nawykami. Dzieci były lepsze. Starały się naśladować ruchy i miny dorosłych, ale zupełnie im to nie wychodziło. Tuptały. Potykały się. Wybuchały piskliwym śmiechem, gdy coś je rozbawiło, albo głośno zawodziły, gdy coś poszło wbrew ich myśli. A w ich oczach igrała baśń — wielka, zwariowana i cudowna baśń, która w swej miękkiej, różowej glinie potrafi przekształcać światy.

Panna Holm zaczęła z wolna iść przed siebie. Niebawem jej kroki stały się bardziej zdecydowane, jak gdyby teraz miała cel, do którego zmierzała. Ale nie skręciła w swoją uliczkę — choć klucz, kiedyś tak wytęskniony, lekko ciążył jej w kieszeni — tylko ruszyła po tramwajowych szynach prowadzących z centrum miasta do miejsca, gdzie życzliwy stróż otworzył ciężką bramę. Tam jej się nie bali, tam byli dobrzy i wspierający, tam rozumieli, że jej choroba jest tylko chorobą, a nie przestępstwem, za popełnienie którego pacjent traci obywatelskie zaufanie.