III

Spotykali się codziennie. Nie dało się tego uniknąć, ponieważ żadne z nich nie wyjechało, a kurort był bardzo mały. Poza tym żadne z nich nie chciało wyjeżdżać! Coś ich w tym miejscu trzymało. To coś oboje zajmowało równie żywo. Wiązało ich myśli, rozśmieszało podczas zwykłej rozmowy. To ich wspomnienia, ich wspólna własność.

Zdawało jej się, że ta błękitna, połyskująca woda, która opływa także keje tamtego miasteczka, sprowadzała tutaj wspomnienia — jakby fale szeptały wprost do jej uszu. Przybyła do kurortu ze względu na Hendersona. Prawie podjęła decyzję, że za niego wyjdzie. Często rozmawiał z nią o przyszłości. Przyszłość należała do niego. Przedstawiał ją śmiałymi ruchami, przekonany, że ta porwie kobietę tak samo jak jego. Ona jedynie się uśmiechała. „Przyszłość?”, pytała w nieobecny, zaciekawiony sposób, jakby nie rozumiała.

Przyszłość? A cóż to takiego? Biała mgiełka w oddali, która umyka każdej żarliwej próbie zarysowania konturów w jej luźnej masie. Natomiast przeszłość nie była mgiełką! Przeszłość wypełniały najwspanialsze rzeczy, które należały do niej — do niej! Znajdowały się tam tak prawdziwe rzeczy jak śniadanie na stole, kwiaty i pokój. Była tam też pewna postać, poruszająca się po pomieszczeniach, były słowa, czule wyszeptane słowa i pieszczoty, jeszcze prawdziwsze pieszczoty!

Wszystko to znaczyło teraz dużo więcej niż energiczna dłoń, rysująca przed nią kontury przyszłości.