II
Nie zanosiło się na to, że da się zrealizować postanowienie licencjata Felba, by trzymać się od gospodarzy w pewnej odległości. Gdy monsieur Paturot wsadził mu rękę pod ramię, uśmiechem rozpromienił starą twarz fauna i zaprosił na spacer po ogrodzie, gość nie bardzo mógł odmówić. A gdy madame w dziwacznej, czerwonej sukni z jakby kanciastą gracją pochyliła się nad nim i spytała, czy mogłaby mu coś zagrać, nieuprzejmie byłoby powiedzieć „Nie”. I tak, słuchając pianina madame i opowieści monsieur, licencjat zaczął, nieco bezwiednie, interesować się nimi, aż w końcu został — tak po prostu — wciągnięty do rodziny.
Monsieur Paturot był starym biznesmenem z wieloma bankructwami i niepomyślnymi spekulacjami za sobą. Te jednak nie odebrały mu optymizmu. Akurat teraz miał na tapecie pewien interes, który, jeśli się powiedzie, będzie czymś świetnym, wręcz niesamowitym! Każdego przedpołudnia licencjat widział, jak tamten zapala papierosa, wsadza go między wąskie wargi, po czym — z niedbałą postawą i podkreśloną elegancją urodzonego pana — rusza w kierunku miasteczka. Barwne kapcie zamieniał wówczas na kanarkowo-żółte buty, biały płaszcz na ciemny, a czapkę na brązowy kapelusz filcowy, co nie zmieniało faktu, że nadal wyróżniał się wśród innych starszych panów. Sprawiał wrażenie człowieka pełnego optymizmu. Oczy błyszczały pod rondem kapelusza jak u młodego uczniaka, wywijał przy tym laseczką, którą starał się stawiać w rytm swych bujających myśli.
Po powrocie wyglądał na równie zadowolonego. Przy obiedzie, przy pomocy niezliczonych gestów, rozwijał przed paniami temat przyszłego interesu. Chodziło o sprowadzanie z Niemiec papieru, który teraz, po wojnie, był we Francji drogi, a w Niemczech z pewnością można go dostać bardzo tanio. Przedsiębiorstwo zarabiałoby na francuskich detalistach olbrzymie sumy pieniężne. Zdawało się, że wyrażenie „sumy pieniężne” miało dla monsieur Paturota szczególne brzmienie, jakby słyszał w nim srebrne i złote monety, radośnie toczące się jedna za drugą po marmurowej podłodze, a on zbierał je do wielkiego wora. Pojęcie „sumy pieniężne” jest rozciągliwe. Nie da się go ograniczyć. Monsieur Paturot też tego nie potrafił. Gdy tak siedział przy stole, kroił mięso albo mieszał sałatkę, suma pieniężna rosła mu między palcami. Jego słowa musiały robić na damach pewne wrażenie, mimo ich podejrzliwości. Nawet młody Szwed, Henry Felb, ze swym licencjatem z historii sztuki i znajomością Francuzów z Balzaca23, Flauberta24 i France’a25, z oporem poczuł pewien podziw, przynajmniej wobec tego entuzjazmu.
— I wtedy — tak monsieur Paturot potrafił zakończyć przemowę, wzruszając przy tym ramionami i wznosząc ręce niczym drżące misy, gotowe na przyjęcie cennych darów — przebudujemy ten zamek. Zimą będziemy mieszkać w Paryżu, a tu uciekać latem dla rekreacji. Paryż, moje panie!
Na samo słowo „Paryż” ich oczy rozbłyskiwały. Czuły się jak wygnańcy w tej małej dziurze, gdzie musiały się przenieść z winy zawikłanych interesów monsieur Paturota. Madame, posiadająca w Paryżu tak wiele zainteresowań, jeśli wierzyć jej matce, i tylu adoratorów, tutaj zobojętniała na wszystko. Jedyne, co ją jeszcze obchodziło, to gra na pianinie. Lecz choć jej palce biegały po klawiszach i umiejętnie wykonywała najtrudniejsze utwory, licencjat Felb nie znajdował w tym żadnej przyjemności. Gra była pusta, bezduszna, równie dobrze mogła pochodzić z pozytywki. W ostatnim roku pani przestała się też malować. Monsieur Paturot skarżył się na to podczas jednego lunchu. Ona, z pytającą miną, odwróciła się do licencjata Felba. Ostatnio często tak robiła.
— Lubię makijaż i puder — powiedział młody licencjat i w zamyśleniu bawił się widelcem. — Z makijażem piękna kobieta staje się jeszcze piękniejsza, a brzydka pięknieje.
— Nieprawdaż? — wykrzyknął ożywiony monsieur Paturot.
Zdążyli dojść do kawy, monsieur nalał każdemu likieru o barwie opalu do maleńkich kieliszków, po czym sobie znaczną ilość bezpośrednio do filiżanki. Rozpoczął opowieść o latach młodości: o Montmartrze26, Montparnassie27, dożynkach w Normandii28, skąd pochodził, a potem znów o Montmartrze i Montparnassie. Oczy mu błyszczały. Bokobrody sterczały z ruchliwego podbródka.
Wszystko tam — od ogrodu i domu po stroje madame i maszynę do pisania monsieur Paturota, która zacinała się przy co trzecim słowie — wskazywało na zbliżający się upadek, tak również erotyzm. Tkwił niczym robak w ich zmysłach, lecz nie znajdował innego ujścia niż w sprośnych historiach monsieur Paturota i na wpół beznadziejnym znudzeniu, na wpół lubieżnie przyczajonej ciekawości. Bardzo nieswojo było licencjatowi patrzeć na to, jak stara matka z zainteresowaniem przysłuchuje się temu wszystkiemu, z uśmieszkiem i czymś niewinnie dziecięcym w spojrzeniu. Jednocześnie kiwała głową na znak potwierdzenia i życiowej mądrości — ona sama miała męża „w tym samym typie” co monsieur Paturot. Nie robiono także tajemnicy z tego, że monsieur przestał dopełniać małżeńskiego obowiązku. Temat stanowił przedmiot wielu żartobliwych aluzji, które nierzadko kończyły się awanturą. Kłócili się często. Stłumiony głos madame i donośny monsieur słychać było o każdej porze dnia, ba, licencjat nieraz budził się w nocy, słysząc poirytowany ton madame, dobiegający z sypialni. Żal rozczarowanej kobiety odbijał się w jej mętnych oczach. Wkrótce to zrozumiał, lecz nie potrafił jej współczuć. Jej mąż był o niebo śmieszniejszy ze swymi genialnymi nadziejami i nieskrywanym egoizmem.
Po lunchu gospodarz wziął go do ogrodu. W jego drżących rękach i rozmigotanych oczach było jakieś podniecenie. Znów rozprawiał o swym wielkim interesie. Negocjowano już z jakimś niemieckim biznesmenem. Transakcja z pewnością się uda, a wtedy monsieur Paturot znów będzie bogatym człowiekiem. Przystanął z rękami po bokach i czapką na karku i z pogardą rozejrzał się po ogrodzie.
— Tarasy, monsieur — powiedział — tarasy jak w starych, prawdziwych francuskich ogrodach pałacowych. Założę je tutaj, o ile w tej marnej mieścinie są jacyś zdatni robotnicy, albo też poślę po architekta z Paryża i ludzi z Włoch. Wykupię całą okolicę, aż do jeziora. Założę rosarium, a tam, gdzie jest najpiękniejszy widok, powstanie klasyczna kolumnada z białego marmuru. Widzi to pan? — Gwałtownie chwycił licencjata za ramię. — Nic pan nie mówi. Proszę sobie wyobrazić marmurową kolumnadę!
Licencjat Felb trochę się wystraszył na widok twarzy tamtego. Nie był to już stary, cwany biznesmen. Zobaczył zagubione oblicze z idiotycznie wytrzeszczonym spojrzeniem. Kolumnada z białego marmuru miała stać się wspaniałym zadośćuczynieniem za wszystko, co w okresie zapaści finansowej musiał znosić ze strony wściekłych ofiar bankructwa i namolnych wierzycieli. Dzięki niej zamknąłby usta swej irytującej, wiecznie niezadowolonej żonie i upokorzył uszczypliwą teściową. Sam będzie się tamtędy przechadzał niczym bóg, podziwiał okazały ogród i rozmigotaną wodę alpejskiego jeziora. Co z tego, że doktor — Jakżeż on się nazywał, ten doktor, co odmładza? Ach, Steinach — to szkop29. Dokument, który miał wszystko umożliwić, też był od szkopów. Zresztą, aptekarz Coué z Nancy30 to również mężczyzna!
Codziennie w fantazji Paturota pojawiało się coś nowego.
W piękne letnie dni — kiedy obie panie zajmowały się swoimi sprawami, a licencjat Felb, coraz bardziej swobodny, porzucił książki o sztuce, by zająć się wyłącznie urokami przyrody, i wyruszał na długie, samotne wycieczki po jeziorze i górach — stary monsieur Paturot siedział w altance, gdzie trzmiele brzęczały wokół jego łysiny, a oświetlone słońcem liście wina rzucały cienie na ogrodowy stolik, i dalej snuł swoje rozmyślania. Już skończył z ogrodem. Wiedział dokładnie, jak chce wszystko urządzić. Pozostało jedynie wziąć się do roboty. Czas na zabudowania. Już słyszał, jak tynk odpada podczas prac naprawczych, widział farby mieszane w wiadrach malarzy, łowił uchem dziarskie pogwizdywania i energiczne okrzyki w miarę dobrze opłaconych włoskich robotników: „Ohoj! Ohoj!”. Wszędzie ruch i praca — właśnie tak, jak lubił. Sam natomiast doglądał każdego szczegółu, rozdzielał fachowe rady i wskazówki.
Patrzył, jak bydło wspina się po kamienistym wzgórzu. Brzęczały tysiące dzwonków, tworzyły pełną melodię, drgającą w przejrzystym powietrzu.
Na podwórze zajechał lakierowany na czarno ekwipaż31, zaprzęgnięty w dwa konie. Woźnica witał się, wywijając batem. Madame i on wsiedli i w przyjemnym rozkołysaniu ruszyli w drogę; madame w kapeluszu z Paryża i w pantoflach na obcasie. Innego dnia podjechało nowe, duże auto — największe w całym mieście.
Po takich rozmyślaniach przychodził na posiłki z błyszczącymi oczami, rozmarzony, wręcz uprzejmy, choć nieco ironiczny wobec dam i pełen szacunku wobec szwedzkiego licencjata. Od tak dawna martwił się podupadającym domem i monotonnym życiem. Zgorzkniał przez gderliwość żony, teściowa go nienawidziła. Niemniej nadzieja na bogactwo wzniosła go ponad resztę. Nie dostrzegał już pęknięć w ścianie ani plam wilgoci na suficie, nie przejmował się gadaniem żony, nie raniły go szpilki wbijane przez teściową. Z oddali słyszał bowiem, jak sztabki złota — niczym dźwięczna muzyka — uderzają o siebie. Od lat tęsknił za tą melodią, a teraz była coraz bliżej.