SCENA SZÓSTA
MAŁGORZATA — ARMAND.
ARMAND
Wzywała mnie pani?
MAŁGORZATA
Tak, Armandzie, chciałam z tobą pomówić!
ARMAND
Niech pani mówi... słucham... Chce się pani uniewinnić?
MAŁGORZATA
Nie, Armandzie, nie będzie o tym mowy... Błagam cię nawet, abyś nie poruszał przeszłości...
ARMAND
Ma pani słuszność... zbyt jest dla mnie haniebna...
MAŁGORZATA
Nie znęcaj się nade mną, Armandzie! Wysłuchaj mnie bez wzgardy! Armandzie, podaj mi rękę.
ARMAND
Nigdy! Jeżeli to jest wszystko, co mi pani miała do powiedzenia...
Robi krok ku drzwiom.
MAŁGORZATA
Kto byłby przypuszczał, że odepchniesz rękę, którą do ciebie wyciągam! Ale nie o to chodzi, Armandzie... Trzeba, abyś wyjechał!
ARMAND
Abym wyjechał?
MAŁGORZATA
Tak, abyś wrócił do ojca i to zaraz!
ARMAND
I czemuż to, proszę pani?
MAŁGORZATA
Bo pan de Varville cię wyzwie, a ja nie chcę, aby się zdarzyło nieszczęście przeze mnie...
ARMAND
Zatem radzi mi pani, abym uciekał przed wyzwaniem?! Radzi mi pani podłość?... Jakąż inną radę mogłaby dać kobieta taka jak pani?...
MAŁGORZATA
Armandzie, przysięgam ci, że od miesiąca tyle cierpiałam, że ledwo mam siłę to wyrazić, czuję, jak choroba moja wzmaga się i pali mnie. W imię minionej miłości, w imię wszystkiego, co wycierpię jeszcze, Armandzie, w imię twojej matki i siostry, uciekaj ode mnie, wracaj do ojca i zapomnij nawet mego imienia, jeśli zdołasz.
ARMAND
Rozumiem panią: drżysz o swego kochanka, który stanowi pani majątek! Mógłbym cię zrujnować jednym strzałem z pistoletu lub pchnięciem szpady, to byłoby w istocie wielkie nieszczęście!
MAŁGORZATA
Mógłbyś zginąć, Armandzie! Oto nieszczęście!
ARMAND
Co ci zależy na tym, czy ja żyję, czy ja zginę! Kiedy mi napisałaś: „Armandzie, zapomnij o mnie, jestem kochanką innego”, czy troszczyłaś się o moje życie?... Jeżeli nie umarłem po tym liście, to dlatego, żeby się pomścić. A ty myślałaś, że to się skończy w ten sposób, że ty mi złamiesz serce, a ja się o to nie upomnę u ciebie, ani u twego wspólnika?... Nie pani, nie!... Wróciłem do Paryża, między mną a panem Varville poleje się krew... Choćbyś miała i ty życiem to przypłacić, ja go zabiję, przysięgam!
MAŁGORZATA
Pau de Varville jest niewinny tego, co się stało.
ARMAND
Pani kochasz go, to dosyć, bym go nienawidził.
MAŁGORZATA
Wiesz dobrze, że go nie kocham, że nie mogę kochać tego człowieka!
ARMAND
Więc czemu mu się oddałaś?
MAŁGORZATA
Nie pytaj, Armandzie!... Nie mogę ci tego powiedzieć...
ARMAND
Więc ja ci powiem!... Oddałaś mu się, bo jesteś dziewczyna bez serca i bez wiary, bo miłość twoja należy do tego, kto za nią płaci, ponieważ z serca swego uczyniłaś towar... Ponieważ w obliczu poświęcenia, jakie miałaś dla mnie uczynić, zabrakło ci odwagi i twoje instynkty wzięły górę. Ponieważ człowiek, który poświęcił ci życie, który ci oddał swój honor, mniej był dla ciebie wart niż konie, powóz i kolia z diamentów.
MAŁGORZATA
A więc tak, zrobiłam to wszystko! Tak, jestem podłą i nędzną istotą, która cię nie kochała... Oszukałam cię! Ale im bardziej jestem nikczemna, tym bardziej nie powinieneś narażać dla mnie życia twojego i życia tych, co cię kochają... Armandzie, błagam cię na kolanach, jedź, opuść Paryż i nie oglądaj się za siebie.
ARMAND
Dobrze, ale pod jednym warunkiem...
MAŁGORZATA
Przyjmę każdy!
ARMAND
Ty pojedziesz ze mną.
MAŁGORZATA
Cofa się.
Nigdy!
ARMAND
Nigdy?!
MAŁGORZATA
O, mój Boże, dodaj mi odwagi!
ARMAND
Biegnąc do drzwi i wracając.
Słuchaj, Małgorzato, jestem szalony, mam gorączkę, krew moja płonie, mózg kipi, jestem w stanie, w którym człowiek zdolny jest do wszystkiego, nawet do podłości... Wierzyłem przez chwilę, że to nienawiść pcha mnie ku tobie, ale to była miłość, miłość niezwyciężona, drażniąca, zatruta, pomnożona wyrzutami, wzgardą i wstydem, bo ja gardzę sam sobą za tę miłość po wszystkim, co się stało... Powiedz mi jedno słowo, powiedz, że żałujesz, złóż winę na przypadek, na los, na swoją słabość, a zapomnę o wszystkim! Co mi znaczy ten człowiek?!... Nienawidzę go jedynie o tyle, o ile ty go kochasz... Powiedz tylko, że mnie kochasz jeszcze, przebaczę ci, Małgorzato, uciekniemy od Paryża, to znaczy od całej przeszłości, pójdziemy na kraj świata, jeżeli trzeba, aż tam, gdzie nie ujrzymy żadnej ludzkiej twarzy i gdzie będziemy sami na świecie z naszą miłością!
MAŁGORZATA
Wyczerpana.
Oddałabym życie za godzinę szczęścia, które mi ofiarowujesz, ale to jest niemożliwe!
ARMAND
Jeszcze!
MAŁGORZATA
Dzieli nas przepaść! Bylibyśmy zbyt nieszczęśliwi razem... Nie możemy się już kochać... Jedź, zapomnij o mnie... Tak trzeba, przysięgłam!!
ARMAND
Komu?
MAŁGORZATA
Temu, kto miał prawo wymagać tej przysięgi.
ARMAND
Którego gniew rośnie.
Panu de Varville, nieprawdaż?
MAŁGORZATA
Tak...
ARMAND
Chwyta ją za ramię.
Panu de Varville, którego kochasz! Powiedz mi, że go kochasz, a odjadę!
MAŁGORZATA
Więc tak, kocham pana de Varville.
ARMAND
Rzuca ją o ziemię i podnosi na nią obie ręce, po czym biegnie do drzwi i krzyczy do gości zebranych w drugim salonie.
Wejdźcie wszyscy!
MAŁGORZATA
Co ty robisz?
ARMAND
Widziecie tę kobietę?
WSZYSCY
Małgorzata Gautier!...
ARMAND
Tak, Małgorzata Gautier! Czy wiecie, co ona zrobiła?... Sprzedała całe swoje mienie, aby żyć ze mną, tak mnie kochała!... To piękne, nieprawdaż? A wiecie co ja zrobiłem? Postąpiłem sobie jak nędznik! Przyjąłem tę ofiarę, nie dając jej w zamian nic... Ale jeszcze nie jest za późno!... Żałuję tego i wracam, aby naprawić moje winy... Jesteście wszyscy świadkami, że nie jestem nic winien tej kobiecie...
Rzuca jej banknoty.
MAŁGORZATA
Wydaje krzyk i pada na wznak.
Och!!
VARVILLE
Do Armanda ze wzgardą, ciskając mu rękawiczką w twarz.
Stanowczo, panie, pan jest nikczemnikiem!
Goście rzucają się między nich.