34. Dionizos (Bachus)

Bóg wina Dionizos, którego zwano także Bakchosem, u Rzymian Bachusem, był synem Zeusa i królewny tebańskiej Semele. Zażądała ona od Zeusa, ażeby jej się ukazał w całej wspaniałości władcy bogów i ludzi, poprzednio zaś wymogła już na nim przysięgę, że spełni każdą jej prośbę. Musiał więc król niebios postąpić według jej woli, chociaż wiedział, że dla śmiertelnej istoty będzie to niechybna zguba. Kiedy też Zeus zjawił się wśród gromów i błyskawic, Semele zginęła rażona piorunem, a pałac królewski spłonął. Delikatnym niemowlęciem Dionizosem, cudem ocalonym, zaopiekowały się nimfy w górach Tracji.

Podrósłszy nieco, młody Dionizos wychował się u wieśniaka, któremu na imię było Sylen. Ten Sylen (ryc. 32) była to postać oryginalna i ciekawa: stary, otyły, brzuchaty, łysy, zawsze wesoły i swobodny, oddał się całą duszą pielęgnowaniu ukochanego wychowanka, uczył go mądrości i chronił od wszystkiego złego. Ilekroć zaś Dionizos oddalił się z oczu Sylena, Hera, która go serdecznie nienawidziła, nastawała na jego zgubę. Raz, gdy spał w cieniu drzewa, nasłała na niego parę węży; obudził go jednak szelest gadów, gdy prześlizgiwały się wśród krzewów; pochwycił je silną dłonią i udusił. Innym znowu razem zesłała na umysł młodego Dionizosa szał, tak że uniesiony nim, uciekł w świat i dopiero po dłuższym czasie odzyskał zdrowe zmysły.

Gdy Dionizos wyrósł, podejmował długie wyprawy po całym świecie, aby wszędzie rozpowszechnić znajomość krzewu winnego. Pierwsza wielka wyprawa zawiodła go aż do dalekich Indii. Na czele pochodu jechał sam Dionizos na rydwanie, który ciągnęła para tygrysów; na głowie miał wieniec z winorośli i bluszczu, a w ręku trzymał berło, które zawsze nosił, tak zwany tyrs, kij opleciony gałązkami winorośli i bluszczu, a zakończony szyszką. Dalej jechał na ośle zgrzybiały staruszek, Sylen, wiecznie zapity, uśmiechnięty i bełkocący dowcipne wyrazy; nogi już od dawna odmawiały mu swych usług, dlatego bez ulubionego osła nie wybierał się w drogę. Naokoło Sylena podskakiwali, wywijając tyrsami, satyrowie, bogowie sielscy, po części zupełnie podobni do ludzi, z kozim ogonkiem i kozimi uszami (ryc. 31 i 32). W wyprawach brały także udział kobiety, menady, czyli bachantki (ryc. 31), z włosami przeplatanymi liściem winnym, bluszczem lub nawet oswojonymi wężami; otaczały wóz boga, śpiewając i tańcząc, bijąc w bębny, wywijając tyrsem, wrzeszcząc prawie nieprzytomnie z szału i uniesienia: „Evoe Bakche! Hej, hej, Bakchosie!”. Do tego pijanego towarzystwa przyłączały się także okoliczne nimfy, centaurowie, niekiedy nawet Muzy i Charyty.

Nikt nie zdołał oprzeć się potędze władcy wina; pokonywał naród po narodzie, zmusił do hołdu krańce ziemi, dalekie Indie, i w triumfie powracał do rodzinnej Grecji. Zatrzymawszy się na wyspie Naksos, spotkał tam królewnę Ariadnę, córkę króla kreteńskiego Minosa, pogrążoną w wielkim smutku i żalu z powodu ateńskiego królewicza Tezeusza, który ją, swą narzeczoną, w tym miejscu porzucił. Dionizos ofiarował Ariadnie swą rękę, którą też po krótkim namyśle przyjęła. Bóg wina ofiarował jej sporządzony przez Hefajstosa piękny diadem ślubny, który rzucony w górę podczas uroczystości zaślubin, zamienił się w gwiazdy i błyszczy jako konstelacja Korony na niebie. Odtąd Ariadna zasiadała u jego boku na królewskim rydwanie, otwierającym pochód armii Dionizosowej.

Dionizos, sprawca wesołości, umiał jednak być strasznym mścicielem, gdy spotkał się z takimi, którzy ubliżali jego czci. Gdy na przykład przybył do Teb, swego rodzinnego miasta, mieszkańcy wyszli mu naprzeciw, słali kwiatami jego drogę, składali mu ofiary i wykonywali wszystkie obrzędy należne jego czci. Tylko król opierał się posłannictwu Dionizosa, wahał się uznać go za boga i nie brał udziału w ofiarach. Spowodowany jednak ciekawością, wyszedł z miasta na miejsce, gdzie odbywały się uroczystości. Wtedy rozgniewany bóg zamienił go w dzikiego zwierza. W mgnieniu oka otoczyły króla i rzuciły się na niego porwane szałem menady, między nimi jego własna matka i ciotki, i rozszarpały go na kawałki.

W innym mieście także obchodzono uroczystość na cześć Dionizosa. Brali w niej udział wszyscy co do jednego obywatele, nawet żadna z kobiet nie pozostała w domu. Tylko trzy siostry, królewny, nie wyszły z pałacu, lecz jak zawsze zajmowały się krosienkami, swą ulubioną robotą, i zatrzymały w domu dziewczęta służebne, aby im pomagały. Zaczęły ponadto drwić sobie z ubrań bachantek, z tyrsów, którymi wywijają, z lamparcich i tygrysich skór, okrywających towarzyszki boga, z bluszczowych i winnych wieńców, które ocieniają ich skronie. Nic nie pomogły upomnienia rodziców, groźby kapłanów. Wkrótce jednak w ślad za występkiem zjawiła się i kara za tak zuchwałe lekceważenie potężnego bóstwa. Nagle pałac zadrżał w posadach; nieszczęsne kobiety ujrzały dokoła siebie ogień i dym — chcą uciekać. Wtem obrzydliwa skóra okrywa ich ciała, na ramionach rozpinają się jakieś błony, niby skrzydła. Ziemia znika im spod stóp, unoszą się w powietrzu; chcą mówić, tylko pisk wydobywa się z ich piersi. Piękne królewny zamienione zostały... w szpetne nietoperze!

Uroczystości na cześć Dionizosa lud obchodził bardzo wesoło; czas, w którym się odbywały, i należne obrzędy były w różnych krainach i miejscach różne, lecz obok ofiar wszędzie nieodłączne od świąt dionizyjskich były wino, wesołość i żarty. W Attyce obchodzono corocznie na cześć Dionizosa cztery święta, z których najwcześniejsze były Dionizje Małe, czyli wiejskie, a ostatnie Dionizje Wielkie, czyli miejskie. W czasie Dionizjów Małych spijano moszcz89, zabawiano się wesołymi tańcami, rozmaitymi figlami. Tak np. chłopcy skakali na jednej nodze po workach napełnionych winem, a pomazanych śliskim olejem. Z największą wystawnością odbywało się sześciodniowe święto Dionizjów Wielkich, czyli miejskich. Święto to ściągało do Aten bardzo wiele ludu, nie tylko z bliższej okolicy, lecz nawet z dalekich stron. Prastary posążek Dionizosa obnoszono po mieście i ustawiano go z powrotem na zwykłym miejscu; w czasie tej uroczystej procesji chóry śpiewały na cześć boga hymny stworzone przez pierwszorzędnych poetów i muzyków.

Z pieśni śpiewanych podczas świąt dionizyjskich i z żartów, jakie wtedy wyprawiano, powstał i rozwinął się z biegiem czasu teatr grecki, tak tragedie, jak i komedie. To było też powodem, że właśnie podczas świąt dionizyjskich odbywały się przedstawienia teatralne i że na samym środku wnętrza każdego teatru znajdował się ołtarz Dionizosa. Stałych bowiem widowisk teatralnych, do których dzisiaj się przyzwyczailiśmy, na które można uczęszczać co dzień, Grecy nie znali; budynki teatralne istniały wprawdzie, lecz przedstawienia odbywały się tylko w dniach świątecznych, zwłaszcza, jak powiedzieliśmy, podczas świąt dionizyjskich.

Sztuka przedstawiała Dionizosa najczęściej jako młodzieńca o pełnych, miękkich kształtach; długie, bujne sploty, opięte przepaską, spływają mu z głowy uwieńczonej winoroślą lub bluszczem; ręka trzyma tyrs lub puchar. Często przedstawiony jest na płaskorzeźbach nie sam, lecz z całym swym orszakiem.

Niekiedy artyści wyobrażali Bachusa w postaci dojrzałego mężczyzny o pogodnych rysach, z brodą i włosami pięknie ułożonymi, odzianego w szeroką szatę, sięgającą do stóp.

Do naszych czasów zachowała się w Atenach budowla z r. 334 przed Chr., tak zwany pomnik Lizykratesa, bowiem z jego polecenia i na jego koszt został wzniesiony. Dzisiejsi Ateńczycy nazywają ten pomnik Latarnią Demostenesa90 i opowiadają, że ten znakomity mówca przesiadywał samotnie we wnętrzu tego budynku i studiował. Na czworobocznej podstawie wznosi się okrąg z sześciu kolumn korynckich, nad nimi biegną architraw i fryz, a całość zamyka kopuła, na której w fantastyczny sposób ustawiony był trójnóg.

Fryz pomnika Lizykratesa przedstawia w szeregu licznych postaci następujące podanie o Dionizosie. Pewnego dnia Dionizos, bardzo jeszcze młody, stał na brzegu morza odziany w drogą purpurową szatę. Rozbójnicy morscy, którzy właśnie przepływali obok, wzięli go za syna królewskiego, wypadli na ląd i porwali go, spodziewając się obfitego okupu. Chcą go wiązać — kajdany nie chwytają się bóstwa i opadają. Wtedy sternik poznał, że to z bogiem sprawa; lecz na próżno namawiał towarzyszy, aby go czym prędzej puścili na wolność, śmiali się tylko z tak niedorzecznej, jak sądzili, rady. Wtem okręt zapełnił się złotym winem, a dokoła zaczęły wyrastać zielone gałązki winne; na miejscu zaś pojmanego młodzieńca zjawił się groźny lew. Zwierz ze straszną wściekłością rzucił się na herszta nikczemnej zgrai; inni zbójcy, przerażeni, skoczyli do morza, lecz nie wydostali się już z niego — bo obrażony bóg przemienił ich w delfiny. Sam tylko sternik pozostał przy życiu i poświęcił się jako kapłan czci Dionizosa. Powyższa rycina (ryc. 33), przedstawiająca Dionizosa karmiącego panterę, wyjęta jest właśnie z fryzu pomnika Lizykratesa.

Do orszaku Dionizosa przyłączał się także Pan, bóg lasów i pastwisk. Miał on różki na głowie, kozią brodę, krzywy nos, kozi ogonek i kozie nogi, a na całym ciele pokryty był włosami (ryc. 34). Pan lubił przebywać na łąkach i w lasach, to kryjąc się w cienistym ustroniu, to pasąc trzodę na polanie, to przyłączając się do towarzystwa nimf górskich, którym przygrywał do tańca na ulubionej fujarce. Pan miał od swoją opieką dziką zwierzynę, stada i pszczoły, to on wieńczył powodzeniem łowy myśliwych i połowy rybaków. Nieraz jednak, gdy schowany w zaroślach przerwie ciszę leśną swym przeraźliwym głosem, przejmuje ludzi nagły strach, nazywany od niego strachem panicznym. Taki to strach przejął Persów w bitwie maratońskiej91, a wieść niosła, że wówczas właśnie Pan tak przeraził barbarzyńców. Dlatego poświęcono mu jaskinię w pobliżu pobojowiska maratońskiego, a drugą w skale, na której wznosił się gród ateński.