III
«Jedziemy!» — Już druhowie lecą...
Przybyli... W domu radość, wrzask...
Stara gościnność, wyznam, nieco
Nużyła gościa zbytkiem łask.
Ot, uprzejmości masz tortury:
Niosą na spodkach konfitury,
W karafce borówkowy sok —
To ma umilać rozmów tok!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
IV
Wracają... Księżyc srebrne plamy
Rzuca... oświetla bryczki ruch.
Tutaj ukradkiem podsłuchamy
Rozmowę naszych druhów dwóch...
«Cóż, Eugeniuszu? A, ty ziewasz?» —
«Nic, to mój zwyczaj». — «Czasem miewasz
Weselszą minę...» — «Nudy moc
Jednaka zawsze. Ależ noc!
Poganiaj konie, ej, Andriuszka!
Ot, głupia droga... A propos
W prostocie bywa powab... co?
Łarina miła jest staruszka.
Aj! Co to?... Tak dokucza bok...
Boję się: to z borówek sok!...
V
A powiedz, która z nich Tatiana?» —
«Ta, co milcząca jako głaz,
Weszła posępna jak Świetlana161...
Siedziała w kącie cały czas». —
«Tak?... A ty młodszej jesteś sługą?» —
«A co?» — «Ba, ja bym wybrał drugą,
Mając na czole Muzy znak.
Toć w twarzy Olgi życia brak;
To jest Madonna Wandykowa162,
Kraśna i krągła... Otóż masz,
Jak ta księżyca głupia twarz,
Co się w ten głupi obłok chowa».
Włodzimierz sucho odrzekł coś
I zamilkł... Skrzypi bryczki oś...
VI
Ale wizyta Oniegina
U Łarinów sprawiła rum163...
Domysł tkać przędzę swą poczyna,
Szepcze w sąsiedztwie swat i kum.
Wprawdzie po cichu i ukradkiem,
Plotka się karmi tym wypadkiem
(Wstrzymać pogłosek nie ma sił).
«On pewnie dla Tatiany był!»
W zaściankach szczerze zapewniano,
Że termin ślubu pewny — raz;
Po wtóre: zmienion, bo na czas
Obrączek ślubnych nie przysłano.
Mniej ich zajmował ślubny akt
Leńskiego — to był stary fakt!
VII
Tatiana z gniewem plotek słucha,
Lecz myśl ta jej nie puszcza z kleszcz
I mimo woli w głębi ducha
Dziwnej radości budzi dreszcz;
I w serce wpija się po trocha164...
Czas przyszedł — i Tatiana kocha!
Tak ziarno pada w grunt, a wiew
Wiośniany ciepłem żywi siew.
Z dawna tęskniącej wyobraźni
Potrzebna była nowa treść;
Pieszczotę pragnie wziąć i nieść.
Zdradziecki poryw serce drażni
I młoda pierś jej nie chce schnąć...
Dusza czekała... kogo bądź!
VIII
I doczekała się... I oczy
Rozwarła... Rzekła: oto on!
Ach, teraz myśl ją jedna tłoczy,
Rozbrzmiewa w sercu jeden ton;
W gorących snach go zawsze spotka,
Oddycha nim... Dziewica słodka,
Jego czarowną czuje moc
Dokoła siebie — dzień i noc.
Już szczebiot siostry jej dokuczył
I zbyt troskliwy służby wzrok,
I gadatliwych ludzi tłok...
Cień smutku lica jej obłóczył;
Klnie gości, milcząc jako głaz,
Za nagły przyjazd, długi wczas...
IX
Z jaką uwagą teraz czyta
Czułych romansów świeży tom;
Czarownym zmyśleń tchem spowita,
Oddaje duszę złudnym snom!
Tatiano, szczęsną mocą marzeń
Ożywiasz tło książkowych zdarzeń:
Kochanek Julii Volmàr165,
Matecque-Adèl166 i de Linar167,
Werter168, męczennik buntowniczy,
I niezrównany Grandison
(Nas tylko spać przymusza on) —
Budzą w twej duszy sen zwodniczy;
I z wszystkich jeden obraz tkasz:
W nim Oniegina widać twarz!
X
Zdając się sobie heroiną
Najukochańszych swoich ksiąg,
Klaryssą169, Julią lub Delfiną170,
Tatiana nie wypuszcza z rąk
Kart niebezpiecznych; błądząc w lesie,
Otwartą książkę w ręku niesie
I w niej znajduje, z szczęścia drżąc,
Odgłos snów swoich, tajnych żądz;
Wzdycha i sercem swym zabiera
Zachwytów, bólów cudzych świat
I w zapomnieniu szepcze w ślad
List do swojego bohatera...
A on... Ba, nie wiem, kim był on —
Wiem jedno: nie był Grandison!
XI
Płomiennych twórców przeszła era,
Co wszedłszy na podniosły tór,
W osobie swego bohatera
Doskonałości ryli wzór;
Ludzie ścigali go niesłusznie,
Choć wszystko czynił dobrodusznie,
Rozumem świecił, sercem żył
I jak Adonis171 piękny był.
Na krzyk o pomoc stawał w progu,
W zalety z każdą kartą rósł;
Już na ofiarę życie niósł,
Ale na szczęście — w epilogu
Zawsze skarana była złość,
A dobro miało nagród dość.
XII
A dziś padł tuman na umysły,
Rzuca nas w sen morałów ton;
Grzech i w romansie kult ma ścisły
I tam już święci tryumf on!
Ba! przy brytańskich Muz bajaniu,
Dziewczę się rzuca na posłaniu,
Nowe jej bóstwa burzą sen —
Melmoth172, włóczęga chmurny ten,
Wampir173, posępny i bezdźwięczny,
Złowrogi Korsarz174, Wieczny Żyd175,
Sbogar176 — tajemniczości szczyt!...
Lorda Byrona kaprys zręczny —
I egoizmu ciemny świat
Przyoblókł w romantyzmu kwiat.
XIII
Lecz dla mnie nie jest to podnietą...
I jeśli przyjdzie taki kres,
Że ja przestanę być poetą,
Że wlezie we mnie nowy bies,
Że, chociaż zaklnie Feb177 ze zgrozy,
Poniżę się do skromnej prozy —
Romans na bardzo stary krój,
Zajmie wesoły zachód mój.
I nie nadludzkich łotrów zgraje,
Nie tajną mękę sumień tam,
Tylko po prostu skreślę wam
Ruskiej rodziny obyczaje,
Czułej miłości wabny178 świat,
Podania naszych dawnych lat.
XIV
Wskrzeszę postacie zaginione,
Ojcowskich rozmów prosty typ,
Dzieci spotkania umówione
U źródła, gdzieś pod cieniem lip;
Błędnej zazdrości udręczenia,
Rozłąki łzy, łzy pogodzenia
I kłótnie znów... A w końcu prób,
Pojadę z wami na ich ślub...
Przypomnę ton porywający
Wyrazów, które tonąc w łzach,
Szeptałem sam w minionych dniach,
U czarodziejki stóp klęczący —
Pieszczotnych, słodkich słówek rój,
Od których odwykł język mój!
XV
Lecz teraz zajmie mnie Tatiana!
Ty płaczesz?... Spójrz, ja płaczę też!
W szpony modnego dziś tyrana
Całe swe życie oddać chcesz...
Przepadniesz, miła! Chociaż za to
Blask marzeń będzie ci zapłatą
I w sferę uczuć wyższy wzlot,
I czarujących marzeń splot,
I pragnień rozkosz, snów trucizna...
Ot, marzy ci się cały czas,
Że on za tobą idzie w las —
Podejdzie zaraz, miłość wyzna...
Gdziekolwiek niesiesz lekki krok,
Tam kusiciela widzisz wzrok.
XVI
Tęsknota serce biednej toczy...
Do parku idzie, zrywa liść.
Wtem nieruchome chyli oczy
I nie ma siły naprzód iść...
Wzniesiona pierś, opadłe ręce,
Na licach nagłe lśnią rumieńce,
Z pobladłych warg ulata jęk
I w oczach blask i w uszach dźwięk.
Nastanie noc; na niebie czaty
Obchodzi miesiąc; w srebrnej mgle
Wywodzi słowik trele swe
I leją woń jaśminu kwiaty.
Tatiana czuwa... snu jej brak
I z nianią w mroku szepcze tak:
XVII
«Tu duszno, nianiu! Spać mi trudno!
Otwórz tam okno, bliżej siądź!» —
«Co tobie, Taniu?» — «Tak mi nudno!
Opowiedz mi cokolwiek bądź!» —
«Ba, o czym, Taniu? Dawniej zawdy179
Sporo i prawdy i nieprawdy
Chowałam w głowie, że aż strach! —
O duchach złych, dziewiczych snach...
A dzisiaj ciemna jestem, Taniu:
Już nie pamiętam dzisiaj nic...
Ot, spróchniał do cna stary rydz!
Skręciło mnie...» «Opowiedz, nianiu,
Jako za starych było lat?
Czy znałaś ty kochania kwiat?»
XVIII
«Ot, gadasz, Taniu! W nasze lata
Nam się nie marzył taki kwiat;
Nieboszczka świekra180 z tego świata
Wygnałaby na tamten świat». —
«Więc jak na ślub skłoniono nianię?» —
«Jak Bóg przykazał... Zesłał Wanię...
Mnie wyszedł już trzynasty rok,
On młodszy był, więc poszło w skok.
Niedziele dwie chodziła swatka,
A gdy zamknięto za nią drzwi,
Pobłogosławił ojciec mi,
Płakałam z strachu, ze mną matka...
Rozpletli warkocz; w cerkiew, bacz,
Ze śpiewem wiedli, a ja w płacz...
XIX
I w obcą wzięli mnie rodzinę...
Lecz ty nie słuchasz?... Nudna rzecz?...» —
«Ach nianiu, nianiu! Patrz, ja ginę!
Ciągle o jednym myślę precz!
Ciągle do płaczu jestem skora!...» —
«Kochanie moje, jesteś chora.
Zmiłuj się Panie, pomóż nam!
Czego chcesz, Taniu, zaraz dam...
Chcesz? Świętą wodą cię pokropię...
Ty masz gorączkę...» — «To nie znak
Choroby, nianiu!... Kocham tak!» —
«Zmiłuj się, Panie. Złe wnet stropię!»
I niania, dziewczę ustrzec chcąc,
Żegna je starą ręką, drżąc.
XX
«Ja kocham! Modlić się nie pora!
Mnie nie pomoże krzyża znak!» —
«O nie, kochanie! jesteś chora!» —
«Daj pokój, nianiu! Kocham tak!»
A tu księżyca popielaty
Blask się zakradał do komnaty,
Srebrzył na oczach ślady ros
I rozpuszczony ciemny włos;
I w siwych włosów lśnił promyku,
Który spod chustki starej zbiegł;
I tak Tatianę blask ten strzegł
I starą w ciepłym kaftaniku...
I tak ta srebrna cisza drga,
A w niej się chwieją cienie dwa.
XXI
Tatiana milczy, głowę ściska,
Patrzy w promienia srebrną nić...
Wtem nowa myśl w jej duszy błyska...
«Zostaw mnie samą, nianiu... Idź...
Wprzód papier, pióro dasz mi może;
Stół przysuń. Wnet się spać położę.
Idź teraz!»... W ciszy skrzypną drzwi.
Tatiana sama. Miesiąc lśni...
Pisze nad stołem pochylona,
Wciśnięta we framugi kąt,
I nierozważnych liter rząd
Wchłania jej miłość... Blask już kona...
Za oknem słychać wiatru świst.
Skończyła. Komu poślesz list?
XXII
Znałem piękności niedostępne,
Chłodne i czyste, jako śnieg,
Nieubłagane, nieprzestępne,
Których nie pojmie nigdy człek.
Dziwiąc się pysze, modnej pono,
Jam przed ich cnotą przyrodzoną —
Wyznaję — uciekł... Miałem sen:
Zda się, żem czytał napis ten
Ponad ich brwiami — napis piekła:
«Nadziei tu na wieki zbądź!»181
Bo grzechem dla nich — miłość tchnąć,
Odstraszać ludzi — rozkosz wściekła.
Nad Newą nie wypadłoż wam
Spotykać mnóstwo takich dam?
XXIII
Znałem i inne, ach, ponętne,
O ustach pełnych mroźnych tez,
Egoistycznie-obojętne
Dla westchnień, hołdów i dla łez.
Cóż kapryśnice wywołały?
To, że wielbiciel ich nieśmiały
Uciekał od surowych słów.
Lecz te umiały przecie znów
Pociągnąć go choć iskrą żalu;
Przynajmniej czasem mowy dźwięk
Słodyczą drgnął, cokolwiek miękł...
I na następnym zaraz balu
Szaleniec zapominał skarg
I biegł w przepaści łamać kark.
XXIV
Czyliż winniejszą jest Tatiana?
Czemu? — Że nie wie, co to kłam?
Że w blasku marzeń rozkochana
Nie widzi na swym słońcu plam?
Że sztukę ma w miłości za nic,
Że w zaufaniu nie zna granic,
Że ją porywa uczuć głos,
Że ją obdarzył władny los
Umysłem lotnym, wolą żywą,
Burzliwym wyobraźni tchem,
Nieco dziwacznym myśli tłem,
Sercem ognistym, duszą tkliwą?...
Któż by kamieniem rzucić śmiał
Za lekkomyślny uczuć szał?
XXV
Tylko kokietka chłodno sądzi.
Tatiana szczerze kocha snadź,
Jak dziecię sobą już nie rządzi;
Miłości życie pragnie dać!
Nie umie liczyć tak: odłożę —
Wartość miłości tym pomnożę.
Pewniej go schwytam w swoją sieć.
Trzeba więc plan ostrożny mieć:
Wprzód niepewności zmęczę noszą182,
Ambicję kolnę, w serce jad
Zapuszczę, struję widmem zdrad...
Inaczej, nudząc się rozkoszą,
Niewolnik nędzny, chytry wąż,
Gotów jest rwać kajdany wciąż.
XXVI
Jeszcze mam trudność: chcąc ratować
Ojczystej ziemi drogą cześć,
By list Tatiany zacytować,
Muszę... przełożyć jego treść!
Ojczysty język słabo znała,
Dzienników naszych nie czytała;
By oddać płomień swoich snów,
Nie chciała długo szukać słów;
A więc — pisała po francusku...
Z przekąsem precz!... Sprawdziłem sam,
Że dotąd miłość naszych dam
Nie oświadczała się po rusku.
Pocztowa proza — otóż masz! —
Nie dba o dumny język nasz.
XXVII
Wiem: chcą nauczyć nasze panie
Po rusku czytać... Oto bąk!
Toć ja im wyrwać byłbym w stanie
«Błagonamierennego«183 z rąk!
Na was powołam się, o wieszcze!
Wszak prawda? Te, co natchnień dreszcze
Budziły w was, u czyich stóp
Gorzeliście jak ognia słup,
Składając świetnych rymów tyle —
Czuły na sobie ostry szpon,
Chcąc trafić w ruskiej mowy ton,
Swój język przekręcały mile,
Do francuskiego miały gust:
Ten, jak ojczysty, brzmiał z ich ust.
XXVIII
Strzeż Boże spotkać gdzieś na balu,
Gdzie z gawęd wzlata czad i dym,
Seminarzystę w żółtym szalu,
Akademika w czepku pstrym184.
Jak bez uśmiechu buzi ślicznej,
Tak bez pomyłki gramatycznej
Nie mogę ruskiej mowy znieść!
Lecz oto, słyszę, idzie wieść,
Że nowe niewiast pokolenie
Wypieści ruskim wierszem słuch
I gramatyczny stworzy ruch,
Błagania gazet mając w cenie!
Lecz ja... Ach, to nie moja rzecz!
Z wiernością będę patrzył wstecz...
XXIX
Niedbale słodka paplanina,
Źle wymawianych słówek żar,
Co wszelkich reguł zapomina —
Zawsze mieć będą dla mnie czar.
Sił do pokuty nie nabędę
I galicyzmy185 kochać będę:
Bogdanowicza186 wiersze wszak
I stare grzeszki kocham tak.
Lecz dość! Tatiany listem oto
Dawno przyrzekłem zająć was...
Ba! Rad bym słowo cofnąć wraz:
Coś mi nie pilno z tą robotą!
Wiem, nowa moda dzisiaj drwi
Z westchnień i piór à la Parni187!
XXX
O Uczt śpiewaku188 z duszą smętną
Gdybyś tu teraz ze mną był,
Prośbą bym znużył cię natrętną;
Ja bym cię błagał z całych sił,
Byś na czarowne swoje dźwięki
Przełożył mej dziewicy jęki,
Co w obcej mowie słodko brzmią...
Gdzie jesteś? Przybądź! — Oto są
Me prawa — oddam je z pokłonem.
Nie słyszy!... Pośród smutnych skał,
On, który poklask ongi brał,
Dziś błądzi z sercem wyziębionem...
W fińskiego nieba patrząc dal,
Nie wie, że druha toczy żal!
XXXI
Leży przede mną list Tatiany,
Świętości strzegę tej... Z tych słów
Czar wieje zawsze niespodziany...
Czytam go... Schowam... Czytam znów...
Kto włożył w pióro jej tę żałość
I taką słodką słów niedbałość?
Skąd ten naiwnych westchnień plon
I ten szalony wezwań ton,
Co tchnąc słabością, moc posiada?
Ja nie wiem!... Oto puszczam w świat
Niezręczny przekład, pełny wad...
Żywego pędzla kopia blada,
Melodia Strzelca189, tylko że
W nieśmiałej uczennicy grze!
List Tatiany do Oniegina
«Piszę do Pana — czegóż więcej?
To jedno zdradza serca stan.
Czy wydrwisz zapał ten dziewczęcy?
Czy mnie ukarzesz wzgardą Pan?
O nie! — W to wierzę najgoręcej,
Że mi litości podasz znak,
Że nie zostawisz Pan mnie tak...
A jam z początku milczeć chciała...
Wierzaj: mojego serca ran
Nigdy byś nie mógł dojrzeć Pan,
Gdybym nadzieję słabą miała,
Że z rzadka, choć w tygodniu raz,
Poświęcisz nam swój drogi czas!
Że głos usłyszę Twój przelotem,
Rzucę Ci słówko, aby potem
O jednym myśleć dzień i noc
Aż przyjdziesz znów — tchnąć w serce moc!
Lecz powiadają, żeś odludek;
Nudzi Cię głuchy, wiejski świat;
Więc Pana, ach, nasz skromny sad
Nie znęci wonią niezabudek...
Dlaczegoś Pan odwiedził nas?
W tym zapomnianym kątku świata
Nigdy by mi nie odkrył czas,
Jak mocno serce w pierś kołata...
I burzę słów niedoświadczoną
Czas by uciszył — w życia śnie;
Ktoś by do serca przypadł pono,
Cnotliwą matką, wierną żoną
Mogłabym zostać — kto to wie?
Inny!... Nie zmusi cały świat.
Bym mu oddała duszę swoją!
Na Wyższej Radzie wyrok padł,
To wola nieba: jestem Twoją!...
Cały mój żywot był zadatkiem
Spotkania naszych krewnych dusz;
Bóg mi nie zesłał Cię przypadkiem,
Do grobu Tyś mój anioł stróż....
Z dawna mi sen Cię ukazywał
I z niewidzianym łączył los;
I cudny wzrok Twój mnie porywał
I w duszy cudny dźwięczał głos!
Lecz nie!... To nie był tylko sen!
Gdyś wszedł, jam Ciebie wnet poznała.
Jam zapłonęła, osłupiała
I w myśli rzekłam: Oto ten!
Wszak prawda? Muszę głos twój znać...
To Ty mówiłeś ze mną w ciszy,
Gdy szłam biednemu pomoc dać,
Gdy się modliłam, klęcząc w niszy,
By w serce słodki pokój wlać!
Czyś to nie Ty śród groźnych mgnień,
Gdy nocą wzrok mój się wysilał,
Wstępował w mgłę, jak miły cień,
Nad mym wezgłowiem się pochylał?
Nie twójże głos brzmiał dźwiękiem cytry,
Szeptał, że przejdzie pora burz?...
Kto jesteś?... Czyś kusiciel chytry,
Czy dobrotliwy anioł stróż?
Rozstrzygnij trwożne te zwątpienia...
Może to wszystko jeden błąd,
Okrutny błąd niedoświadczenia...
I innym będzie Boży Sąd!
Wszystko mi jedno!... Cały los
Składam w tej chwili w Twoje ręce,
Ku Tobie z prośbą wznoszę głos:
Ulżyj głębokiej mojej męce;
Zrozumiej tylko: jestem sama,
Nikt tu nie zajrzy w moją duszę,
Mój umysł cierpi tu katusze,
Dokąd się zwróci — wszędzie tama...
Czyliż w milczeniu zginąć muszę?
Czekam na Ciebie w strugach łez...
Ożyw mnie jednym oka rzutem,
Albo złudzeniom połóż kres
I zasłużonym raź wyrzutem!
Kończę!... I strach i wstyd mnie dręczy...
Nie śmiem odczytać tego w głos...
Za Ciebie honor Twój mi ręczy,
Śmiało powierzam Ci mój los!»...
XXXII
Tatiana wzdycha przy stoliku;
Raz po raz list w jej dłoni drgnie,
Na rozpalonym jej języku
Opłatek190 czerwonawy schnie.
Opada głowa ociężała
I zsuwa się koszulka biała
Z prześlicznych ramion... Płynie czas,
Promień księżyca całkiem zgasł,
Przez mgłę poczyna jaśnieć niwa;
Świt idzie na strumyka próg
I w fali drży... Pastuszy róg
Ze snu mieszkańca wsi wyrywa.
Już dzień... Obudził wszystkich blask.
Tatiana nie wie, że już brzask;
XXXIII
Nie wie, że słonko jasno błyska...
Znużona, snem żelaznym śpi,
Pieczątkę rytą w palcach ściska...
Lecz oto cicho skrzypią drzwi;
To stara niania... Już przy pracy!
Herbatę wnosi jej na tacy
I woła: «Taniu! Wstawać czas!
Ba! Uprzedziła wszystkich nas!
Moja gołąbka już gotowa!
O, ranne ptaszę... Wczora tak
Bałam się, że ci czegoś brak...
Zły wieczór!... Dzięki Bogu, zdrowa!
Po takiej nocy choćby ślad!
Gdzie tam! Tak świeża, kieby191 kwiat!».
XXXIV
«Ach, nianiu!... prośba... mam życzenie...» —
«Kochanie moje, tylko każ». —
«Ach, nie myśl tylko... Podejrzenie...
Zrobisz to, prawda?» — «Otóż masz!
Nie wierzą mi... Przysięgam przecie...» —
«Niech z listem tym twój wnuk w sekrecie
Idzie do O... No, wiesz już kto?
Nasz sąsiad... Lecz zapowiedz to:
Nikomu niech nie mówi słowa,
Niechaj nie powie, list ten skąd...» —
«Komu, kochanie?... Zrobię błąd,
Tak zesłabiała moja głowa,
Sąsiadów różnych wkoło huk...
Kto by to wszystkich pomnieć mógł?»
XXXV
«Czyli nie możesz zgadnąć, nianiu?» —
«Kochanie moje, nie wiem, kto!...
U starej rozum stępiał, Taniu...
A dawniej bystra byłam, ho!
Pan rzeknie słówko, ja już skora...» —
«Ach, nianiu, nianiu, czy to pora
O starych czasach teraz pleść?...
No, widzisz, list ten trzeba nieść
Do Oniegina». — «Tera jasno!...
Nie gniewaj się, gołąbku mój.
Ja stara... A sąsiadów rój.
Ot, znów ci liczka, Taniu, gasną!...» —
«Idź, nic mi nie jest!» — «Dałby Bóg» —
«Idź i niech zaraz spieszy wnuk».
XXXVI
Dzień minął. Nie ma odpowiedzi...
Nastaje drugi... Nic i nic!
Od świtu Tania, milcząc, siedzi
I trwoży dom bladością lic.
Do Olgi Leński przybył. Oto
Matka jej pyta go: «A co to,
Druh pański już zapomniał nas?».
Tatiana drgnęła... «Ach, w sam raz
Spytała pani... Dziś przyjedzie —
Rzekł Leński. — Ze mną jechać chciał,
Ale robotę z pocztą miał
I pewnie będzie po obiedzie».
Tatiana oczy spuszcza w dół,
Jakby wyrzutem ktoś ją kłuł.
XXXVII
Był zmierzch... Na stole blask rozlewał
Samowar, kipiąc. Jego war
Chińskie czajnika dno rozgrzewał...
Wkoło się snuły kłęby par.
Olga pospiesza wnet z posługą;
Do filiżanek ciemną strugą
Leje się płyn, wydając woń...
Chłopak śmietankę poda doń.
Tatiana stoi cicho, dysze
Na szyby okna ust swych tchem,
I coś, porwana słodkim snem,
Prześlicznym swym paluszkiem pisze;
I widać na omglonym szkle
Luby monogram: «O» i «E».
XXXVIII
Drży Tania, że ją zdradzą szpetnie
Ślady na twarzy łzawych smug.
Wtem tętent... Krew się w żyłach zetnie.
Już bliżej... Ścichło... Zdąża w próg
Eugeniusz. «Ach!» i jako łania,
Przez drugą sień ucieka Tania,
A z sieni na dwór, potem w sad...
Wzdłuż ogrodowych biegnie krat,
Głowy na chwilę nie odwraca,
Obiegła mostki, bagna skraj,
Aleję do jeziora, gaj;
Bzy łamie i do sadu wraca,
Po klombach depce i bez tchu
Ku małej ławce spieszy. Tu —
XXXIX
Upada.
«On! Eugeniusz w domu!
List czytał! Jak mnie sądzi zeń?!»
I serce pełne męki, sromu192,
Kryje nadziei mglistej cień.
Drży cała... cała żarem dyszy.
Czeka czy idzie?... Nic nie słyszy.
W sadzie służące pośród grząd
Zbierały wiśnie. Parku kąt
Rozbrzmiewał pieśnią nakazaną
(Nakaz ten cel osiągnąć mógł,
Że pańskich jagód usty193 sług —
Chciwymi usty nie zjadano;
Bo usta musiał zająć śpiew...
I na wsi dowcip rzuca siew).
Pieśń dziewcząt
«Hej, dziewice, krasawice,
Gołąbeczki, kochaneczki,
Rozigrajcie się,
Rozbiegajcie się!
Zaśpiewajcie pieśń
Ulubioną swą!
Oto chłopca wraz
Zwabcie pieśnią tą...
Ledwie zwabim go,
Z dala ujrzym go,
Rozbiegniemy się,
Zarzucimy go —
Zarzucimy wiśnią,
Wiśnią i maliną,
Czerwonymi porzeczkami
Zarzucimy ino!
Nie chodź, chłopcze, podsłuchiwać
Piosnki tajemnicze!
Nie chodź, chłopcze, podpatrywać
Nasze gry dziewicze».
XL
Śpiewają... Tania mimo woli
Wsłuchuje się w ich dźwięczną pieśń:
I czeka na to, że powoli
Ucichnie drżąca serca cieśń,
Że twarz ochłonie rozpalona,
Że się ukoi pierś wzburzona.
Lecz nie pomaga parku chłód...
Bardziej goreje twarz niż wprzód.
Tak, różnobarwnym skrzydłem drgając,
Biedny motylek pragnie zbiec,
A psotnik go nie przestał wlec;
Tak w oziminie drży ów zając
I głębiej chowa ciało w rów,
Widząc przez krzaki błyski luf!
XLI
Wreszcie Tatiana lżej oddycha...
Wstaje, przez mały idzie most...
Lecz do alei ledwie z cicha
Skręciła — patrzy: przed nią wprost
Eugeniusz!... Idzie, błyszcząc wzrokiem,
Jak groźny cień, ogromnym krokiem.
Jakby się na nią ognia skry
Sypnęły... Stoi... Cała drży.
Lecz co się stało tam z wieczora,
Jaki spotkania skutek był,
Opisać nie mam dzisiaj sił;
Po długiej mowie wytchnąć pora,
Na spacer iść... Dość plecy giąć...
Dokończę później jakoś bądź!
Rozdział IV194
La morale est dans la nature des choses.195
Necker196
I, II, III, IV, V, VI
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
VII
Im mniej rozkochasz się w kobiecie,
Tym łatwiej się podobasz jej,
Pewniej ku zgubnej ciągniesz mecie
I w sieć ponętną pchasz ją lżej.
Rozpusta zimna w dawne wiosny
Z sztuki chlubiła się miłosnej,
Trąbiła wciąż, że sprawia cud,
Bo rozkosz czerpie, dając chłód;
Ale poważna ta zabawa —
Małp starych godna, których stek
Stworzył sławetny dziadów wiek.
Dziś Lowelasów zblakła sława;
Z pudrem wspaniałych peruk wraz
Pogrzebał ją zwycięski czas!
VIII
Kogóż nie znudzi — wiecznie kłamać,
Tych samych słów spożywać wikt,
Albo poglądy takie łamać,
Których nie głosi serio nikt;
Jedne zarzuty słyszeć wiecznie,
Niszczyć przesądy niedorzecznie,
Których nie zdążył wetchnąć świat
W dziewczę, co ma... trzynaście lat!
Kogóż nie znużą klątwy, groźby,
Pierścionki, łzy, żałosny ton,
Listy, co mają dziesięć stron,
Zdrady, ploteczki, kłamstwa, prośby,
Nagłe stawanie matek w drzwiach
I ciężka przyjaźń mężów, ach!
IX
Tak drwił Eugeniusz mój z przeszłości...
On, co ofiarą z młodu był
Nieokiełznanych namiętności
I burz, co w oczy miecą pył...
Życiem próżniaczym wypieszczony,
Jakąś drobnostką w mig olśniony,
Rozczarowany inną wnet,
Palony żądzą tête-à-tête197,
Tryumfem łatwym szybko psuty,
Wzrok topiąc w ciemny serca grunt,
Aby tam dostrzec wieczny bunt,
Ziewanie kryjąc w śmiechu nuty —
Oto jak, niszcząc życia kwiat,
Zmarnował osiem młodych lat!
X
Więc już na schadzki nie pospieszał,
Leniwie nogi na nie wlókł;
Odmówią — szybko się pocieszał,
Zdradzą — był rad, że wytchnąć mógł.
Szałem żywota nie zakłócał,
Bez żalu damę serca rzucał;
Miłość znużyła go i złość!
Tak obojętny jedzie gość
Na wieczór, skrócić czas przy wiście198;
Siadł... gra się kończy... wstaje wnet...
Wraca, w sypialni progi wszedł
I tam zasypia oczywiście,
A gdy gwar ranka przerwie sen,
Nie wie, gdzie spędzi wieczór ten.
XI
Lecz otrzymawszy liścik Tani,
Wzruszony mój bohater był;
Z tych uczuć, co w nim żyły raniej199,
Jak gdyby naraz strząsnął pył.
W myśli stanęła mu dziewica,
Jej bladość, piękne smutkiem lica.
W niewinny i bezgrzeszny sen
Już go pogrąża obraz ten.
Ogień jej listu w serce wchłania,
Czuje w nim stary, znany ton...
Lecz nie wyzyska przecie on
Duszy niewinnej zaufania.
A teraz lećmy w sad co tchu:
Na niespodziane rendez-vous200.
XII
Milczeli kilka chwil oboje...
On pierwszy podszedł i rzekł tak:
«Pisałaś do mnie: pismo — twoje!
O, nie przecz, pani! Słów mi brak,
Aby wyrazić, jak wyznanie,
Niewinnej duszy zaufanie,
Jak twoja szczerość wzrusza mnie!
O młodych lat wspomniałem śnie,
Wspomniałem dawnych marzeń roje...
Od chwalb tych płonie twoja twarz? —
Więc dość!... Za szczerość oto masz
Wyznanie szczere, jako twoje.
Przyjmij spowiedź. Pojmiesz stąd...
A zresztą sama wyrzecz sąd!
XIII
Gdybym chciał wejść w hymenu sieci,
W domowym ciasnym kole żyć,
Gdyby mi mężem, ojcem dzieci
Przyjemny los nakazał być,
Gdybym na moment choć jedyny
Zatęsknił sercem do rodziny,
Nie szukałbym, by spełnić sny,
Innej dziewicy, niźli ty!
Bez madrygałów201 mówiąc wstrętnych:
Gdyby ten cel mi wskazał Bóg,
Ciebie bym jedną obrać mógł
Na towarzyszkę dni mych smętnych,
Przed tobą bym kolano zgiął
I szczęścia — ile można — wziął.
XIV
Nie dla mnie szczęście jest... niestety!
Los sobie zrobił ze mnie żart!
Daremne wszystkie twe zalety,
Nie jestem ich zupełnie wart.
Wierz mi (sumienie me poręką),
Małżeństwo będzie dla nas męką;
I choćbym twój uwielbił czar,
Przyzwyczajenie — zniszczy żar.
Ty zaczniesz płakać... Niewymowna —
Dla mego serca burza łez,
Tylko mi nerwy skąsa bies!
Więc sądź, Hymena202 dłoń czarowna,
Jaki nam w życie wplecie kwiat?
Może na długi szereg lat!
XV
Cóż gorsze jest niż ta rodzina,
Gdzie biedna żona, sama wciąż,
W dzień i wieczorem przypomina,
Jak się odmienił nędzny mąż;
Gdzie z nudy on, jej wartość znając
(A los wszelako przeklinając)
Zimno zazdrosny, chmurny wciąż,
Milczący, gniewny... Piękny mąż!
Jam taki! Tego żeś szukała,
Gdyś z takim żarem młodych snów,
Prostotą cudny liścik ów
Z takim rozumem napisała?
Czyliż surowy życia głos
Tobie przeznaczył taki los?
XVI
Sny nie wracają, ani lata,
Nie kwitnie dwakroć duszy kwiat.
Ja kocham cię miłością brata,
A może czulej niźli brat.
Wysłuchaj mnie bez gniewu, proszę:
Nieraz na nowych snów rozkosze
Zamieni dziewczę stare sny,
Tak żółty liść na drzewie drży,
Lecz wiosna nowy niesie w dani...
Tak Bóg urządził każdą rzecz!
Pokochasz po raz wtóry, lecz...
Naucz się rządzić sobą, Pani.
Nie każdy ciebie pojmie tak!
Zważ, doświadczenia gubi brak!».
XVII
Eugeniusz prawił tak kazanie.
Rumieniec znikł z Tatiany lic;
Nie dyszy, przeczyć nie jest w stanie,
Słucha — przez łzy nie widzi nic.
Podał jej rękę... Smutkiem tchnąca,
Automatycznie, wciąż milcząca,
Tatiana bierze jego dłoń
Pochyla na bok bladą skroń...
Przez ogród cieniem otulony
Przyszła do domu razem z nim.
Nikt za złe tego nie wziął im:
Swoboda wsi ma miłe strony;
Korzysta wieś też z swoich praw,
Jak Moskwa, pyszna jako paw.
XVIII
Chyba mi przyzna tu czytelnik:
Z miłą zacnością prostych dusz
Postąpił sobie mój pustelnik
Ze smutną Tanią. Nieraz już
Jednako sprawił się szlachetnie,
Chociaż go świat obgadał szpetnie,
Złośliwej żyłce płacąc dług...
Jego przyjaciel, jak i wróg
(Ach, to na jedno wyjdzie może)
Sławił go różnie — tak i siak.
Komuż na świecie wrogów brak?...
Lecz od przyjaciół strzeż nas Boże!
Oj, przyjaciele!... Kilka słów
Chcę im poświęcić. — Muzo, mów!
XIX
Nie spiszę tego, co się marzy...
W nawiasach stwierdzę pewną rzecz:
Że nie ma podłej dość potwarzy,
Z tych, co je łgarz uprawia precz,
Płodzi na strychu gdzieś namiętnie,
A świecka czerń je szerzy chętnie,
Bzdurstw takich, które tworzy złość,
Epigramatów203 brudnych dość,
Aby się druh wam nie przysłużył,
Bez złości krzty, bez planów złych,
Z uśmiechem stokroć — żeby ich
Porządnym ludziom nie powtórzył!
A zresztą... wstąpi za Cię w bój,
Kocha Cię tak, jak... krewniak twój!
XX
Hm! hm! Szlachetny czytelniku!
Jakże tam krewni? Zdrowiż są?
Zapewne krewnych masz bez liku?...
Chcesz o nich znać opinię mą?
Mogę Ci krewnych odmalować:
Trzeba ich kochać i szanować;
Na obyczaje mając wzgląd,
Wizytę złożyć podczas Świąt;
Albo też zamiast tego kroku,
Kiedy Wigilii przyjdzie czas,
Życzenia pocztą posłać raz,
Aby w ich myślach resztę roku
Nie został po was ani ślad...
Więc niechaj żyją do stu lat!...
XXI
Nie wierz krwi związkom i przyjaźni.
W miłości masz pewniejszą broń,
Gdy burza życia cię rozdrażni,
Miłość ci jeszcze poda dłoń...
Zapewne tak... Lecz zmiany mody,
Kobiecej duszy niepogody,
Opinii świata bystry ruch...
Płeć piękna — lekka jest jak puch...
Ba! I mężowskich zdań powaga
Dla żony, co ma mnóstwo cnót,
Musi być święta... Rzadki cud,
Gdy zbiór tych wpływów nie przemaga.
Tak ginie wierność serca dam...
Miłością igra szatan sam!
XXII
Więc kogo kochać? Komu wierzyć?
Kto nie zgotuje nigdy zdrad?
Kto naszym łokciem będzie mierzyć
Z usłużną miną — cały świat?
Kto o nas fałszu nie powtórzy?
Kto da przytułek podczas burzy?
Kto się nie zlęknie naszych plam?
Kto się nie znudzi nigdy nam?
O ty, co widma szukasz mylnie,
Porzuć wysiłków próżnych rój
I, czytelniku luby mój,
Samego siebie kochaj silnie,
Boć tylko w sobie — dobrze zważ —
Taki uprzejmy przedmiot masz!
XXIII
Lecz cóż spotkania było skutkiem?
Nie trudno zgadnąć... Jasna rzecz:
Z duszy, co rada żyje smutkiem,
Miłość i ból nie poszły precz.
Jeszcze ją mocniej szał pochłania;
Goreje biedna moja Tania!
Odbiega sen, a za nim w ślad
Uśmiech i zdrowie, życia kwiat,
Dziewiczy spokój — wszystko pierzcha...
Snów miłych rozkosz, marzeń wdzięk —
Wszystko przepada jako dźwięk...
I Tani młody dzień się zmierzcha.
Tak samo mroczy burzy cień
Na wschodnim niebie jasny dzień.
XXIV
Tatiana więdnie, gaśnie, blednie,
Niby zwarzony mrozem kwiat...
Obcym jej życie jest powszednie,
Zda się jej obcym cały świat.
Ten i ów sąsiad głową kiwa,
Niejeden szeptem się odzywa:
«Jej za mąż pora!... dawno czas!»
Lecz o tym dość... Toć muszę was
Piórem mym trochę rozweselić;
Obraz miłości szczęsnej dać!
Wiem... mimo woli z wami snadź
Chciałem mą wielką troskę dzielić.
Wybaczcie mi ten miary brak:
Moją Tatianę kocham tak!
XXV
Z każdą godziną więcej wzrusza
Leńskiego młodej Olgi wdzięk,
W niewoli słodkiej jego dusza
Chciwie jej głosu chwyta dźwięk.
Wiecznie ich razem napotkacie.
Po ciemku siedzą w jej komnacie;
Gdy ranną rosą błyszczy kwiat,
Pod rękę razem idą w sad.
I cóż?... Miłością upojony,
Leński uczuwa rzewny wstyd;
Już w tym śmiałości widzi szczyt,
Gdy jej uśmiechem zachęcony,
Ustami dotknie skraju szat
Lub w lok rozwity wplecie kwiat.
XXVI
To romans czyta jej moralny
Głosem przejętym, pełnym zmian;
Naturę autor idealny
Skreślił tam tak, jak Chateaubriand204.
A jednak po dwie, po trzy strony,
Przepuszcza on — zarumieniony,
Wietrząc w nich pustej bredni siew,
Groźny dla serca młodych dziew.
Albo przy szachach, gdzieś w altanie,
Siedzą... schylone głowy w dół,
Łokcie oparte są o stół...
I Leński, wpadłszy w zadumanie,
Wyciąga roztargnioną dłoń:
Własną królową bije koń!
XXVII
Do domu jedzie; jego myśli
I tam zajmuje Ola znów:
Coś w jej albumie pilnie kreśli,
Zdobi go czarem swoich słów.
Rysuje wiejskie w nim pejzaże,
Z lekka farbami potem maże;
Pomnik, Cyprydy205 grecki chram,
Lirę z gołąbkiem skreśli tam.
Do cudzych wspomnień słówko wtrąca;
Na kartce, gdzie się wpisał ktoś,
Czułym swym rymem doda coś;
Pamiątka młodych snów milcząca,
Dum błyskawicznych lekki ślad —
Nie straci wdzięku z biegiem lat.
XXVIII
Powiedzcie: album wiejskiej panny
Czy kiedy braliście do rąk?
Przez koleżanki zapisany
Z początku, z końca, z boku, w krąg!
Zwyczajem częstym tu się trafi
Wiersz, co jest drwiną z ortografii;
Tam zbytek sylab, tu znów brak —
Zły rytm — przyjaźni wiernej znak!
Na pierwszej kartce napis witasz:
«Qu’ecrirez vous sur ces tablettes?»206
I podpis: «t. à v. Annette»207.
A na ostatniej zwykle czytasz:
«Kto bardziej kocha Cię niż ja,
Dalej ode mnie pisać ma!»
XXIX
Znajdziecie kwiatek tu niebieski,
Dwa serca z kluczem, ognia słup
I słowa: «Do grobowej deski
Trwa miłość moja» — rzewny ślub!
Tu retor z armii wojowniczej
Wlepił z pewnością wiersz zbrodniczy...
W albumie tym — rzec prawdę mam? —
Ja gotów jestem pisać sam.
Bowiem spokojny, mam na względzie,
Że każda brednia moja w mig
Zasłuży mi na wdzięczny dyg,
Że później nikt z niej drwić nie będzie,
Pod lupę każde słówko brać,
Ważyć, czym nie mógł zręczniej łgać!
XXX
Lecz wy, tortury rymopisów —
Albumy, szyte z świetnych kart,
Wy, które z biblioteki bisów208
Chyba na świat wyrzuca czart!
Sam Baratyński rymem słodkim
I cudotwórczym pędzlem wiotkim
Tołstoj209 ozdabiać musiał was —
Niechże was piorun spali raz!
Gdy swój in quarto210 modna dama
Da mi z uśmiechem, spojrzeć dość,
Bym uczuł w piersi dreszcz i złość:
Drży w głębi serca epigrama,
Ledwie nie wyda gniewu twarz,
A madrygały pisać masz!
XXXI
Nie madrygały Leński pisze,
Lepszego album Olgi wart...
Miłością pióro jego dysze,
Nie błyśnie spodeń211 zimny żart:
Coś dojrzy, słyszy coś o Oli,
Notuje zaraz prawdzie gwoli.
Na kształt szumiących rzeki fal,
W elegiach płynie słodki żal...
Jak on, Jazykow212 mój natchniony,
Gdy jego serce ogniem tchnie,
Opiewa — kogo? Pan Bóg wie —
A tom, z elegii upleciony,
Wsłuchanym w ich czarowny głos
Opowie z czasem jego los.
XXXII
Lecz ciszej!... Słyszysz ostry przytyk?
Elegii skromny wianek rwać
W strzępy — surowy każe krytyk,
Na rymotwórców woła brać:
«Hola, przestańcie wreszcie płakać,
Wciąż jedno w srogim żalu kwakać,
I o „minionym” duby pleść,
Dosyć!... Odnajdźcie nową treść!» —
«Masz słuszność! Pewnie nam pokażesz
Maski, kindżały z dawnych lat,
I odnowiwszy stary grat,
Myśl „nową” wskrzesić nam rozkażesz?
Czy tak, mój druhu?» — «Ale, ba!
Panowie, ody pisać trza!
XXXIII
Według poważnej starej mody,
Gdy żył potężny przodków ród...» —
«Co? Uroczyste same ody!
Czy się nie zlękniesz czasem ód?
Zważ, ody tworzył i satyryk!
Cudzego zdania chytry liryk213
Mali214 dla ciebie większy wdzięk
Niż rymotwórców naszych jęk?» —
«Lecz treść elegii tchnie pustotą,
Jej cel jest marny! Ody pisz,
Bo oda wzniośle dąży wzwyż,
Szlachetny cel ma»... Mógłbym o to
Spór wzniecić, ale spokój dam;
Po co dwa wieki kłócić mam?
XXXIV
Wielbiciel sławy i swobody,
Z myślą burzliwych pełną nut,
Włodzimierz byłby pisał ody,
Lecz Olga nie czytała ód.
Wieszczu! Czyś czytał swej uroczej
Elegię tkliwą, patrząc w oczy?
Wyższej nagrody nie zna wieszcz!
Tak mi mówiono... Szczęścia dreszcz
Wstrząsa skromnego wielbiciela,
Gdy Ona — słodki przedmiot ów
Miłości, rymów, westchnień, snów —
Uwagi swojej mu udziela!
Szczęsny... Choć ona — wierzcie mi —
Nie o tym myśli, albo śpi!
XXXV
Lecz ja, co Muzom złożę w dani
Owoce natchnień, marzeń kwiat,
Czytam jedynie starej niani,
Druhowi moich młodych lat.
Lub gdy znudzony, po obiedzie,
Przypadkiem sąsiad do mnie zjedzie,
Rwę go za połę za ten błąd,
Duszę tragedią, cisnąc w kąt;
Lub (tu żartować nie wypada),
Słuchając smętnej Muzy praw,
Kieruję kroki ponad staw,
Wystraszam dzikich kaczek stada:
Spędza je z brzegu nagły lęk,
Gdy słyszą słodkich strof mych dźwięk!
XXXVI
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
XXXVII
A cóż Oniegin?... — zapytacie,
Widząc, że Pegaz215 na bok mknie...
Jeśli cierpliwym będziesz, bracie,
Opiszę, jak przepędza dnie...
Żył jak pustelnik... Zerwał z światem;
O siódmej rano wstawał latem,
Wychodził na czczo... Wieś tę znam:
Pod górą rzeczka płynie tam...
Piewcę Gulnary216 naśladował,
Przepływał wpław Hellespont217 ów;
Potem do domu wracał znów,
Pił kawę, dziennik zły wertował,
Ubierał się. . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
XXXVIII
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
XXXIX
Przechadzki, książki, sen głęboki,
Strumyka szept, cienisty gaj,
Czasem dziewicy czarnookiej
Świeżutki całus (w to mi graj!),
Koń bystry, a wędzidłu korny.
Obiad zaprawdę dość wytworny,
Białego wina puchar i —
Samotność, luba cisza wsi:
Ot, cały żywot Oniegina!
Nieznacznie z ciszą tą się zżył,
Nie liczył dni, pogodny był...
W spokoju miłym zapomina
Przyjaciół, bale, newski gród
I nudę, co go gryzła wprzód.
XL
Ale północne nasze lato,
Karykatura włoskich zim,
Mignie i znikło... Zgoda na to?...
Więc czemuż kryć się z sądem tym?
Już czuć w powietrzu tchy jesienne,
I słonko świeci mniej promienne,
I coraz krótszy dzienny czas
Cienisty, tajemniczy las
Z posępnym szmerem głąb obnaża;
Na pole pada mgła, śród chmur
Krzykliwych gęsi leci sznur
Het, na południe... I zagraża
Nuda, jesieni wierny stróż...
Listopad stał na progu już.
XLI
Świt blady w mgłę się wdziera chłodną;
Na łąkach hałas pracy zmilkł
I wraz z wilczycą swoją głodną
Na drogę z lasu dąży wilk;
I już go poczuł koń podróżny,
Rozdyma chrapy; pan ostróżny,
Pędzi co tchu na górski szczyt!
Już pastuch, gdy nadejdzie świt,
Z chlewu wyganiać krów nie będzie,
Ani w południe jego róg
Nie zwoła ich na zakręt dróg;
W izbie, śpiewając, dziewa przędzie.
Przed nią zimowych nocy druh,
Łuczywo barwi kłębka ruch.
XLII
Lecz mróz już trzeszczy... Śnieżne burze
Pokryły srebrem całą wieś...
(Czytelnik czeka rymu: «róże»;
No, więc go żywo sobie weź!).
Jako posadzka woskowana —
Czyściej — lśni rzeka w lód odziana.
Krzykliwych chłopców drobny lud
Łyżwami zręcznie kraje lód.
Na kraśnych łapkach gąsior dąży,
Ot, chce po łonie płynąć wód,
Ostrożnie zsuwa się na lód,
Ślizga się, pada... Patrz, jak krąży
Wesołych śnieżnych płatków rój,
W mig tracąc kształt gwiaździsty swój.
XLIII
Co począć w głuszy w takim czasie?
Na spacer iść? Ach, stygnie krew,
Gdy przykry widok oczy pasie
Nagością monotonną drzew.
W surowym stepie jechać konno?
Z biedą się spotkasz nieuchronną:
Groźna podkowie śliska błoń,
Jeszcze ci nogę złamie koń!
Pod dach się kryj więc od zamieci!
Czytaj: ot, Pradt218, ot, Walter Scott219!
Nie chcesz? Rachunki sprawdzaj, ot!
Gniewaj się, pij — i wieczór zleci...
Nazajutrz wstąp na tenże szlak...
Pysznie ci zima zejdzie tak.
XLIV
Jako Childe Harold nieustannie
Oniegin duma... Próżniak zeń!
Rankiem w lodowej siędzie wannie,
A potem w domu cały dzień
W obrachowaniach pogrążony
I tępym kijem uzbrojony
W dwie kule na bilardzie gra...
Od rana ta zabawa trwa...
Nadchodzi wieczór... Wtedy z dłoni
Wypuszcza kij. (Ba, głód już czuł!)
Już przy kominku gotów stół...
Eugeniusz czeka... Trójką koni
Nadjeżdża Leński... «Otóż masz
Głodnego! Obiad podać każ!»
XLV
Za stołem siada mój poeta,
A słowo już zmienione w czyn:
Wdowy Cliquot, albo Moëta220
Błogosławiony niosą płyn;
W zmarzniętej pieni się butelce...
Niegdyś i moją duszę wielce
Nęciło grą swą wino to:
Koledzy! Wszakże za Cliquot
Puszczałem ongi resztki monet;
Pomnicie: z tych czarownych strug
Powstawał miłych bredni huk,
Mnóstwo i żartów i canzonet221.
Niespodziewanie świetnych słów,
Zajadłych sporów, słodkich snów!
XLVI
Lecz dzisiaj zdradzasz mój żołądek
Swą gwarną pianą, o, Cliquot!
Zmieniając dawny uczt porządek,
Rozsądne wolę dziś bordeaux222.
Ai223 mi szkodzi nawet szklanka...
Ai — druhowie! — to kochanka,
Błyszcząca, wietrzna, zmiennych cech:
Kapryśna, w pusty wpada śmiech!
Lecz ty, bordeaux, ty jesteś druhem
I towarzyszem w każdy czas,
Co w smutku zwykł pocieszać nas.
Wspomagać w położeniu kruchem,
Miłą gawędą pieścić słuch...
Niech żyje nam bordeaux, nasz druh!
XLVII
Przygasa ogień... Popiół biały
Powleka złoty węgla blask;
Ciepło przepełnia pokój cały,
W kominku ustał iskier trzask...
Wzlatują z fajek dymu wstęgi,
Wokół butelek tworzą kręgi...
I spuszcza się wieczorny zmrok...
(Ach, przy kieliszku gawęd tok,
Łgarstw przyjacielskich miła chwilka,
Zwłaszcza o zmierzchu urok ma,
Gdy ta niepewna pora trwa,
«Pora pomiędzy psa i wilka»224;
Ten termin — mój obraża słuch).
Lecz słuchaj mych przyjaciół dwóch:
XLVIII
«A cóż sąsiadki? Co Tatiana?
I co się dzieje z Olgą twą?» —
«Dolej mi wina... Dzisiaj z rana
Byłem tam. Wszyscy zdrowi są.
Panny pokłonić się kazały...
Jak plecy Oli wyładniały!
Co to za dusza! Kiedyś bądź
Zajedziem do nich. Proszę, sądź:
Dwa razy tylko tam zajrzałeś —
Gościnnie cię przyjęto tam,
A ty — czy słusznie, rozważ sam —
Już nosa im nie pokazałeś...
Ależ... to osioł ze mnie!... Wszak
Proszony jesteś!» — «Ja?» — «A tak!
XLIX
W sobotę Tani imieniny,
Ola i matka proszą cię;
Odmówić nie ma wszak przyczyny...
Pojedziesz, prawda?» — «Zlituj się!
Tam kupa gości, wiem to z góry,
A przy tym moc hałastry, której...» —
«Nikt, tylko swoi, dobrze wiem!
Zaręczyć mogę słowem swem.
Pojedziesz, proszę!» — «Zgoda!» — «Dzięki!
Jaki ty dobry!» — Mówiąc to,
Do góry kielich wzniósł z Cliquot,
Wychylił go za Olgi wdzięki
I o nich jął rozprawiać znów.
Ba, miłość nie zna innych słów!
L
Był wesół... Toć za dwa tygodnie
Szczęśliwy termin wypaść miał...
Czekał na żar, co nie ochłodnie,
Na szczęście, na zachwytów szał,
Na małżeńskiego łoża tajnię...
Nigdy nie sądził, że zwyczajnie
Hymen przynosi troski nam,
Żal, poziewanie, chłód i kram...
Gdy domowego życia scena
Wrogom Hymenu wróży swąd
Albo obrazków nudnych rząd,
Romans w rodzaju Lafontaine’a225,
Mój biedny Leński o niej śnił:
Dla tego życia zrodzon był!
LI
On był kochany... albo sądził,
Że jest kochany... Szczęścia dość!
Szczęśliwy, kto się wiarą rządził,
Kto zdusił chłodną myśli złość,
Nie wstrzymał słodkich marzeń w biegu,
Jako podróżny na noclegu
Spojony, w śnie nie słyszał burz,
Lub motyl ssący nektar z róż...
Lecz biada temu, co przewidzi
Już z góry wszystko, zimny jest,
Kto każde słowo, każdy gest,
Za treść wewnętrzną nienawidzi,
Śród mroźnych życia zastygł burz:
Zapomnieć się nie zdoła już!