52. Wyprawa siedmiu przeciw Tebom

Król krainy argiwskiej Adrastos miał dwie córki. Wyrocznia obwieściła mu, że jedną z nich wyda za lwa, drugą za dzika. Wróżby tej ani król, ani nikt inny nie zrozumiał.

Po latach zdarzyło się, że pewnej nocy do zamku argiwskiego przybyli dwaj cudzoziemcy. Jednym z nich był Polinik, syn Edypa, wygnany z Teb przez swego brata Eteoklesa. Drugim był królewicz Tydeus, który dopuściwszy się w czasie polowania mimowolnego zabójstwa, musiał opuścić kraj ojczysty. Przypadkiem zeszli się obaj równocześnie u bram pałacu królewskiego, a nie znając się wzajemnie, mieli się za nieprzyjaciół i rozpoczęli walkę ze sobą. Chrzęst broni i okrzyki obydwu przebudziły mieszkańców zamku, którzy wyszli z pochodniami, aby zobaczyć, co się dzieje. Adrastos rozdzielił walczących i zdziwił się niemało, widząc na tarczy Polinika głowę lwa, a na tarczy Tydeusa łeb dzika. Teraz pojął znaczenie ciemnej wyroczni. Wygnani królewicze, przyjęci gościnnie w zamku króla argiwskiego, poprosili o rękę jego córek i poślubili je.

Król Adrastos, pragnąc swą córkę widzieć na tronie tebańskim, stanął na czele wyprawy, zwanej powszechnie wyprawą siedmiu przeciw Tebom. Oprócz Adrastosa, Polinika i Tydeusa czterech jeszcze, razem zatem siedmiu książąt połączyło swe wojska w tym celu.

Z otuchą i radością patrzyli wodzowie na dzielnych wojowników, na czele których z Argos wyruszyli pod Teby. Lecz niedługo po rozpoczęciu wyprawy upadli wszyscy na duchu. Dokuczliwe upały nie tylko były wielką przeszkodą w pochodzie, ale nadto wysuszyły wszystkie strugi i krynice; pod ciężarem rozpalonych promieniami słońca pancerzy wojownicy zaczęli ginąć z pragnienia. Wtem ujrzeli pod cienistym drzewem kobietę z dzieckiem na ręku. Ona wybawiła z rozpaczliwego położenia rzesze wojenne; pozostawiwszy dziecię na murawie, zaprowadziła spragnionych rycerzy do strumyka, szemrzącego w ukryciu wśród leśnej gęstwiny. Radość wojska, które tak niespodziewanie mogło w czystych nurtach strumienia ugasić palące pragnienie, była równie wielka, jak przerażenie przewodniczki, gdy powróciła na miejsce, w którym pozostawiła dziecko. Dziecięcia nie było. Opodal leżały strasznie poszarpane i pokrwawione szczątki jego ciała, a obok nich ogromne wężysko. „Te skrwawione zwłoki to wróżba dla naszej wyprawy!” — odezwał się na to wieszczek, biorący udział w wyprawie. Jednak nie zdołał przekonać nie dowierzających mu towarzyszy; ci bowiem, zabiwszy węża, upatrywali tak w śmierci potwora, jak w niespodziewanym ugaszeniu dokuczliwego pragnienia wróżbę wprost przeciwną, pomyślną dla siebie.

W Tebach dzielili się wtedy władzą Kreon i Eteokles. Gdy połączone wojska przybyły pod miasto, Kreon udał się o poradę do słynnego wieszczka Tejrezjasza, który orzekł, że Teby będą ocalone, jeśli najstarszy syn Kreona sam pozbawi się życia. Kreon daleki był od zalecenia takiej ofiary ukochanemu synowi, ale ten kochał goręcej ojczyznę niż swoje młode życie. Dowiedziawszy się o wieszczbie, wyjął z zanadrza sztylet i przebił się.

Z żalem po stracie ukochanego syna, zarazem jednak z wiarą w słowa wieszcza i z otuchą, że ta ofiara rozstrzygnęła sprawę na korzyść Teb, rozpoczął Kreon obronę miasta. Już w jednym z poprzednich ustępów opowiedzieliśmy, że Teby miały siedem bram; przed każdą bramą rozłożyło się jedno z połączonych wojsk, a Kreon, podzieliwszy siłę zbrojną Teb również na siedem oddziałów, umieścił je po jednym przy każdej bramie. Oblegający przypuścili szturm na miasto; jednak mimo niezmiernych wysiłków, mimo niesłychanego męstwa, napad spełzł na niczym.

Teraz Eteokles udał się na najwyższy szczyt Kadmei, zamku tebańskiego, i donośnym głosem, tak że mogli go słyszeć i rodacy, i nieprzyjaciele, oświadczył, że w celu zaoszczędzenia rozlewu krwi gotów jest walczyć z bratem. Jeżeli sam zwycięży, niechaj nieprzyjaciele odstąpią od oblężenia; jeżeliby zaś zwyciężył Polinik, to ten obejmie rządy w Tebach. Gdy obie strony zgodziły się na takie załatwienie sprawy, Polinik zawołał, że w każdej chwili gotów jest do walki z bratem.

Wyszedł więc Eteokles z bramy miasta i stanął naprzeciw rodzonego brata. Pod wrażeniem tej chwili groza przejęła widzów, dreszcz przeszedł po ich członkach i pot wystąpił na ich oblicza. Bracia natarli na siebie, godząc to w pierś, to w twarz, to w oczy, ale żaden nie zranił drugiego, bo obaj zręcznie zasłaniali się tarczą. Dopiero gdy Eteokles, chcąc odtrącić kamień, nieostrożnie wysunął nogę za tarczę, Polinik włócznią przebił mu goleń. Równocześnie jednak obnażył swe ramię, a Eteokles, korzystając z tego, uderzył brata włócznią tak silnie w łopatkę, że złamana broń utkwiła w niej. Nie mając już włóczni, a chcąc jej pozbawić także przeciwnika, cisnął w Polinika kamieniem i złamał jego włócznię na pół. Obaj dobyli teraz krótkich mieczy i zbliżyli się do siebie. Eteokles przebił bratu wnętrzności, a Polinik, słaniający się już ku ziemi, ostatnim wysiłkiem utopił miecz w piersi Eteoklesa. Tak legli obok siebie bracia, którzy się całe życie nienawidzili: spełniło się, co przepowiedział ojciec wyrodnym synom.

Niespodziewany wynik walki, po której wszyscy oczekiwali rozstrzygnięcia sprawy, zapalił na nowo pochodnię wojny. Oblegający utrzymywali, że za zwycięzcę należy uważać Polinika, bo pierwszy ugodził przeciwnika; Tebanie zaś byli zdania, że zwyciężył Eteokles, ponieważ zginął później. Gdy spory nie doprowadziły do niczego, a sprzymierzone wojska nie chciały ustąpić spod miasta, Tebanie uderzyli na nie i zadali im rozstrzygającą klęskę. Z wodzów tylko Adrastos pozostał przy życiu i z niedobitkami powrócił do ziemi ojczystej.

*

W oswobodzonych Tebach objął rządy Kreon. Pierwszą jego czynnością było pogrzebanie poległych Tebańczyków. Zwłoki Eteoklesa z wielką okazałością spalił na stosie, ciało zaś Polinika kazał pozostawić niepochowane, aby się stało pastwą drapieżnego ptactwa i dzikich zwierząt.

Kochająca brata Antygona nie mogła znieść, żeby nieszczęśliwy Polinik nie doczekał się pogrzebu, nie mogła pogodzić się z myślą, że jego cień, jęcząc i narzekając, błąkać się będzie nad brzegami rzeki umarłych. Dlatego nie zważała na bezwzględny zakaz Kreona i nie lękając się kar, którymi zagroził król, niespostrzeżona przez stojącą w pobliżu straż, pokryła zwłoki Polinika lekką warstwą ziemi. Wystarczało to zupełnie do uspokojenia ducha w podziemiu. Kreon, dowiedziawszy się o przekroczeniu jego królewskiej woli, kazał zrzucić ziemię z ciała i powiększył straż przy zwłokach. Niebawem też spostrzeżono Antygonę, która powtórnie przybyła, aby oddać bratu ostatnią posługę, a nie mogąc pokryć zwłok ziemią, przynajmniej po trzykroć skropiła je wodą. Strażnicy pojmali śmiałą dziewicę i zaprowadzili przed tron królewski.

Kreon zapytał surowo Antygonę, czy nie zna prawa, które ustanowił.

— Innego prawa — odrzekła Antygona — słuchać musiałam, nie ziemskiego, ale boskiego, które nakazuje mi, żebym ciało brata pogrzebała.

Kreon szorstko zgromił królewnę i skazał ją na pogrzebanie żywcem, chociaż była narzeczoną jego syna. Zaprowadzono Antygonę za miasto i opuszczono do podziemnego pomieszczenia, aby tam zginęła.

Wtem zjawił się przed Kreonem wieszczek Tejrezjasz, którego ten się zawsze radził, i objawił mu, że jest wolą bogów, aby zwłoki Polinika pogrzebano, a niewinną dziewicę wyprowadzono z podziemi.

— Królu — ostrzegał starzec — dwie osoby utracisz z najbliższych sobie, jeżeli natychmiast nie naprawisz krzywdy.

Kreon wahał się postąpić według rady starca, ale niebawem zaczęły go niepokoić wyrzuty sumienia i straszne przeczucia. Gdy zaś starszyzna Tebańczyków uchwaliła pójść za poradą wieszczka, Kreon nakazał, choć niechętnie, pochować rozkładające się już ciało królewicza i pośpieszył do grobowca kochającej siostry. Lecz w grobowcu leżało skostniałe już ciało Antygony; nie chcąc zginąć śmiercią głodową, popełniła nieszczęsna samobójstwo. Syn zaś Kreona, Hajmon, narzeczony Antygony, w strasznej rozpaczy tarzał się na ziemi u stóp ukochanej. Gdy zobaczył nadchodzącego ojca, jak szalony dobył miecza i rzucił się na niego, tak że Kreon tylko szybką ucieczką ocalił życie. Wtedy nieszczęśliwy młodzieniec przebił mieczem własną pierś. Tak śmiercią syna opłacił Kreon swój brak litości.

*

Dziesięć lat minęło od tych zdarzeń. Synowie poległych pod Tebami bohaterów dorośli już i postanowili pomścić śmierć ojców; wyruszyli więc na Teby po raz drugi. Ta druga wyprawa zakończyła się klęską Tebańczyków — sprzymierzeni książęta zajęli gród.

53. Dioskurowie: Kastor i Polluks

Kastor i Polluks130, bliźniacy, bohaterowie podobni zupełnie do siebie wyglądem i umysłem, urodzili się w Sparcie i mieli być synami Zeusa, co też wyraża ich wspólne imię, Dioskurowie bowiem znaczy tyle, co synowie Zeusowi.

Już we wczesnej młodości Dioskurowie dowiedli nadzwyczajnej siły i wielkiej wprawy w ćwiczeniach cielesnych. Kastor zasłynął głównie z sztuki kierowania nawet najdzikszymi rumakami, Polluks zaś uchodził za najznakomitszego w walce na pięści. Brali udział w licznych wyprawach, jak w wyprawie Argonautów i w łowach kalidońskich, o czym wkrótce wspomnimy.

Obaj nie byli jednak równo obdarowani przez los: Kastor był śmiertelny, Polluks nieśmiertelny. Bracia nigdy nie rozłączali się ze sobą, wszystkie przygody, wszystkie niebezpieczeństwa przebyli wspólnie. Aż wreszcie pewnego dnia, gdy walczyli z niebezpiecznym wrogiem, zwycięstwo przechyliło się na stronę nierozłącznych braci, lecz Kastor przypłacił je życiem. Kiedy Polluks zobaczył umierającego brata, którego nad wyraz kochał, błagał Zeusa, aby równocześnie sam mógł także umrzeć. Zeus pozwolił mu wybrać sobie albo życie wieczne w niebie, podczas gdy brat będzie przebywał w podziemiu, albo też życie w towarzystwie Kastora pół roku w niebie, a drugie pół w podziemiu. Polluks z żywą radością, nie wahając się ani chwili, poprosił, aby wolno mu było dzielić los brata.

Dioskurów przedstawia sztuka zawsze razem, jako młodzieńców siedzących na koniach albo prowadzących konie, każdego z gwiazdką u czoła.