obiady otwarte

Jawajski krajobraz w śląskim polskim mieście:

słońce zmęczone ciążami, w gorącej wodzie

kąpane — skraca czas podróży. W ogrodzie

za domem kółko różańcowe. Duch

whisky duszkiem pitej o poranku

tygodniami krąży nad sadzawką. I światła

nad Zaolziańską jak trio kolorowych papug.

Smużki mrówek, księżyc w bibułce i bajki

muzyczne (muzykę gamelanów opisywano mi

jako kling-klang ding-dong). Jak na Jawie: walka

z przeciągami, ciągłe zmaganie się z ziemią.

Tyle traci się czasu, jeśli się nie zna języka.

Moje włosy pachną prażonym cukrem,

kiedy zbliżasz się zabobonnym krokiem.

śnieg

kiść zapalniczek

grzechocze ci w spodniach

jak garść cukierków ślazowych.

W oknach pomyka żółta animacja

i cisy się cisną na wizję roziglone

wżarte w śnieg murzynki.

Jest wigilia, idziemy porzucać do kosza

na topniejącym śniegu grać do upadłego

aż nam zadymi z czapek i obłoczki pary

urosną na okularach. Twoje rumiane policzki,

jakbyś najadł się głogu. Kałuże strzaskane lodem,

pobite gary, jak potłuczone gwiazdy na rykowisku.

I już za chwilę przecierki chmur, warkoczyk błota

na okularach, kiedy idziemy przez grudzień,

a śnieg rośnie nam w ustach jak żelki.

To przyzwoity początek. Czysta wiedza

na temat nieznanego lądu i jego sposobów

jest wartością pożądaną, ekstra.

Na razie wysyłamy sobie ciepłe ognie. Chociaż

można się ciebie bać: bo co mi zrobisz,

jak mnie złapiesz i kto ci się oprze?

Śnieg to aspartam, kiedy mnie nacierasz

aż światła kucają i świat staje dęba.

Nie myśl, że niczego nie napisałam

po tej wybuchowej środzie, po której

omal nie skończyliśmy w łóżku,

a na pewno najedliśmy się śniegu,

i księżyc — ta zapłakana małpa —

zwyczajnie nas wygwizdał, zaś miasto

pełgało w oddali jak chatka

z białych kafli. Ty, nie przeginaj.

Jestem w szczerym polu. Opuszki

twoich palców zachwyciły mnie,

jak mówi psalm. Jeśli chcesz wiedzieć

który — pocałuj mnie.