SCENA SZÓSTA
Matylda, Pani de Léry.
PANI DE LÉRY
za sceną
Nigdzie nikogo! cóż to ma znaczyć? Wchodzi się tu jak do zajezdnego domu.
otwiera drzwi i krzyczy, śmiejąc się
Pani de Léry!
Wchodzi. Matylda wstaje.
Witam cię jeszcze raz, kochanie; nie ma u was zupełnie służby; biegam po całym domu, aby znaleźć kogo. Uff! ledwie żyję.
Siada.
MATYLDA
Zrzućże te futra.
PANI DE LÉRY
Zaraz; przemarznięta jestem. Podobają ci się te lisy? Powiadają, że to kuny etiopskie, czy coś podobnego; pan de Léry przywiózł mi to z Holandii. Mnie, szczerze mówiąc, wydają się szkaradne; włożę to ze trzy razy przez grzeczność, a potem daruję Urszuli.
MATYLDA
Pokojówka nie może tego nosić.
PANI DE LÉRY
To prawda; więc każę sobie zrobić dywanik.
MATYLDA
I cóż, bal był ładny?
PANI DE LÉRY
Och, mój Boże, bal! Ależ ja nie byłam na balu. Nie zgadłabyś nigdy, co mi się zdarzyło.
MATYLDA
Nie pojechałaś zatem...
PANI DE LÉRY
Owszem, pojechałam, ale nie dostałam się do środka. To można umrzeć ze śmiechu. Wyobraź sobie ogonek... ogonek...
parska śmiechem
To cię tak strasznie przeraża?
MATYLDA
W istocie; nie lubię natłoku pojazdów.
PANI DE LÉRY
Tak, to bardzo przykre, kiedy się jest samej. Daremnie krzyczałam na woźnicę, aby się posuwał naprzód, nie ruszał się z miejsca; byłam w pasji! Miałam ochotę wsiąść na kozioł; ręczę ci, że byłabym przycięła ten ogonek. Ale to takie głupie siedzieć w tym pudle, ubrana, naprzeciw mokrej szyby: leje bowiem, na dobitkę, jak z cebra. Pół godziny zabawiałam się widokiem przechodniów brodzących w wodzie, po czym kazałam nawracać23. Oto i mój bal. — Cóż to za rozkosz ten ogień! czuję, że odżywam!
Zdejmuje futro. Matylda dzwoni, wchodzi służący.
MATYLDA
Herbata.
Służący wychodzi.
PANI DE LÉRY
Pan de Chavigny wyszedł?
MATYLDA
Tak; zdaje mi się, że wybierał się na ten bal i będzie wytrwalszy od ciebie.
PANI DE LÉRY
Mam wrażenie, że mnie twój mąż nie lubi, mówiąc między nami.
MATYLDA
Mylisz się, zaręczam; sto razy mówił, że jesteś jedną z najładniejszych kobiet w Paryżu.
PANI DE LÉRY
Doprawdy? To bardzo grzecznie z jego strony; ale zasłużyłam na to, uważam bowiem, że on jest bardzo przystojny. Czy zechcesz mi pożyczyć szpilki?
MATYLDA
Masz je pod ręką.
PANI DE LÉRY
Ta Palmira robi suknie! Zupełnie nie czuje się ramion; zawsze się ma wrażenie, że wszystko opadnie24. Czy to jej roboty te rękawy?
MATYLDA
Tak.
PANI DE LÉRY
Bardzo ładnie, doskonale, bardzo ładnie. Stanowczo, nie ma jak wąskie rękawy; ale długo nie mogłam się z nimi oswoić; przy tym uważam, że aby je nosić, nie trzeba być zbyt tęgą, inaczej bowiem wygląda się jak konik polny, duży korpus i cienkie łapki.
MATYLDA
Dobre porówanie.
Wnoszą herbatę.
PANI DE LÉRY
Nieprawdaż? Spójrz na pannę Saint-Ange. Nie trzeba być też wszelako za szczupłą; wówczas bowiem zupełnie nic nie zostaje. Zachwycają się margrabiną d’Ermont; dla mnie podobna jest do szubienicy. Ładna głowa, przyznaję, ale to głowa madonny zatknięta na patyku.
MATYLDA
śmiejąc się
Można ci nalać, kochanie?
PANI DE LÉRY
Tylko gorącej wody, z cieniem herbaty i obłoczkiem mleka.
MATYLDA
nalewając
Czy wybierasz się jutro do pani d’Égly? Wstąpię po ciebie, jeżeli chcesz.
PANI DE LÉRY
A! pani d’Égly to znów inny okaz! Ze swoją fryzurą i nogami robi na mnie wrażenie miotełki do okurzania pajęczyny.
pije
Naturalnie, że będę u niej jutro. Nie, nie mogę; idę na koncert.
MATYLDA
To prawda, że jest trochę komiczna.
PANI DE LÉRY
Spojrz no na mnie, proszę cię.
MATYLDA
Czemu?
PANI DE LÉRY
Spójrz mi w oczy, tak, prosto.
MATYLDA
Cóż widzisz we mnie nadzwyczajnego?
PANI DE LÉRY
Ależ tak, z pewnością, oczy masz czerwone, płakałaś, to jasne jak słońce. Cóż to się z tobą dzieje, droga Matyldo?
MATYLDA
Nic, przysięgam. Co ma się dziać?
PANI DE LÉRY
Nie mam pojęcia, ale widzę, żeś płakała; jestem zbyteczna, odchodzę.
MATYLDA
Przeciwnie, błagam cię, abyś została.
PANI DE LÉRY
Szczerze? Zostaję, jeśli chcesz; ale powiesz mi swoje strapienia.
Matylda potrząsa głową
Nic? Zatem odchodzę, rozumiesz bowiem, iż z chwilą gdy nie zdam się na nic, mogę jedynie zaszkodzić niechcący.
MATYLDA
Zostań, twoja obecność dobrze mi robi, bawi mnie twój dowcip i gdybym w istocie miała jakąś przykrość, wesołość twoja rozproszyłaby ją.
PANI DE LÉRY
Wiesz, droga, kocham cię. Uważasz mnie może za istotę lekką; nikt nie jest bardzie serio ode mnie, gdy chodzi o rzeczy serio. Nie rozumiem, aby można było bawić się sercem; dlatego wyglądam na to, że go nie mam25. Wiem, co to cierpieć; nauczono mnie tego bardzo młodo. Wiem także, co to jest podzielić z kimś swoje zgryzoty. Jeżeli to, co cię gnębi, da się zwierzyć, mów śmiało: nie ciekawość mną powoduje.
MATYLDA
Wierzę w twą dobroć, a zwłaszcza szczerość; ale nie żądaj tego ode mnie.
PANI DE LÉRY
Och, mój Boże! jestem w domu! niebieska sakiewka. Palnęłam straszne głupstwo, wymieniając panią de Blainville. Przyszło mi to na myśl, kiedym stąd wyszła; czyżby pan de Chavigny zalecał się do niej?
Matylda wstaje, nie mogąc wymówić słowa, odwraca się i podnosi chustkę do oczu.
PANI DE LÉRY
Czy podobna?
Długie milczenie. Matylda przechadza się przez jakiś czas, potem siada w drugim kącie pokoju. Pani de Léry zdaje się namyślać. Wstaje i zbliża się do Matyldy; ta podaje jej rękę.
PANI DE LÉRY
Wiesz, kochanie, że dentyści każą krzyczeć, kiedy komu zadają ból. Ja ci powiadam: Płacz! płacz! Łzy, słodkie czy gorzkie, zawsze przynoszą ulgę.
MATYLDA
Och! mój Boże!
PANI DE LÉRY
Ależ to nie do wiary! Niepodobna, aby ktoś kochał panią de Blainville; to kokietka niskiego rzędu, bez inteligencji i urody. Nie warta twego małego palca: nikt nie porzuci przecież anioła dla diabła.
MATYLDA
szlochając
Jestem pewna, że on ją kocha, jestem pewna.
PANI DE LÉRY
Nie, moje dziecko, to niemożliwe; to kaprys, chwila zapomnienia. Znam pana de Chavigny lepiej niż myśli: jest wielkie nicdobrego26, ale nie jest zły człowiek. Zrobił to na przekór; czyś płakała w jego obecności?
MATYLDA
Och, nie, nigdy!
PANI DE LÉRY
To dobrze; nie dziwiłoby mnie, gdyby mu to sprawiło przyjemność.
MATYLDA
Przyjemność? Widzieć, że płaczę?
PANI DE LÉRY
Ach, mój Boże, tak. Dopiero co skończyłam dwadzieścia pięć lat, ale przejrzałam już dno wielu rzeczy. Jak się to wszystko stało?
MATYLDA
Ależ... nie wiem...
PANI DE LÉRY
Mów. Czy się mnie boisz? Mogę ci dać rękojmię; jeżeli dla dodania ci śmiałości, trzeba i mnie postawić coś na kartę, dowiodę, że mam do ciebie zaufanie i zmuszę cię, byś je miała do mnie; czy to potrzebne? Gotowa jestem. Co chciałabyś wiedzieć z mojego życia?
MATYLDA
Jesteś moją najlepszą przyjaciółką; powiem ci wszystko, ufam ci. Nie chodzi tu o nic poważnego; ale ja biorę wszystko tak gorąco... Zrobiłam w sekrecie sakiewkę dla Henryka; chciałam mu ją ofiarować dzisiaj; od dwóch tygodni zaledwie że go widuję; przesiaduje u pani de Blainville. Ten mały podarek miał być łagodną wymówką za jego nieobecność i przypomnieniem, że mnie zostawia samą. W chwili gdy miałam mu wręczyć sakiewkę, wyjął z kieszeni tamtą.
PANI DE LÉRY
Nie ma jeszcze czego płakać.
MATYLDA
Och! jest czego płakać, popełniłam bowiem wielkie szaleństwo: poprosiłam go o tamtą sakiewkę.
PANI DE LÉRY
Au! to niedyplomatycznie.
MATYLDA
Tak, Ernestyno, i odmówił mi... Wówczas.. Och! wstyd mi...
PANI DE LÉRY
Wówczas?...
MATYLDA
Poprosiłam go o nią na kolanach. Chciałam, aby uczynił dla mnie tę małą ofiarę, byłabym mu dała moją sakiewkę w zamian. Prosiłam... błagałam...
PANI DE LÉRY
I nie ustąpił; rozumie się samo przez się. Biedna, maleńka! on nie jest godny ciebie.
MATYLDA
Och! mimo wszystko, ja w to nie uwierzę.
PANI DE LÉRY
Masz słuszność, źle się wyrażam. Jest godny ciebie i kocha cię, ale jest mężczyzną, tworem pełnym pychy. Cóż za nędza! I gdzież twoja sakiewka?
MATYLDA
Leży tam na stole.
PANI DE LÉRY
biorąc sakiewkę
Ta? No, wiesz, moja droga, jest cztery razy ładniejsza od tamtej. Najpierw nie jest niebieska, a potem jest prześliczna. Pożycz mi jej, podejmuję się sprawić, że przypadnie twemu mężowi do smaku.
MATYLDA
Staraj się to osiągnąć. Wrócisz mi życie.
PANI DE LÉRY
Tego się doczekać po roku małżeństwa, to niesłychane! Muszą w tym być jakieś czary! Nienawidzę tej Blainville wraz z jej niebieską farbką, wstrętna mi jest cała. Oczy ma od ucha do ucha. Matyldo, chcesz zrobić jedną rzecz? Nic nie kosztuje spróbować. Czy twój mąż będzie tu dziś wieczór?
MATYLDA
Nie wiem; ale tak powiedział.
PANI DE LÉRY
Jak byliście, kiedy odchodził?
MATYLDA
Och! byłam bardzo smutna, a on bardzo nachmurzony.
PANI DE LÉRY
Przyjdzie. Czy umiesz być odważna? Kiedy mam jakąś myśl, trzeba mi ją chwytać w lot, znam siebie, uda się.
MATYLDA
Rozkazuj tedy; zrobię wszystko.
PANI DE LÉRY
Idź do gotowalni; ubierz się naprędce i siadaj w moją karetę. Nie chcę cię wyprawiać na bal, ale trzeba ci udać za powrotem27, żeś tam była. Każesz się wieźć, gdzie ci się podoba, do Inwalidów28 albo do Bastylii29; to nie będzie może zbyt zabawne, ale ponieważ i tak byś nie spała, wszystko ci jedno, czy to będzie tu, czy gdzie indziej. A teraz weź sakiewkę, zawiń ją w ten kawałek papieru, ja napiszę adres. Tak, doskonale. Na rogu ulicy każesz stanąć; powiesz memu groomowi30, aby przyniósł tu ten pakiecik, oddał pierwszemu z brzegu służącemu i odszedł bez dalszych wyjaśnień.
MATYLDA
Powiedz mi przynajmniej, co chcesz zrobić.
PANI DE LÉRY
Co chcę zrobić, dziecko, tego nie da się powiedzieć, i dopiero przekonam się, czy da się zrobić. Raz na zawsze, chcesz mi zaufać?
MATYLDA
Tak, wszystko na świecie dla jego miłości.
PANI DE LÉRY
Dalej, prędko! ktoś zajechał.
MATYLDA
To on; słyszę jego głos w dziedzińcu.
PANI DE LÉRY
Umykaj! Czy są tu drugie schody?
MATYLDA
Tak, na szczęście. Ale nie jestem uczesana, jak uwierzy kto w ten bal?
PANI DE LÉRY
zdejmując z głowy girlandę i dając ją Matyldzie
Masz, ułożysz to jakoś w drodze.
Matylda wychodzi.