III
Madame zaczęła się malować. Gdy wykształcone pod względem kolorystyki oko licencjata Felba po raz pierwszy dostrzegło jej przemienioną twarz, wyczesane brwi, czerwone, płonące usta i różowe policzki, młodzieniec pomyślał, że ta metamorfoza w jakiś sposób wiąże się z fantazjami jej męża, który jakby zaraził cały dom oszalałym pajacowaniem. Lecz tu się Felb mylił, a myśl świadczyła o sympatycznej bezpretensjonalności z jego strony. Madame zaczęła się malować, ponieważ młody Szwed wypowiedział się pozytywnie o makijażu. W Paryżu ciągle się malowała — jak wszystkie jej przyjaciółki. Nie byłaby damą, gdyby w maleńkiej torebce nie nosiła szminki i pudru, a po filiżance kawy w restauracji lub w przerwie w teatrze nie wyciągała lusterka i nie malowała ust; ta słodkawa, pachnąca czerwień, która pozostawiała na wargach pikantny smak i odmładzała ją o kilka lat.
Teraz przypomniała sobie wiele wyrafinowanych sztuczek z paryskich czasów. Poczernione rzęsy powiększały oczy i je rozpromieniały, gdy pociągnęła wąską kreskę z kącików, stawały się owalne w tajemniczy i interesująco uroczy sposób. Róż na policzkach zaokrąglał je do perwersyjnie dziecięcej formy, a z upudrowanego czoła znikały wszystkie zmarszczki i linie, robiąc z kobiety uwodzicielską madonnę, wystudiowaną słodycz i kokieteryjną dziewicę.
Jej matka była zachwycona. Nazywała córkę swą „różą” i „skarbem”, zdobiła ją kwiatami niczym pannę młodą, rzucała jej promienne spojrzenia. Natomiast mąż prawie nie dostrzegł zmiany, był zajęty papierkową robotą; a licencjat Felb, dla którego tak naprawdę powstała ta umalowana wspaniałość, zastanawiał się, czy wcześniej, bez tych krzykliwych kolorów, nie była jednak mniej straszna.
Zarówno dla madame, jak i dla jej męża, nastał tego lata nowy czas. Ich nadzieje i pragnienia, o tak różnych przyczynach i orientacjach, miały tyle wspólnego, że wykiełkowały z myśli wyczerpanych gorzką marnością zniszczonego życia i utraconego majątku. I podczas gdy monsieur na nowo tworzył stary dom i zaniedbany ogród, w przypadku madame próby ożywienia kierowały się do jej wnętrza, do czegoś zwiędłego i pękniętego, co teraz, w pełni lata, zaczęło puchnąć od soków i domagać się kwitnienia. Kwiaty te wyłoniły się pewnego upalnego popołudnia przed zdumionymi i przerażonymi oczami licencjata — i zaraz zwiędły, gdyż nie znalazły uwagi i czułości.
Było to duszne popołudnie, powietrze stało w miejscu. Burzowe chmury, które przez cały dzień wyłaniały się zza gór i rozwiewały, teraz zgromadziły się w groźną, zbitą masę, z której raz po raz wystrzeliwał piorun i odbijał swój zygzak w tafli niespokojnego jeziora.
Licencjat wyglądał przez okno w salonie na ogród. Ten zatapiał się w dziwnym, żółtym świetle. Zdawało się, że drzewa i trawa drżały od powiewu wiatru znad wody, poza tym było spokojnie i nieruchomo. Z okna licencjat dojrzał gospodarza, który w kapciach w różyczki krążył po alejkach, zanurzony w zwyczajowych marzeniach.
Madame grała Chopina32. Mgr lic. Felb przeniósł wzrok z ogrodu na chudą figurę przy fortepianie, a madame, jakby czując to spojrzenie, nagle przerwała grę i usiadła nieruchomo z dłońmi na klawiaturze. Zagryzła wargi, gorące i suche. O tej chwili, kiedy jest z nim zupełnie sama, marzyła co noc; przekręcała się w wielkim łożu, unoszącym się od donośnego chrapania męża. Marzyła o tym, by długa susza jej młodości wreszcie się zakończyła. Ten młody człowiek był dla niej tak uprzejmy. Taki dobry! Żartował i się śmiał. Słuchał, jak gra. I gdy tak siedziała z niejako martwymi dłońmi na czarnych i białych klawiszach, przez myśli przebiegały jej śmiałe przygody. Czytała o takich przygodach w książkach z wyselekcjonowanej biblioteki monsieur Paturota. Przewracała karty powieści z płonącym wstydem — nie z powodu pikantnych i śmiałych opisów w kolejnych soczystych rozdziałach, ale z poczucia pustki we własnym życiu.
Wzdrygnęła się, gdy usłyszała, że Felb podchodzi do fortepianu.
— Dlaczego przestała pani grać? — spytał licencjat życzliwie. Nachylił się nad zeszytem z nutami.
Nie odpowiedziała. Zdziwiony jej milczeniem, spojrzał na nią. I tak jak zdziwił się pierwszego dnia, gdy dłubał przy obrazie z pejzażem i odkrył pod spodem inny, tak teraz zaskoczył go wyraz twarzy madame. Zniknęła zwykła, obojętna mina, na pomalowanych ciemną czerwienią ustach pojawił się uśmiech, którego nie zrozumiał, póki nie podniosła do niego twarzy.
Spod przymrużonych powiek wyślizgnęło się w jego kierunku spojrzenie. Ruchy nieprzywykłych do uśmiechu warg uwierały, usta rozchyliły się, jak gdyby chciały łakomie go ugryźć.
Zdezorientowany Felb chwycił się za czoło.
— Gorąco jest — powiedział.
— Tak, gorąco — szepnęła; zabrzmiało to jak jęknięcie. — Jest bardzo gorąco.
Dłonie, przed chwilą jakby martwe, poruszyły się. Powoli uniosły się do góry. Licencjat nie mógł się wycofać. Zafascynowany, gapił się na uśmiechniętą twarz i unoszące się ku niemu dłonie. Nagle chwyciły go za kark; poczuł, jak kobieta, dysząc, zbliża się do niego. Wyrwał się i rzucił do drzwi. Przez okno wpadł gwałtowny powiew wiatru, firanki zatrzepotały niczym wielkie skrzydła. Zaraz potem zaczęła się burza. I gdy deszcz padał na spragnione rośliny ogrodu, madame nadal nieruchomo siedziała przy fortepianie z suchymi, płonącymi wargami.