Morderstwo

Jestem kobietą. Starą. Do tego jestem siwa, a moje oczy mają zmartwione spojrzenie. Siedzę w pokoju, nieruchoma i milcząca. Mam życie, ale co to za życie. Dłonie bezczynnie leżą na podołku. Zawsze jestem w tym pokoju. Nie wychodzę. Ledwo się ruszam. W pewnym sensie pokój jest osobliwy. Ściany szare jak ja. Czarna boazeria. Oczywiście są tu jakieś meble. Zniszczone, obicia wytarte. Mam też piec kaflowy, w którym często pali się ogień. Czasem w wazonie stoją kwiaty. Białe kwiaty. O zmierzchu nasila się ich zapach. Wtedy serce zaczyna bić tak, że aż boli.

Poza tym o zmierzchu słyszę głosy i kroki ludzi przechodzących ulicą. Brzmią jak z oddali.

Ktoś się chyba mną zajmuje. Wiem, że tak jest. To stary człowiek. Ale jest niepodobny do mnie. Czasem krząta się po kuchni. Gotuje dla mnie, rozpala ogień, ścieli mi łóżko. Jest niczym mechanizm zegara. Może to zresztą ja. Tak, ten zegar to ja. Lubię sobie wyobrażać, że siedzę w pokoju, w bezruchu, milcząca, i że faktycznie ktoś się mną zajmuje. Ale jestem sama.

Wszyscy inni kogoś mają. Ja nie mam nikogo. Czy jestem takim potworem, że nikt nie chce ze mną być? Może. Czy popełniłam przestępstwo? Niewykluczone. A więc tak. Jest jak jest.

Czasem myślę, że nie żyję. Trafiłam do królestwa, gdzie „jest mieszkań wiele”. Mnie przypadł ten pokój i kuchnia. A pode mną, daleko, słyszę, jak życie, pełne żywych ludzi, szumi dalej. Dzieli mnie od nich cienka ściana. Lecz nie potrafię jej rozbić. Ręce mam zbyt słabe — jak ręce ducha.

Gdybym tylko miała z kim rozmawiać. Mówiłabym o sobie. Tylko o sobie myślę. Czyżbym miała życie tak nadzwyczajne, że wciąż muszę się zajmować własnymi wspomnieniami? Tak uważam, było nadzwyczajne. Niepodobne do innych. W końcu należało do mnie. Byłam kilkoma osobami — nie tylko jedną. Najpierw dzieckiem, niewinnym i radosnym. Dalej młodą, piękną dziewczyną. Dojrzałą kobietą. No i tą starą, siwą. Cały świat. Wielość postaci. Ale czyhając na nie wszystkie, niczym kot na swą zdobycz, siedziała stara, siwa kobieta. A teraz to ona — ja — je wszystkie pożarła. Zatem siedzę w pokoju, milcząca, i je przeżuwam. Przez to mam w ustach gorzki smak. Lecz jestem na to skazana.

Gdy zegar rozpalił już ogień, pościelił łóżko, poprawił białe kwiaty, zasiadam nieruchomo i patrzę przed siebie. Czasem mam ochotę zabić człowieka, który dalej wykonuje te wszystkie nieuniknione czynności. Zrobiłoby się cicho. Jak gdy zatrzymuje się zegar. Cudowna cisza. No, ale byłoby to zbiorowe morderstwo. Tylko pomyśleć. Umarłoby radosne dziecko, piękna młoda dziewczyna, dojrzała kobieta, a na końcu siwa staruszka. A ja mam tylko dwie słabe ręce.

Jestem nieco dziwaczna. Inaczej podobne myśli nie przychodziłyby mi do głowy.

Powiem, jak jest. Kilka dni temu faktycznie wyszłam za drzwi. Nawet kogoś odwiedziłam. To dlatego myśli tak plączą się po głowie. Od dawna planowałam tę wizytę. W końcu nogi same ruszyły przed siebie.

Zobaczyłam w gazecie nekrolog, a więc jest wdową. Musi być teraz równie samotna jak ja. Nareszcie. Poszłam do niej. Nie myślałam o tym, który umarł, ale o niej. Byłam jego ukochaną. Nie ta ja, którą jestem teraz, ale tamta młoda dziewczyna była jego ukochaną. W lustrze nie widzę po niej śladu. Ale była piękna i młoda. Potrafiła rozbudzić miłość. To dar należący do młodości.

On i jego żona bywali w tamtych czasach w domu moich rodziców. Nigdy jej nie lubiłam. Była wyniosła. Poza tym ja byłam o kilka lat młodsza. On się zakochał we mnie. Taka byłam. Miał ją, ale kochał mnie. To największe wspomnienie mojego życia. Wokół niego krążyły wszystkie inne myśli, aż do teraz. Ale chwileczkę.

Przez wiele lat żyłam skrywaną miłością. Prowadziłam podwójne życie. Jedno jako młoda, grzeczna dziewczyna, która ku utrapieniu rodziców nie chce wyjść za mąż, a drugie — życie z nim. Byłam jego kochanką. Mieliśmy kryjówkę, gdzie nikt nie mógł nas znaleźć; prowadziły do niej zamknięte drzwi, a otworzyć je mogły tylko nasze klucze. Wchodziło się do środka, jak wchodzi się w jego ramiona. Otaczały mnie, ukrywały wewnątrz niczym kielich kwiatu. Płonąca, czerwona róża. Zapominałam o świecie na zewnątrz. Byłam z nim sama.

Niebawem zaczął przychodzić do mnie ze swymi zmartwieniami, ze wszystkim, co mu ciążyło. Opowiadał mi o niej, o żonie. Mężczyźni są jak duże dzieci. Niczego nie mogą zachować dla siebie. Twierdzą, że to kobiety są takie wylewne. Ale my tylko udajemy. Nie wyjawiamy tajemnic jak oni. Dzięki niemu dobrze poznałam tamtą kobietę. Bawiło mnie to. Była dla mnie ostrzeżeniem. Przez to, co mi opowiadał, nauczyłam się, co go irytuje albo nudzi. Drobiazgi. Nie głaskać, gdy jest zmęczony. Słuchać, gdy mówi. Nie zostawiać otwartych drzwi. Nie używać jaskrawych kolorów ani pewnych duszących perfum. Nie nucić i nie bębnić palcami o stół. Nie... Ach, ileż błędów popełniła tamta kobieta. Czasem miałam ochotę pójść tam i z nią porozmawiać.

To ja powinnam być jego żoną. Ale nigdy nie mówił o tym, że chce się rozwieść. A mnie duma nie pozwalała o to prosić. Więc niebawem zaczął się ode mnie oddalać. Wydało mi się, że nagle się postarzałam. Posiwiałam. Tak oczywiście nie było. A jednak coś zwiędło. Zabrano jakiś kawałek mnie. Zostałam sama.

Święta i dumna samotność! Nie, bycie samotną to tylko przekleństwo. Ściany zamykają się wokół człowieka niczym w więzieniu. Robi się cicho. Tylko wspomnienia tuptają dokoła jak szczury. Gryzą i chrupią.

Poszłam do niej, do wdowy. Wystarczająco długo trzymałam w sobie tę tajemnicę. Niech i ona się o wszystkim dowie. Byłam jego żoną bardziej niż ona. Czyż nie? To mnie kochał. Chciałam o tym powiedzieć. Chciałam triumfować. Minęło wiele lat, od kiedy ostatnio ją widziałam. Głupia byłam, dzwoniąc do jej drzwi; myślałam, że otworzy mi młoda kobieta. W moich myślach pozostała młoda, jak wtedy, gdy była moją rywalką, a ja go jej zabrałam.

Na drzwiach było jego nazwisko. Całe imię i nazwisko. Schyliłam się do metalowej tabliczki i czytałam powoli, z bliska. Oczy mam już słabe.

Otworzyła stara dama. Miała szare włosy i cerę. W oczach smutek. Tak jak w oczach niektórych zwierząt. Ubrana była na czarno. Weszłam do środka. Spytałam o jego żonę. To była ona. Pomyślałam, że to okropne. Przedstawiłam się. Wiedziała, kim jestem, ale sądzę, że i ona nie od razu mnie poznała. Ze szczerą życzliwością zaprosiła mnie dalej.

I tak siedziałam w pokoju pełnym zwiędniętych bukietów, powtykanych w wazony. Czerwone róże, które nawet teraz zachowały zapach. Opadnięte goździki i tulipany. To pewnie po pogrzebie.

Usiadła naprzeciwko mnie przy niewielkim stoliku. Dwie drobne, siwe babcie. Tylko dwie drobne babcie pośród morza zwiędłych kwiatów.

— No więc umarł — powiedziała z westchnieniem.

— To dlatego przyszłam — odparłam. — W końcu byliśmy wszyscy dobrymi przyjaciółmi.

Więcej nie mogłam z siebie wydusić. Poszłam tam z postanowieniem, że będę triumfować nad żoną mojego kochanka — i oto ona. Lecz przecież nie da się triumfować nad drobną staruszką o smutnych oczach.

Rozmawiałyśmy o błahostkach. Róże pachniały. Dłonie miała blade — jak ja.

„Nie wiesz tego”, myślałam. „To mnie kochał. Mnie, tylko mnie. Mieliśmy tajemne miejsce schadzek i drzwi, do których pasowały tylko nasze klucze. Ale oszczędzę cię. Wyglądasz na zmęczoną i starą. Zachowam swą tajemnicę”.

Na stoliku między nami stała jego fotografia. Spojrzałam na nią. Kobieta wzięła do ręki zdjęcie, przeciągnęła po nim palcem, jakby chcąc zetrzeć kurz. Podniosła na mnie oczy i lekko się uśmiechnęła.

— A więc oboje mnie oszukaliście — powiedziała.

Nie zabrzmiało to ani patetycznie, ani smutno. Powiedziała to tak, jak mówi się: „Jaką piękną mamy dziś pogodę”. A gdy zaskoczona popatrzyłam na nią, mówiła dalej:

— Ach, nie sądziłaś, że wiem? Przecież tak dobrze go znałaś. Powiedział mi o tym. Nie wtedy, rzecz jasna, ale potem, gdy do mnie wrócił. Żałował. Ze wszystkiego się wyspowiadał. Wrócił bardziej wrażliwy i uważny.

Zamknęłam oczy. Poczułam się osłabiona, wręcz bliska omdlenia. Poczułam się tak, jak tego dnia, gdy go straciłam. Teraz straciłam go po raz drugi. Moja tajemnica okazała się nie być moją. Jego żona wiedziała o niej od wielu lat. Rozmawiał z nią o mnie, jak kiedyś ze mną rozmawiał o niej. Odsłonięto mnie przed nią. Co mogłam zrobić nie tak, żeby potem w żartach przekazał to żonie? Nie od razu. Dopóki mnie kochał, oszczędził mnie. Lecz gdy przestał mnie kochać, stałam się własnością obojga.

To okrutne. Diabelskie. Wzdrygnęłam się, by powrócić do moich samotnych komnat. Do wspomnień, które mnie pilnowały. Tajemnica, która nie była żadną tajemnicą, wypełniała mi życie.

Spotkałam jej wzrok.

— Teraz cię poznaję — odezwała się ona. — Mówił mi o tym, jak zamykałaś oczy, gdy robiło ci się smutno. Drażniło go to. To dziwne. Człowiek tak mało o sobie wie. Jak często kochanek jest tobą zmęczony. Nie zauważa się tego. Czy kiedykolwiek rozmawiał z tobą o mnie?

W tej chwili nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu, chociaż kąciki ust zaswędziały jak rany, gdy się odezwałam.

— Znałaś go przecież — powiedziałam tak, żeby ją zranić, jak ona właśnie mnie zraniła. — Nie potrafił dochować tajemnic.

I tak siedziałyśmy — dwie drobne, siwe staruszki z jego portretem pośrodku.

Chciałam jej opowiedzieć, jak ze mną o niej rozmawiał o swojej żonie. Jak ją obnażał, wściekał się na nią, jak mało w gruncie rzeczy ją kochał. Ale tego nie zrobiłam, wystraszyłam się. Oddałaby mi to, co jej powiedział o mnie, co do słowa. Nie oszczędziłaby mnie. Czy można odebrać człowiekowi nawet jedyną rzecz, która wydaje się naprawdę własna — wspomnienia?

Poczułam nagle pustkę. Byłam wycieńczona. Znów zamknęłabym oczy, gdybym w tym momencie nie przypomniała sobie, że go to denerwowało. Mam taki nawyk. Teraz to rozumiem. Irytowałam go. I powiedział jej o tym. Tak samo, jak wcześniej opowiedział o wszystkim, co go w niej drażniło. Mężczyźni to dzieci. Fałszywe, okrutne dzieci.

Wróciłyśmy do rozmowy. Nie o tym.

O innych sprawach. Nie pamiętam. W myślach wycofałam się do moich samotnych pomieszczeń. Widziałam tę krzątającą się, wiecznie zajętą postać, zegar, jak wchodzi i wychodzi. Tik tak. W kuchni miesza w garnkach. W sypialni ścieli łóżko, rozpala ogień. Tik tak. Niby wścibska, a jednak poruszała się cichutko. To ja porządkowałam dla siebie. Rok po roku. A mechanizmem wprawiającym ten zegar w ruch była pamięć, wielka czerwona pamięć, która pod wieczór, gdy zapach kwiatów wypełniał pokój, rozkwitała i wonią prześcigała bukiet. Teraz pamięć więdła, jak jedna z czerwonych róż w tamtym wazonie. A potem?

Do pokoju wszedł młodzieniec i uprzejmie się ukłonił. Był to jego syn. Jego i jej. Podobny do ojca. Początkowo pomyślałam, że to on.

„Niech teraz wybiera”, pomyślałam głupio. Zapomniałam, że przecież to nie mój ukochany, że przecież nie żyje, a my, tu siedzące, to dwie siwe babcie.

Młodzieniec otoczył kobietę naprzeciwko czułym i ufnym ramieniem.

Wstając z fotela, niechcący potrąciłam portret na stoliku. Spadł na podłogę, a ramka rozpadła się na kawałki.

— Tak mi przykro — przeprosiłam.

Wdowa się uśmiechnęła. Wiedziała, że muszę coś zniszczyć, choćby ramkę od jego portretu. To też jedyna szkoda, jaką wyrządziłam.

Wracałam do domu ulicą, którą przed laty często chodziłam. Mieścił się tam dom, w którym kryliśmy się z naszą miłością. Nie, już go nie było. Rozebrali go. Był za stary. Teraz stała tam tylko samotna ściana z kolorową tapetą i zniszczonym piecem kaflowym. Jutro upadnie pod kilofami robotników. Do środka, tam, gdzie dawniej nie sięgały żadne nieproszone spojrzenia, teraz mógł zajrzeć każdy obojętny przechodzień. Przyspieszyłam kroku.

A teraz siedzę tu. Minęło kilka dni. Codziennie z lękiem oczekuję zmierzchu, gdy białe kwiaty zaczynają pachnieć. To wtedy pamięć rozpala się najgoręcej, najcudowniej. Ale serce mam teraz jak kamień. Kwiaty pachną, lecz cudownych wspomnień nie ma. Nic.

Zegar tak samo zawzięcie zajęty. Teraz wydaje mi się, że ten człowiek to wcale nie ja. Ktoś inny. Chcę ją zabić. Nie musi już się tu krzątać. Jej ręce są blade, ale twarde. Jej kroki po podłodze doprowadzają mnie do szału. Ma w sobie zbyt wiele życia. Tego mielącego, niezmordowanego. Tik tak.

Wymykam się do kuchni. Blade palce zaciskam na jej krtani. Czy to ja czy nie? Szyja mnie pali. Wtedy chwytam ze stołu siekierę. Tik tak. Trach.

Przypisy:

1. Armia Zbawienia — międzynarodowa organizacja dobroczynna, a także międzynarodowe chrześcijańskie wyznanie protestanckie. [przypis edytorski]

2. rajer — pióro czapli, używane dawniej do ozdobienia kapelusza lub fryzury. [przypis edytorski]

3. dawnego króla — chodzi o Oskara II (1829–1907), króla Szwecji (do 1907 r.) i Norwegii (do 1905 r.), ostatniego norweskiego władcę z dynastii Bernadotte. „Rozwód” Szwecji i Norwegii, czyli wypowiedzenie unii przez to drugie państwo, nastąpił w 1905 r. [przypis edytorski]

4. boston — rodzaj tańca pochodzenia amerykańskiego, także muzyka do niego. [przypis edytorski]

5. Tegelbacken — ważne komunikacyjnie skrzyżowanie, a także nazwa pobliskiej ulicy w Sztokholmie. [przypis edytorski]

6. Drottninggatan —główna ulica handlowa w Sztokholmie, odwiedzana przez licznych turystów. [przypis edytorski]

7. plac Gustawa Adolfa — historyczny plac w Sztokholmie. [przypis edytorski]

8. peniuar — poranny kobiecy strój domowy. [przypis edytorski]

9. Morze Śródziemne — morze międzykontynentalne pomiędzy Europą, Afryką i Azją. [przypis edytorski]

10. staccato (wł.) — termin muzyczny, oznaczający zdecydowane rozdzielenie dźwięków. [przypis edytorski]

11. sarknąć — głośno wyrazić niezadowolenie. [przypis edytorski]

12. troll — w mitologii skandynawskiej nieprzyjazna ludziom istota, zamieszkująca górskie jaskinie. [przypis edytorski]

13. bedeker — przewodnik turystyczny. [przypis edytorski]

14. How lovely! Oh, how interesting! (ang.) — Jak ślicznie! Och, jakie to ciekawe! [przypis edytorski]

15. Pardon (fr.) — Przepraszam. [przypis edytorski]

16. monsieur (fr.) — pan. [przypis edytorski]

17. Sabaudia — historyczna kraina w płd.-wsch. Francji, granicząca ze Szwajcarią i Włochami. [przypis edytorski]

18. Reims — miasto i gmina w płn.-wsch. Francji, w regionie administracyjnym Grand Est; znajduje się tu słynna gotycka katedra. [przypis edytorski]

19. madame (fr.) — pani. [przypis edytorski]

20. déjeuner (fr.) — śniadanie. [przypis edytorski]

21. dîner (fr.) — kolacja albo późny obiad. [przypis edytorski]

22. sardoniczny — ironiczny, szyderczy. [przypis edytorski]

23. Balzac, Honoré de (1799–1850) — francuski powieściopisarz. [przypis edytorski]

24. Flaubert, Gustave (1821–1880) — francuski powieściopisarz. [przypis edytorski]

25. France, Anatole (1844–1924) — francuski poeta, powieściopisarz i krytyk literacki. [przypis edytorski]

26. Montmartre — historyczna dzielnica Paryża. [przypis edytorski]

27. Montparnasse — płd.-zach. dzielnica Paryża. [przypis edytorski]

28. Normandia — kraina historyczna i region w płn. Francji. [przypis edytorski]

29. szkop (pogard.) — Niemiec. [przypis edytorski]

30. Nancy — miasto we wsch. Francji, ośrodek administracyjny regionu Lotaryngia. [przypis edytorski]

31. ekwipaż (daw.) — lekki pojazd konny. [przypis edytorski]

32. Chopin, Fryderyk (1810–1849) — polski kompozytor i pianista. [przypis edytorski]

33. kanka — naczynie blaszane do przechowywania płynów. [przypis edytorski]