III

Jego wizyta niespodziana,

Nagła serdeczność jego ócz,

Potem przy Oli nowa zmiana —

Wszystko ją dziwi... Gdzie jest klucz

Do jego dziwactw? Nie rozumie...

Gubi się w różnych myśli tłumie...

Dręczy ją zazdrość, więcej żal...

Jakby dłoń zimna, niby stal,

Szarpała serce, jakby pod nią

Czerniała przepaść, ciągnąc w dół.

«Niech zginę — szepcze — on by czuł...

A nie — szemranie jest już zbrodnią!

Ginąć przez niego — szczęścia plon!

Innego — dać nie może on!»

IV

Pędź, mój romansie, naprzód! nuże!

Wnet nową postać wplączę weń.

Od wsi Leńskiego Krasnogórze

O pięć wiorst264 mieszkał — po dziś dzień

Słynny śród szlachty okolicznej —

W pustyni swej filozoficznej

Zarecki — niegdyś burda, żbik,

Krzykacz i wódz szulerskich klik,

Hultajów bóg, garkuchni mówca;

Dziś cichy rolnik, dobry pan,

Wyborny druh, z prostoty znan,

Kawaler — ojciec dzieci hufca,

Ba, nawet i uczciwy człek:

Tak to poprawia się nasz wiek.

V

Niegdyś z pochwałą doń usłużną

Zbliżał się słodko nawet wróg...

W asa o sążni265 pięć nie próżno

On z pistoletu trafiać mógł!

W bitwie z odwagi raz zasłynął,

Gdyby się nie spił, byłby zginął;

Lecz z kałmuckiego konia spadł

Odważnie w błoto... Ani zbladł,

Kiedy go Francuz brał w niewolę...

Toż zakład był!... Honoru bóg,

Regulus266 nowy, gdyby mógł,

Przyjąłby znowu więźnia dolę,

Aby na kredyt u «Verie»267

Co dzień butelki spijać trzy!

VI

Niegdyś szyderstwem w ludzi godził,

Z głupców zabawnie umiał drwić,

I nawet mędrców za nos wodził,

Powagą żart potrafił kryć;

Wprawdzie za tę lub ową sztuczkę

Dostał niekiedy sam nauczkę;

Wprawdzie niekiedy miewał kram,

Gdy w własne sieci wpadał sam...

Lecz się wesoło spierać umiał

Odciąć się, czasem żarcik znieść;

Wcale rozważny, sam rozumiał,

Kiedy ma milczeć, kiedy pleść;

Skłócić przyjaciół — talent miał

I w pojedynek później pchał.

VII

Lub godził szybko spór zażarty,

Aby śniadanie w trójkę zjeść,

Po czym snuć skrycie kłamstwa, żarty,

Zgodzonym wieniec hańby spleść.

Sed alia tempora!268 Swawoli,

Jak i miłości, przejdzie kolej

Wraz z tchem wiosennym młodych burz...

Zarecki dziś, jak rzekłem już,

Pod cień kasztanów i akacyj

Od burz się ukrył, ciszy chce,

Dzieciom wskazuje A, B, C,

Kapustę sadzi jak Horacy,

O rozpłód gęsi bardzo dba...

Mędrzec — spokoju wartość zna.

VIII

Rozsądny był... Oniegin tedy,

Chociaż szacunku nie miał dlań,

Lubił pogadać z nim niekiedy

I cenił trzeźwość jego zdań;

Chętnie widywał go czasami.

Więc, gdy stukając obcasami,

Zarecki rankiem wstąpił doń,

Nie zdziwił się, wyciągnął dłoń...

Ten ledwo wita — mina sucha —

Szybko rozmowy przerwał tok —

I topiąc w nim złośliwy wzrok,

Podaje kartkę mu od druha.

Oniegin kartkę szybko wziął,

Podszedł do okna, czytać jął...

IX

Szlachetny, miły list, a krótki:

Wyzwanie; w liście Leński mój

Grzecznie, lecz chłodno, bez ogródki,

Zapraszał przyjaciela w bój.

Oniegin ledwie okiem rzucił,

Wnet ku posłowi się odwrócił

I, jakby słów się zbytnich strzegł,

Tylko: «Jam zawsze gotów» — rzekł.

Zarecki powstał... W progi rusza...

«Nie może zostać: zdarzył traf,

Że ma dziś w domu wiele spraw»...

Znikł bez wyjaśnień... Eugeniusza,

Kiedy pozostał z sobą sam,

Dręczył tej głupiej sceny kłam.

X

I słusznie dręczył: po rozbiorze,

Na wczorajszego zajścia tle,

Odnalazł własną winę może;

Czuł, że już w tym postąpił źle,

Iż z czułych serc w minionej dobie

Tak lekkomyślnie zadrwił sobie;

Po wtóre zaś: niech czuje wieszcz

Z powodu głupstwa gniewu dreszcz

I głupstwa robi... Bo to wolno

Ośmnastu latom... Ale on,

Gdy w sercu czuł przyjaźni ton,

Przesądów piłką być bezwolną

Nie wolen... Winien poryw zgnieść,

Jak mąż z honorem zgodę nieść.

XI

Mógł myślą krew swą uspokoić,

Miast się najeżyć jako zwierz;

I młode serce mógł rozbroić

Uczuciem własnym... «Licho bierz!

Za późno teraz... Zresztą drwinkarz

(Myśli Eugeniusz), pojedynkarz

Wsadził w tę sprawę swoje kły;

Gaduła stary, plotkarz zły...

Prawda, jest godna dlań zapłata —

Pogarda... Ale głupców cech —

Ich szept — spojrzenia drwiące — śmiech»...

I oto wam opinia świata!

Honor — nasz bożek i nasz kat!

To, na czym dziś się kręci świat!

XII

A Leński w domu, po swym liście,

Czeka, gorączki czując dreszcz...

Nareszcie sąsiad uroczyście

Przywiózł odpowiedź. Rad mój wieszcz...

Świąteczny dzień dla zazdrośnika!

On bał się figlów swawolnika,

Co mógł obrócić wszystko w żart,

I znaleźć pretekst (mimo hart

Swej duszy), by nie stanąć w walce...

Lecz wszystko dobrze! Pewny — czyn:

Jutro przed świtem, gdzie jest młyn,

Zjadą się obaj, zimno palce

Na cynglach złożą... ścisną broń

I mierzyć będą w druha skroń!

XIII

Kokietkę pragnąc znienawidzieć269,

Wzburzony Leński nie chciał już

Przed pojedynkiem Olgi widzieć;

Patrzył na blask wieczornych zórz,

Na zegar — ale... ot, wypadek! —

Znalazł się wkrótce u sąsiadek.

Myślał, że jego przyjazd w dom

Uderzy w Olę jako grom.

Gdzie tam! Jak dawniej z sieni skoczy

Witać go Olga... Tenże gest;

Tak samo jasna, świeża jest;

Tak samo przez wesołe oczy

Patrzy nadziei wietrznej wschód:

Słowem, jest taka, jak i wprzód!

XIV

«Czemu pan wczoraj znikł tak wcześnie?»

Pierwszym pytaniem brzmi jej głos,

Leńskiemu zda się, że jest we śnie,

Milcząc, na kwintę spuścił nos.

I gniew, i zazdrość znikły oto

Przed pieszczotliwą tą prostotą,

Przed jasnym blaskiem onych ócz.

I Leński myśli: «Tu się ucz,

Jak z oczu tych o sercu wnosić!

Kocha mnie jeszcze!»... Żal i wstyd,

I skruchę czuje... Gniewu syt,

Sam przebaczenia gotów prosić...

I drży... Nie może znaleźć słów...

Szczęśliwy jest i niemal zdrów.

XV, XVI

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

XVII

I patrzy, patrzy w obraz miły...

Lecz znów na czoło pada cień;

Posmutniał... Biedak nie ma siły

Przypomnieć jej wczorajszy dzień;

I myśli: «Będę zbawcą Oli,

Nie ścierpię, aby ze złej woli

Rozpustnik jad w nią pochlebstw wlał

I młode serce skusić miał;

By na łodydze lilii hożej,

Tocząc ją, usiadł podły czerw,

By kwiat dwóch ranków uwiądł wpierw,

Zanim listeczki swe roztworzy».

A skryty sens tych dumań był:

Stanowczo będę z nim się bił!

XVIII

O, gdyby wiedział, jaka strzała

W płonącym sercu Tani tkwi!

Gdyby Tatiana to wiedziała,

Że jutro przed grobowe drzwi

Eugeniusz z Leńskim pójdą razem

By o nie toczyć spór żelazem:

Może jej miłość — kilka słów

Złączyłyby przyjaciół znów!

Lecz nikt nie umiał należycie

Wyczytać żaru z bladych lic;

Oniegin o tym nie rzekł nic,

Tatiana usychała skrycie;

Niania — ta wiedzieć mogła, lecz

Zgadywać — ba, to nie jej rzecz.

XIX

Przez cały wieczór roztargniony

Leński to wesół był, to milkł;

Lecz kto przez Muzę jest pieszczony,

Ten zawsze taki; to jak wilk

Spojrzał — i siadł przy klawikordzie

I akord bierze po akordzie;

To w Olę oczy wlepi znów

I szepcze: «Jam szczęśliwy, mów!».

Lecz późno; jechać pora. Serce

Ból ścisnął. — Kiedy żegna ją,

Wszystkie mu struny w duszy drżą

I sam ze sobą jest w rozterce;

Więc cień na licach Oli legł...

«Co tobie?» — «Nic!» — I z schodów zbiegł.

XX

Przyjechał do dom; pistolety

Zbadał, w szkatułce zamknął znów;

Legł i drogiego tom poety

Otwiera; czar Schillera słów

Nie działa jednak... Myśl ucieka,

Nie drzemie serce, krwią ocieka;

Nad jego łożem dzierży straż

Urocza wizja: Oli twarz...

Więc książkę zamknął, pióro chwyta;

Przy świecy pisze... Cisza w krąg...

Pełne miłosnych bredni, mąk,

Leją się dźwięki... W głos je czyta

Pełen liryzmu, ognia, sił,

Jak Delwig270, gdy pijany był.

XXI

Mam wiersze te; nie zaginęły...

Oto jak pieśń Leńskiego brzmi:

«O kędy, kędyście umknęły,

Mej młodej wiosny złote dni.

Dzień przyszły idzie... Cóż gotuje?

Daremnie w przyszłość wzrok szybuje,

Bo czegóż szuka w gęstej mgle?

Los słuszność ma, cokolwiek śle!

Czy padnę sam, przebity strzałą,

Czy cios mnie minie w groźnym dniu —

Za wszystko dank271: czuwania, snu,

Zakreślił czas granicę śmiało.

Błogosławiony troski dzień,

Błogosławiony nocy cień!

XXII

Zabłysną jutro ranne zorze,

Jaskrawym światłem zagra dzień,

A ja, być może, głowę złożę

W grobowca tajemniczy cień.

W cichej letejskich wód głębinie

Młodego wieszcza pamięć zginie.

Świat mnie zapomni... Niechaj tak!

Lecz ty, o dziewczę, przyjdziesz wszak

Łzę wylać do mej wczesnej urny

I myśleć: dla mnie poniósł zgon,

Jedynej mnie poświęcił on

Świt burzliwego życia chmurny!

Najdroższa moja!... Będę śnić

Żem Twój małżonek... Przyjdź... o przyjdź!»

XXIII

Tak pisał on «niejasno — ckliwie»

(Co romantyzmem u nas zwą,

Choć ja się nazwie takiej dziwię;

Lecz co tam! Jest to kwestią czczą).

Wreszcie przed samym świtem zaśnie;

Znużoną głowę spuścił właśnie,

Gdy pisał modny wyraz ten:

«Ideał»... Lecz zaledwie sen

Objął go głębszy nad stolikiem

I uniósł w słodkich marzeń świat,

Już do pokoju sąsiad wpadł,

Budzi Leńskiego głośnym krzykiem:

«Godzina siódma! Jechać czas!

Oniegin dawno czeka nas!».

XXIV

Lecz mylił się; bo jak zabity

Eugeniusz w owej porze spał.

Już słońce wzgórz pozłaca szczyty,

Już kogut wiele razy piał.

Oniegin śpi. I wyżej słońce

Wznosi się... Płatki śniegu lśniące

Rozrzuca zamieć... Nikną mgły...

On leży jeszcze... Jeszcze sny

Latają nad nim... Nagle oczy

Roztwiera... Senny wyraz znikł...

Coś przypomina... Rozwarł w mig

Poły kotary... Z łóżka skoczy.

W szczelinę bije światła pas.

Widzi Oniegin: jechać czas.

XXV

Gwałtownie dzwoni, nawołuje...

Wbiegł lokaj — Francuz, pan Guilleau.

Szlafrok, pantofle proponuje,

Bieliznę wyjął, podał ją.

Eugeniusz spieszy... (Moc kłopotów)...

Poleca słudze, by był gotów

Pojechać z nim, ażeby broń

W szkatułce wziął... Już parska koń

Przy lotnych saniach... Siedli żwawo,

Do młyna lecą... Już tam są...

Za panem niesie broń Guilleau —

Lepage’a272 groźne lufy. W prawo

Skierował stangret sanek ruch...

Ma czekać tam przy dąbkach dwóch.

XXVI

Wsparty o groblę Leński czeka,

Wpatrzony w dal... Zarecki siadł;

O młynie znawczy273 sąd wyrzeka:

W biegaczu znalazł kilka wad.

Oniegin podszedł, wybaczenia

Za zwłokę prosi. Lecz zdziwienia

Zarecki zrobił ręką gest:

«A gdzież sekundant Pański jest?».

Klasyk i pedant w pojedynkach

Metodę kochał, chciał, by człek

Nie byle jak od kuli legł,

Lecz jak w przepisach i przyczynkach

Do owej sztuki kazał świat;

Czcił święcie prawa dawnych lat.

XXVII

«Sekundant mój?» — Eugeniusz powie —

«On tu, monsieur Guillot, mój druh...

Nie sprzeciwicie się, panowie...

Dodam, gdym wasz obraził słuch,

Że choć nieznany, bez znaczenia,

To człek uczciwy — bez wątpienia!».

Zarecki wargi przygryzł... Ów

Do przyjaciela rzecze znów:

«Więc cóż, zaczniemy?». Wstrząsnął głową

Włodzimierz: «Owszem». I za młyn

Szli obaj... Sekundantom z min

Czytasz, że ważną są umową

Zajęci... Odwróceni wpół

Wrogowie stoją... Oczy w dół...

XXVIII

Wrogowie?!... Dawnoż ich rozdziela

Krwi bratniej żądza — straszny głód?

Dawnoż śród słodkich chwil wesela

Dzielili uczty, myśli, trud?

A teraz gniewni i cyniczni,

Jakby wrogowie dwaj dziedziczni,

W śnie czy w obłędzie, z zimną krwią

W pierś przyjacielską mierzyć chcą

I knują zguby plan surowo?

Czyż się nie zaśmiać, zanim dłoń

Krwią nie powala bratnia skroń?

Czy się nie rozejść pokojowo?

Ba!... Świeckiej złości dziki zgrzyt

Zna jedną moc — fałszywy wstyd!

XXIX

Już pistoletów lśni żelazo,

Słychać o stemple młotków dźwięk,

I kule w rżnięte lufy włażą,

I zabrzmiał pierwszy kurków szczęk.

I szarą strugą na panewki

Proch się posypał ze sakiewki.

A cyngiel trzyma kurka ząb

W odwodzie jeszcze. Już za dąb

Guillot się schował. Płaszcz szeroki

Odrzucił każdy z wrogów dwóch.

Zarecki, ściśle ważąc ruch,

Trzydzieści dwa odmierzył kroki...

Prowadzi druhów do ich met...

Pistolet bierze każdy wnet.

XXX

«Teraz się schodźcie»...

Idą wrogi,

Jeszcze nie mierząc, z zimną krwią,

Wolno i równo wznoszą nogi,

Trzy kroki przeszli... Ach, to są

Trzy stopnie, które w grób prowadzą.

Eugeniusz pierwszy, z wielką władzą

Nad sobą, ciągle krocząc w bój,

Pistolet jął podnosić swój.

Jeszcze pięć kroków przeszli... Leński

Przymruża oko... z ciężkim tchem

Celować począł... Ale wtem

Oniegin strzelił... Groźna klęski

Godzina bije... Leński dłoń

Rozwarł, wypuścił cicho broń...

XXXI

Na pierś bez jęku składa rękę

I pada. Lecz zamglony wzrok

Śmierć wyobraził, a nie mękę.

Tak wolno w dół przez górski stok

Śnieżna lawina sunie, jeszcze

W słońcu miotając iskier deszcze...

Eugeniusz pobladł, uczuł chłód,

Spieszy na pomoc... Próżny trud!...

Patrzy i wzywa... Nadaremnie:

Jego już nie ma. Młody wieszcz

Kres wczesny znalazł. Chłodu dreszcz

W kwiat piękny wniknął potajemnie...

I uwiądł kwiat w jutrzniowy czas,

I na ołtarzu ogień zgasł.

XXXII

Leżał bez ruchu. Dziwnie była

Spokojną twarz... Śmierć starła gniew.

Kula na wylot pierś przebiła;

Dymiąc się, z rany ciekła krew...

Wcześniej o jedno okamgnienie,

A biło w sercu tym natchnienie,

Nadzieja, miłość, boleść, gniew,

Igrało życie, wrzała krew.

Teraz, jak w domu opuszczonym

Cisza i zmrok... Na pustki znak

W nim okiennice przywarł hak

Ku szybom, kredą pobielonym.

Uszła zeń pani kędyś w świat.

Gdzie jest, wie Pan Bóg... Przepadł ślad.

XXXIII

Mile jest sypać śmiałe żarty,

Gdy się nie umie odciąć wróg,

Mile jest patrzeć, gdy uparty

W dół schyli swój bodliwy róg

I nie śmie spojrzeć się w zwierciadło,

By się w nim poznać nie wypadło;

Milej, gdy wściekły w świetle dnia

Zawyje z głupia: toć to ja!

I mile jest, gdy w uniesieniu

Wreszcie was wyzwie taki kiep274,

Celować w jego blady łeb,

Stojąc w szlachetnym oddaleniu...

Lecz nie wiem, czyli byłbyś rad,

Posławszy go na tamten świat.

XXXIV

A cóż dopiero, kiedy padnie

Od waszej kuli młody druh,

Że odpowiedział nie dość ładnie

Lub głupstwem wasz obraził słuch,

Drobnostką dotknął przy butelce,

Chociażby sam, rozdrażnion wielce,

Wyzwanie harde posłał wam —

Powiedzcie sami, ile plam

Znajdziecie wówczas w swojej duszy,

Widząc, jak zachwiał się, jak padł,

Śmiertelnie w oczach waszych zbladł,

Kiedy się więcej nie poruszy,

Kiedy na ziemi stygnie w mig,

Głuchy na wasz rozpaczny krzyk?

XXXV

Pistolet dłonią gniótł zdrętwiałą

Jakby go Harpii275 legion strzegł;

Eugeniusz oczy wlepił w ciało.

«No cóż? Zabity!» — sąsiad rzekł.

«Zabity!» Krzyk ten go ocucił;

Eugeniusz zadrżał, broń odrzucił,

Odchodzi — woła ludzi — znikł...

Zarecki zręcznie, jako zwykł,

Na saniach składa chłodne ciało,

Skarb straszny kryje burką swą...

Poczuwszy trupa, konie drżą,

Rozdęły chrapy, pianą białą

Bryzgają na wędzideł stal

I już jak strzała lecą w dal...

XXXVI

Wam żal poety, przyjaciele!

Los w nim naczynie drogie stłukł,

On zapowiadał nadziej wiele;

Nim złote wróżby spełnić mógł,

Uwiądł!... Gdzie teraz poryw świetny,

Gdzie wzniosły zapał, gdzie szlachetny

Uczuć i myśli młodych pęd?

Przed brudem życia piękny wstręt?

Gdzie są miłości żądze złudne?

Dążność do wiedzy, grzechu strach,

Pragnienie pracy — i gdzież, ach!

Marzenia tęskne, widma cudne

innego życia — i gdzież wy,

Świętej poezji słodkie sny!...

XXXVII

Ach, może on dla dobra świata

Lub choć dla sławy zrodzon był...

Z umilkłej harfy pieśń nie wzlata,

Co może miałaby dość sił,

By grzmieć przez wieki... Duch poety

Może do wyższej kroczył mety

Przez stopnie świata... W straszny dzień

Jego męczeński zabrał cień.

Ze sobą świętą tajemnicę...

I może przez złowrogi los

Zmilkł żywotwórczy dla nas głos

I za mogilną już granicę

Doń nie doleci w przyszły czas

Hymn błogosławieństw wdzięcznych mas!

XXXVIII

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

XXXIX

A może być i tak: poecie

Zwyczajny los gotował czas;

Młodości dni by przeszły przecie,

Ogień by w duszy jego zgasł.

On sam by mocno się odmienił,

Z Muzą się rozstał i ożenił,

Życie zrozumiałby w sam raz

I w haftowany szlafrok wlazł;

Na wsi szczęśliwy i rogaty

W podagrze276 późny żywot wiódł,

Jadł, pił, poziewał, tłuściał, chudł

I w łóżku wreszcie skończył z laty277,

Pośród lekarzy, dziatwy, sług,

Bab, co się z bekiem tłoczą w próg.

XL

Tak, czy inaczej — Muz wielbiciel,

Wsłuchany w dźwięk nadziemskich stron,

Kochanek młody i marzyciel,

Z ręki przyjaźni znalazł zgon!...

Jest miejsce: w lewo idź od sioła,

Gdzie mieszkał pieszczoch Muz — tam woła

Oracza w skwar dwu sosen cień;

Korzenie swoje jeden pień

Tam z korzeniami splótł drugiego;

W krąg nich owinął strugi swe

Strumień, co z gór pobliskich rwie:

Z dzbankami tam żniwiarki biegą;

Cień gęsty bije tam na twarz;

W tym miejscu prosty pomnik masz.

XLI

Pod nim (gdy skąpe krople zlewa

Wiosenny czas na zasiew pól),

Pastuch, pstre łapcie plotąc, śpiewa

Rybaków wołżskich278 tęskny ból.

Mieszczanka młoda, w letniej porze

Mieszkając na wsi, po ugorze

Samotna konno mknąc co tchu,

Rzemienną uzdę ściąga tu,

Wstrzymuje konia przed kamieniem,

Odsłania woal, napis ów,

Złożony z kilku prostych słów,

Przeczyta biegłych ócz spojrzeniem;

I oczy jej przesłoni mgła,

Po miłym licu spłynie łza.

XLII

I stępa jedzie pośród pola,

Marzenia w sercu wiodą rej...

I mimo woli wieszcza dola

Zapełnia całą duszę jej.

I myśli: «Co się z Olgą stało?

Czy długo serce jej cierpiało?

Czy krótko płacząc, zniosła cios?

I jaki jest jej siostry los?

Gdzie dziwak ów chmurnego serca,

Piękności modnych modny wróg,

Wygnaniec ze światowych dróg,

Młodego wieszcza druh-morderca?».

Czekajcie, proszę: przyjdzie czas,

O wszystkim powiadomię was.

XLIII

Ale nie teraz. Choć serdeczną

Do bohatera słabość mam,

Chociaż doń wrócę. Dziś konieczną

Rzeczą jest wytchnąć... Wyznam wam,

Że wiek do twardej prozy skłania,

Mój wiek figlarny rym odgania;

Za rymem — ach! nie odgadłbyś —

Leniwszym krokiem stąpam dziś.

Ochoty dawnej braknie stalce279

Mazać arkusze, wiersze snuć,

Gdy moją duszę począł truć

I w ciszy wsi, i w świata walce

Innej, surowszej troski jad,

Innych, zimniejszych marzeń kwiat.

XLIV

Jam głos usłyszał innych marzeń,

Mam w sercu sroższych bólów stal,

A zwiał nadzieję bieg wydarzeń;

I dawnych smutków dziś mi żal.

O sny, gdzież wasza jest osłoda?

Gdzie wieczny rym jej: dusza młoda?

Czyż czas z jej wieńca świeżość starł

I wianek z głowy mojej zdarł?

Bez elegijnej metafory

Wypadaż wreszcie przyznać mi,

Że znikła wiosna moich dni

(Com żartem twierdził do tej pory)?

I już mi jej nie wróci świat?

Trzydzieściż skończę wkrótce lat?

XLV

Wybił południa czas, wyraźnie

Trzeba to przyznać... Już po śnie!

Więc pożegnajmy się przyjaźnie,

Młodości mojej lekkie dnie!

Więc dzięki wam za upojenia,

Za smutek, słodkie udręczenia,

Za uczty, burze i za gwar,

Za wszystkich darów waszych czar,

Za wszystko dzięki ci, młodości!

Od ciebie w ciszy i śród trwóg

Jam zaznał uciech... ilem mógł...

Jam syty! Dość!... Na szlak przyszłości

Z jasną dziś duszą wstąpić chcę,

Odpocząć po młodości śnie.

XLVI

Niech się obejrzę. Sadów cieniu,

Gdziem żył śród głuszy, tyle snów

Z mej duszy wysnuł, gdziem w pragnieniu,

W lenistwie pędził dni — bądź zdrów!

Lecz ty, natchnienie młode, raźniej

Służ postarzałej wyobraźni,

W drzemiącym sercu obudź prąd

I często zjawiaj się w mój kąt.

Nie daj ostygnąć duszy wieszczej,

Zgoryczeć, uschnąć, iżby czas

Zamienił ją na twardy głaz —

Pośród światowych uciech kleszczy,

Śród głupców, którzy blaskiem lśnią,

Pyszałków, którzy z uczuć drwią,

XLVII

Śród tchórzów chytrych i cynicznych,

Spieszczonych dzieci z duszą czczą,

Śród łotrów nudnych i komicznych,

Służalców, co do kajdan lgną,

Pośród kokietek rozmodlonych,

Śród sędziów tępych, nieproszonych,

Pośród powszednich, modnych scen,

Miłości nikłych jako sen,

Pośród oszczerców, błaznów, trutni,

Co w zimnych sądach szerzą jad;

Śród płaskich myśli, grzecznych zdrad,

Bezmyślnych rozmów, nędznych kłótni —

W odmęcie tym, gdzie z wami wraz

Pogrążył mnie nasz miły czas.