IV

W parku panna Holm rozpoznała kilku pacjentów. Kawałek za nimi szła siwa staruszka. Podniosła wzrok i spojrzała na pannę Holm; nieco smutny, rozpoznający uśmiech przesunął się po jej twarzy. Szerokimi schodami szli jeszcze inni w towarzystwie pielęgniarek, a gdy panna Holm siedziała w pokoju przyjęć, zdało jej się, że twarze, które przed chwilą spotkała, stapiały się w jedną — patrzyła na nią para zlęknionych oczu. I w tej jednej jedynej parze oczu odnalazła cały swój strach przed ludźmi tam, w wielkim mieście, cały swój strach przed potwornym losem, całą swą rozedrganą niemoc, gdy próbuje odsunąć żelazną dłoń ściskającą jej głowę. Ale gdy przyjrzała się tym oczom, jej cierpienie roztopiło się; poczuła, jak w środku rozpala się pragnienie, by pomagać i rozumieć. Pragnienie silniejsze od jej strachu. I gdy już stała w gabinecie doktora, wykrzyczała płomienną prośbę:

— Proszę mi pozwolić nauczyć się pomagać! Są moimi braćmi i siostrami, bardziej niż ludzie za kratami ogrodzenia!

Doktor o dobrych, życzliwych oczach uważnie przyjrzał się pannie Holm. Policzki jej płonęły. Oczy błyszczały jak w ekstazie.

— Sądzę — powiedział powoli — że panna Holm jest wciąż trochę rozchwiana i potrzebuje więcej odpoczynku. Panienka nie pogodziła się jeszcze z rzeczywistością.

Po czym zadzwonił do przełożonej pielęgniarek i spytał, czy dawny pokój panny Holm jest wolny.

Figi i daktyle

Świeże figi i daktyle już w sprzedaży.

Lewi & Co.

Przeglądając poranną gazetę, pani Ragnhild Sundling przeczytała ogłoszenie, jak czyta się większość ogłoszeń, lecz nagle przestała przewracać strony i roztargniona utkwiła wzrok w słowach: „Świeże figi i daktyle...”. Popatrzyła przez okno, a potem znów na gazetę. Na zewnątrz padał śnieg. Nie był to radosny, wirujący taniec płatków, które zimą ścielą się miękką bielą na ziemi, tylko okropny, drobny deszcz ze śniegiem, który rozpuszcza się jeszcze w locie i zaraz zamienia się na ulicach i placach w brunatne błoto zmieszane z ostatnimi pomarszczonymi liśćmi, opadłymi z marznących drzew. Promieniste dni końcówki lata i przezroczysta klarowność wrześniowego powietrza przeszły, nim człowiek zdążył się obejrzeć, w najciemniejszą porę roku.

Pani Sundling zapatrzyła się przez okno. Szyby błyszczały. Właśnie je umyto. W rogu, niczym pieczęć, tkwił kciuk — na tyle duży, że pewnie należał do sprzątaczki, ale nie to widziała pani Sundling. Poprzez smugi deszczu, za domami, tworzącymi wokół podwórza zwarty, brązowy mur o wystających kopułach poddaszy i czarnych kominach, jej spojrzenie zagubiło się w jakiejś nieokreślonej dali. Widziała figi i daktyle! Nie te w opakowaniach czy wielkich skrzyniach, o nie, widziała te, które kołyszą się na wysokich palmach i błyszczą na fioletowo pośród ciemnego listowia.

Pewnego razu, gdy pani Sundling jako młoda mężatka odbyła wspaniałą i jedyną podróż za granicę, trafiła wraz z mężem na jedno z tych niewielkich, białych wybrzeży Morza Śródziemnego9. Znajdowały się tam uliczki otoczone palmami daktylowymi. Przypomniały jej się, gdy teraz siedziała przy uprzątniętym po śniadaniu stole. Wysokie, smukłe, o nagich pniach, u szczytu nosiły liście, tak jak szczupły Indianin nosi bujny pióropusz. W ogrodach u ich stóp, w iście królewskim przepychu, kwitło całe bogactwo Południa: róże, kaktusy, żółta mimoza, jasnoróżowe kwiaty brzoskwini... Leżały u brzegów błękitnego morza, jakby wyniesione z jego tajemnych głębin, a potem rozproszone dokoła niczym diamenty, by zdobić białe domki, zbudowane przez ludzi.

Gdy pani Sundling o tym pomyślała, jej serce wypełniła namiętna tęsknota. Zawsze się tam tliła pośród spraw i trosk codzienności. Czasem rozpalała się płomieniem — jak teraz. Wówczas kobieta pragnęła rozłożyć ramiona, czule i z drżeniem poprosić o skrzydła, by móc przyłączyć się do stada wędrownych ptaków, które jesienią odlatywały do krainy nad błękitną wodą. Ale nie była uskrzydlonym stworzeniem, jej ramiona tkwiły w statecznym ciele, nadającym się do goszczenia na ziemi. Kiedy teraz je opuściła, z pewną ironią pomyślała, że jest żoną pedantycznego urzędnika i matką czwórki dzieci, które hałasują w pokoiku obok. Z ogłoszenia w gazecie unosiły się jednak nawoływania obcego ptaka; zmieszały się ze sklepowym wrzaskiem o najlepszym steku cielęcym, tanich skrawkach na gulasz i margarynie.

— Co na obiad?

Kucharka wetknęła głowę, na której, na cześć wielkich porządków, zawiązała szalik w kratkę. Do ciepłego pokoju wdarła się wilgotna, surowa woń mytych podłóg.

— Pudding z dorsza — odparła pani Sundling lakonicznie.

— Mhm, a zatem!

Kraciasty szalik już prawie zniknął, gdy pani Sundling wykrzyknęła:

— Nie, nie dorsz! Mam dość dorsza, klopsów i puddingów z resztek. Niech Klara przyrządzi dziś coś specjalnego, pikantnego i wybornego.

— Dla sprzątaczki? — zdziwiła się Klara.

— Acha, to niech będzie, jak mówiłam — westchnęła pani Sundling.

Wpadły dzieci. Jedno miało wielką dziurę na właśnie zacerowanej skarpetce, drugie przycięło palec, trzecie dostało w szkole naganę, a czwarte stłukło maminą wazę, która była pamiątką.

Pani Sundling wstała. Dłużej nie wytrzyma. Czuła się podle, siłą przytwierdzona do tego nikczemnie mieszczańskiego otoczenia, gdzie woń mytych podłóg i dorsza rozkwitała w miejsce róż i lilii. Wyszła do miasta. Brunatne błoto zmoczyło jej trzewiki, spod aut na ubranie bryzgały brud i olej. „A więc to tak!”, pomyślała, rzucając przechodniom miażdżące spojrzenie. „Z tej przeklętej ziemi nie wykiełkują palmy!”.

Szła dalej, bez celu; marzła, była przemoczona, a niebawem też głodna. Wszystkie te nieprzyjemności potraktowała jak prześmiewcze wyzwanie tego świata, który zamiast pięknych, płomiennych kwiatów i urokliwych widoków miał dla niej brzydkie budynki i ohydne wnętrza. Nie czuła się tu dobrze. Nagle przystanęła. Za czym tak biegnie? Przecież nie za palmami! A i owszem, na horyzoncie dojrzała je, jak w nadmorskiej bryzie chylą zgrabne pnie. Ta wizja, wyczarowana przez drobne ogłoszenie, wciśnięte między inne anonse, wypędziła ją z domu, a teraz chłostała jej zmysły, dlatego wściekała się na wszystko, co ją otaczało.

W tej chwili ktoś ją wyminął, odwrócił się i podszedł.

— Dzień dobry, Ragnhild — odezwał się głos, który rozpoznała.

Uśmiechała się do niej dawna przyjaciółka.

— Co ty robisz w taką pogodę w tej części miasta?

Nieco zawstydzona Ragnhild rozejrzała się dokoła.

— Nie wiem — odparła.

Stojącej obok kobiety od dawna nie spotkała. Gdy się mijały, zazwyczaj pozdrawiały się skinieniem głowy, to wszystko. Jako młode dziewczęta były sobie bardzo bliskie, ale lata je rozdzieliły. Wyszły za mąż w różnych środowiskach i wprowadziły się do różnych dzielnic. Teraz razem ruszyły chodnikiem. Pani Sundling spojrzała na towarzyszkę. Była wysoka i blada. Ragnhild wiedziała, że tamta wyszła za mąż za niejakiego Knibbla albo Knabbla. Dziwne nazwisko. Był jakimś biznesmenem. Brzmiało to bardzo posępnie.

— Dawno się nie widziałyśmy, Vero — powiedziała głośno Ragnhild.

— Nic się nie zmieniłaś — odparła przyjaciółka — może tylko jesteś ciut, ciut szersza.

— Dużo szersza! — mruknęła Ragnhild. — A ty wyszczuplałaś!

— I oto wszystko, co o sobie wiemy — ucięła tamta. — Nie masz ochoty wejść do mnie na filiżankę kawy?

Szczupła i szeroka wspięły się po schodach kamienicy. Szczupła włożyła klucz do zamka, weszły do przedpokoju pełnego swędu jedzenia, takiego, który niczym tłuszcz wsiąka w każdą ścianę.

— Nie zdejmiesz płaszcza? — spytała Vera.

Ragnhild powiesiła palto na żółtym swetrze. Inaczej się nie dało, wszystkie wieszaki były zajęte. Ruszyła za przyjaciółką do niewielkiego pomieszczenia; tu też wdarł się fetor. Za oknami padał śnieg. Na stole leżał płócienny obrus z czerwonymi figurkami. „Nieprzyjemnie tu!”, pomyślała Ragnhild. „Długo nie zabawię!”.

— Przygotuję kawę — powiedziała Vera. — Z pewnością jej potrzebujesz. Wyglądasz na przemarzniętą.

— Nie masz pomocy? — zdziwiła się Ragnhild.

— Kiedyś miałam, ale interesy męża nie idą najlepiej. Muszę radzić sobie sama.

Na moment zniknęła w drugim pomieszczeniu. Słychać było, że z kimś rozmawia. Wróciła i otworzyła drzwi do kuchni. A gdy tak krążyła między kuchnią a jadalnią, pilnując kawy i wyjmując z kredensu filiżanki i łyżeczki, mówiła. Ragnhild zorientowała się, że jest tak samo otwarta jak dawniej, kiedy skulone w kącie kanapy zwierzały się sobie ze swych ówczesnych, ach, jakże zmyślonych, zmartwień. Teraz te stały się rzeczywiste, przynajmniej dla przyjaciółki. To przez interesy, które tak źle szły, o czym przed chwilą wspomniała.

— Ciągle rozmawiamy z mężem o pieniądzach, pieniądze i pieniądze...

Ostatnie słowo wykrzyczała, bo musiała wbiec do kuchni i wyłączyć gaz. Zaraz znów pojawiła się w drzwiach.

— Rozmawiamy o pieniądzach — westchnęła — ale niewiele ich widzimy. Zauważyłaś, jaką tajemniczą moc ma okrągła moneta, która tak łatwo wysuwa się z rąk? Mój mąż jest jej więźniem, a im więcej rozmyśla o pieniądzach, tym szybciej znikają i tym gorsze robi interesy. Ale na tych, co chodzą z głową w chmurach, o niczym nie myśląc, na nich spływa złoto. To oni wygrywają na loterii główną nagrodę. A my nie, o nie, my nie.

Kawa była gotowa, Vera wniosła tackę. Spytała Ragnhild o jej życie, a ta opowiedziała o mężu i dzieciach, już zapomniawszy, że przed chwilą wybiegła z domu wściekła i znużona.

— A ty, nie masz dzieci?

Przyjaciółka, która z uśmiechem przysłuchiwała się Ragnhild, podniosła nagle wzrok.

— Owszem — odparła, a po jej twarzy przemknął cień. — Mam jedno. Ma cztery lata i siedzi tam. — Wskazała na zamknięte drzwi. — Myślisz pewnie, że jest tak cicho. Zazwyczaj słyszy się dziecko przez zamknięte drzwi. Krzyczy albo się śmieje, albo tupie niesfornie i wali rączkami w ścianę. Przemyka po podłodze drobnymi kroczkami, które w przyszłości, niezależnie od tego, jak duże jest już dziecko, dźwięczą matce w sercu. Ale moje dziecko jest chore. To dziewczynka. Jest sparaliżowana i niewiele mówi. Chodź, zobaczysz.

Weszła do drugiego pokoju. W łóżku, podparte na poduszkach, siedziało blade stworzonko o wielkich, smutnych oczach. Matka pochyliła się nad nią i radośnie do niej mówiła, dziewczynka zaraz się uśmiechnęła. Ale nie był to uśmiech dziecka, przebiegło Ragnhild przez myśl, to raczej uśmiech starej rusałki.

Po powrocie do jadalni przyjaciółki milczały. Ragnhild chciała coś powiedzieć. Tej drugiej było ciężko. Tym bardziej ją to poruszyło, bo pamiętała ją jako młodą, rozmarzoną dziewczynę. Obrus nie wydawał się jej już brzydki. Nie miała też ochoty wychodzić.

— Domyślam się, że się zastanawiasz, jak daję sobie radę. — Vera odpowiedziała na milczące pytania Ragnhild. — Chcesz wiedzieć? Nie twierdzę, że sobie radzę, mówiąc krótko, wcale sobie nie radzę. Ale widzisz, mam coś, co jest tylko moje.

Ragnhild dojrzała tajemniczy uśmiech, który tak dobrze pamiętała z poufnych rozmów o zmierzchu; uważała, żeby nie dopytywać. Kiedyś ten uśmiech oznaczał coś fantastycznego, co Vera strugała sobie w głowie, już wtedy wypełnionej marzeniami. Cokolwiek to teraz znaczyło, nie chodziło o pieniądze, o nich przed chwilą mówiła z taką odrazą.

— Mam coś — powiedziała, a na jej twarz wrócił tajemniczy uśmiech. Rozpalał spojrzenie w tych zgaszonych oczach. — Może głupio to zabrzmi. Nigdy nie miałam ochoty się tym dzielić, aż do chwili, gdy zobaczyłam twoją miłą twarz. Przypomniała mi o tylu rzeczach. Ty nie pomyślisz, że to głupie, za dobrze mnie znasz; także teraz, bo przecież jest tak, że na całe życie pozostajemy takimi, jakimi byliśmy w młodości, w głębi duszy całkiem ci sami, niezależnie od tego, czy potem chudniemy, tyjemy czy siwieją nam włosy. Pamiętasz, że jako młoda dziewczyna marzyłam o czymś nieosiągalnym, szalonym, o czymś więcej niż błękitne góry?

Owszem, Ragnhild pamiętała, uśmiechnęła się, marzenia tej drugiej budziły bowiem jej własne.

— Nie przestałam — ciągnęła Vera. — Nie potrafiłam przestać marzyć. Na początku małżeństwa powiedziałam to na głos. Męża to przygnębiło. Nie rozumiał zabawy wyobraźni: marzyć o czymś i jakby zapomnieć o tym, że się tego pragnie, jak gdyby pragnienie samo w sobie miało wystarczyć. Wówczas przestałam o tym mówić. Lecz wszystkie pragnienia gromadziłam w sobie. Aż brakło miejsca. Stały się czymś niezależnym, falującą, bajkową wyspą, zawsze blisko mnie, światem niewidocznym dla innych; tam wszystko, o czym marzyłam, spełniło się. O to mi chodzi, gdy mówię, że mam coś własnego. Rozumiesz?

Ragnhild przytaknęła. Rozpromieniła się. Przyjaciółka rzuciła jej szybkie spojrzenie.

— Widzę, że wiesz, o co mi chodzi. Większość kobiet ma taką wyspę, oazę; mogą tam uciec od codzienności i ciężaru, który więzi ich stopy na ziemi jak w bagnie. Na mojej wyspie nie ma zmartwień o pieniądze. Pomarszczone czoło mojego męża jest gładkie, a mała biega w ślicznych niebieskich bucikach i zbiera kwiatki. Widzisz, moje marzenia nie ciągną się już za błękitne góry, poruszają się wśród spraw bardziej widocznych, choć równie nieosiągalnych. Ta falująca wyspa mi pomaga. Roztacza nad moją codziennością zielonkawą poświatę. Więc wszystko nie jest aż tak beznadziejne.

Ragnhild nagle wstała.

— Muszę wracać do domu — powiedziała pospiesznie.

Vera zdziwiła się.

— Co znowu? Znudziłam cię?

— Och nie, ty moja niemądra marzycielko ze swoją bajkową wyspą. Nie wiedziałam, że ja też taką mam, póki nie zaczęłaś opowiadać. Rano wybiegłam zmęczona dziećmi, smrodem podłóg, wszystkim. Zobaczyłam ogłoszenie, maleńkie, niewinne ogłoszenie o świeżych figach i daktylach. Zaraz ukłuła mnie tęsknota za odległymi krajami. Poczułam się jak ściśnięta w imadle, nawet dzieci znienawidziłam, bo naprawdę marudziły bardziej niż zwykle. A teraz wiem, że mogę zrobić jak ty. Niech palmy z daktylami powiewają nad moim domem. Myśl jest szybsza od wiatru i światła. Zobaczysz, jak tylko wrócę, na mojej wyspie już będą kołysać się palmy.

Ragnhild wracała do domu. Tak szybko nie wyszła od przyjaciółki. Było już późno, spieszyła ulicami. Wciąż padał śnieg, ale świeciły latarnie, a ich blask rozjaśnił szarą mgłę. Na schodach Ragnhild spotkała sprzątaczkę, która w swym szorowaniu dotarła aż tutaj.

— Proszę mi powiedzieć — odezwała się Ragnhild, a szczotka ociekająca wodą z proszkiem zatrzymała się w połowie drogi nad kamienną podłogę. — O czym Karin marzy?

— O korkowej podłodze, żebym przynajmniej u siebie nie musiała szorować — odparła stara, gruba kobieta bez chwili namysłu.

Ragnhild zaśmiała się w duchu i ruszyła w górę. „Cóż, oto jej bajkowa wyspa”, pomyślała, „chodzi po niej suchą stopą, podczas gdy dzień w dzień brodzi w brudnej wodzie i pianie po cudzych podłogach”.

— Jakaś ty rozpromieniona! — zauważył mąż Ragnhild chwilę później, gdy usiedli do stołu. Cztery pary okrągłych dziecięcych oczu podążyły za ojcem i zatrzymały się na jej twarzy.

— Świeże figi i daktyle są już w sprzedaży! — wymamrotała pod nosem i nałożyła sobie puddingu z dorsza.