SCENA 2

PROMETEUSZ, OKEANOS

OKEANOS

Otom u kresu przedalekiej drogi!

O Prometeju, ku tobie,

Do tych samotnych kniej,

Posłuszny woli mej,

Bez lejc mnie rumak wiatronogi

Z chyżością ptaka wiódł.

Współczuję twojej żałobie,

Albowiem jedna — pamiętać to chciej! —

Łączy nas krew60.

Ale i wspólny pominąwszy ród,

Nikt u mnie większej nie zażywa cześci61.

Nie lubię przesiewać plew

Daremnych słów,

Dlatego, proszę, mów,

Czy mogęć ulgę przynieść w twej boleści?

Przekonasz się też niebawem,

Że w twym nieszczęściu krwawem

Nie jest ci żadna brać wierniejsza dana

Nad przyjaciela twego, Okeana.

PROMETEUSZ

Ha! Cóż to! I tyś przybył, by widzieć naocznie

Mą dolę? Co? Odwagę miałeś rzucić mrocznie62

Twych jaskiń samorodnych, toń równoimienną63

I przyjść nawiedzić ziemię tę, w żelazo plenną64?

Patrzący na me losy, chceszli dla mej klęski

Okazać swe spółczucie? Spojrzeć, jak zwycięski

Ukarał mnie tu Zeus? Jak mnie, przyjaciela,

Co tron mu wywalczyłem, straszliwie obdziela

Swym gniewem? Jak mnie dręczy, uzyskawszy władzę?

OKEANOS

Jać widzę65, Prometeju, i dobrzeć poradzę66,

Choć rozum twój przemyślny radę sobie daje

Najlepszą: poznaj siebie67, nowe obyczaje

Racz przyjąć, gdyż bogami król dziś rządzi nowy.

Zaprzestań raz dumnymi wygrażać mu słowy,

Bo Zeus cię usłyszy, choćby wyżej jeszcze

Zasiadał na swym tronie. Przestań, a te kleszcze

Męczarni twych dzisiejszych będąć68 niczym więcej,

Jak tylko jakimś widmem igraszki dziecięcej.

Rzuć gniew swój, o nieszczęsny! Niech go już nie drażni,

I bacz, iżby z tej ciężkiej wydostać się kaźni.

Zapewneć wypowiadam69 słowa dawno znane,

Lecz widzisz, Prometeju, jaką krwawą ranę

Zadała ci języka twego czelna70 pycha!

W niedoli tej pokorą niech pierś twa oddycha.

Czyż do tej klęski jeszcze chcesz dorzucać świeże?

Naukę niech ode mnie twa roztropność bierze:

Nie wierzgaj — to ci radzę — przeciw ościeniowi71,

Bo widzisz sam, jakiemu dziś władcy gotowi

Podlegać nieśmiertelni. A teraz odchodzę,

Pragnący się przekonać72, na jakiej by drodze

Wybawić cię z nieszczęścia. Uczynię, co można,

A przedsię73 mowa twoja niech będzie ostrożna,

Nie bluźnij! Czyż nie widzisz, arcy-mędrcze luby,

Do jakiej czelny język prowadzi zaguby?

PROMETEUSZ

Zazdroszczę ci, iż żadnej nie doznałeś kary,

Jakkolwiek mężnieś poparł wszystkie me zamiary.

Dziś o mnie ty się nie troszcz, zostaw swego druha!

Zeusa nie przekonasz, niechętnie on słucha!

Sam zważaj, byś się w gorzkiej nie znalazł potrzebie.

OKEANOS

Pouczasz lepiej innych niż samego siebie.

Po czynach ja to widzę, nie słowach. A przecie

Nie krępuj mojej woli. Jest jeszcze na świecie

Nadzieja! Mam nadzieję, że łaski Zeusowej

Dostąpię i te twoje połamię okowy.

PROMETEUSZ

To wszystko, co mi rzekłeś, w wielkiej u mnie wadze;

Nie lubię być dłużnikiem. Jednak ja ci radzę,

Zaniechaj swego trudu, bo, mówiąc niekłamnie,

Daremny trud, jeżeli chcesz się trudzić dla mnie.

Z daleka stój od tego! Sam będąc w niewoli,

Nie pragnę żadną miarą, ażeby mnie gwoli

Ktokolwiek inny znosił równe moim ciosy.

Toć cierpię już niemało, że tak srogie losy

Dotknęły mego brata, Atlanta: w krainie

Zachodniej, gdzieś daleko, w ciężkim znoju ginie,

Dźwigając słupy niebios i ziemi74 — ogromne,

Niezwykłe jest to brzemię! Żal mi też, gdy wspomnę

Tyfona75: syn ten Gai, stugłowy, straszliwy

Dziwotwór, mieszkający w kilikijskiej niwy

Jaskiniach76, groźnej uległ przemocy: wokoło

Zabójczym tchem ziejący, śmiał on stawić czoło

Wszem bogom; z oczu iskry sypiąc coraz krwawsze,

Przypuszczał, że tron Zeusa zdruzgoce na zawsze.

Lecz czujny pocisk Boga, grom płomiennopióry,

Dyszący strasznym ogniem, padł na niego z góry:

Porażon w samo serce, tak pełne przechwałek,

Spopielił się w tym żarze nieszczęsny pyszałek.

Na pował rozciągnięta, bezwładnie dziś leży

Ta bryła nad zatoką77, u morskich wybrzeży,

Głęboko w wnętrzu Etny, a znad jej siedliska,

Na skalnym siedząc szczycie, skry Hefajstos ciska,

Rozgłośnie swym kowalskim kowający młotem.

To stąd strumienie ognia rozleją się potem

Na równie sykielijskie78, na te łany żyzne,

By chciwym zniszczyć zębem plennych żniw ojczyznę.

Tak Tyfon, wyziewając gniew zapamiętały,

Ogniste z źródeł ognia rzucać będzie strzały,

Jakkolwiek Zeus go w węgiel obrócił swym gromem.

Lecz po cóż cię pouczać? Wszystko ci wiadomem,

Nie jesteś bez rozumu, niech on cię ocali!

Ja tutaj swoją nędzę będę znosił dalej,

Dopóki nie ochłonie Zeus w swym żarnym gniewie.

OKEANOS

Posłuchaj, Prometeju, czyż twój umysł nie wie,

Że z gniewu nas wyleczyć dobre słowo może?

PROMETEUSZ

Tak, serce swe w stosownej gdy zmiękczymy porze,

Nie zasię gwałt zadając naszej złości wrażej79.

OKEANOS

A jeśli kto się na to w swej trosce odważy,

Wytłumacz, jakie z tego wynikną mu szkody?

PROMETEUSZ

Daremna wszelka dobroć, stracone zachody.

OKEANOS

Więc pozwól, niech choroby tej w sobie nie tłumię;

Rozumny, kto swój rozum w czas zataić umie.

PROMETEUSZ

I z tego, zda się, dla mnie wynikłaby nędza.

OKEANOS

Widocznie słowo twoje precz mnie stąd wypędza.

PROMETEUSZ

Ażeby twoja litość nie obmierzła komu.

OKEANOS

Czy temu, co w niebieskim dziś króluje domu?

PROMETEUSZ

Uważaj, byś nie ściągnął na się jego burzy.

OKEANOS

Twój los mi, Prometeju, za przestrogę służy.

PROMETEUSZ

Więc dobrze; odejdź, spiesz się, wytrwaj w twym zamiarze.

OKEANOS

Co sam uczynić pragnę, czynić mi to każe

Twe słowo. Niecierpliwie już skrzydłem trzepoce

Ten ptak mój czworonożny, wszystkie swoje moce

Wysila, by, powietrzne w lot przebywszy drogi,

Kolana zgiąć w swej stajni na spoczynek błogi.

Siada na gryfa i odlatuje.