salto
W niedzielę znużona niedzielą,
zaprzątnięta myślą, żeby się stąd wyrwać,
uchylić cylinder smogu, by widzieć powszechne
czyste miętowe niebo wygięte jak pryzma.
Soczyste rabatki, wyczesane słońce.
Pójść za wrzawą wróbli z kluczami do aut
w płóciennych kieszeniach, z ogniem, zżyć się
z myślą, słyszeć przez poduszkę,
co w trawie piszczy i że się żyje —
nieustępliwie. Naprawdę. Grzać
w okamgnieniu, zanim pieśń
wyzionie ducha, nim piosence
ktoś przetrąci kark.
Historia prawdziwa
Od psa pochodzę a pióra
dał bażant. Chłopcy lubią z mąki
moją duszę płytką jak wydma.
W środku mam pełno pajęczyn.
Lalki bez ust są znów chudsze,
daję im zupę z ziemi i mrówki
z cukrem. Moja małpka Rita
wyniosła się z jajka skulona
jak żółtko, jak smocza wróżka.
Teraz panowie wyciągają ze mnie pieśni
przez usta. Patrzę wtedy na rzekę,
płynie w niej zsiadłe srebro i księżyc
nadstawia złamany obojczyk
pod nurt. Ziemia znów dymi jak azot.
Rano mam ślad na skórze.