67. Bal letni
Tego samego dnia, prawie o tej samej porze, gdy pani Danglars naradzała się z prokuratorem, podróżny kocz zajechał na dziedziniec domu nr 27 przy ulicy Helderskiej.
Drzwiczki się otwarły, wysiadła pani de Morcerf, opierając się na ramieniu syna.
Odprowadziwszy matkę do jej pokojów, Albert zamówił sobie kąpiel, każąc jednocześnie przygotować konie; przebrał się i pojechał na Pola Elizejskie do hrabiego de Monte Christo.
Hrabia powitał go swoim zwykłym uśmiechem.
Dziwna rzecz: w znajomości z hrabią nie można było posunąć się ani kroku dalej poza pewną granicę. Ci, którzy chcieli sforsować wejście do jego serca, jeśli wolno nam użyć takiego wyrażenia, napotykali na ścianę nie do przebycia.
Morcerf, który biegł ku niemu z otwartymi ramionami, opuścił je nagle i mimo przyjaznego uśmiechu u hrabiego zaledwie ośmielił mu się podać dłoń.
A Monte Christo jak zwykle jej dotknął, ale jej nie uścisnął.
— No to jestem, kochany hrabio.
— Cieszę się bardzo.
— Przyjechałem godzinę temu.
— Z Dieppe?
— Z Tréport. I odwiedzam pana jako pierwszego.
— To niezmiernie miło z pana strony — odrzekł Monte Christo takim tonem, jakby mówił zupełnie co innego.
— No i co, wydarzyło się coś nowego? To znaczy, czy zrobiłeś pan coś dla mnie?
— Czyżbyś mi pan dał jakieś zlecenie przed wyjazdem? — spytał Monte Christo, udając niepokój.
— No, no, niech pan nie udaje. Podobno są sygnały, które możemy odbierać uczuciami na dalekie odległości: otóż w Tréport dostałem taki elektryczny sygnał. Albo zrobiłeś coś dla mnie, albo przynajmniej o mnie myślałeś.
— To możliwe. Istotnie, myślałem o panu, ale muszę się przyznać, że prąd, którego byłem przewodnikiem, działał niezależnie od mojej woli.
— Naprawdę? Niech mi pan opowie, błagam.
— To proste: był u mnie na obiedzie pan Danglars.
— Dobrze o tym wiem, bo właśnie dlatego z matką uciekliśmy.
— Ale był także u mnie pan Cavalcanti.
— Ten pański włoski książę?
— E, nie przesadzajmy. Pan Andrea używa tylko tytułu wicehrabiego.
— Powiadasz pan, że używa?
— Tak, używa.
— A więc nim nie jest?
— E, czy ja wiem? Sam się tak tytułuje, więc i ja go tak tytułuję, i wszyscy inni też. Czy to nie tak, jakby rzeczywiście miał ten tytuł?
— Ależ oryginał z pana! I co dalej? Pan Danglars był więc u pana na obiedzie?
— Był z wicehrabią Cavalcantim, jego ojcem markizem, panią Danglars, państwem de Villefort — o, to czarujący ludzie; z panami Debray’em, Morrelem, i kto tam jeszcze był?... Chwileczkę... Aha! I z panem de Château-Renaud.
— Była mowa o mnie?
— Ani słowa.
— Tym gorzej.
— A to czemu? Zdaje mi się, że sam pan sobie życzył, aby o panu zapomniano.
— Kochany hrabio, jeżeli nic o mnie nie mówiono, to dowodzi, że wiele o mnie myślano; a to mnie doprowadza do rozpaczy.
— Ale co to pana może obchodzić, jeśli nie było tam panny Danglars! A, prawda, mogła o panu myśleć w domu.
— O to jestem spokojny: nawet jeśli myślała, to na pewno tak, jak ja myślę o niej.
— Wzruszające, co za sympatia! A wiec oboje się nie znosicie?
— Proszę posłuchać: gdyby panna Eugenia była zdolna ulitować się nad moimi męczarniami i nagrodzić pozamałżeńskimi konwenansami, ogromnie by mi to odpowiadało. Krótko mówiąc, sądzę, że panna Eugenia byłaby uroczą kochanką, ale żoną... Brr!
— To tak pan myślisz o swojej przyszłej połowicy? — roześmiał się Monte Christo.
— O Boże, no dobrze, powiedziałem to w nieco brutalny sposób, ale za to szczery. Skoro więc nie można sprawić, by to marzenie się spełniło, skoro, aby osiągnąć ów cel, musiałbym ożenić się z panną Danglars — a to znaczy, że miałaby ze mną żyć, myśleć przy mnie, przy mnie śpiewać, komponować wiersze i muzykę o parę kroków ode mnie, i to przez całe moje życie — na samą myśl o tym ogarnia mnie przerażenie. Kochankę, drogi hrabio, można porzucić; ale z żoną, do licha, to co innego. Żonę ma się na wieki, czy blisko, czy daleko, ale na wieki. A posiadać na wieczność pannę Danglars, choćby nawet na odległość, to straszne.
— Jesteś pan wymagający.
— Tak, bo często marzy mi się rzecz niemożliwa.
— Co takiego?
— Znaleźć taką kobietę, jaką ojciec znalazł dla siebie.
Monte Christo zbladł i spojrzał na Alberta; aż skrzypnęły sprężyny prześlicznych pistoletów, którymi się właśnie bawił, gdy nagle naciągnął kurki.
— A więc ojciec pański miał dużo szczęścia — rzekł.
— Wiesz pan, co myślę o mojej matce: to istny anioł; zawsze piękna, zawsze dowcipna, zawsze dobra. Wracam z Tréport. Boże, synowie towarzyszą zwykle swoim matkom przez uprzejmość albo traktują to jako pańszczyznę. A ja spędziłem z nią cztery dni, mówię panu, tak przyjemnie, tak swobodnie, w atmosferze takiej poezji, jakbym zabrał do Tréport królową Mab lub Tytanię.
— Taka doskonałość może przyprawić o rozpacz. Gdy pan tak mówi, ma się ochotę zostać na zawsze starym kawalerem.
— I właśnie dlatego, wiedząc, że jest na świecie kobieta skończenie doskonała, niezbyt się palę do ożenku z panną Danglars. Zauważył pan kiedykolwiek, jak nasz egoizm ubiera w świetne barwy wszystko, co do nas należy? Diament, który migocze w witrynie u Marlégo czy Fossina, staje się dużo piękniejszy, gdy staje się nasz. Ale rozumiesz pan, jakie to cierpienie, kiedy wiemy, że istnieje inny diament, dużo czyściejszej wody, a my jesteśmy skazani już wiecznie na ten jeden?
— Myśli światowca — mruknął hrabia.
— I dlatego właśnie będę skakał z radości w dniu, kiedy panna Eugenia spostrzeże, że jestem tylko mizernym atomem i że mam zaledwie tyle tysięcy, ile ona milionów.
Monte Christo uśmiechnął się.
— Długo myślałem o czym innym — ciągnął Albert. — Franz lubi rzeczy ekscentryczne, chciałem go jakoś rozkochać w pannie Danglars; ale choć napisałem do niego cztery ogniste listy, Franz niezachwianie odpowiadał mi: „Jestem ekscentryczny, to prawda, ale ekscentryczność moja nie posuwa się do tego stopnia, abym złamał dane raz słowo”.
— To mi dopiero prawdziwe poświęcenie, tylko przyjaźń na takie stać: oddać komuś kobietę, której samemu by się nie chciało, chyba że na kochankę.
Albert uśmiechnął się.
— À propos — odezwał się — nasz kochany Franz przyjedzie tu lada dzień; ale to raczej pana nie obejdzie, bo zdaje mi się, że go pan raczej nie lubisz?
— Ja? — zdziwił się Monte Christo. — E, drogi panie Albercie, dlaczego pan tak myśli? Ja lubię wszystkich.
— A więc i mnie pan zawarł w tych wszystkich... bardzo dziękuję.
— O, ale nie mylmy pojęć. Kocham wszystkich, tak jak Bóg nakazuje kochać bliźniego, to znaczy po chrześcijańsku; a nienawidzę tylko kilku osób. Ale wracając do pana Franza, mówi pan, że przyjeżdża?
— Tak, ponaglony przez pana de Villeforta. Prokurator chyba tak samo na gwałt chce wydać za mąż pannę Valentine, jak pan Danglars pannę Eugenię. Stanowczo, zdaje mi się, że bycie ojcem dorosłej córki jest wybitnie męczące. Dostaje się od tego gorączki, a puls bije dziewięćdziesiąt razy na minutę, póki nie uda się takiej córki wypchnąć z domu.
— Ale pan d’Epinay nie zachowuje się podobnie do pana: cierpliwie znosi swoje nieszczęście.
— Lepiej, bierze sprawę na poważnie; zakłada białe halsztuki i już opowiada o swojej rodzinie. Zresztą żywi do Villefortów wielki szacunek.
— Chyba nie bezzasadny?
— No tak. Pan de Villefort uchodzi za człowieka surowego, ale sprawiedliwego.
— Chwała Bogu. Chociaż nim nie pomiatasz pan tak, jak tym biednym Danglarsem.
— Może dlatego, że nie muszę się żenić z jego córką — odparł ze śmiechem Albert.
— Drogi panie, doprawdy oburzająca jest pańska pyszałkowatość!
— Moja pyszałkowatość?
— No tak. Proszę sobie wziąć cygaro.
— Chętnie. A czemu to jestem pyszałkiem?
— Bo bronisz się pan tu i miotasz przeciw małżeństwu z panną Danglars. Lepiej zostaw pan rzeczy ich zwyczajnemu biegowi, a kto wie, czy to pan nie będziesz musiał pierwszy cofnąć słowo?
— Co? — zatchnął się Albert, wytrzeszczając oczy.
— Ależ tak, kochany hrabio, nie wezmą cię gwałtem do ołtarza! A mówiąc poważnie — zmienił ton Monte Christo — naprawdę masz ochotę zerwać?
— Dałbym za to sto tysięcy.
— No to ciesz się pan: pan Danglars dałby na ten sam cel dwa razy tyle.
— Czy to prawda, takie szczęście? — upewnił się Albert, ale jednak mimo woli lekko się zachmurzył. — Ale jakież pan Danglars ma powody?
— O, widzieliście go, pyszałka i egoistę! Brawo, znów mam przed sobą człowieka, który gotów jest porąbać siekierą cudzą miłość własną, a sam krzyczy, kiedy go kto szpilką draśnie.
— Ależ nie! Tylko zdaje mi się, że pan Danglars...
— Powinien bić przed panem pokłony, czy tak? Cóż, pan Danglars, jak wiadomo, nie ma zbyt dobrego gustu i ma ochotę pobić pokłony przed kim innym...
— A przed kim to?
— Ja nic nie wiem. Obserwuj pan, przyglądaj się, chwytaj aluzje i postaraj się zrobić z tego własny użytek.
— Dobrze, rozumiem... Ale proszę posłuchać: moja matka... Nie, nie matka, mój ojciec miał ten pomysł — żeby wyprawić bal.
— Bal? O tej porze roku?
— Bale letnie są teraz w modzie.
— Nawet gdyby nie były, pani hrabina sama byłaby zdolna wprowadzić je w modę.
— O tak. Domyślasz się pan zapewne, że to bale w pełnym znaczeniu tego słowa; ci, którzy zostają w Paryżu w lipcu, to sami najprawdziwsi Paryżanie. Zaprosi pan w naszym imieniu panów Cavalcanti?
— A kiedy będzie ten bal?
— W sobotę.
— Starego Cavalcantiego już tu nie będzie.
— Ale młody Cavalcanti zostaje. Przyprowadziłby go pan?
— Niech pan posłucha, ja go przecież nie znam.
— Nie znasz go pan?
— Nie. Pierwszy raz widziałem go przed paru dniami. Nie mogę za niego ręczyć.
— Ale u siebie go pan przyjmujesz.
— To co innego. Został mi polecony przez bardzo zacnego księdza, ale przecież i on może się mylić. Niech go pan sam zaprosi, proszę bardzo, ale niech mi pan nie każe go do was wprowadzać. Gdyby później ożenił się z panną Danglars, mógłbyś mnie pan oskarżyć o jakąś intrygę i doszłoby do rozlewu krwi... Zresztą sam nie wiem, czy przyjdę...
— Ale dlaczego miałby pan tam nie przyjść?
— Po pierwsze dlatego, żeś mnie pan jeszcze nie zaprosił.
— Przyszedłem właśnie po to, aby pana zaprosić.
— Och, zbyt to uprzejme z pańskiej strony, ale może mi coś przeszkodzić.
— Gdy panu coś powiem, hrabio, z pewnością będziesz pan tak uprzejmy, że poświęcisz dla nas wszystkie przeszkody.
— Słucham.
— Moja matka prosi pana o to.
— Pani hrabina de Morcerf? — wzdrygnął się hrabia.
— Och, kochany hrabio, uprzedzam cię, że rozmawiamy z matką bardzo szczerze; i jeżeli nie poczuł pan tych sygnałów sympatii, to chyba dlatego, że brakuje panu odpowiednich strun, bo przez te cztery dni mówiliśmy tylko o panu.
— O mnie? Ależ pochlebiacie mi państwo.
— Pan wybaczy, ale to przywilej kogoś, kto jest żyjącą zagadką dla wszystkich; tak samo dla mojej matki, jak i dla innych; zagadką zaakceptowaną, ale nierozwiązaną, ciągle pozostajesz pan w stadium tajemnicy, proszę się nie martwić. Moja matka zastanawia się tylko ciągle, jak udało się panu zachować młodość. Coś mi mówi, że matka bierze pana w gruncie rzeczy za Cagliostra albo hrabiego de Saint-Germain, tak jak hrabina G*** uważa pana za lorda Ruthwena. Jak tylko się pan zobaczy z matką, proszę ją utwierdzić w tym przekonaniu. Łatwo to panu przyjdzie, masz pan przecież kamień filozoficzny Cagliostra, a inteligencję jak sam Saint-Germain.
— Dziękuję, żeś mnie pan uprzedził — uśmiechnął się hrabia — postaram się godnie stawić czoła tym wszystkim przypuszczeniom.
— Czyli przyjdziesz pan w sobotę?
— Skoro prosi mnie o to pani de Morcerf... A pan Danglars?
— Och, on był już zapraszany parę razy, zajął się tym ojciec. Postaramy się też o naszego wielkiego uczonego, pana de Villeforta, ale nie ma na to wielkiej nadziei.
— Nigdy nie należy tracić nadziei, jak mówi przysłowie.
— Tańczy pan, drogi hrabio?
— Nie, nie tańczę, ale lubię patrzeć, jak tańczą inni. A pani de Morcerf tańczy?
— Nigdy. Pogadacie sobie, ona wprost marzy o rozmowie z panem!
— Doprawdy?
— Słowo honoru! I muszę panu powiedzieć, że matka jeszcze nigdy się tak nikim nie zainteresowała, jak panem.
Albert wziął cylinder i wstał; hrabia odprowadził go do drzwi.
— Żałuję jednej rzeczy — rzekł hrabia, przystanąwszy z Albertem na ganku — że byłem niedyskretny. Nie powinienem był mówić panu o panu Danglars.
— Przeciwnie, niech mi pan o nim nadal mówi, i to często, jak najczęściej: byle tylko w taki sam sposób.
— No, trochę mnie pan uspokoił. A zmieniając temat: kiedy wraca pan Franz?
— Za pięć, sześć dni.
— A kiedyż się żeni?
— Jak tylko przyjadą państwo de Saint-Méran.
— Przyprowadźże go do mnie, jak tylko będzie w Paryżu. Choć utrzymujesz pan, że go nie lubię, oświadczam, że bardzo ucieszą mnie jego odwiedziny.
— Dobrze, rozkazy twe zostaną spełnione, o panie.
— Do widzenia.
Hrabia odprowadził spojrzeniem Alberta i uniósł dłoń na znak pożegnania. Gdy młodzieniec wsiadł do swojego faetonu, odwrócił się. Za nim stał Bertuccio.
— I co? — zapytał.
— Pojechała do Pałacu Sprawiedliwości — odparł intendent.
— Długo była?
— Półtorej godziny. Potem wróciła prosto do domu.
— Wobec tego, kochany panie Bertuccio, poradzę ci, abyś teraz pojechał do Normandii i poszukał tego mająteczku, o którym ci mówiłem.
Bertuccio ukłonił się, a ponieważ jego pragnienia zgadzały się doskonale z tym rozkazem, wyjechał jeszcze tego samego wieczora.