66. Gabinet prokuratora królewskiego

Zostawmy bankiera, którego konie kłusem unoszą do domu, i wybierzmy się z panią Danglars na poranną przejażdżkę.

Mówiliśmy, że o wpół do pierwszej pani Danglars zawołała o konie i wyjechała.

Udała się w kierunku Przedmieścia Saint-Germain, minęła ulicę Mazarine i kazała przystanąć niedaleko Pont-Neuf. Wysiadła i poszła dalej piechotą.

Ubrała się bardzo skromnie, jak przystoi wytwornej damie podczas rannej przechadzki.

Na ulicy Guénégaud wzięła dorożkę i kazała się wieźć na ulicę Harlay.

Zaledwie wsiadła do fiakra, wyjęła bardzo gęsty, czarny woal i przymocowała go do słomkowego kapelusza; włożyła z powrotem kapelusz i z zadowoleniem popatrzyła w kieszonkowe lusterko: za woalem widać było tylko jej białą skórę i skrzące się oczy.

Dorożka przejechała przez Pont-Neuf i wjechała na dziedziniec Pałacu Sprawiedliwości; dorożkarz otwarł drzwiczki, pani Danglars zapłaciła mu i pospieszyła ku schodom; wbiegła na nie lekko i niebawem znalazła się w sali des Pas-Perdus.

Rano załatwia się tu wiele spraw i wielu zaaferowanych ludzi krząta się w Pałacu; ludzie zaaferowani raczej nie przypatrują się kobietom; nikt więc nie przyglądał się szczególnie pani Danglars, gdy przechodziła przez salę, podobnie jak nie zwracało niczyjej uwagi dziesięć innych kobiet, które czatowało tu na swoich adwokatów.

W przedpokoju u pana de Villefort panował tłok, ale pani Danglars nie potrzebowała nawet wymieniać nazwiska; gdy tylko weszła, wstał woźny, podszedł do niej i zapytał, czy to ona ma umówione spotkanie z panem prokuratorem; a gdy potwierdziła, zawiódł ją korytarzem, wzbronionym dla osób postronnych, do gabinetu pana de Villefort.

Urzędnik siedział w fotelu i pisał, odwrócony tyłem do drzwi.

Słuchał, jak otwierają się drzwi, jak woźny powiedział: „proszę wejść, łaskawa pani”, jak zamknął drzwi — i nawet nie drgnął. Ale gdy tylko kroki woźnego ucichły, prokurator poderwał się szybko, zamknął wszystkie zasuwy w drzwiach, zaciągnął zasłony w oknach i obejrzał dokładnie wszystkie kąty. Przekonawszy się, że nikt nie może go ani widzieć, ani słyszeć, uspokoił się zupełnie i rzekł:

— Dziękuję pani, dziękuję za słowność.

I przysunął jej krzesło, na którym pani Danglars natychmiast usiadła, bo serce biło jej tak, że trudno jej było złapać oddech.

— Bardzo już dawno nie zdarzyło mi się szczęście porozmawiania z panią sam na sam i przykro mi niewymownie, że się tu spotykamy, aby przeprowadzić nader trudną rozmowę — odezwał się prokurator, obracając fotel tak, aby znajdować się twarzą w twarz z panią Danglars.

— A jednak widzisz pan, że przyszłam na pierwsze pańskie wezwanie, chociaż rozmowa ta będzie z pewnością dużo cięższa dla mnie niż dla pana.

Villefort gorzko się uśmiechnął.

— A więc to prawda — rzekł, odpowiadając raczej na własną myśl niż na słowa pani Danglars. — A więc to prawda, że wszystkie nasze czyny pozostawiają po sobie w naszej przeszłości ślady — raz ciemne, raz jasne! A więc to prawda, że wszystkie nasze kroki przypominają czołganie się węża po piasku, na którym zostaje wyraźna bruzda? Niestety, wielu ludzi zostawia w niej swoje łzy!

— Mój panie, rozumujesz pan chyba moje wzruszenie? A więc, proszę cię, oszczędzaj mnie. Ten pokój, przez który przeszło tylu winnych, drżących i zawstydzonych, ten fotel, w którym teraz ja usiadłam drżąca i zawstydzona!... O, muszę odwoływać się do całego mojego rozumu, aby nie widzieć w sobie kobiety winowajczyni, a w panu groźnego sędziego.

Villefort potrząsnął głową i westchnął.

— A ja — odparł — powtarzam sobie, że moje miejsce nie jest w fotelu sędziowskim, ale na ławie oskarżonych.

— E, zdaje mi się, że pański purytanizm wyolbrzymia sytuację — rzekła pani Danglars i w jej jakże pięknym oku zapalił się przelotny błysk. — Ślady, o których pan mówisz, zostawia po sobie każda płomienna młodość. Na dnie namiętności ponad rozkoszą unosi się zawsze nieco wyrzutów sumienia. Dlatego właśnie Ewangelia, to trwałe źródło pociechy dla nieszczęśliwych, dała nam, biednym kobietom, w charakterze wsparcia duchowego, cudowną przypowieść o jawnogrzesznicy i wiarołomnej żonie. I przyznam się panu, że ilekroć wspomnę szaleństwa mojej młodości, myślę sobie, czasem, że Bóg mi je wybaczy — bo jeżeli nawet nie biłam się za to w piersi, to na pewno je odpokutowałam moimi cierpieniami. Ale pan, mężczyzna, a więc ten, którego świat zawsze usprawiedliwia, a skandal uszlachetnia, czegóż się w tym wszystkim możesz lękać?

— Znasz mnie pani dobrze — odparł Villefort — hipokrytą nie jestem, a przynajmniej nie jestem nim nigdy bez potrzeby. Jeżeli moja twarz jest surowa, to dlatego, że zachmurzyły ją liczne nieszczęścia; moje serce skamieniało, aby wytrzymać ciosy, jakie otrzymało. W młodości nie byłem taki, nie byłem taki w dzień moich zaręczyn, gdyśmy w Marsylii, przy ulicy du Cours siedzieli sobie wszyscy przy stole. Ale od tego czasu zmieniło się wiele — we mnie i wokół mnie; zużyłem życie, szukając rzeczy niemożliwych i łamiąc tych, którzy z własnej woli lub przypadkiem stawali mi na drodze. Rzadko się zdarza, aby to, czego gorąco pragniemy, nie było przed nami zażarcie bronione przez ludzi, od których chcemy to dostać lub którym chcemy to wyrwać. Dlatego większość złych czynów sama się ludziom podsuwa, przybierając złudny kształt konieczności. Popełniamy coś złego z obawy, w uniesieniu lub w szaleństwie, a potem sami dostrzegamy, że mogliśmy tego uniknąć. Nagle staje nam przed oczyma, wcześniej jakoś zakrytymi łuskami, środek uczciwy, łatwy i prosty; mówimy sobie: czemuż zrobiłem tak, zamiast tak? A was, kobiety, przeciwnie — rzadko dręczą wyrzuty sumienia, gdyż rzadko decyzja wypływa z waszej woli, wasze nieszczęścia są wam narzucone, a wasze grzechy prawie zawsze wynikają z występku innych.

— W każdym razie przyznaj pan, że jeśli popełniłam grzech, to nawet jeśli był to tylko mój grzech, zostałam wczoraj za niego surowo ukarana.

— Biedna! — rzekł Villefort, ściskając jej dłoń. — Zbyt surowo, jak na twoje siły, bo o mało nie zemdlałaś, a jednak... zbierz pani całą odwagę, bo to jeszcze nie koniec.

— Boże drogi — przeraziła się pani Danglars — a co się jeszcze może stać?

— Widzi pani tylko przeszłość, z pewnością jest ona ponura. No cóż, wyobraź sobie, że przyszłość może być jeszcze bardziej ponura.... straszna to na pewno... a może nawet krwawa!...

Baronowa znała zimną krew Villeforta; przeraziła się jego zdenerwowaniem tak dalece, że usta otwarły się jej do krzyku, ale krzyk zamarł jej w piersi.

— Jak zmartwychwstała ta okropna przeszłość? — zawołał Villefort. — Jak mogła, pogrzebana w grobie i na dnie naszych serc, powstać nagle niczym upiór, byśmy pobledli, by okrył nas rumieniec?

— Niestety, to z pewnością przypadek...

— Przypadek? O, nie, nie, pani, to nie przypadek!

— Ależ tak: czyż nie przypadek to wszystko sprawił? Przypadek fatalny, to prawda... Czy to nie przez przypadek hrabia de Monte Christo nabył ten dom? Czyż to nie przez przypadek kazał kopać w ziemi? Czy wreszcie nie przez przypadek znaleziono pogrzebane pod drzewami to nieszczęsne dzieciątko? Moja biedna, niewinna istotka, której nawet nie mogłam pocałować, a za którą tak płakałam! O, aż mi się serce krajało, gdy hrabia mówił o tym szkieleciku, znalezionym pod kwiatami.

— Otóż nie, pani — odparł głucho Villefort. — I to jest ta straszna rzecz, którą miałem pani powiedzieć. Nie było żadnego szkieleciku pod kwiatami, nie wykopano żadnego dziecka; nie, nie trzeba nam płakać i lamentować — trzeba nam drżeć.

— Co pan mówisz? — zawołała rozdygotana pani Danglars.

— Pan de Monte Christo nie mógł znaleźć w ziemi pod drzewami ani szkieleciku dziecka, ani okuć kuferka, bo ich tam nie było.

— Nie było ich tam? — powtórzyła pani Danglars, a jej źrenice, utkwione w prokuratorze, rozszerzyły się od strachu. — Nie było? — powtórzyła raz jeszcze, jakby chciała dźwiękiem słów uchwycić myśl, która gotowa była jej umknąć.

— Nie — potwierdził Villefort i wsparł czoło na dłoniach. — Nie i jeszcze raz nie!...

— A więc to nie tam pogrzebałeś pan dziecko? Po cóż mnie było oszukiwać? W jakim celu? No, mów pan!

— Pogrzebałem je właśnie tam; ale wysłuchaj mnie, pani, wysłuchaj, a może mnie pożałujesz, bo przez dwadzieścia lat nosiłem sam jeden bolesny ciężar.

— O Boże! Przerażasz mnie pan! Ale nieważne, mów, słucham.

— Pamiętasz pani, jak zakończyła się ta okropna noc, kiedy o mało nie umarłaś w swoim łożu, w tym czerwonym pokoju, a ja czekałem, dysząc tak strasznie jak ty, na chwilę rozwiązania. Dziecko urodziło się; gdy mi je podano, było nieruchome, nie oddychało, nie płakało, myśleliśmy, że nie żyje.

Pani Danglars drgnęła nagle, jakby chciała się zerwać z krzesła. Villefort powstrzymał ją, składając ręce, jakby błagał, by słuchała dalej.

— Myśleliśmy, że nie żyje — powtórzył. — Włożyłem je do kuferka, który miał mu zastąpić trumienkę, poszedłem do ogrodu, wykopałem dół i szybko je pogrzebałem. Zaledwie przysypałem je ziemią, wyciągnęła się ku mnie ręka Korsykanina.

Ujrzałem, jak wyrasta przede mną jakiś cień i coś błysnęło. Poczułem ból, chciałem krzyczeć, zimny dreszcz przebiegł mi całe ciało i zmroził mi gardło...

Upadłem, myśląc, że umieram.

Nigdy nie zapomnę, jaką odwagę wtedy okazałaś: gdy przyszedłem do siebie i podczołgałem się, konający, do schodów, ty, pani, sama ledwo żywa, zeszłaś mi naprzeciw. Musieliśmy zachować milczenie o tym okropnym wypadku. Ty miałaś na tyle męstwa, aby wrócić zaraz do domu w towarzystwie swojej niańki; ja wytłumaczyłem, że ranę odniosłem w pojedynku.

Nad wszelkie oczekiwanie nasz sekret się nie wydał. Zawieziono mnie do Wersalu, przez trzy miesiące walczyłem ze śmiercią, a gdy poczułem się nieco lepiej, lekarze zalecili mi słońce i powietrze Południa. Czterech ludzi przeniosło mnie z Paryża do Châlon, pokonując po sześć mil dziennie. Moja żona jechała w powozie za noszami. W Châlon wsiedliśmy na statek, spłynęliśmy Saoną do Rodanu i tak z prądem dotarliśmy do Arles. W Arles znów położono mnie na noszach i tak niesiono aż do Marsylii. Moja rekonwalescencja trwała pół roku. Nie słyszałem o tobie nic, nie odważyłem się dowiadywać, co się z tobą dzieje. Kiedy wróciłem do Paryża, dowiedziałem się, że owdowiawszy po panu de Nargonne, wyszłaś za pana Danglarsa.

O czym myślałem, odkąd odzyskałem przytomność? Ciągle o jednym — o nieżywym dziecku. Co noc śniłem, że wyrywa się spod ziemi i unosi się nad mogiłką, grożąc mi oczyma i gestem.

I gdy tylko wróciłem do Paryża, zasięgnąłem informacji: po naszych spotkaniach w domu nikt nie zamieszkał, ale właśnie został wynajęty na dziewięć lat. Poszedłem do najemcy, udałem, że mi jest bardzo przykro, iż dom rodziców mojej żony idzie w obce ręce, zaproponowałem odszkodowanie za zerwanie umowy. Lokator zażądał sześciu tysięcy franków; dałbym za to i dziesięć, i dwadzieścia tysięcy. Miałem tyle przy sobie, lokator podpisał zaraz akt zrzeczenia; gdy dostałem go do ręki, puściłem się galopem do Auteuil. Od czasu, gdy opuściliśmy ten dom, nikt nie przestąpił jego progu.

Była piąta po południu, wszedłem do czerwonego pokoju i jąłem czekać, aż zapadnie zmrok.

I tu stanęło mi przed oczyma wszystko to, co sobie powtarzałem przez rok niemocy tylko groźniejsze niż kiedykolwiek.

Ten Korsykanin, co mi wypowiedział vendettę, co mnie z Nîmes ścigał aż do Paryża, co się ukrył w ogrodzie, co mnie ugodził nożem, widział, jak wykopałem grób i pochowałem dziecko; mógł przecież widzieć i ciebie, a może i widział... Czy aby nie każe ci kiedyś zapłacić za zachowanie tajemnicy z tej strasznej sprawy?... Czy nie postanowi się zemścić w ten sposób dodatkowo, jeśli się dowie, że nie zginąłem od jego sztyletu? Dlatego musiałem przede wszystkim zniszczyć na wszelki wypadek materialne ślady tego wydarzenia. I tak byłyby aż nazbyt obecne w mojej pamięci.

Nadeszła noc, ale chciałem, aby ciemności zgęstniały na dobre. Siedziałem po ciemku; podmuchy wiatru poruszały kotarami i zdawało mi się, że czai się za nimi jakiś szpieg. Czasami zdejmował mnie dreszcz: zdawało mi się, że słyszę na łóżku za sobą twoje skargi, ale nie śmiałem się odwrócić. W tej ciszy słyszałem uderzenia własnego serca, a biło mi tak gwałtownie, że obawiałem się, by nie otwarła mi się rana. Wreszcie wszystkie odgłosy wsi ucichły. Byłem już pewien, że niczego nie muszę się już lękać, że nikt mnie nie podejrzy ani nie podsłucha i zdecydowałem się zejść.

Słuchaj, Herminio, uważam, że nie ustępuję w odwadze nikomu; ale kiedy zdjąłem kluczyk od schodków, który nosiłem na piersi, nasz kochany kluczyk, który chciałaś przywiązać do złotej obrączki, kiedy otwarłem drzwi i ujrzałem, jak księżyc rzucił na kręcone schody długie pasmo bladego światła, podobnego do widma, przywarłem do ściany i o mało nie krzyknąłem; myślałem, że tracę zmysły.

Na koniec odzyskałem nad sobą władzę. Schodek po schodku zacząłem iść na dół; nie mogłem tylko zapanować nad drżeniem nóg. Wczepiłem się palcami w poręcz; gdybym ją puścił, runąłbym w dół.

Dotarłem do drzwi na dole; o ścianę, na zewnątrz, oparta była łopata. Wziąłem ze sobą ślepą latarnię; zatrzymałem się na środku trawnika, zapaliłem ją i ruszyłem dalej.

Kończył się listopad; zieleń znikła, drzewa były już tylko szkieletami o długich kościstych ramionach; pod nogami zgrzytał piasek i szeleściły zeschłe liście.

Lęk tak mocno ściskał mi serce, że gdy zbliżyłem się do kępy drzew, wyjąłem pistolet i odciągnąłem kurki. Zdawało mi się, że zza gałęzi wychyla się twarz Korsykanina.

Oświetliłem drzewa latarnią — nikogo tam nie było. Rozejrzałem się — byłem sam; nic nie przerywało nocnej ciszy, tylko sowa pokrzykiwała piskliwie i ponuro, jakby wzywała nocne mary.

Przywiązałem latarnię do rozwidlonej gałęzi, którą pamiętałem jeszcze sprzed roku, w tym samym miejscu; gdzie wykopałem dół.

Przez lato wyrosła tu gęsta trawa, a choć nadeszła jesień, nikt jej nie skosił. Ale w jednym miejscu rosła rzadziej — i to przyciągnęło moją uwagę; oczywiście, grób był tutaj.

Zabrałem się do dzieła.

Nadeszła godzina, na którą czekałem rok!

Pracowałem, sondowałem trawnik łopatą, nie omijając ani jednego kawałka ziemi, sądząc, że wyczuwam opór — i nic! A przecież wykopałem dół dwukrotnie większy niż ten sprzed roku. Pomyślałem, że się pomyliłem; rozejrzałem się i przyjrzałem się drzewom, próbując odnaleźć jakieś szczegóły, które rzuciły mi się wtedy w oczy.

Wśród nagich gałęzi poświstywał zimny północny wiatr, a mimo to z czoła spływał mi pot. Przypomniałem sobie, że gdy otrzymałem cios, udeptywałem właśnie grób; a depcząc ziemię, opierałem się o hebanowiec; za mną stał sztuczny głaz, służący za ławkę; gdy bowiem upadłem, puściłem drzewo i moja ręka otarła się o kamień, czułem jeszcze jego chłód. Po prawej miałem hebanowiec, za mną był głaz; położyłem się więc w takiej samej pozycji, jak wtedy, po czym podniosłem się i znów zabrałem się do kopania i poszerzania dołu. I nic! Kuferka nie było!

— Nie było? — wyszeptała pani Danglars zdławionym przez trwogę głosem.

— Nie myśl, pani, że poprzestałem na tej próbie — ciągnął Villefort. — Skopałem ziemię wszędzie pod drzewami. Pomyślałem, że morderca odkopał skrzynkę, sądząc, że jest tam skarb, a kiedy ujrzał, że tak nie jest, zakopał ją gdzie indziej. Ale nic nie znalazłem. Potem przyszło mi do głowy, że nie zachowywał aż takiej ostrożności i po prostu cisnął ją w jakiś kąt. Ale by sprawdzić tę hipotezę, musiałem poczekać, aż nastanie dzień. Wróciłem więc do pokoju i czekałem. Nastał ranek, a ja zszedłem znowu. Najpierw poszedłem pod drzewa, mając nadzieję, że znajdę ślady, których nie zauważyłem w ciemności. Zorałem ziemię na powierzchni dwudziestu stóp kwadratowych, a na głębokość dwóch. Zapewne wyrobnikowi ledwo starczyłoby dnia, aby zrobić to, co ja uczyniłem w godzinę. I nic nie znalazłem.

Zacząłem więc szukać kuferka po całym ogrodzie. Morderca rzuciłby go najprawdopodobniej przy alejce prowadzącej do furtki; ale i te poszukiwania okazały się daremne. Ze ściśniętym sercem wróciłem do kępy drzew; nie miałem już żadnej nadziei.

— O! — zawołała pani Danglars — przecież można było oszaleć!

— Przez chwilę myślałem, że tak się stanie, ale nie spotkało mnie to szczęście. Zebrałem wszystkie moje siły i głowa zaczęła mi pracować; spytałem sam siebie: „po co ten człowiek miałby zabierać ze sobą trupka?”.

— Ależ sam powiedziałeś: aby mieć dowód!

— E, nie! Nie mogło o to chodzić. Nikt by przez rok nie trzymał u siebie trupa! Pokazuje się go prokuratorowi i składa zeznanie. A nic takiego się nie wydarzyło.

— Czyli?... — zapytała, dygocząc, Herminia.

— Czyli stało się coś znacznie gorszego, dla nas dużo bardziej fatalnego i strasznego: dziecko musiało jeszcze żyć, a morderca je uratował.

Pani Danglars krzyknęła okropnie i chwyciła Villeforta za ręce:

— Moje dziecko żyło! — zawołała. — Pogrzebałeś pan żywcem moje dziecko! Nie byłeś pewien, czy zmarło i pogrzebałeś je! Ach!...

Zerwała się, zacisnęła swoje kruche palce wokół przegubów jego dłoni i stała tak przed prokuratorem, niemal mu grożąc.

— Czy ja wiem?... Tak tylko powiedziałem, może było inaczej... — odparł Villefort, a patrzył tak nieprzytomnie, jakby ten człowiek, tak potężny, był o krok od szaleństwa albo jakiegoś desperackiego czynu.

— O moje dziecko, moje biedne dziecko! — zawołała baronowa, opadając na krzesło i tłumiąc szloch w chusteczce.

Villefort tymczasem przyszedł do siebie; pojął, iż aby odwrócić burzę wypływającą z uczuć macierzyńskich, która zbierała mu się nad głową, musi sprawić, aby panią Danglars przejęła ta sama trwoga, którą odczuwał on sam.

— Rozumiesz pani, że jeżeli rzeczywiście tak jest — odezwał się, wstając z fotela i podchodząc do baronowej, aby słychać było jego szept — jeżeli tak jest, to jesteśmy zgubieni. Dziecko żyje i ktoś o tym wie, ktoś zna naszą tajemnicę. A skoro Monte Christo mówi przy nas, że wykopał dziecko, którego tam nie było, to Monte Christo zna naszą tajemnicę.

— O Boże! Boże sprawiedliwy! Boże pomsty! — szepnęła pani Danglars.

Villefort zgrzytnął zębami.

— Ale to dziecko, co się stało z tym dzieckiem? — powtarzała z uporem matka.

— Ileż ja się go naszukałem! — odpowiedział Villefort, załamując ręce. — Ile razy przyzywałem je w długie, bezsenne noce! Ile razy marzyłem o królewskich bogactwach, aby móc kupić milion tajemnic od miliona ludzi i wśród nich znaleźć tę jedną! Wreszcie, pewnego dnia, gdy chwyciłem łopatę po raz setny, zastanowiłem się też po raz setny, co ten Korsykanin mógł zrobić z dzieckiem? Niemowlę to kłopot dla kogoś, kto ucieka. Może widząc, że jeszcze żyje, rzucił je do rzeki.

— O, niemożliwe! — krzyknęła pani Danglars. — Można zabić z zemsty, ale nikt z zimną krwią nie utopi dziecka!

— A może — ciągnął Villefort — oddał je do domu podrzutków.

— O, tak, tak!... Moje dziecko jest tam!

— Pobiegłem do przytułku i dowiedziałem się, że owej nocy, 20 września, podrzucono do koła niemowlę; owinięte było w pieluszkę z delikatnej tkaniny, przedartą umyślnie na dwie części. Na tym kawałku pieluszki była połowa korony baronowskiej i litera H.

— Tak, to samo! Cała moja bielizna była tak oznaczona. Nargonne był baronem, a ja mam na imię Herminia. Dzięki ci, Boże! Moje dziecko nie umarło przy porodzie!

— Nie, nie umarło.

— I pan mi to mówisz i nie boisz się, że umrę z radości? Gdzież ono? Gdzież jest moje dziecko?

Villefort wzruszył ramionami.

— Skąd mam wiedzieć? Myślisz pani, że gdybym wiedział, kazałbym ci przechodzić przez te wszystkie stadia napięcia, jak to czyni dramaturg lub powieściopisarz? Niestety, nie wiem... Pół roku po fakcie zjawiła się jakaś kobieta z drugą połową pieluszki. Dostarczyła wszystkich dowodów, jakich wymaga prawo i oddano jej dziecko.

— Ale trzeba było się dowiedzieć, kto ona, poszukać jej!

— A jak pani myślisz, co zrobiłem? Pod przykrywką śledztwa rozesłałem na wszystkie strony najlepszych agentów, o najczulszym węchu. Odkryliśmy, że zawędrowała do Châlon, ale w Châlon ślad po niej zaginął.

— Zaginął?

— Tak, zaginął na zawsze.

Pani Danglars słuchała tej opowieści zalewając się łzami.

— I to wszystko? — rzekła. — Na tym pan poprzestałeś?

— O nie, nigdy nie przestałem poszukiwać i wywiadywać się. Zaniedbałem to nieco jakieś trzy lata temu. Teraz jednak rozpocznę na nowo z jeszcze większą wytrwałością i zawziętością. I wie pani? Uda mi się, bo już nie tylko sumienie nie daje mi spokoju, ale i strach.

— Ależ hrabia Monte Christo nic o tym nie wie, bo przecież nie starałby się być z nami w tak dobrych stosunkach.

— O, złość sięga głęboko do serca ludzkiego, głębiej niż dobroć Boga. Czyś pani zauważyła, jak ten człowiek patrzył, gdy nam to opowiadał?

— Nie.

— Ale chyba czasem przyglądałaś mu się baczniej?

— No tak. To dziwak, i tyle. Tylko jedno mnie uderzyło: podczas tej wspaniałej uczty, jaką dla nas wydał, sam nie tknął niczego, nie skosztował żadnej potrawy.

— Tak, tak! I ja to zauważyłem. Gdybym wiedział to, co teraz, też bym niczego nie tknął, myślałbym, że chce nas otruć.

— I byłbyś się pan pomylił, jak sam widzisz.

— No tak, ale niech mi pani wierzy, ten człowiek ma inne zamiary. Dlatego chciałem się z panią widzieć, dlatego poprosiłem o rozmowę, dlatego chciałem panią ostrzec przed wszystkimi, ale przede wszystkim przed nim. Powiedz mi, pani — i Villefort spojrzał na nią tak przenikliwie, jak nigdy — czyś nigdy nie mówiła nikomu o naszym związku?

— Nigdy i nikomu.

— Rozumiesz, pani — rzekł serdecznie — że kiedy mówię „nikomu”, proszę mi darować tę natarczywość, to znaczy „nigdy nikomu na świecie”, czy tak?

— Och! Tak, tak, rozumiem bardzo dobrze — odparła baronowa, oblewając się rumieńcem. — Nigdy, przysięgam.

— Nie zapisujesz sobie aby wieczorem, co się działo w danym dniu? Nie prowadzisz pani diariusza?

— Niestety nie! Życie moje upływa na ulotnych głupstwach; ja sama o nich zapominam.

— A nie mówisz pani czasem przez sen?

— Śpię jak dziecko. Już nie pamiętasz?

Na twarz baronowej wystąpił purpurowy rumieniec, policzki Villeforta powlekły się bladością.

— To prawda... — przyznał tak cicho, że ledwie było słychać.

— A więc co teraz? — spytała baronowa.

— Teraz już wiem, co mam robić — odpowiedział Villefort. — Nim minie tydzień, będę wiedział, kim jest pan de Monte Christo, skąd się wziął, jakie ma zamiary, i dlaczego mówi przed nami o dzieciach wykopywanych w jego ogrodzie.

Villefort wypowiedział te słowa takim tonem, że gdyby słyszał je hrabia, przejęłyby go dreszczem.

Uścisnął rękę baronowej, choć ta podała mu ją z ociąganiem i odprowadził ją z szacunkiem do drzwi.