105. Podział

W hotelu przy ulicy Saint-Germain-des-Près, który Albert wybrał dla siebie i dla matki, pierwsze piętro było wynajęte w całości przez jakąś tajemniczą osobistość.

Był to mężczyzna; ale jego twarzy nie zdołał nigdy dojrzeć nawet odźwierny, zimą bowiem ów człowiek owijał się szczelnie czerwonym szalem — jakie noszą stangreci z dobrych domów, którzy czekają na swoich państwa przed teatrem, w lecie zaś zawsze akurat wtedy, gdy mijał portiernię — wydmuchiwał nos w chustkę.

Należy przyznać, że wbrew przyjętym zwyczajom, nikt w hotelu nie szpiegował owego lokatora. Szanowano jego tajemnicę, chodziły bowiem pogłoski, że pod tym incognito skrywa się osobistość o długiej ręce, postawiona bardzo wysoko.

Przychodził zazwyczaj o ustalonej porze, czasem tylko trochę wcześniej lub później; niezależnie od pory roku przychodził mniej więcej o godzinie czwartej, nigdy jednak nie spędzał tu nocy.

W zimie, o wpół do czwartej, dyskretna służąca, która miała pieczę nad tym mieszkaniem, rozpalała ogień; latem o tej samej godzinie przynosiła lody.

O czwartej, jak wspomnieliśmy, zjawiała się tajemnicza osoba. Po dwudziestu minutach od jej przyjścia przed hotelem zatrzymywał się powóz; wysiadała z niego kobieta ubrana na czarno lub w granacie, lecz zawsze zawoalowana; przemykała niczym cień obok recepcji, następnie wchodziła bezszelestnie po schodach.

Nigdy nikt nie pytał, do kogo idzie. Odźwierni nigdy nie dojrzeli twarzy nieznajomej; byli to wprost modelowi odźwierni, wśród całej paryskiej konfraterii odźwiernych chyba jedyni dwaj zdolni do zachowania takiej dyskrecji.

Tajemnicza kobieta zatrzymywała się na pierwszym piętrze. Pukała w umówiony sposób. Drzwi otwierały się i zamykały równie szybko — więcej nie trzeba dodawać.

W ten sam sposób opuszczali hotel. Najpierw wychodziła nieznajoma, tak samo zawoalowana, wsiadała do powozu, który natychmiast znikał raz za jednym, raz za drugim rogiem ulicy. Po dwudziestu minutach wychodził z kolei nieznajomy, skrywając twarz za czerwonym szalem lub chusteczką i znikał za zakrętem.

Nazajutrz po wizycie hrabiego de Monte Christo u Danglarsa, w dzień pogrzebu Valentine, tajemniczy lokator, zamiast jak zwykle o czwartej po południu, przyszedł tym razem o dziesiątej rano. Zaraz za nim, bez zwyczajowego odstępu dwudziestu minut, przyjechała dorożka i zawoalowana kobieta wbiegła na górę.

Drzwi otwarły się i zamknęły. Lecz zanim zdążyły się zamknąć, krzyknęła:

— Lucjanie! Najdroższy!

Usłyszał to niechcący odźwierny i dowiedział się, że lokator ma na imię Lucjan, ale jako wzór odźwiernych obiecał sobie, że nie powie o tym nawet żonie.

— Cóż się stało, najdroższa? — zapytał ten, którego imię zdradziło zdenerwowanie i pośpiech damy. — Mów, mów!

— Najdroższy, mogę ci zaufać?

— Oczywiście, przecież wiesz. Ale o co chodzi? Twój liścik, który otrzymałem dzisiaj rano bardzo mnie zaniepokoił. I ten pośpiech, i ten bezładny list... co to znaczy?

— Lucjanie, stało się coś niezwykłego! — rzekła dama, spoglądając badawczo na Lucjana. — Tej nocy wyjechał mój mąż.

— Wyjechał? Pan Danglars wyjechał! A gdzie?

— Nie wiem.

— Jak to! Nie wiesz? Wyjechał bez zamiaru powrotu?

— Tak! O dziesiątej wieczorem kazał odwieźć się na rogatkę Charenton; tam przesiadł się do pocztowej berlinki i ruszył dalej, z jednym tylko służącym. Powiedział stangretowi, że jedzie do Fontainebleau.

— I co ty na to?

— Posłuchaj dalej, zostawił mi list.

Baronowa wyjęła z kieszeni rozpieczętowany list i podała Debray’owi. Nim Debray zaczął czytać, zawahał się przez chwilę, jakby chciał odgadnąć, co mogło być w liście, a raczej jakby już podjął decyzję, niezależnie od tego, co list mógł zawierać.

Po chwili, zastanowiwszy się, zabrał się do czytania.

Oto, co było w liście, który doprowadził panią Danglars do takiego zdenerwowania:

Najwierniejsza wśród małżonek!

Debray spojrzał mimo woli na baronową, która zaczerwieniła się aż po białka oczu.

— Czytaj! — rzekła.

Gdy otrzymasz ten list, nie będziesz już miała męża! O, niech Cię to zbytnio nie alarmuje, tracisz męża, tak jak tracisz córkę — oznacza to, że będę już wtedy na jednym z czterdziestu gościńców prowadzących poza granice Francji.

Posłuchaj:

Dziś przed południem musiałem wypłacić pięć milionów; zaraz potem zjawił się następny interesant, żądając takiej samej kwoty; przełożyłem wypłatę na jutro. Wyjeżdżam więc, aby uniknąć tego jutra, które byłoby dla mnie stanowczo zbyt nieprzyjemne.

Rozumiesz to, prawda, najwspanialsza wśród małżonek?

Mówię: rozumiesz, ponieważ równie dobrze jak ja znasz moje interesy; znasz je nawet lepiej ode mnie, nie wiem, gdzie przepadła połowa mojego majątku, niegdyś wcale ładnego, ale Ty, jestem tego pewien, potrafiłabyś tu udzielić bardzo dokładnych informacji.

Kobiety mają niezawodny instynkt, który chroni je przed niebezpieczeństwem, a za pomocą swojej własnej algebry potrafią wyjaśnić nawet cuda. Ale ja znałem tylko moje cyfry i zupełnie się pogubiłem, kiedy mnie zawiodły.

Czy nie zwróciłaś z podziwem uwagi na prędkość mojego upadku?

Nie poraził Cię blask moich topniejących sztab złota?

Bo przyznaję się, że ja widziałem tylko ogień; ale miejmy nadzieję, że odgrzebałaś z popiołu trochę złota.

Z tą krzepiącą nadzieją odjeżdżam, najroztropniejsza wśród małżonek, nie mając najmniejszych wyrzutów sumienia; pozostali Ci jeszcze przyjaciele, owe popioły, o których wspomniałem, i swoboda, którą Ci zwracam.

Nadeszła jednak chwila, kiedy muszę zdobyć się na umieszczenie tu kilku słów w kwestii osobistej. Dopóki wierzyłem, że pracowałaś dla naszego dobra i szczęścia naszej córki, z filozoficznym spokojem przymykałem na wszystko oczy. Skoro jednak zamieniłaś nasz dom w ruinę, nie zamierzam kłaść fundamentów pod cudzą fortunę.

Kiedy się pobieraliśmy, byłaś bogata, ale niezbyt zasługiwałaś na szacunek. Wybacz mi tę szczerość, ale skoro słowa te przeczytamy najprawdopodobniej tylko my, po co owijać w bawełnę.

Powiększałem nasz majątek, który wzrastał przez piętnaście lat, aż nareszcie nadeszła chwila, w której zburzyło ją parę klęsk, których sam do końca nie rozumiem. Mogę tylko śmiało powiedzieć, że nie nastąpiło to z mojej winy.

Ty zaś pracowałaś jedynie nad powiększeniem własnego majątku — i to Ci się udało, jestem o tym w pełni przekonany. Zostawiam Cię więc, taką jaką wziąłem — bogatą, choć niezbyt zasługującą na szacunek.

Żegnaj.

Ja także będę od dziś pracował tylko na własny rachunek. Jestem Ci wdzięczny za wzór, który mi dałaś i według którego będę postępować.

Twój oddany mąż

baron Danglars

Podczas tej długiej i nieprzyjemnej lektury, baronowa patrzyła uważnie na Debray’a; spostrzegła, że pomimo opanowania, z jakiego słynął, kilkakrotnie zmienił się na twarzy.

Skończywszy, złożył powoli papier i znów się zamyślił.

— No i co? — zapytała pani Danglars z zaniepokojeniem. — Co myślisz o tym liście?

— To proste, droga pani: twój mąż zostawił cię, żywiąc pewne podejrzenia.

— No tak, ale czy to wszystko, co masz mi do powiedzenia?

— Nie rozumiem — rzekł Debray z lodowatym chłodem w głosie.

— On odjechał! Odjechał na zawsze!

— O, w to niech pani nie wierzy.

— Nie, nie wróci, znam go bardzo dobrze. To człowiek niewzruszony, jeśli jego postanowienia wypływają z jego osobistego interesu. Gdyby ocenił, że mogę mu się na coś przydać, zabrałby mnie ze sobą. Zostawia mnie w Paryżu — a to znaczy, że nasza separacja może przynieść mu w czymś korzyść. A więc separacja jest nieodwołalna, a ja jestem wolna na zawsze — zakończyła pani Danglars z prośbą w głosie.

Lecz Debray nie odpowiadał — a ona patrzyła nadal niespokojnie i prosząco.

— Jak to? — odezwała się wreszcie. — Nic mi nie odpowiesz?

— Pozostaje mi zapytać tylko, co zamierzasz teraz zrobić?

— Właśnie miałam ciebie o to zapytać — odpowiedziała baronowa; serce biło jej gwałtownie.

— A, rady ode mnie chcesz? — rzekł Debray.

— Tak, chcę od ciebie rady — powtórzyła baronowa, a serce jej się ścisnęło.

— Skoro chcesz rady — odparł chłodno — to radzę ci wyjechać w podróż.

— W podróż!... — wyszeptała pani Danglars.

— Oczywiście. Jesteś przecież bogata i wolna, jak napisał pan Danglars. Według mnie, musisz opuścić Paryż, szczególnie po tym skandalu z małżeństwem Eugenii i po wyjeździe barona. Ludzie muszą koniecznie pomyśleć, że jesteś pani opuszczona i biedna. Nikt nie wybaczy żonie bankruta, która żyje w bogactwie i prowadzi otwarty dom. Trzeba tylko, abyś została jeszcze dwa tygodnie w Paryżu, powtarzając, że opuścił cię mąż i opowiadając przyjaciółkom, w jakich okolicznościach. Później wyprowadzisz się z pałacu, zostawisz tam całą swoją biżuterię, i zrzekniesz się dożywocia. Wtedy wszyscy będą głosić peany o twojej bezinteresowności. Wszyscy będą wiedzieli, że jesteś porzucona, i sądzili, żeś biedna — bo tylko ja znam twoją sytuację finansową i jako lojalny wspólnik jestem gotów zdać ci z tego rachunek.

Baronowa, blada, przygnębiona, słuchała z rozpaczą i przerażeniem tej spokojnej i rzeczowej przemowy.

— Porzucona! — powtórzyła. — Tak, porzucona, masz pan rację, nikt nie będzie wątpił, że tak jest.

To były jedyne słowa, na jakie mogła się zdobyć ta dumna i tak mocno zakochana kobieta.

— Ale bogata, i to bardzo bogata — kontynuował Debray, wyciągając z pugilaresu parę papierów i rozkładając je na stole.

Pani Danglars nie patrzyła na to wcale, usiłując stłumić bicie serca i powstrzymać łzy, które uporczywie napływały do oczu. W końcu poczucie godności zwyciężyło u baronowej; i jeśli nawet nie udało się jej stłumić bólu w sercu, powstrzymała łzy.

— Droga pani, mija już sześć miesięcy, od kiedy jesteśmy wspólnikami — rzekł Debray. — Wniosłaś sto tysięcy franków kapitału. Było to dokładnie w kwietniu. W maju zaczęliśmy operacje. Zarobiliśmy wtedy czterysta pięćdziesiąt tysięcy franków. W czerwcu zysk wzrósł do dziewięciuset tysięcy. W lipcu doszło do tego sto siedemdziesiąt tysięcy franków; był to, jak pani pamiętasz, miesiąc pożyczki hiszpańskiej. W sierpniu, na początku miesiąca, straciliśmy trzysta tysięcy. Ale w połowie miesiąca odzyskaliśmy wszystko, a pod koniec znów mieliśmy zyski. Na naszych kontach, które kazałem zablokować wczoraj, figurują aktywa wynoszące dwa miliony czterysta tysięcy, to znaczy po milion dwieście tysięcy dla każdego z nas. Teraz — ciągnął Debray, spoglądając wciąż do notatnika ze spokojem agenta giełdowego — dochodzi do tego jeszcze osiemdziesiąt tysięcy franków z oprocentowania.

— Ale skąd te procenty — przerwała baronowa — przecież nigdzie nie ulokowałeś pan tych pieniędzy?

— Wybaczy pani — odpowiedział zimno Debray — ale miałem twoje upoważnienie na lokatę i skorzystałem z niego. Tu ma pani czterdzieści tysięcy franków procentu plus sto tysięcy franków z początkowego wkładu, razem sto czterdzieści tysięcy franków. Zachowałem się przezornie i zgromadziłem twoją część przedwczoraj, czyli, jak widzisz, nie tak dawno, rzec by można, że spodziewałem się, że niebawem zostanę poproszony o zdanie rachunków. Mam więc tutaj pani pieniądze, połowa w banknotach, połowa w czekach na okaziciela. Mówię: tutaj, bo nie uważałem, aby mój dom był dla nich pewnym schronieniem, a notariusze nie są dyskretni. Zresztą nie mogłabyś pani nic kupić, bo weszłoby to do wspólnoty małżeńskiej. Przechowałem więc tę sumę — dziś jedyny pani majątek — w szkatułce, którą dla bezpieczeństwa osobiście zamurowałem w tej szafie. A teraz — i Debray otwarł szafę, a potem szkatułkę — ma tu pani osiemset tysiącfrankowych banknotów. Dodaję do tego obligacje na dwadzieścia pięć tysięcy franków renty. Ponadto weksel sto dziesięć tysięcy, płatny do mojego bankiera; a że moim bankierem nie jest pan Danglars, ręczę, że go zrealizujesz.

Pani Danglars machinalnie spojrzała na weksel, obligacje i plik banknotów. Ogromna ta fortuna wyglądała dość niepozornie, leżąc tak na stole. Nie uroniwszy ani jednej łzy, ale tłumiąc w piersi szloch, zebrała banknoty i włożyła je do torebki, obligacje i bon zamknęła w pugilaresie — i blada, milcząca, czekała choć na jedno ciepłe słowo, które pocieszyłoby ją wśród tego bogactwa. Czekała jednak na próżno.

— Teraz — rzekł Debray — masz przed sobą wspaniałe życie, masz przecież około sześćdziesięciu tysięcy franków renty. To ogromna suma, bo przecież nie możesz przez rok brać udziału w życiu towarzyskim. Dzięki temu możesz je zużyć na wszelkie fantazje, jakie ci przyjdą do głowy. A gdyby ci to nie wystarczało, zważywszy na styl życia, jaki wiodłaś do tej pory, gotów jestem ci dać do dyspozycji — o, naturalnie tytułem pożyczki — cały mój majątek, czyli milion sześćset tysięcy franków.

— Dziękuję panu. Wiesz pan dobrze, że to, co mi dajesz, to o wiele więcej, niż potrzeba takiej biednej kobiecie jak ja, która nie zamierza pojawiać się szybko na salonach.

Debray zdziwił się, lecz szybko się opanował i machnął ręką, jakby chciał powiedzieć: „Zrobisz pani, jak zechcesz”.

Pani Danglars zapewne aż do tej chwili jeszcze na coś liczyła; ale widząc ów niefrasobliwy gest, który niechcący wykonał Debray, ukośne spojrzenie, jakie mu towarzyszyło i głęboki ukłon złożony w znaczącym milczeniu, uniosła głowę, otwarła drzwi i spokojnie, bez scen, ale i bez wahania zbiegła ze schodów; nie raczyła nawet ukłonić się temu człowiekowi, który pozwolił jej w ten sposób odejść.

— Aha! — zawołał Debray po jej wyjściu. — Można radzić i radzić, a ona i tak zostanie w swoim pałacu, będzie czytała romanse i grała w lancknechta, skoro nie może już grać na giełdzie.

Wziął swój rejestr i wykreślił starannie wszystkie sumy, jakie jej wypłacił.

— Pozostaje mi jeszcze milion pięćset tysięcy. Jaka szkoda, że panna de Villefort umarła! Byłaby dla mnie pod wszystkimi względami dobrą partią, chętnie byłbym się z nią ożenił.

I jak zwykle odczekał jeszcze z flegmą dwadzieścia minut, po czym wyszedł.

Diabeł Asmodeusz, twór Lesage’a, który zrywał dach z domów, aby zajrzeć do środka, ucieszyłby się bardzo, gdyby zajrzał do hoteliku przy ulicy Saint-Germain-des-Près w chwili, gdy Debray zajmował się liczeniem.

Nad pokojem, gdzie przed chwilą Debray dzielił miliony między siebie a panią Danglars, znajdował się inny pokój, w którym mieszkały znane nam osoby. Odegrały na tyle istotną rolę we wcześniejszych wydarzeniach, że wrócimy do nich z zainteresowaniem.

Mieszkali tam Mercedes i Albert.

Mercedes bardzo się zmieniła. Nie chodziło jednak o ubiór — nawet w najlepszych czasach nigdy nie nosiła zbytkownych, krzykliwych strojów, które do tego stopnia zmieniają wygląd kobiety, że nie rozpoznaje się jej w skromniejszej sukni; nie wpadła też w depresję, która mogłaby odbić się piętnem na jej twarzy; nie, Mercedes zmieniła się, ponieważ utraciła blask w oczach, a z jej ust zniknął uśmiech, ponieważ na skutek nieustannego zakłopotania, przygasł jej tak niegdyś błyskotliwy dowcip.

To nie ubóstwo stłumiło ów dowcip, nie z braku odwagi znosiła tak źle nędzę. Zagubiona w tej sferze, do której sama zeszła, jak człowiek, który wychodzi z jaśniejącego światłami salonu, aby pogrążyć się w najgłębszych ciemnościach, podobna była do królowej, która z pałacu przeniosła się do chaty. Zmuszona zadowalać się tylko rzeczami niezbędnymi, sama się w tym wszystkim nie poznawała, nakrywając sama do stołu, stawiając na nim grube, fajansowe talerze, śpiąc już nie w puchu, ale na twardym tapczanie.

Piękna Katalonka, czy raczej szlachetna hrabina, straciła dumne spojrzenie i czarujący uśmiech, ponieważ gdzie nie spojrzała, widziała tylko przygnębiające przedmioty.

Pokoik oklejony był szarą tapetą, jaką oszczędni właściciele hoteli wybierają najczęściej, ponieważ najmniej się brudzi. W pokoju nie było dywanu. Meble raziły fałszywym zbytkiem i krzykliwymi kolorami oczy nawykłe do wytwornego otoczenia.

Pani de Morcerf mieszkała tu, od kiedy opuściła swój pałac. Całkowita cisza, jaka tu panowała, przyprawiała ją o zawroty głowy, zupełnie jak podróżnego, gdy znajdzie się nad przepaścią. Zauważywszy, że Albert obserwuje ją ukradkiem, wysilała się na uśmiech, który wyglądał jak przyklejony — i ponieważ nie odbijał się wcale w jej oczach, już nie promieniował jak dawniej ciepłem.

Albert też czuł się źle w nowym otoczeniu: trudno mu było pozbyć się nawyków dawnego, zbytkownego życia. Chciał chodzić bez rękawiczek, ale uznał, że ma zbyt białe ręce. Chciał chodzić pieszo, lecz uznał, że ma na to zbyt wylakierowane buty.

A jednak dwoje tych szlachetnych, inteligentnych ludzi, połączonych głęboką miłością, rozumiało się bez słów i potrafiło powiedzieć sobie bez ogródek, w jakiej sytuacji finansowej się znajdują.

Mercedes nie zbladła zatem, gdy Albert powiedział:

— Mamo, nie mamy więcej pieniędzy.

Nigdy przedtem Mercedes nie zaznała prawdziwej nędzy. Często, w młodości, mówiła o swoim ubóstwie, lecz ubóstwo i nędzę dzieli ogromna przepaść.

U Katalończyków brakowało jej wielu rzeczy, ale innych nigdy. Gdy sieci były dobre, były i ryby; kiedy udało się je sprzedać, był sznurek na reperację sieci. Nie miała przyjaciół, żyła tylko swoją miłością, ale miłość ta nie miała nic wspólnego z jej sytuacją materialną; musiała wtedy myśleć tylko o sobie. A tym, co miała, hojnie się dzieliła. Dzisiaj musiała się dzielić, ale nie miała czym.

Nadchodziła zima. Mercedes nie miała czym napalić w tym wyziębionym i pustym pokoju — ona, która mieszkała w pałacu ogrzewanym kaloryferami od piwnic po strych!

Nie miała ani jednego kwiatka — ona, której apartament był jedną wielką oranżerią, pełną najkosztowniejszych roślin! — Ale miała jeszcze syna...

Oboje traktowali swój obowiązek z jednakową egzaltacją. Egzaltacja graniczy z entuzjazmem, a entuzjazm czyni nas nieczułymi na rzeczywistość. Ale entuzjazm ucichł i krok po kroku trzeba było powrócić do rzeczy realnych.

— Mamo — mówił Albert w chwili, gdy pani Danglars schodziła ze schodów. — Policzmy nasze bogactwa. Muszę wiedzieć, ile mamy, zanim zacznę dalej planować.

— Co mamy? Nic — rzekła Mercedes z bolesnym uśmiechem.

— E, mamo, mamy przecież trzy tysiące franków. Twierdzę, że za tę sumę uda nam się we dwoje prowadzić bardzo przyjemne życie.

— Dziecko jesteś! — westchnęła.

— Niestety, mamo, za dużo wydałem w życiu pieniędzy, wiem, jaką mają wartość. Trzy tysiące franków to ogromna suma, buduję na niej cudowną, bezpieczną przyszłość.

— Mówisz tak, mój drogi, ale najpierw zastanów się, czy przyjmiemy te trzy tysiące — rzekła Mercedes, czerwieniąc się.

— Ależ zdawało mi się, że to postanowione — odparł stanowczym tonem Albert. — A przyjmujemy je tym bardziej, że ich jeszcze nie mamy w ręku. Przecież są zakopane na Alejach Meilhańskich w Marsylii. A za dwieście franków — dodał — dostaniemy się oboje do Marsylii.

— Za dwieście franków! Albercie, zastanowiłeś się nad tym, co mówisz?

— O tak, poinformowałem się na stacji dyliżansów i statków parowych. Wiem wszystko dokładnie. Ty, mamo, pojedziesz do Châlons dyliżansem. Zauważ, traktuję cię jak królową — bo to kosztuje trzydzieści pięć franków.

Albert pochwycił pióro i zaczął pisać:

Dyliżans — 35 franków

Statek parowy z Châlons do Lyonu — 6

Statek parowy z Lyonu do Awinionu — 16

Z Awinionu do Marsylii — 7

Koszty podróży — 50

Razem: 114 franków.

— No, powiedzmy sto dwadzieścia — dodał Albert z uśmiechem. — Prawda, mamo, jaki jestem hojny?

— A ty, moje biedne dziecko?

— Ja? Nie widzisz, że zostawiam dla siebie osiemdziesiąt franków? Młody człowiek, mamo, nie potrzebuje takich wygód; zresztą wiem dobrze, co to znaczy podróż.

— Tak, wynajętym powozem i z własnym służącym.

— Inaczej też, mamo.

— Dobrze — rzekła Mercedes — ale skąd weźmiemy te dwieście franków?

— Oto one, a tu kolejne dwieście. Sprzedałem zegarek za sto franków, a breloczki za trzysta. Ale traf! Breloczki były warte trzy razy więcej od zegarka! Jesteśmy więc bogaci: zamiast stu czternastu franków na podróż dla ciebie, kochana mamo, masz dwieście pięćdziesiąt.

— Ale jesteśmy jeszcze coś winni w hotelu?...

— Trzydzieści franków, ale ja je zapłacę — z moich stu pięćdziesięciu. To już postanowione. A ponieważ potrzebuję na drogę tylko osiemdziesiąt franków, widzisz, że aż tarzam się w luksusie. Ale to jeszcze nie wszystko. Co powiesz na to, mamo?

I Albert wyjął mały karnet zamykany na złoty zamek. Była to jedna z jego dawnych fantazji, a może pamiątka po jakiejś tajemniczej kobiecie, okrytej woalem, jednej z tych, które pukały czasem do furtki. Z karneciku Albert wyciągnął tysiącfrankowy banknot.

— A to co? — zdziwiła się Mercedes.

— Tysiąc franków, mamo, i to zupełnie nowiutkie.

— Ale skąd to wziąłeś?

— Posłuchaj, mamo, ale nie denerwuj się za bardzo. — Albert wstał, ucałował matkę w policzki i zaczął się jej przyglądać. — Mamo, nie wyobrażasz sobie nawet, jaka jesteś śliczna — rzekł, a w jego głosie brzmiała głęboka synowska miłość. — Jesteś najpiękniejszą, najszlachetniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem.

— Dziecko drogie! — szepnęła Mercedes, usiłując na próżno wstrzymać łzy.

— A nieszczęście, jakie na ciebie spadło, zmieniło moją miłość w uwielbienie.

— Ale ja wcale nie jestem nieszczęśliwa, bo mam syna. Dopóki mam syna, nigdy nie będę nieszczęśliwa.

— Och, i właśnie tu zaczyna się dla ciebie czas próby. Wiesz, jakie są nasze ustalenia?

— A to myśmy już coś ustalili? — zapytała Mercedes.

— Tak, ustaliliśmy, że zamieszkasz w Marsylii, a ja pojadę do Afryki. Zrzeknę się mojego nazwiska i wsławię się pod innym.

Mercedes westchnęła.

— Otóż, mamo, wczoraj zaciągnąłem się do spahisów — dodał młody człowiek, spuszczając oczy z zawstydzeniem, sam bowiem nie zdawał sobie sprawy, ile szlachetności okazał, decydując się na to upokorzenie. — A raczej uznałem, że mogę sobą rozporządzać i sprzedałem się. Od wczoraj kogoś zastępuję. Sprzedałem się, jak to mówią — dorzucił z wymuszonym uśmiechem — za więcej, niż sądziłem, że jestem wart: aż za dwa tysiące franków.

— A więc te tysiąc franków?... — zadrżała Mercedes.

— To połowa sumy. Drugą zapłacą za rok!

Mercedes uniosła oczy w górę i po policzkach spłynęły jej łzy.

— Cenę jego krwi! — wyszeptała.

— Tak — roześmiał się Albert — jeśli zginę. Ale zapewniam cię, droga mamo, że do ostatnich sił będę bronić mojej skóry. Nigdy przedtem nie odczuwałem takiej chęci życia.

— Boże! Boże! — zawołała Mercedes.

— Ale dlaczego myślisz, że mnie zabiją? Czy zginął Lamoricière, ten Ney Południa? Czy zginął Changamier? Czy zginął Morrel, którego znamy? Pomyśl, mamo, jaka to będzie radość dla ciebie, gdy mnie zobaczysz z powrotem w szamerowanym mundurze! Zapewniam cię, że zamierzam w nim wyglądać przepięknie. Wybrałem tę formację z kokieterii.

Mercedes westchnęła, siląc się na uśmiech. Szlachetna kobieta pojmowała dobrze, że jej dziecko ponosi cały ciężar ofiary.

— A więc, rozumiesz, mamo — odezwał się Albert — masz zapewnione cztery tysiące franków. Będziesz za nie żyła w dostatku przez dwa lata.

— Tak sądzisz?

W tych słowach, które się jej wyrwały, było tyle bólu, że ich prawdziwe znaczenie nie uszło uwadze Alberta. Serce mu się ścisnęło, chwycił dłoń matki i utulił ją w swoich.

— Tak, będziesz żyła — powtórzył.

— Tak, będę żyła — zawołała Mercedes — ale ty nie wyjedziesz, prawda?

— Mamo, wyjadę — rzekł Albert spokojnym, ale stanowczym głosem. — Kochasz mnie zbyt mocno, nie pozwolisz, abym żył tu bezczynnie jak próżniak. Zresztą już podpisałem.

— Postąpisz zgodnie ze swoją wolą, a ja zdam się na Boga.

— Nie postąpię zgodnie ze swoją wolą, ale tak, jak dyktuje mi rozum i konieczność. Jesteśmy oboje w rozpaczliwej sytuacji. Co dla ciebie dziś znaczy życie? Nic. A dla mnie? O, niewiele by znaczyło, gdyby nie było ciebie, mamo, wierz mi, gdyby nie ty, przysięgam ci, że odebrałbym je sobie w dniu, kiedy zwątpiłem w mojego ojca i wyrzekłem się jego nazwiska. Ale żyję, a jeśli przyrzekniesz mi, że nie stracisz nadziei, jeżeli zaufasz mi i powierzysz mi swoje przyszłe szczęście, doda mi to siły. W Afryce pójdę do gubernatora. To szlachetny człowiek, a przede wszystkim prawdziwy żołnierz; opowiem mu naszą smutną historię i poproszę, aby od czasu do czasu spojrzał tam, gdzie będę. Jeśli zwróci na mnie uwagę, za pół roku będę oficerem — albo zginę. Jeżeli zostanę oficerem, twój byt, droga mamo, będzie zapewniony. Będę miał wystarczająco dużo pieniędzy dla siebie i dla ciebie, a co więcej, zdobędę sławę — a dzięki temu oboje będziemy dumni z mojego nowego nazwiska — bo przybiorę twoje panieńskie nazwisko. Jeśli zaś zginę... tak, jeśli zginę, wtedy, możesz i ty umrzeć... To będzie szczyt, ale i kres naszych nieszczęść.

— Dobrze — odparła Mercedes, spoglądając szlachetnie. — Masz rację, pokażemy ludziom, którzy nas obserwują i czekają, co zrobimy, aby nas osądzić, pokażemy im, że zasługujemy przynajmniej na współczucie.

— Ale dość tych przygnębiających myśli! — obruszył się Albert. — Przysięgam ci, że jesteśmy, a przynajmniej możemy być bardzo szczęśliwi. Jesteś kobietą inteligentną i zdolną do rezygnacji, a ja wyzbyłem się wielu swoich upodobań i przygasiłem temperament, mam przynajmniej taką nadzieję. Gdy wstąpię do wojska, na pewno się wzbogacę. A ty, gdy wprowadzisz się do domu pana Dantèsa, na pewno odetchniesz spokojnie. Spróbujmy, bardzo cię proszę, musimy spróbować!

— Tak, spróbujmy, bo ty musisz żyć, musisz być szczęśliwy.

— Czyli podzieliliśmy się już, mamo — dodał Albert, udając całkowity spokój — i możemy wyjeżdżać. Chodźmy, zarezerwowałem ci miejsce.

— A dla siebie?

— Muszę tu jeszcze zostać dwa albo trzy dni. To początek naszej rozłąki i powinniśmy już powoli się do tego przyzwyczajać. Potrzebuję kilku listów polecających i paru informacji o Afryce. Spotkamy się w Marsylii.

— Dobrze, więc jedźmy! — rzekła Mercedes, narzucając na siebie kaszmirowy czarny szal, jedyny, jaki wzięła, a przypadkiem bardzo kosztowny. — Jedźmy.

Albert zebrał w pośpiechu papiery, zadzwonił po kogoś z hotelu, aby uregulować zaległe trzydzieści franków, podał matce ramię i wyszli na schody.

Ktoś schodził przed nimi. Usłyszawszy szelest jedwabnej sukni, ocierającej się o balustradę, obejrzał się.

— Debray! — szepnął Albert.

— Albert? — zawołał sekretarz ministra i zatrzymał się.

Ciekawość przemogła u niego nad chęcią zachowania incognito; zresztą i tak go już rozpoznano. Istotnie, to było dopiero ciekawe spotkanie — zapomniany hotelik, a w nim młodzieniec, którego nieszczęsna historia narobiła w Paryżu tyle hałasu.

— Jak się masz, Albercie? — rzekł Debray.

A gdy dostrzegł w półmroku zgrabną postać pani de Morcerf, całkiem zawoalowaną, dodał z uśmiechem:

— A, przepraszam bardzo, nie przeszkadzam ci, Albercie.

Albert zrozumiał, co miał na myśli Debray.

— Mamo — rzekł zwracając się do Mercedes — to pan Debray, sekretarz ministra spraw wewnętrznych, niegdyś mój przyjaciel.

— Jak to niegdyś? — wybełkotał Debray. — Co ty opowiadasz?

— Powiedziałem tak, panie Debray, ponieważ od dziś nie mam już przyjaciół i nawet nie powinienem ich mieć. Jestem panu wdzięczny, że raczył pan mnie rozpoznać.

Debray podszedł wyżej i uścisnął serdecznie dłoń Alberta.

— Wierz mi, Albercie — rzekł ze wzruszeniem, do którego był jednak zdolny — wierz mi, że głęboko ci współczuję i że jestem gotów pomóc ci w każdej chwili.

— Dziękuję — odparł z uśmiechem Albert. — Pomimo tego całego nieszczęścia jesteśmy jeszcze na tyle zamożni, że nie potrzebujemy pomocy od nikogo. Wyjeżdżamy z Paryża, podróż mamy już opłaconą, a zostało nam jeszcze pięć tysięcy franków.

Debray zaczerwienił się ze wstydu. Miał przecież przy sobie milion franków; a chociaż był człowiekiem racjonalnym i nieskorym do wielkich uniesień, nie mógł powstrzymać w sobie myśli, że oto pod dachem jednego domu przebywały dwie kobiety: jedna, słusznie zhańbiona, wybiegła stąd z sumą półtora miliona franków — i była biedna; a druga, dotknięta niesprawiedliwym ciosem, wychodziła z paroma groszami — i była bogata.

Porównanie to zachwiało poglądami Debray’a; filozoficzny wydźwięk sceny przytłoczył go. Wyjąkał kilka grzeczności na pożegnanie i szybko zbiegł ze schodów. Tego dnia jego podwładni bardzo ucierpieli z powodu złego humoru pana sekretarza.

Ale wieczorem Debray kupił sobie piękną kamienicę przy bulwarze de la Madeleine. Miała przynosić pięćdziesiąt tysięcy liwrów dochodu rocznie.

Nazajutrz o piątej po południu, w chwili, gdy Debray podpisywał akt własności, pani de Morcerf uściskała syna i wsiadła do dyliżansu.

W jednym z okien stacji dyliżansów Laffitte’a, od strony podwórza, na znajdującej się nad biurami antresoli stał jakiś mężczyzna. Patrzył, jak Mercedes wsiadała do powozu, widział, jak odjeżdżał dyliżans i jak odchodził Albert.

Pełen wątpliwości, przeciągnął po czole dłoń i westchnął:

— Jakże mam zwrócić tym niewinnym ludziom szczęście, które im zabrałem? Pomoże mi w tym Bóg.