V

Kilka dni później mgr lic. Henry Felb wrócił do Paryża.

Bez większej nostalgii pożegnał się z paniami. W ogrodzie trafił na monsieur Paturota. Ten siedział na zmurszałej ławce, w miejscu, gdzie kiedyś w wyobraźni budował kolumnadę z białego marmuru. Wielki kasztan rzucał cień na ziemię. Z rozczapierzonych, zielonych palców liści larwy i robaczki spadały na szarą czapkę monsieur Paturota. Z melancholią zerkał w stronę jasnego jeziora.

Mgr lic. Felb usiadł bez słowa obok. Z drogi dobiegł samotny dzwonek krowy. Nie była to rozśpiewana melodia tysiąca dzwonków, o jakiej marzył gospodarz. Od strony budynków słyszeli, jak madame nawołuje kury.

— Jestem zgubiony — odezwał się ponuro monsieur Paturot.

— Może następnym razem, może pojawi się inna okazja — licencjat Felb pocieszał go bez przekonania.

Gospodarz wzdrygnął się i ożywiony odwrócił w jego stronę.

— Tak pan mówi? — wykrzyknął. — Tak pan sądzi? Właśnie o tym rozmyślałem! Czemu nie? Innym razem! Kto wie? Szczęście nie może ciągle wymykać się z rąk.

Licencjat Felb ze zlęknionym podziwem spojrzał w te brązowe oczy. Tamten się wyprostował. Czapka już ściągnięta na kark. Bokobrody wystrzelił w powietrze. I gdy młody historyk sztuki ze Szwecji nieśmiało się żegnał, oczami wyobraźni widział już, jak klasyczne, białe kolumnady wznoszą się wokół szczupłej francuskiej figury monsieur Paturota ku błękitnemu, letniemu niebu południa.

Przy furtce natknął się na małą, brudną Georgette.

— Proszę — powiedział przyjaźnie, wtykając banknot w jej ciemną rączkę.

Wydała z siebie okrzyk zachwytu; zanim Felb się zorientował, rzuciła mu się na szyję i ciepłą twarzyczkę przycisnęła do jego policzka.

Gdy się odwrócił, zobaczył, że madame stoi na podwórzu w czerwonej sukni i się im przygląda przez żelazne kraty ogrodzenia. Czuł na sobie jej spojrzenie, gdy schodził po kamienistym wzgórzu — aż do zakrętu drogi prowadzącej do stacji.