104. Cmentarz Père-Lachaise

Pan de Boville istotnie spotkał po drodze kondukt żałobny Valentine.

Dzień był pochmurny i mglisty, wiatr wciąż ciepły, ale już groźny dla pożółkłych liści, strącał je z coraz bardziej ogołoconych gałęzi i unosił nad tłumem.

Pan de Villefort, urodzony paryżanin, uważał cmentarz Père-Lachaise za jedyne miejsce godne przyjąć zwłoki paryskiej rodziny. Inne cmentarze miał za prowincjonalne i mało eleganckie. Człowiekowi z dobrego towarzystwa wypadało być pochowanym tylko na Père-Lachaise.

Jakeśmy już to mówili, kupił tam miejsce pod rodzinny grób i wzniósł kaplicę, w której zdążyli już spocząć wszyscy członkowie jego pierwszej rodziny: pierwsza żona i jej rodzice. Na frontonie widniał napis:

GRÓB RODZINY DE SAINT-MÉRAN I DE VILLEFORT

Takie było ostatnie życzenie biednej Renaty, matki Valentine.

Imponujący orszak kierował się więc z Przedmieścia Saint-Honoré ku Père-Lachaise.

Kondukt przemierzył cały Paryż; pojechano Przedmieściem du Temple i dalej zewnętrznymi bulwarami miasta. Na przedzie jechało dwadzieścia żałobnych powozów, za nimi przeszło pięćdziesiąt karet, a jeszcze dalej szło pieszo jakieś pięćset osób.

W większości była to młodzież, którą śmierć Valentine poraziła jak grom. Pomimo prozaiczności i chłodu naszej epoki wszyscy byli pod poetyckim wpływem tego obrazu: piękna, czysta, urocza dziewczyna, skoszona przez śmierć, w chwili gdy zaledwie zdążyła rozkwitnąć.

Gdy kondukt opuszczał granice miasta, dopędził go powóz zaprzężony w cztery konie; rumaki zatrzymały się tak gwałtownie, że ich pęciny napięły się jak stalowe sprężyny. Był to Monte Christo. Hrabia wysiadł i wmieszał się w pieszy tłum.

Spostrzegł go Château-Renaud; wysiadł zaraz ze swojego kabrioletu i podszedł do niego. Beauchamp udał się za jego przykładem i wyskoczył z dorożki.

Hrabia rozglądał się na prawo i lewo. Jakby kogoś szukał. Wreszcie nie wytrzymał:

— A gdzie jest Morrel? — zapytał. — Czy któryś z panów go nie widział?

— Sami się nad tym zastanawialiśmy, jeszcze w domu zmarłej — rzekł Château-Renaud — bo nikt nigdzie go nie widział.

Wreszcie kondukt dotarł na cmentarz.

Hrabia przeszukał szybko swym sokolim wzrokiem kępy cisów i sosen; wkrótce wypatrzył, że między młode graby wśliznął się jakiś cień. Najwidoczniej rozpoznał ów cień, gdyż uspokoił się.

Wiadomo, jak wygląda pogrzeb w tej wspaniałej nekropolii: grupki czarnych postaci rozsiane po białych alejach, milczenie nieba i ziemi; ciszę przerywa tylko czasem trzask łamanej gałęzi, szelest żywopłotu, o który ktoś się otarł, melancholijny śpiew księży, szloch dochodzący zza wiązanki kwiatów, trzymanej w złożonych dłoniach przez zrozpaczoną kobietę.

Cień dostrzeżony przez hrabiego przemknął się szybko za grobem Heloizy i Abelarda, dołączył do grabarzy, którzy szli przy koniach ciągnących karawan i tak doszedł do miejsca pochówku.

Każdy przyglądał się czemu innemu. Monte Christo patrzył tylko na ów cień, którego poza nim nikt niemal nie zauważył. Dwukrotnie hrabia wybiegał z szeregu, by sprawdzić, czy ręce tego człowieka nie szukają pod surdutem broni.

Gdy kondukt zbliżył się, widać już było wyraźnie, że to Morrel. Sinoblady, z zapadniętymi policzkami, odziany w czarny surdut zapięty aż pod szyję, stał oparty o drzewo na małym wzgórku; stąd grób było widać tak, że nie tracił najmniejszego szczegółu z uroczystości pogrzebowej; w dłoniach trzymał cylinder, mnąc go nerwowo.

Wszystko odbyło się wedle zwyczaju.

Kilku panów, oczywiście takich, których najmniej poruszyła ta śmierć, wygłosiło mowy pogrzebowe. Jedni użalali się nad tą przedwczesną śmiercią; inni rozwodzili się nad cierpieniem ojca; znaleźli się też mówcy pomysłowi, którzy dowodzili, że Valentine niejednokrotnie wypraszała u pana de Villefort łaskę dla winowajców, nad których głową wisiał już miecz sprawiedliwości.

Na koniec wyczerpano już wszystkie kwieciste metafory i żałobne frazesy, nawiązujące do stanz, które Malherbe pisał do Dupériera.

Monte Christo nic nie słyszał, na nic nie patrzył — a właściwie patrzył, ale tylko na Morrela; spokój kapitana przerażał hrabiego, tylko on bowiem wiedział, co naprawdę dzieje się w jego duszy.

— Patrz — rzekł nagle Beauchamp do Debray’a. — Jest Morrel! Ale po kiego diabła tam stoi?

I powiedzieli o tym Château-Renaudowi.

— Jaki blady — zaniepokoił się Château-Renaud.

— Pewnie mu zimno — odparł Debray.

— Nie sądzę — rzekł powoli Château-Renaud. — Myślę, że jest bardzo poruszony. To niezmiernie wrażliwy człowiek.

— E, przecież panny de Villefort prawie nie znał. Sam tak mówiłeś — sprzeciwił się Debray.

— To prawda. Ale przypominam sobie, że na balu u pani de Morcerf tańczył z panną Valentine trzy razy. Na tym balu, na którym wywołałeś pan taką sensację, panie hrabio.

— Nic mi o tym nie wiadomo — odparł Monte Christo nieuważnie, nie patrząc, komu odpowiada, zajęty był bowiem czuwaniem nad Morrelem. Policzki Maksymiliana pokrywała coraz żywsza czerwień, jakby powstrzymywał oddech.

— Mowy pogrzebowe skończone, do widzenia panom — rzekł niespodziewanie hrabia.

I zniknął tak nagle, że nikt nawet nie dostrzegł, w którą stronę odszedł.

Po ceremonii żałobnicy podążyli z powrotem do Paryża. Tylko Château-Renaud rozglądał się jeszcze przez chwilę za Morrelem; ale gdy patrzył, jak odchodzi hrabia, Morrel gdzieś znikł — i Château-Renaud poszedł za Debray’em i Beauchampem.

Monte Christo ukrył się w zaroślach i zza szerokiego grobu śledził Morrela.

Maksymilian szedł wolno ku kaplicy, opuszczonej już przez ciekawskich i grabarzy. Rozejrzał się powoli nieprzytomnym wzrokiem; gdy zwrócił spojrzenie w inną stronę, Monte Christo niepostrzeżenie zbliżył się do niego o jakie dziesięć kroków.

Młodzieniec ukląkł.

Hrabia wyciągnął szyję i patrząc czujnie, jakby spięty do skoku, podkradł się jeszcze bliżej do Morrela.

Morrel oparł czoło o kamień, objął ramionami kratę i wyszeptał:

— Valentine!

Hrabiemu o mało nie pękło serce. Podszedł o krok i łagodnie dotknął ramienia Morrela.

— Przyjacielu — rzekł — szukałem cię.

Monte Christo spodziewał się wybuchu, wyrzutów, oskarżeń. Mylił się. Morrel uniósł głowę i z pozornym spokojem powiedział:

— Widzisz pan, że się modliłem.

Hrabia spojrzał nań przenikliwie. I chyba się uspokoił.

— Chce pan, odwiozę pana do Paryża? — rzekł.

— Nie, dziękuję.

— A może czegoś panu trzeba?

— Niech mnie pan zostawi, chcę się pomodlić.

Hrabia oddalił się bez słowa sprzeciwu, ale tylko po to, aby znów się ukryć w pobliżu i dalej obserwował Morrela.

Maksymilian wstał wreszcie, otrzepał spodnie na kolanach i poszedł w kierunku miasta, nie oglądając się ani raz. Schodził wolno ulicą de la Roquette.

Hrabia, odesławszy powóz, który czekał przy bramie cmentarza, szedł za Morrelem w odległości stu kroków.

Maksymilian przeszedł most na kanale i wrócił bulwarami na ulicę Meslay.

Pięć minut później te same drzwi otwarły się przed Monte Christem. Julia stała przy furtce do ogrodu i przypatrywała się imć Penelonowi, który jako ogrodnik traktujący na serio swoje obowiązki, szczepił właśnie róże bengalskie.

— A! Pan hrabia! — zawołała z radością. Wszyscy w rodzinie Morrelów cieszyli się, za każdym razem, gdy Monte Christo pojawiał się na ulicy Meslay.

— Maksymilian już wrócił, prawda? — spytał hrabia.

— Chyba tak — odparła Julia — ale może lepiej zawołam Emanuela?

— Pani wybaczy, ale muszę koniecznie pójść do Maksymiliana. Muszę mu powiedzieć coś bardzo ważnego.

— A więc nie zatrzymuję pana — rzekła i patrzyła za nim, uśmiechając się ślicznie, póki nie zniknął na schodach.

Monte Christo wbiegł szybko na drugie piętro, stanął i zaczął nasłuchiwać: ale panowała cisza jak makiem zasiał. Jak to zazwyczaj bywa w tych starych domach, w których mieszka tylko jedna rodzina, piętro oddzielone było od korytarza tylko oszklonymi drzwiami. Ale drzwi były zamknięte, a w zamku nie było klucza. Maksymilian zamknął się od wewnątrz. Nic nie było widać — szyby zasłonięte były pąsowymi jedwabnymi zazdrostkami. Niepokój wzrósł w nim do tego stopnia, że na twarz wystąpił mu żywy rumieniec — był to objaw niezwykłego wzruszenia u tego człowieka iście z żelaza.

— Co robić? — szepnął.

I zastanowił się przez chwilę.

— Zadzwonić? Nie. Dzwonek oznacza wizytę, a to tylko przyspiesza decyzję u ludzi w takiej sytuacji, jak Maksymilian. I wtedy zaraz po dzwonku następuje strzał.

Monte Christo zadrżał. Ale — jako że decydował się zawsze w jednej chwili — uderzył łokciem w szybę i szyba rozprysła się w kawałki. Podniósł firankę i zobaczył, jak Morrel z piórem w ręku podskoczył za biurkiem, gdy posypało się szkło.

— To nic — powiedział hrabia. — Bardzo cię przepraszam, kochany przyjacielu! Pośliznąłem się i uderzyłem ręką w szybę; a skoro już ją wybiłem, to i wejdę do pana, niech pan sobie nie przeszkadza, proszę nie wstawać.

I sięgnąwszy ręką przez otwór po szybie przekręcił klucz i otworzył drzwi.

Morrel wstał z wyraźną niechęcią i wyszedł hrabiemu naprzeciw, raczej po to, by mu zagrodzić drogę, niż go przywitać.

— Do diabła, to wina twoich służących — rzekł Monte Christo, rozcierając sobie łokieć. — Posadzki lśnią u pana jak lustro.

— Nie zranił się pan przypadkiem? — zapytał zimno Morrel.

— E, nie wiem. Ale cóż pan robił? Pisałeś pan coś?

— Ja?

— Masz pan palce powalane atramentem.

— A tak. Pisałem. Zdarza mi się to czasem, choć jestem żołnierzem.

Monte Christo podszedł nieco do przodu.

Chcąc nie chcąc Maksymilian musiał go przepuścić, ale zaraz podążył za nim.

— Pisałeś pan? — powtórzył Monte Christo, wlepiając w niego wzrok tak przenikliwy, że aż męczący.

— Już miałem zaszczyt oznajmić panu, że tak.

Hrabia rozejrzał się.

— O, pistolety obok papeterii! — zdziwił się, wskazując palcem broń na biurku.

— Wyjeżdżam w podróż.

— Kochany przyjacielu! — rzekł Monte Christo z niewysłowioną czułością.

— Niech mnie pan zostawi.

— Przyjacielu kochany, Maksymilianie, błagam, nie uciekaj się do ostateczności!

— Do ostateczności? — wzruszył ramionami Morrel. — Przepraszam, ale dlaczego niby podróż ma być ostatecznością?

— Maksymilianie, zrzućmy maski. Maksymilianie, nie oszukasz mnie tym pozorowanym spokojem, tak samo jak ja cię nie oszukam moją niefrasobliwością. Rozumiesz, że skoro tak zrobiłem, skoro wybiłem szybę i wdarłem się do pokoju przyjaciela, nie troszcząc się o jego poczucie intymności, musiałem zaniepokoić się nie bez powodu, albo raczej powziąć okropne przekonanie. Maksymilianie, ty chcesz popełnić samobójstwo.

— O! — wzdrygnął się Morrel. — A skąd to panu przyszło do głowy?!

— Powtarzam: chcesz popełnić samobójstwo — rzekł hrabia wciąż tym samym łagodnym tonem. — I oto dowód.

Podszedł do biurka, podniósł kartkę, którą młodzieniec zarzucił na rozpoczęty list, i wziął go.

Morrel rzucił się, aby mu go wyrwać.

Ale Monte Christo przewidział to i uprzedził Maksymiliana, chwytając go za rękę i więżąc przegub jego dłoni w stalowym uścisku.

— No i właśnie, chciałeś się zabić — powiedział hrabia — wyraźnie to napisałeś.

— A co! — wybuchnął Morrel, rezygnując z pozornego spokoju. — A co, nawet jeśli tak jest? Kto mógłby mi przeszkodzić, gdybym przystawił sobie lufę do skroni? Kto miałby tyle odwagi? Powiem coś panu: moje nadzieje legły w gruzach, serce mam złamane, życie już dla mnie nie istnieje, wokół mnie tylko rozpacz i ohyda, ziemia to popiół, głos ludzki tylko mnie rani.

Powiem panu coś: jeśli mi pozwolisz umrzeć, okażesz tylko litość, bo jeśli nie umrę, stracę zmysły, zwariuję.

Czy ktoś, kto widzi moje cierpienie i łzy, może mi powiedzieć: „Nie masz racji”?

I czy ktoś przeszkodzi mi się uwolnić od tego cierpienia?

Niech pan powie: ośmieli się pan to zrobić?

— Tak — odparł Monte Christo tonem, który dość szczególnie kontrastował ze wzburzeniem młodego człowieka — tak, ośmielę się.

— Pan! — krzyknął Morrel, a w jego głosie narastał ton wyrzutu i gniew — pan, który mnie łudziłeś głupią nadzieją! Który mnie powstrzymałeś, ukołysałeś, uśpiłeś próżnymi obietnicami, kiedy mogłem jeszcze coś zrobić, jakąś wariacką decyzją albo ją ocalić — albo przynajmniej umarłaby w moich ramionach. Pan, który zjadłeś ponoć wszystkie rozumy i masz władzę nad materią; pan, który grasz tutaj rolę Opatrzności, a przynajmniej taką rolę sobie uzurpujesz, nie byłeś w stanie znaleźć odtrutki dla tej dziewczyny! O, doprawdy, mój panie, budziłby pan we mnie litość, gdybym nie czuł do pana wstrętu!

— Maksymilianie...

— Tak, powiedziałeś, abym zdjął maskę. I proszę bardzo, zdjąłem! Zadowolony?

Kiedyś pan poszedł na cmentarzu za mną, odpowiedziałem panu z dobrego serca. Kiedyś pan tu przyszedł, pozwoliłem panu wejść...

Ale skoro posuwasz się pan do tego stopnia, skoro napadasz mnie aż w tym pokoju, w którym ukryłem się jak w grobie... Skoro znów obracasz mi nóż w ranie, choć myślałem, że już żadnej męczarni nie można mi zadać... To, hrabio de Monte Christo, mniemany mój dobroczyńco, hrabio de Monte Christo, zbawco całego świata, raduj się, zobaczysz, jak umiera przyjaciel!...

I Morrel, śmiejąc się jak szaleniec, rzucił się ku pistoletom.

Monte Christo zbladł jak ściana, ale z oczu trysnęły mu błyskawice. Położył rękę na pistoletach i oznajmił:

— A ja ci powtarzam, że nic z tego!

— Spróbuj mi pan tylko przeszkodzić! — zawołał Morrel, ale znów powstrzymało go stalowe ramię hrabiego.

— Przeszkodzę panu!

— Ale kimże ty jesteś, abyś sobie uzurpował prawo do władzy nad istotami wolnymi i myślącymi?

— Kim jestem? — powtórzył Monte Christo. — Słuchaj: jestem jedynym człowiekiem na ziemi, który ma ci prawo powiedzieć: „Maksymilianie! Nie chcę, aby syn twojego ojca dziś zginął”.

I Monte Christo — majestatyczny, wspaniały, odmieniony — skrzyżował ramiona i podszedł do dygoczącego młodzieńca, który cofnął się, ulegając nadludzkiej potędze tego człowieka.

— Dlaczego mi pan mówisz o ojcu? — wybełkotał. — Dlaczego mieszasz jego wspomnienia z tym, co dziś przeżywam?

— Ponieważ to ja ocaliłem życie twojemu ojcu w chwili, gdy się chciał zabić, tak jak ty dzisiaj; ponieważ to ja przysłałem twojej siostrze sakiewkę, a twojemu ojcu „Faraona”. I ponieważ nazywam się Edmund Dantès i na moich kolanach bawiłeś się w dzieciństwie.

Morrel cofnął się jeszcze o krok, chwiejnie, bez tchu, zdruzgotany; nagle zabrakło mu sił — krzyknął i osunął się na ziemię u stóp Monte Christa.

Po chwili jednak odezwała się w nim jego silna natura: otrząsnął się, podniósł i wypadł z pokoju na schody, krzycząc przeraźliwie:

— Julio! Julio! Emanuelu! Emanuelu!

Monte Christo chciał rzucić się za nim, ale Maksymilian przytrzymywał drzwi ze wszystkich sił.

Na jego krzyk przybiegli przestraszeni Julia, Emanuel, Penelon i kilku służących.

Morrel chwycił ich za ręce i otwierając drzwi, zawołał:

— Klęknijcie — głos dławiło mu łkanie — klęknijcie! To nasz dobroczyńca, to on ocalił ojca! To...

Już miał powiedzieć:

To Edmund Dantés!

Ale hrabia wstrzymał go, ściskając mu ramię.

Julia pochwyciła dłoń hrabiego. Emanuel ściskał go jak jakieś opiekuńcze bóstwo. Morrel padł znów na kolana i czołem uderzył w ziemię.

Wtedy ten człowiek z żelaza poczuł, jak mocno bije mu serce, za gardło chwyciło go wzruszenie — pochylił głowę i zapłakał.

Przez długą chwilę w pokoju wszyscy płakali; westchnienia rozbrzmiewały takim chórem, że musiało to zachwycić nawet najukochańszych aniołów Pana.

Julia, ochłonąwszy ze wzruszenia, wybiegła z pokoju, ciesząc się jak dziecko, zbiegła na dół, do salonu i podniosła kryształowy klosz osłaniający sakiewkę, którą dał jej nieznajomy w Alejach Meilhańskich.

Tymczasem Emanuel mówił urywanym głosem do hrabiego:

— Ach, panie hrabio, jak mógł pan czekać aż do dziś, aby powiedzieć, kim jest? Przecież widział pan, jak często mówiliśmy o naszym nieznanym dobroczyńcy, z jaką czcią i wdzięcznością przechowywaliśmy pamiątkę po nim! O, to było okrucieństwo, i to nie tylko wobec nas, ale, rzec się ośmielę, i wobec siebie samego.

— Posłuchaj, mój przyjacielu — rzekł hrabia — a mogę tak pana nazywać, bo nie wiedząc tego, byłeś pan moim przyjacielem od lat jedenastu. Tajemnica ta wyszła na jaw na skutek pewnego ważnego wydarzenia, którego nie mogę panu wyjawić. Bóg mi świadkiem, że chciałem ją na zawsze ukryć na dnie duszy, ale Maksymilian wyrwał mi ją gwałtem — i żałuje teraz za to, jestem pewien.

A widząc, że Maksymilian, ciągle na klęczkach, oparł głowę o fotel, dorzucił cicho, ściskając w znaczący sposób rękę Emanuela:

— Czuwaj pan nad nim.

— Czemuż to? — zdziwił się Emanuel.

— Nie mogę tego powiedzieć, ale czuwaj nad nim.

Emanuel ogarnął wzrokiem pokój i spostrzegł pistolety Maksymiliana.

Utkwił w nich przerażone oczy i wskazał palcem.

Monte Christo skinął głową.

Emanuel uczynił ruch, jakby chciał po nie pójść.

— Niech je pan zostawi — rzekł hrabia.

Podszedł do Morrela i wziął go za rękę. Gwałtowne emocje, które na chwilę wstrząsnęły młodym człowiekiem, przeszły w głębokie odrętwienie.

Weszła Julia, trzymając w ręku sakiewkę; na jej policzkach perliły się niczym krople porannej rosy łzy radości.

— Oto nasza relikwia — rzekła. — Niech pan nie sądzi, że od kiedy znamy już naszego wybawcę, będzie dla mnie mniej cenna.

— Dziecko — odparł, rumieniąc się, Monte Christo — proszę, zwróć mi teraz tę sakiewkę. Skoro już znasz rysy mojej twarzy, chcę, aby przypominała ci o mnie tylko przyjaźń, o którą się ubiegam.

— O, nie, nie! — rzekła Julia, przytulając sakiewkę do serca. — Błagam, niech mi jej pan nie odbiera. Przecież pewnego dnia możesz nas pan opuścić. Bo opuścisz nas pan pewnego dnia, prawda?

— Zgadłaś, pani — uśmiechnął się Monte Christo. — Za tydzień opuszczę ten kraj. Tylu ludzi, którzy zasługiwali na zemstę niebios, żyło tu w szczęściu, podczas gdy mój ojciec konał z głodu i rozpaczy!

Zapowiadając rychły wyjazd, Monte Christo nie spuszczał z oka Morrela i spostrzegł, że gdy mówił „opuszczę ten kraj”, nie wyrwało to Morrela z letargu. Zrozumiał, że musi stoczyć z cierpieniem przyjaciela ostatnią walkę. Wziął ręce Julii i Emanuela, uścisnął je razem w swoich dłoniach i rzekł łagodnie, a zarazem stanowczo, niczym ojciec:

— Kochani moi, zostawcie nas samych z Maksymilianem.

Korzystając z tej chwili, Julia zabrała chyłkiem swoją cenną pamiątkę. Żywo pociągnęła męża za rękę.

— Zostawmy ich — rzekła.

Hrabia został z Morrelem, znieruchomiałym jak posąg.

— I cóż? — odezwał się, dotykając jego ramienia palcem, który sparzył Maksymiliana jak ogień. — Jesteś już znowu mężczyzną?

— Tak, znów zaczynam cierpieć.

Hrabia zmarszczył czoło i zagłębił się na chwilę w jakichś ponurych rozważaniach.

— Maksymilianie, Maksymilianie — rzekł — nie godzi się tak myśleć chrześcijaninowi.

— Uspokój się, przyjacielu — odparł Morrel, podnosząc głowę i uśmiechając się do hrabiego z niewymownym smutkiem. — Nie będę już szukał śmierci.

— Czyli już żadnej broni, koniec rozpaczy?

— Nie, bo mam coś lepszego, aby się wyleczyć z rozpaczy, niż lufa pistoletu czy nóż.

— Biedny szaleńcze!... Cóż to jest?

— Cierpienie. Ono samo mnie zabije.

— Posłuchaj mnie, przyjacielu — rzekł Monte Christo, a w jego głosie brzmiała taka sama melancholia — pewnego dnia i ja chciałem popełnić samobójstwo w przystępie rozpaczy takiej jak twoja. Pewnego dnia także twój ojciec chciał się zabić pogrążony w podobnej jak twoja desperacji.

Gdyby ktoś powiedział twemu ojcu w chwili, gdy przykładał sobie lufę do skroni...

Gdyby ktoś powiedział mi w chwili, gdy odsuwałem od siebie chleb więzienny, po trzech dniach głodówki...

Gdyby powiedziano nam obu w tej krytycznej chwili: „Żyjcie! Nadejdzie dzień, w którym, szczęśliwi, będziecie błogosławić życie” — czyjkolwiek byłby to głos, uśmiechnęlibyśmy się z powątpiewaniem i niedowierzaniem. A przecież ile razy twój ojciec, całując cię, błogosławił życie, ile razy ja sam...

— Ach! — przerwał Morrel hrabiemu — ale pan straciłeś tylko wolność, mój ojciec utracił tylko majątek, a ja straciłem Valentine!

— Popatrz na mnie, Maksymilianie — rzekł Monte Christo, przybierając uroczysty ton, dzięki któremu to, co mówił, wywierało tak wielkie, przekonywujące wrażenie — popatrz na mnie: nie mam łez w oczach, nie chwyta mnie rozgorączkowanie, serce nie bije mi żałobnie... A przecież widzę, jak cierpisz, ty, którego kocham tak, jak kochałbym syna; czy nie przekonuje cię to, że cierpienie jest jak życie: na jego końcu czeka zawsze coś nieznanego. Otóż jeśli cię błagam, jeśli nakazuję ci, abyś żył, to w przekonaniu, że pewnego dnia mi za to podziękujesz.

— Boże, Boże! Co mi pan mówisz? Niech pan zważa na słowa! A może nigdy pan nie kochałeś?

— Dzieciaku!

— Ale prawdziwą miłością.

Bo widzi pan, od kiedy jestem mężczyzną, jestem żołnierzem. Nie kochałem do dwudziestego dziewiątego roku życia — uczucia, jakie odczuwałem wcześniej, nie zasługują na miano miłości. I cóż, w wieku dwudziestu dziewięciu lat zobaczyłem Valentine. Kocham ją od prawie dwóch lat, przez dwa lata czytałem w jej sercu cnoty dziewczęce i kobiece, wypisane tam ręką Pana.

Hrabio, widziałem w życiu z Valentine szczęście bez granic, niezmierne, tajemnicze i zbyt wielkie, zbyt boskie jak na ten świat; skoro na tym świecie go nie zaznałem, rozumiesz, że bez Valentine na tej ziemi została mi już tylko rozpacz i zgryzota.

— Powiedziałem ci, abyś nie wyzbywał się nadziei.

— A ja powtórzę: zważ, co mówisz: bo gdybyś mnie przekonał, że jest jeszcze dla mnie nadzieja, oszalałbym — bo wmówiłby mi pan tym samym, że zobaczę jeszcze Valentine.

Hrabia uśmiechnął się.

— Przyjacielu, ojcze! — zawołał z uniesieniem Morrel. — Zważ, co mówisz, powtarzam ci po raz trzeci, bo twój wpływ na mnie zaczyna mnie przerażać. Zastanów się nad znaczeniem swoich słów, bo w oczach mi się przejaśnia, a serce odżywa. Zastanów się, bo zacznę zaraz wierzyć w rzeczy nadprzyrodzone.

Usłuchałbym, gdybyś kazał mi podnieść kamień grobowy przykrywający córkę Jaira, chodziłbym po falach, jak apostoł, gdybyś skinął ręką. Zastanów się, bo posłuchałbym.

— Miej nadzieję — powtórzył hrabia.

— Ech, drwisz pan ze mnie — westchnął Morrel, spadając z wyżyn uniesienia w otchłań smutku — zachowujesz się jak dobra czy raczej samolubna matka, która koi miodowymi słowami cierpienie dziecka, bo męczą ją jego płacze. Nie, przyjacielu, niepotrzebnie mówiłem ci, abyś się zastanowił. Nie, nie obawiaj się niczego — starannie pogrzebię mój ból w sercu, ukryję go i zataję, i nie będziesz mi pan musiał nawet współczuć. Żegnaj, przyjacielu!

— Wcale nie, Maksymilianie — odparł hrabia. — Od tej chwili będziesz mieszkał ze mną, nie będziemy się rozstawali, a za tydzień wyjeżdżamy obaj z Francji.

— I ciągle mi pan mówi, bym nie tracił nadziei?

— Mówię ci, byś jej nie tracił, bo znam sposób, aby cię wyleczyć.

— Hrabio, zasmucasz mnie tylko jeszcze bardziej, jeżeli to tylko możliwe. Wydaje się panu, że po tym ciosie dopadło mnie tylko zwyczajne cierpienie i chcesz mnie wyleczyć równie zwyczajnym środkiem — podróżą.

I Morrel potrząsnął głową z niedowierzaniem przemieszanym ze wzgardą.

— I cóż ja ci mam powiedzieć? — podjął Monte Christo. — Wierzę w moje obietnice, proszę cię, zróbmy doświadczenie.

— Hrabio, przedłużasz tylko moją agonię, to wszystko.

— Słabe masz serce. A więc nie masz już siły, aby ofiarować przyjacielowi parę dni na próbę, której chciałby dokonać! Czy ty wiesz, co może hrabia de Monte Christo? Czy wiesz, że ma na rozkazy niejedną ziemską potęgę? Czy wiesz, że ma dosyć wiary w Boga, by uzyskać cud u tego, który mówił, że wiara przenosi góry? A ja mam nadzieję na taki cud, poczekaj na niego i ty, albo...

— Albo... — powtórzył Morrel.

— Albo uważaj, bo nazwę cię niewdzięcznikiem.

— Miej nade mną trochę litości, hrabio!

— Mam dla ciebie tyle litości, słuchaj, Maksymilianie, tyle litości, że jeżeli za miesiąc, dokładnie do tej samej godziny nie zdołam cię uleczyć, to — zapamiętaj dobrze moje słowa — położę przed tobą te nabite pistolety i kielich trucizny włoskiej, pewniejszej, szybszej aniżeli ta, która zabiła Valentine.

— Przyrzekasz mi?

— Tak, bo i ja jestem człowiekiem, bo i ja chciałem umrzeć, jak ci mówiłem... I często, nawet gdy już odstąpiło mnie nieszczęście, marzyłem nadal o rozkoszach wiecznego snu.

— Och, naprawdę mi to pan przyrzekasz? — zawołał Morrel w uniesieniu.

— Nie przyrzekam, ale przysięgam — rzekł Monte Christo, wznosząc rękę.

— To znaczy, że na swój honor przyrzekasz mi pan, iż jeśli za miesiąc nie znajdę pociechy, pozwolisz mi uczynić ze sobą, co zechcę, i cokolwiek zrobię, nie nazwiesz mnie niewdzięcznikiem?

— Tak, za miesiąc, tego samego dnia, o tej samej godzinie. A to święta data: nie wiem, czy o tym pomyślałeś, że mamy dziś piątego września. Dziesięć lat temu uratowałem twojego ojca, który też chciał umrzeć.

Morrel chwycił ręce hrabiego i ucałował.

Hrabia nie powstrzymywał go.

— Za miesiąc — odezwał się — będziemy siedzieli przy stole, na którym położę ci dobre pistolety i cichą truciznę. Ale obiecujesz mi w zamian, że będziesz żył, że zaczekasz?

— O, teraz ja przysięgam — zawołał Morrel.

Monte Christo przyciągnął go do siebie i długo tulił w objęciach.

— A teraz — rzekł — od dziś zamieszkasz u mnie. Zajmiesz pokoje Hayde: zamiast córki będę miał syna.

— Hayde? A cóż się z nią stało?

— Wyjechała tej nocy.

— Aby się z panem na zawsze rozstać?

— Aby na mnie czekać... Przygotuj się i przyjedź do mnie, a teraz pomóż mi wyjść tak, aby mnie nikt nie zauważył.

Maksymilian spuścił głowę i usłuchał jak dziecko słucha ojca lub jak apostoł Pana.