IV
Było to niewielkie, trochę dziwaczne kino, jedyne w kurorcie. Ścian niedużej widowni nie pokrywały żadne malowidła. Sufit miał kształt kopuły; para jaskółek pobudowała tam gniazdo. Między aktami, gdy pomieszczenie rozświetlało białe, płowe światło, rozbrzmiewał znajomy świst jaskółczych skrzydeł — dwa ptaki ganiały się tuż nad głowami widzów. Ich cienie tworzyły fantastyczną japońskość na kremowych ścianach, a świst przecinał gęste powietrze niczym nóż.
Orkiestrę mieli tu niewiele wartą. Przy ekranie stał fortepian, na nim palce młodego pianisty produkowały brzęczące hałasy. Od czasu do czasu jazgot zagłuszał sam kinematograf, terkoczący po drugiej stronie pomieszczenia, jakby za maleńkim, kwadratowym otworem umieszczono dziesiątki uli.
A jednak co wieczór do kina schodziły się tłumy. Wcale nie miejscowi, a kuracjusze, którzy, teraz — gdy lato chyliło się ku końcowi, a wieczory stawały się coraz ciemniejsze — w ten sposób spędzali czas. Wyśmiewano młodzieńca przy fortepianie, kiedy wściekły walił w klawisze, drwiono z bzyczenia z kwadratowego otworu, chichotano z głośnych nawoływań chłopca od słodyczy i świstu jaskółek. Ale gdy w pomieszczeniu zapadała ciemność, a na białym ekranie pojawiała się jedna scena za drugą w wymuszonym, nerwowym tempie, dłonie potajemnie szukały się nawzajem i tuliły się jedna w drugiej w krótkiej miłosnej nocy kinowego salonu — do momentu, aż światło znów rozbłysło, a jaskółki ponownie wszczynały radosną zabawę.
Thure Friis i Sonja Barck znaleźli się tam tego samego wieczora, w towarzystwie pana Hendersona i młodej dziewczyny.
Gdy pojawiły się pierwsze obrazy, a potem napisy, Sonja nachyliła się i szepnęła:
— Mam czytać napisy, jak dawniej?
Ona też nie zapomniała. Tak bardzo się ucieszył, że miał ochotę podrzucić kapelusz w stronę jaskółczego gniazda.
W tamtym niewielkim miasteczku nie było filharmonii ani teatru, ale czasem chodzili do kina, a ponieważ on był krótkowzroczny, ona czytała mu napisy — tak cicho, że tylko on słyszał jej słowa. Zdarzało się, że zapominał o obrazach, by tylko słuchać jej głosu i cieszyć się jej bliskością.
Tak było i teraz. Nie przejmował się piękną twarzą bohaterki ani przygodami bohatera. Słyszał, jak głos Sonji cicho wypowiada banalne zdania, nie rozumiał nawet najprostszych słów. Zdało mu się, że w tej ciemności ona wyszeptuje mu ich historię. Jej ramię lekko musnęło jego, rąbek jej cienkiej, letniej sukienki przesunął się po jego kolanie. A jej głos wywoływał obrazy w jego wnętrzu. Z pewnością nie mieli aż tylu przygód ani nie byli tak wytworni jak tamci z ekranu. Nie dokonali żadnego bohaterskiego czynu. Nawet nie uratował ukochanej od śmierci, czym zabłysnął bohater filmu, ani nie wdrapał się do niej po rynnie w środku nocy, nigdy nie kusiło go opróżnienie flakonika z trupią czaszkę. Nie, ale było coś innego!
Był ogień, rzucający ciepły blask na umeblowany na biało pokój, a przy ogniu siedział on, bohater domowego spektaklu. Po prostu siedział i patrzył na płomienie; po chwili otworzyły się drzwi, a do środka weszła jego żona w czerwonej sukni. Chwyciła oburącz jego głowę i pocałowała. Po prostu! Ale był to on i Sonja. Jakże potem tęsknił za tymi chwilami przy kominku. Często odwracał się na krześle, gdy ktoś otwierał drzwi; wydawało mu się, że dostrzega czerwoną suknię, lecz za każdym razem był tylko zawiedziony.
Teraz pokój był rozświetlony. Jego młoda żona usiadła przy fortepianie. Co też zagrała? Nie pamiętał. Brzmiało jak uderzenia fal.
Teraz blask księżyca wpadał do ich sypialni i spływał na jej śpiącą twarz. Jasne włosy rozsypały się po poduszce, rzęsy opadły na policzek.
Nic innego! Tylko dwoje ludzi w bezpiecznych ścianach domu. Jakże jednostajnie! Znudzili się czy tylko tak im się wydawało?
Nagle w salonie zapalono światło. To antrakt. Rozejrzał się po ludziach. Jego wzrok padł na skrawek sukienki Sonji, leżący na jego kolanie. Jakby ten rąbek był łączącym ich ogniwem. Czy rozumiała, że tak musi być? Znów zgaszono światło, a cichy głos ponownie zaczął czytać.