Baśń zimowa

Nad śnieżnymi polami rozprysnął się bladym złotem słoneczny uśmiech. Tu i ówdzie na płaskich dolinach, przy samotnie sterczących w polu chatkach z puszystymi czapami uśmiech słoneczny skrył się za woalką przezroczystych, niebieskich cieni. Pobliskie miasteczko ze swoimi strzelistymi kościelnymi wieżami, podobnymi do dwóch uniesionych w górę rąk, rozigrało się na słonecznym wzgórzu świąteczną barwnością. Dzisiaj właśnie odbywa się w nim jarmark.

Gorzkosentymentalna melodia katarynki wdarła się na pola, żeby opowiedzieć samotnym chatom, iż w miasteczku jest dziś wesoło i radośnie.

Boczną, udeptaną ścieżką prowadzącą z miasteczka do willi stojącej pod laskiem szła, odprowadzana dalekimi dźwiękami katarynki, mała ludzka gromadka. Ścieżka była wąska, więc szli gęsiego. Z przodu biegł Azorek — żywy snopek żółtawobiałej wełny, przewiązany niebieską wstążeczką. Co chwilę zabiegał drogę idącym. To podskakuje, to się poślizgnie, to się nagle zrywa i biegnie w dal. I przez cały czas rozsiewa po śnieżnym polu swoje głośne szczekanie. A kiedy zbyt daleko odbiega od swoich, zatrzymuje się jakby przestraszony, czeka i dalej szczeka. Z jego pyszczka bucha wtedy żółtawa para.

Jako pierwszy podąża za pieskiem chłopiec lat siedmiu, ośmiu. Ubrany po szyję w biały zimowy włochaty kombinezon wygląda jak polarny niedźwiadek. Ostrożnie stawia kroki, bo główkę ma zadartą do góry.

Różowa twarzyczka i szeroko rozwarte oczy skierowane na przywiązany do sznurka czerwony, błyszczący, dwa razy większy od jego główki balonik, uczepiony do guzika na piersi. Balonik wydaje się ciężki, ale mimo to unosi się w powietrzu i posłusznie, razem z chłopcem, fruwa od samego jarmarku. Chłopiec raz po raz sprawdza, czy balonik jest dobrze przywiązany do guzika.

Za chłopcem idą, jedna za drugą, dwie wysokie dziewczynki. Są starsze od niego. Wesoło podskakują w marszu. Śmieją się i raz po raz wpadają na siebie. Ubrane są w krótkie płaszczyki uszyte z żółtawego pluszu. Od chłodu płaszczyki są sztywne i twarde jak dzwony. Tak samo twarde są ich kapturki i białe pończochy. Spod kapturków wysypują im się na ramiona jasne loczki. W takt podskoków dziewcząt podskakują też one.

Ostatni z gromadki kroczy wysoki chudy mężczyzna. On jeden ubrany jest na czarno. Idzie pochylony, jakby miał zamiar upaść. Powoli stawia długie kroki. Kapelusz siedzi mu niemal na oczach. Spiczasta bródka sięga postawionego kołnierza płaszcza. Ręce trzyma w kieszeniach.

Do willi jest już niedaleko. Już ją widać w całej okazałości na niebieskocienistym płaskowyżu. Kokietuje swoimi różowymi ścianami i mieszanym stylem architektury. Wdzięczy się swoimi dachami i daszkami. Przymila się wyszukanym kształtem okien i okiennic na tle niebieszczącego lasku i zieleniejącego nieba. Z komina willi unosi się do nieba kłąb różowawego dymu. Na jego widok dziewczęta wydają radosny okrzyk:

— Obiad! Obiad! — I wtedy zdarzyła się rzecz, która na chwilę zatrzymała cała grupkę. Tą samą ścieżką z przeciwnej strony, szła chłopka z dzieckiem. Oboje mieli na sobie grube kożuchy. Chłopka przypominała duży, wypchany wór, chłopak — takiż worek. Kobieta trzymała dziecko za rączkę, bo chłopczyk chwiał się na swoich krzywych, szeroko stawianych nóżkach. Azorek rzucił się na nich. Mały przestraszył się i cofnął. Pies zaniechał ataku i skręcił w lewo, jakby chciał powiedzieć, że tylko żartował. Zatoczył szeroki krąg po śniegu i wrócił do swoich. Tu, zaczął kichać i strząsać z siebie śnieg. Chłopka zeszła gromadce z drogi. Chłopczyk, podniósłszy białe, wodniste, pozbawione rzęs oczy, nagle ujrzał balonik. Ze zdumienia i zachwytu otworzył szeroko buzię. I w jednej sekundzie twarzyczka pokryła mu się zmarszczkami, jak u starego człowieka. Wybuchnął płaczem. Wtedy dopiero nasza gromadka zaczęła mu się przyglądać. Chudy mężczyzna wyjął cienkie, czerwone i duże ręce z kieszeni płaszcza.

— Dlaczego płaczesz, chłopczyku?

Głos miał ochrypły, jakby zziębnięty. Malec przestraszył się. Zmarzniętym paluszkiem wskazał na balonik i główkę ukrył w podniesionych ramionach.

Jedna z dziewcząt roześmiała się:

— Panie Madeburger! On ma ochotę na balonik Hansa.

Mężczyzna podszedł do chłopca i zapytał:

— Chcesz ten balonik?

Matka zaczęła się usprawiedliwiać.

— To jeszcze dziecko, a dziecko jak dziecko. Nie należy go słuchać. — No chodź, kupię ci balonik na jarmarku... Chodźmy...

Chłopczyk jednak się uparł. Usiadł na śniegu i zawołał:

— Kłamiesz! Nie kupisz!

Pan Madeburger nachylił się nad małym i grożąc czerwonym palcem powiedział swoim zachrypniętym głosem:

— Tak się do matki nie mówi. To niegrzecznie. Żądasz balonika? A przecież to nie twój. Żądać można tylko tego, co jest własne. Moi uczniowie dobrze się uczyli, dlatego kupiłem Hansowi balonik, zaś Kati i Etel skakanki. Kiedy podrośniesz i będziesz dobrze się uczył, tobie także coś kupię.

Słowa nauczyciela wywarły na dziecku wrażenie. Po jego skurczonej na mrozie twarzyczce spłynęły łzy. Był wyraźnie zasmucony i przygnębiony. Przygarbił się i jakby zmalał. Zawołał płaczliwie:

— Taki piękny!

Kobieta złapała go za rączkę usiłując oderwać od dzieci. Chłopczyk był jednak uparty i nie chciał się ruszyć z miejsca. Wlepił oczy w balonik i tak mocno wyszarpnął się matce, że Azorek się rozsierdził i zaniósł szczekaniem. Przez dłuższy czas nie można było psa uspokoić.

Po krótkiej naradzie dziewczynki widocznie coś postanowiły, bo podeszły do Hansa i szepnęły mu kilka słów do ucha. Hans kiwnął głową na znak zgody, po czym podszedł do chłopczyka i powiedział:

— Nie płacz, mały. Dam ci na chwilę potrzymać balonik. Chcesz? Potrzymasz go przez chwilę, a potem mi go zwrócisz. Zgoda?

Nieładna starcza twarzyczka chłopca rozpromieniła się uśmiechem szczęścia i wdzięczności. Szeroko otwartymi ustami, krótkim noskiem i jasnymi, wodnistymi oczami spojrzała na Boży świat. W jednej chwili nabrała szczególnego wdzięku.

— Zgoda! Chcę go potrzymać!

Hans zdjął rękawiczki, odkręcił sznurek balonika z guzika i owinął na paluszku dziecka. Dla pewności powtórzył tę czynność, aż nauczyciel musiał go upomnieć:

— Hans, wystarczy już! Dosyć tego okręcania!

Stojąc pośrodku gromadki, chłopczyk z zachwytem patrzył to na uśmiechnięte twarze dziewcząt, Hansa i nauczyciela, to na kołyszący się w górze na sznurku czerwony balonik. Zaczął się nim bawić. To opuszczał rączkę i ściągał balonik w dół, to zwalniał sznurek i balonik unosił się w górę. Ruch rączką w prawo lub lewo... i balonik posłusznie podążał w nakazanym kierunku. Wszystkimi zmysłami malec śledził ruchy balonika. Na koniec wzrok jego spoczął na Hansie. W jasnych, wodnistych oczach ukazał się cień. Jakaś smutna myśl przebiegła mu przez głowę. Na twarzy znowu pojawiły się zmarszczki. Zaczęła jakby więdnąć i starzeć się. Westchnął. Wyciągnął do Hansa rączkę z przywiązanym do niej balonikiem i mruknął:

— Weź sobie swoją zabawkę!

Hans bardzo się ucieszył:

— Kiedykolwiek przyjdziesz do nas, dam ci potrzymać balonik.

— Nigdy do was nie przyjdę!

— Dlaczego?

— Bo nie!

— Ach ty niewdzięczniku — zawołał nauczyciel. Powiedz dzieciom „dziękuję”.

— Dziękuję.

Burknął to bez przekonania i uchwyciwszy się ręki matki ruszył z nią w drogę do miasteczka. Szedł z ociąganiem, chwiejąc się na swoich krzywych nóżkach, szeroko je stawiając.

Etel pochwaliła brata:

— To ładnie z twojej strony.

Hans uśmiechnął się z przymusem: po pierwsze, mały wsiok nie okazał bynajmniej wdzięczności, zaś po drugie pochwała nauczyciela byłaby cenniejsza od aprobaty siostry.

Nauczyciel nie okazał jednak chęci do rozmowy. Przyśpieszonym krokiem parł do przodu.

*

Po obiedzie dzieci weszły do pokoju nauczyciela. Pan Madeburger siedział właśnie w fotelu przy kominku. Kościste ciało wyglądało jak zanurzone we wnętrzu szarego chałatu6. Na głowie czapeczka, na nogach domowe pantofle. Na końcu nosa okrągłe okulary, świecące odbitym światłem z płonącego ognia. Cały pokój, z wyjątkiem mrocznego kąta z boku kominka, skąpany był w soczystym pomarańczowym świetle. Dzień miał się już ku zachodowi. Przez szerokie weneckie okno zaglądała do wnętrza duża, świecąca płachta nieba wysadzana żółtomiedzianymi, wystygłymi drobinami ognia.

Przyniesiony przez Hansa balonik puszczony wolno, poszybował ku oknu i utkwił gdzieś w kącie. Przez szybę patrzył na świat błyszczącym oczkiem. Był teraz prawie czarny, jakby wypełniony czereśniowym sokiem.

— Panie Madeburger! Proszę opowiedzieć nam bajkę.

— Dobrze, przecież obiecałem. Siadajcie.

Dzieci rozsiadły się na długiej, niskiej ławce stojącej naprzeciw fotela. Nauczyciel przystąpił od razu do opowieści:

— A więc słuchajcie, drogie dzieci. Kiedyś dawno, dawno temu pewien król postanowił wydać ucztę z okazji urodzin córki. Tego właśnie dnia, królewna osiągnęła dziewiętnasty rok życia. Była jego jedynym dzieckiem. Na ucztę zjechali goście zaproszeni z różnych krajów, wśród nich znakomici rycerze. Zamek króla stał na górze. Ze wszystkich okien i otworów okalającego muru zwisały flagi, a na każdej wyhaftowany herb kraju: złoty lew. Także miasto leżące u stóp zamku udekorowano odświętnie. Na dachach wszystkich domów powiewały flagi z królewskim herbem. Na każdym placu grały orkiestry. Przy wjeździe do miasta zbudowana została brama z kwiatów, a drogę do rynku usłano na całej jej długości kwiatami wszystkich barw. Szlachetni goście, jak przystało na możnych tego świata, wjeżdżali w bramę z lekkim opóźnieniem. Imponująco wyglądały dosiadane przez nich konie. Były urodziwe i gibkie. Ich szyje i kolana wydawały się z gumy. Tanecznymi krokami posuwały się do przodu. Znakomitych gości witała w bramie orkiestra grająca wesołą melodię tak głośną, że dźwięki trąbek zdawały się rozdzierać niebo. Przed samą zaś bramą, szlachetnych gości witały odświętnie ubrane, piękne dziewczęta. Ustawione w równe rzędy, z kwiecistymi wiankami na głowach, budziły zachwyt przybyłych. Same zaś z podziwem patrzyły na młodych rycerzy, którzy w hełmach z pióropuszami, w aksamitnych strojach pod złotymi pancerzami prezentowali się niezwykle pięknie. Toteż nic dziwnego, że dziewczęta zaczęły szeptem dzielić się wrażeniami na temat wspaniałych gości.

Na górze, na wewnętrznym dziedzińcu zamku wszystko już było przygotowane do uczty. Ustawione w rzędy długie stoły wydawały się uginać pod ciężarem złotych, srebrnych i kryształowych naczyń. Pod otwartym niebem, złoto, srebro i kryształy wyglądały jak rozsypany hojną ręką skarb. Na stołach czerwieniły się i złociły całe piramidy wyszukanych owoców. Błoga, smakowita woń unosiła się z jeleniego mięsiwa ułożonego na miedzianych tacach w przybraniu zielonych warzyw. Upieczone jelenie, którym zostawiono rogi, wyglądały jak żywe. Zza ogromnych, wysokich tortów na stole wyłoniły się nagle karzełki i zaczęły się uganiać wśród rozstawionych pucharów. Wesołymi, dowcipnymi powiedzonkami zabawiały też gości, którzy zajęli miejsca przy stole. I pełno tam było dzbanów wina i miodu. Dzbany z cienkimi szyjkami i krótkimi uchami pokrywała szlachetna patyna, świadcząca o długim przebywaniu w piwnicach zamkowych. Były także flasze gliniane, pełne ognia piekielnego i rajskiej radości. Wszystkie te dzbany i butle rozstawiono na stole jak szeregi wojska przed bitwą. Goście podkręcali wąsy i zakładali się między sobą, który z nich więcej tego wina wypije. Siedzieli ramię przy ramieniu. Aksamitny rękaw przy aksamitnym rękawie. Białe kryzy, białe mankiety i białe kołnierzyki. Na palcach pierścienie ze szlachetnymi kamieniami wprost legendarnej wielkości, które świeciły niezwykłym blaskiem.

Pieniło się wino w nalanych po brzegi pucharach. Szły w górę kielichy stukając jeden o drugi. Opróżniały się i znowu napełniały. Nad dziedzińcem rozbrzmiewał już gwar nieskładnych słów padających z ust nietrzeźwych gości. Z balkonów wystających ze wszystkich czterech ścian dziedzińca, zwisały haftowane w kwiaty dywany. Na balkonach grały bez przerwy kapele. Ledwo jedna przestawała grać, a już następna podejmowała melodię tak głośno, że niebo zdawało się pękać. To bębny i trąbki dawały znać o sobie. Kiedy i ta umilkła, odzywała się radosnymi trelami trzecia kapela. I już szykuje się czwarta. Włączyła się, nim poprzednia skończyła grać. Jej kapelmistrz jest bowiem zalany w sztok. Nie pamięta, w jakiej kolejności miał wystąpić. Policzki grających na trąbkach są czerwone, jak mocno nadmuchane balony. Zdaje się, że za chwilę oczy wyskoczą im z orbit. Wargi klarnecistów przypominają poduszeczki. Ich palce wykonują na klawiszach istny dziki taniec. Perkusiści mają oczy zamknięte. Uderzają w talerze z taką siłą, jakby oszołomił ich gejzer dźwięków wydanych przez wszystkie kapele razem. Harfistki pochylone nad strunami sprawiają wrażenie uganiających się za wiatrem. Tylko grajek przy kotłach siedzi spokojny i niewzruszony. Jest głuchy jak pień. Gwar przy stołach zmieszany z głośną muzyką przeszedł w jeden wielki jazgot.

Wtedy właśnie oczom biesiadników po raz pierwszy ukazała się córka króla. Wyszła na balkon w towarzystwie swoich dworek. Obok niej stanęli dwaj paziowie i podtrzymywali tren jej sukni. Na widok królewny rozległa się istna burza wiwatów, która zagłuszyła muzykę. Poleciały w górę kapelusze z piórami. Potem zaległa cisza. Kapele umilkły. Goście króla wstrzymali oddech. Głos zabrała królewna. Ukłoniwszy się gościom podziękowała, że zaszczycili swoją obecnością ucztę wydaną przez ojca. Wyczuwała w panującej ciszy bicie serc wpatrzonych w nią rycerzy, toteż nieco przybladła i głos zaczął lekko drżeć. Wyglądała pięknie i dostojnie. Jak posąg z marmuru. Jak bogini, która chce wydostać się z otulającej ją czerwonej aksamitnej sukni. Na tle purpurowej materii bielała szyja i ręce. Czarne włosy, gładkie jak aksamit, okalały jej czoło. Na głowie miała diadem ze szczerego złota. W samym jego środku skrzył się brylant.

Przy stole stojącym naprzeciw głównego balkonu, siedział król na szerokim dębowym krześle. Długie szaroblond włosy sięgały mu do ramion. Zlewając się z takąż szeroką brodą, czyniły go podobnym do złotego lwa wyhaftowanego na flagach. Z uwagą przysłuchiwał się słowom córki. Objął przenikliwym wzrokiem swoich gości. Był ciekaw, jak reagują na słowa królewny. Ciekaw wrażenia, jakie na nich wywarły.

Wrażenie zaś było ogromne. Wszyscy poderwali się z miejsc. Z obnażonymi głowami zastygli w milczeniu, słuchali jej słów, jak zaczarowani. Oto stali się świadkami snu na jawie. Oto ich najskrytsze marzenia zamieniły się w rzeczywistość. Z zachwytem w oczach i tęsknotą w sercach patrzyli na piękną królewską córę. I kiedy królewna zakończyła przemówienie, paź podał jej wypełniony winem kryształowy puchar. Królewna wzniosła toast:

— Zdrowie wszystkich gości.

Na dźwięk tych słów nastąpił prawdziwy wybuch radości. Rozległy się okrzyki: — Niech żyje córka króla! Niech żyje królewna!

I mimo, że córka króla zdążyła już opuścić balkon i wrócić do swoich komnat, trwały dalej.

Król badawczo przypatrywał się swoim gościom: miał przed sobą kwiat rycerstwa. Widział blade ze wzruszenia twarze. Widział, jak stoją nieruchomo, zastygli w milczeniu. Jakby pogrążeni we śnie, z którego nie ma przebudzenia. W eleganckich, aksamitnych szatach, z kapeluszami w rękach, wszyscy ci młodzi i silni panowie wyglądali jak bezradni, smutni żebracy.

Wprowadziło to króla w stan błogiego zadowolenia. Pijacki uśmiech opromienił jego twarz. Natychmiast polecił sługom podać więcej wina. Niech wino się leje! Niech się przelewa! Słudzy posłusznie wykonali jego polecenie. Uwijali się stawiając na stołach coraz więcej dzbanów i flasz z winem. Na tym się nie skończyło. Za dzbanami i butlami pojawiły się beczułki, i to brzuchate. Wszystkie ze starych, dobrze zaopatrzonych, piwnic królewskich. A jest ich bez liku. I oto nagle toczona po dziedzińcu beczułka pęka. Śmieją się goście do rozpuku. Rumienią się słudzy ze wstydu. Z rozlanego wina unosi się w powietrzu mocny, upajający zapach. Muzykanci zostawiają swoje instrumenty i co sił w nogach biegną do pękniętej beczułki. Jeden z czarką, drugi z pucharem. Byle tylko coś z rozlanego trunku uratować dla siebie. Zabiegają im drogę szlachetni goście. Nie pozwalają. Pragnienie muzykantów nie zna jednak granic. Powstaje harmider nie do opisania. Wrzawa i zgiełk zataczają coraz szersze kręgi. Rozciągają się jak sieć nad zapijaczonymi głowami. Języki kłamią głosom, a głosy kłamią już myślom. I nawet oczy samego króla kłamią. Plączą mu się myśli. Ze wszystkich sił, stara się odzyskać giętkość języka. Chce szczerze przemówić do serc swoich gości. Podziękować za pochlebstwa, których mu nie szczędzą. Wyciąga inkrustowaną brylantami tabakierkę i częstuje gości tabaką. Ale wszyscy czują, że coś niezwykłego wisi w powietrzu. Król podbechtany7 pochlebstwami puścił wodze językowi i potoczyły się z jego ust słowa pełne samochwalstwa. To pochwalił się swoim bogactwem, to mądrością; to rozsądnymi radami, jakich innym nie skąpił. Nie omieszkał też pochwalić się swoim rodowodem: złotymi żyłami, w których płynie niebieska krew. Na koniec opowiedział o skarbcu znajdującym się w jego posiadaniu. O tym skarbcu krążyły legendy. Dotychczas jednak żaden śmiertelnik, oprócz króla i jego najbliższych, nie doznał szczęścia, żeby na własne oczy go zobaczyć. I podnosząc głos oświadczył:

— Dzisiaj moje serce stoi przed wami otworem. Dzisiaj otworzę przed wami mój skarbiec.

W jego oczach pojawił się błysk dziecięcego zadowolenia, kiedy zobaczył przed sobą zdumione twarze i otwarte z podziwu usta gości. Ale oczy nie mówiły mu prawdy. Zdawało się, że głowy siedzących przy stole gości unoszą się w powietrzu, że oderwały się od korpusów, które skamieniały na krzesłach. I pewny swojej zwykłej swady zaczął mówić od rzeczy:

— Śmieję się ze wszystkich moich wrogów! Jestem od nich silniejszy! Jestem od nich bogatszy. Niech popatrzą i zobaczą mój skarbiec! Proszę bardzo, kto chce, może obejrzeć moje cuda!

Podniecony alkoholem każe sługom przynieść ogromny ciężki złoty klucz, który wisi nad jego łożem.

Nagle rozlega się głos młodego rycerza:

— Królu, twój największy skarb już zobaczyliśmy. Teraz już niczym nas nie zadziwisz.

Zdawało się królowi, że w słowach rycerza kryje się obraza. Zastanowił się. Ale głowa już nie działa należycie. Jest ciężka. Pracuje z trudem niczym wół orzący twardą ziemię. Po chwili błyska myśl, że młodzieńcowi chodziło o królewnę. O jego córkę. I promienny uśmiech rozjaśnia monarszą twarz. Ze szczerością właściwą pijanemu powiada:

— Ale kto wie, moi młodzi przyjaciele, ile serc zabije dopiero na widok mego drugiego skarbu.

Goście odczuwają jego słowa jako uszczypliwe. Wychylają kielichy, by przytłumić urazę, król przypija do nich. Okazuje niecierpliwość. Dlaczego słudzy się spóźniają? Gdzie, u licha, jest klucz? Miotany złością rzuca swój kielich na ziemię.

— Tak samo postąpię z opieszałymi sługami!

Na widok przekrwionych oczu króla, gościom robi się trochę nieswojo. Monarcha chwyta ze stołu kryształowy kielich i roztrzaskuje go na kawałki.

— Klucz ma tu być natychmiast!

Jeden z posłanych po klucz sług stoi już niedaleko stołu. Twarz ma bladą jak kreda. Drży ze strachu. Król zauważył go.

— Podejdź bliżej!

Sługa pada do nóg króla.

— Wasza królewska mość! Nie ma złotego klucza. Zaginął!

— Co?

Straszny pomruk króla sprawił, że sługa uciekł. Na jego miejscu stoi już stary zarządca pałacu. Na skroniach pochylonej głowy, błyszczą srebrne nitki włosów. Jest gotów przyjąć gniew króla na siebie. Ten nie zwleka. Rozkaz jego jest wyrokiem:

— Idź się powiesić!

Stary człowiek złożył ręce na piersi, ukłonił się i cichym głosem powiedział:

— Wykonam rozkaz waszej królewskiej mości!

Oddaliwszy się od króla, zasiadł przy stole, żeby w winie utopić uczyniony mu publicznie wstyd. Niektórzy biesiadnicy starali się go pocieszyć. Stukali się z nim kielichami. Inni zaczęli uspokajać króla. Ale król nie dał się udobruchać. Ręką wskazał drzwi prowadzące do skarbca i kazał je wyłamać. Wszyscy skierowali tam wzrok. Okrągłe, żelazne, stalowymi ryglami obramowane drzwi znajdowały się w rogu dziedzińca. Przy nich, stali dwaj rośli strażnicy. Stali w bezruchu ze skrzyżowanymi halabardami. Dziwili się goście, że dotychczas nie zauważyli owych wrót. A przecież biła z nich jakaś ogromna siła, tkwiąca być może w mosiężnych okuciach. Goście nie byli w stanie oderwać od nich wzroku.

Tymczasem wokół żelaznych drzwi skarbca uwijali się już kowale. Prawdziwi siłacze o twardych karkach i mocnych rękach. Zakasane rękawy koszul obnażyły potężne muskuły. Gdyby nawet przypadkiem drzwi nagle spadły na kowali, niechybnie by je pochwycili i utrzymali w rękach.

Powoli król się uspokoił. Przestał się niecierpliwić. Podniósł kielich i zachęcił znowu gości do picia, nim drzwi zostaną otwarte. I orkiestra na nowo zaczęła grać. Topory w rękach kowali z coraz większą siłą uderzały w czułe miejsca żelaznych wrót. Coraz jękliwiej wrzynały się piły w mosiężne okucia. Coraz głośniej stękały gwoździe w uścisku obcęgów.

Praca kowali przeciągała się. Kiedy król i jego goście odstawili kielichy, orkiestra jeszcze grała, ale przy samych drzwiach skarbca panowała już cisza. Na ziemi walały się kowalskie narzędzia. Nadgryzione topory i pogięte piły. Wyszczerbione w wielu miejscach stalowe rygle. Tylko kowali już przy skarbcu nie było. Pojedynczo, jeden za drugim opuszczali dziedziniec zamkowy.

Otwarcie żelaznych drzwi okazało się ponad ich siły. Twarz króla pokryła się chmurą gniewu. Jak zwykły śmiertelnik, doprowadzony do wściekłości, zaczął tłuc naczynia stołowe i łajać gości. Nagle wydało mu się, że śmieją się z niego, stoły tańczą i kryształowe naczynia spadając ze stołów na ziemię pękają z szyderstwem. I cały dziedziniec zanosi się śmiechem. I że potężny zamek zaczął drżeć w posadach. No i że tam, na dole, całe miasto śmieje się z niego.

Córka króla postanowiła uspokoić pijanego ojca. Zeszła ze swoich komnat na dziedziniec w asyście dworek. Szła z opuszczoną głową. Wstyd jej było przed gośćmi za zachowanie ojca. Wszyscy na jej widok poderwali się z miejsc. W głębokim ukłonie pochylili głowy i ustawili się w szpaler, żeby ją przepuścić do miejsca, na którym siedział ojciec. Król zobaczywszy córkę złagodniał. Opanował gniew i uścisnąwszy ją podniósł z ziemi kielich, napełnił go winem i przemówił do gości:

— Szanowni książęta! Szlachetnie urodzeni panowie! Oto stoi przed wami moja córka. Pozwólcie mi wznieść toast za jej zdrowie i szczęśliwą przyszłość! Kto mi dobrze życzy, niech wypije wraz ze mną. Szlachetni panowie! Kto z was widział króla w chwili jego bezradności i wstydu? Wszyscyście go widzieli, albowiem okazałem się nim ja! Śmiejcie się więc ze mnie! Drwijcie sobie ze mnie! A teraz posłuchajcie, moi mili goście. Kto z was szczerze pokochał moją córkę, obojętnie czy to książę, czy prosty rolnik znajdujący się gdzieś indziej, poza zamkiem, nawet za granicą, niech potwierdzi swoją miłość przez odnalezienie zaginionego, złotego klucza. Może to uczynić także sporządzając nowy klucz, albo stosując jakieś przemyślny sposób otwarcia drzwi skarbca. Może dokonać tego również, jeżeli posiada niezwykłą siłę. Ten, któremu sztuka się ta uda, ten — słuchajcie uważnie, moi mili goście, zaś ty, kronikarzu, zapisz to w księdze — dostanie moją córkę za żonę.

Ostatnie słowa króla zagłuszone zostały rozpaczliwym szlochem królewny. Zemdlała. Ojciec zdążył pochwycić ją w ramiona. Dworki wzięły biedaczkę na ręce i zaniosły do zamku. Chwiejącego się na nogach króla podtrzymywało kilku rycerzy, żeby nie upadł. Z pijackim rozczuleniem mamrotał: — Ostrożnie, dziewczęta. Tylko powoli... ostrożnie połóżcie ją, tę moją gołąbeczkę.

Stary zarządca nadal przeżywający doznane ze strony króla upokorzenie, pochylił się nad kroniką, by zapisać jego słowa. Z okularami na nosie, gęsim piórem wodził po pergaminowych kartach księgi. Zapisywał słowo po słowie, nie wnikając w ich treść. W tym samym czasie stareńki, całkiem pijaniusieńki, karzełek bawił się na stole sygnetem króla, zaś goście jeden za drugim po cichu wymykali się z dziedzińca do stajen, gdzie czekały na nich napojone i nakarmione, wypoczęte konie.

*

Obudziwszy się następnego dnia z rana, król zauważył, jak z jego serca wysunęła się jakaś niewyraźna postać, która stanęła u wezgłowia jego łoża. Był jednak zbyt leniwy, żeby odwrócić ciężką od wina głowę i przyjrzeć się jej. Był pewien, że zna tę postać. To smutek, który towarzyszył mu we śnie. Bolesny smutek, leżący ciężarem na jego sercu.

Starał się przypomnieć wszystko, co zaszło poprzedniego dnia. Którędy wszedł w niego ten nieproszony gość? Przywiódł na pamięć wydarzenia wczorajszego wieczoru i krew uderzyła mu do głowy. Nagle wśród panującej w zamku ciszy usłyszał słaby, kobiecy płacz. I było w nim coś dziwnego. Zdało mu się, że to płakały całe pokolenia kobiet, które w starych ścianach tego zamku znosiły męki i swoje cierpienia. Tym razem płakała jego córka. W samotności przemierzała mroczne ścieżki swego losu. Ból ścisnął serce króla. Przecież on sam wystawił się na wstyd i pohańbienie. Do czego doprowadził? Co uczynił? Po pijanemu uczynił z córki-jedynaczki zabawkę. Co więcej, swoją hańbę kazał uwiecznić w złotej księdze, na której widnieje jego królewska pieczęć. Jak odwrócić to, co się stało? Jak wyjść z tej sytuacji? I nagle coś pocieszającego błysnęło w jego pamięci. Przypomniał sobie, że złoty klucz przywiązał był do siodła, kiedy konno ścigał się na bagiennych łąkach. Nie pamięta, czy po zakończeniu wyścigu przywiózł klucz z powrotem. Jeżeli klucz oderwał się od siodła i utonął w bagnie, jest nadzieja, że nikt go nie odnajdzie. Czy jednak w całym kraju nie znajdzie się mędrzec, któremu uda się w jakiś przemyślny sposób otworzyć drzwi do skarbca? I nadzieja ustąpiła smutkowi.

Przez cały dzień król nie opuszczał ani na chwilę sypialni. Bał się spotkania z córką. Co jej powie? Jak ją pocieszy?

Wieczorem otulony dla niepoznaki szerokim czarnym płaszczem, wymknął się skrytymi drzwiami z zamku i poszedł do miasta. Na drodze walały się jeszcze wczorajsze zwiędłe, zdeptane kwiaty. W ciemnościach nocy wyglądały jak stratowane ptaki. Król bał się po nich stąpać. W mieście, nad bramami domów nadal powiewały flagi, zawieszone z okazji rocznicy urodzin córki króla. Tu nie doszła jeszcze wieść o zawstydzającym zdarzeniu na zamku. Mieszkańców zdziwiło tylko, że goście króla jakoś zbyt pospiesznie odjechali. Przed wejściem do szynków stały grupki ludzi, którzy rozmawiali o cudownych rzeczach, które miały znajdować się na terenie zamku. Wprawdzie nikt ich nie widział, ale każdy w ową pogłoskę święcie wierzył. W rynku ktoś rzępolił na strunowym instrumencie. Jakieś nogi tupały po podłodze estrady do tańca i ktoś raz po raz wznosił okrzyk: „Niech żyją król i jego córka!”.

Od tego okrzyku serce króla omal nie pękło. Zatkał uszy i szybko uciekł z tego miejsca. Wpadł w małą, boczną cichą uliczkę. Tu zatrzymał się przed samotnie stojącym jednopiętrowym, niedużym domem o trzech tylko oknach na parterze i na piętrze. W górnych oknach dostrzegał słabe światło. Odetchnął, jak człowiek, który po wielkich trudach doszedł do celu. Rozejrzał się na wszystkie strony, czy aby ktoś nie nadchodzi. Ktoś, kto mógłby go rozpoznać. Tuż przy domu stała stara kuźnia zrujnowana, niemal zapadła w ziemię. Nad drzwiami wejściowymi domu przybito szyld, na którym widniał lew — znak, że mieszka tu członek dworu.

Szybko i bezszelestnie król otworzył drzwi i wszedł na ciemne schody. Górne drzwi, prowadzące do pokoju, nie były zamknięte na klucz. Król lekko je uchylił i zajrzał do środka. Przy świetle woskowej świecy siedział pochylony nad stołem siwawy chudy mężczyzna w nieokreślonym wieku, w okularach. Długimi, cienkimi palcami prawej ręki sortował złote monety. Przeliczał, po czym układał w kupki. Wybierał je z dużego stosu złota leżącego na stole. Lewą ręką zapisywał ilość przeliczonych monet. Król lekko zapukał w otwarte drzwi, żeby nie zaskoczyć gospodarza. Ten nie oglądając się, i myśląc, że pukający jest za drzwiami, zawołał:

— Za chwilę. Proszę poczekać!

Kiedy skończył liczyć i zapisywać, sięgnął lewą ręką po szablę i wyciągnąwszy ją z pochwy zawołał:

— Proszę wejść!

Znalazłszy się w środku pokoju, król zdjął płaszcz. Zaskoczony widokiem monarchy, gospodarz zerwał się z krzesła, nisko się skłonił i wsadził z powrotem szablę do pochwy. Ze zdumieniem w głosie zapytał:

— Wasza królewska mość! Co ma dla mnie, ministra jego wysokości, oznaczać ta wizyta?

Król łaskawie się uśmiechnął i rozczesawszy palcami brodę, usiadł wygodnie na szerokiej otomanie, stojącej przy ścianie. Wyjął z kieszeni inkrustowaną brylantami tabakierkę i poczęstowawszy ministra szczyptą tytoniu, powiedział:

— Zaraz... zaraz ci powiem, ale najpierw, staruszku, usiądź. Zdrowie, jak widzę, nie pozwala ci stać. Nawet przed królem.

Minister wyprostował się, zapiął starą marynarkę na wszystkie guziki i spokojnie, bez najmniejszego już śladu zaskoczenia powiedział nieco sucho:

— Moje zdrowie, wasza królewska mość, poprawia się. Prosiłem cię, mój królu, wiele razy, żebyś mnie nie nazywał staruszkiem. Nie jestem aż taki stary.

Król zareagował szerokim uśmiechem:

— Ho, ho, ho! Dlaczego zależy ci tak na twoim wieku? Czy masz w planie ożenek?

Widząc, że minister znowu poczuł się obrażony, król odezwał się dobrotliwie: — Doskonale znam cię, kochany bracie. Myślisz sobie: my, dzieci prostego ludu jesteśmy dumni i zarazem wstydliwi. Znamy swoją wartość. Możemy się obrazić nawet na króla. Czy nie tak? Gdzie nam do próżniaczego towarzystwa książąt i hrabiów! A że nęka nas kaszel, bladą mamy twarz i ubranie nasze nie jest uszyte według fasonu dworskich krawców, nie skorzystaliśmy z zaproszenia króla. Właśnie widzę, że zaproszenie leży na stole. Dlatego nie przyszedłeś na ucztę, którą wydałem na cześć mojej córki?

— Wasza królewska mość! Przed tobą nie uda się ukryć prawdy. Mnie, synowi kowala, rzeczywiście trudno przełamać to, co nazwałeś dumą i zarazem wstydliwością. Z tego właśnie powodu nie przyszedłem na wydane przez ciebie przyjęcie.

Król kiwnął głową na znak, że podziela stanowisko ministra i ze smutkiem oświadczył:

— Wielka szkoda, że ciebie nie było. Powstrzymałbyś mnie przed popełnieniem wielkiego głupstwa.

Pytającym wzrokiem popatrzył minister na króla. Monarcha nie był jednak w stanie od razu przejść do sedna sprawy. Po dłuższej chwili milczenia zauważył:

— Biednie mieszkasz, mój ministrze.

I rzeczywiście, bieda wyzierała ze wszystkich kątów pokoju. Od dawna nie był sprzątany, toteż pełno w nim było kurzu. Odziedziczone po ojcu, kowalu, meble były starymi gratami. W kilku miejscach na ścianach wisiały obrazy, a na jedynym ściennym kilimie szabla. Tylko to świadczyło, że mieszka tu wysokiej rangi urzędnik państwowy.

— Mnie niczego lepszego nie trzeba. Jestem samotnym człowiekiem.

Król uderzył ręką w otomanę. Podniósł się gęsty obłok kurzu.

— Widzisz? — zawołał. — Mógłbyś polecić służącemu, żeby odkurzył przynajmniej otomanę.

Minister dobrodusznie się uśmiechnął i rzekł:

— Królu, nie niszcz moich mebli, bo będziesz musiał mi kupić nowe.

Król odwrócił się od otomany i skierował wzrok na stół. Zapytał ministra:

— Co to za monety liczyłeś?

— Przeliczałem moje dochody z pensji ministra.

— Zbierasz je?

— Tak. Dużo się już nazbierało.

— Zaniesiesz je do państwowego skarbca?

— O nie, wasza królewska mość! Gdybym całe zebrane przeze mnie złoto zaniósł do państwowego skarbca, ludzie powiedzieliby, że cię okradłem. Ludzie jak to ludzie, mają języki...

— A kto korzysta z twego bogactwa?

— Nikt!

— Skąpiec z ciebie. Mało to biedaków jest na świecie?

Na te słowa króla, minister ostro zareagował: — Biedakom pieniądze się nie należą. Oni bowiem nie trudzą pracą swoich rąk. Kalecy zaś nie zasługują na to, żeby żyć na tym świecie.

Król zmierzył go spojrzeniem, w którym błyskał zimny ogień diamentu.

— A co z miłością bliźniego?

Minister wzruszył ramionami:

— Mnie życie nauczyło sprawiedliwości, a nie miłości.

I powiedziawszy to jeszcze raz wzruszył ramionami i rozkaszlał się. Żyły na skroniach nabrzmiały mu krwią. Pot oblał czoło. Dreszcze przebiegały po ciele. Z trudem udało mu się wypluć flegmę. Była czerwona. Wreszcie złapał oddech. Król nalał wodę do kubka i podał mu. Posadził potem na otomanie i zabronił mówić. Sam zaś coraz szerzej otwierał serce przed ministrem. Dokładnie opowiedział mu o swoich wczorajszych pijackich wyczynach.

— Kto wie — żalił się — do kogo uśmiechnie się szczęście i uda mu się otworzyć skarbiec. Kto wie, w czyje ręce wpadnie moja córka. Twój ojciec, tak, twój ojciec, kowal, wyrządził mi krzywdę. Za mocne wykuł te drzwi.

Chory minister przymknął na chwilę oczy i słabym głosem powiedział:

— Mój ojciec miał na względzie twoje dobro.

— Dobrze, ale co z tego wynikło?

I zapomniawszy o tym, że minister jest chorym i słabym człowiekiem, mocno potrząsnął jego ramieniem.

— Pamiętaj, przyjacielu, że Bóg jest w niebie. Kto, oprócz ciebie, potrafi mi pomóc tu, na ziemi?

— W jaki sposób?

— Ty pytasz w jaki sposób? Przecież ty jesteś ministrem sprawiedliwości. Ty znasz prawo. Znajdź jakiś kruczek, jakieś uzasadnienie, które by nadało mojej obietnicy inny sens. Które by uwolniło moją córkę od nieszczęścia, a mnie oczyściło od hańby.

Jednym gwałtownym susem minister zerwał się z otomany i jakby nigdy nie chorował, wyszarpnął rękę z uścisku dłoni króla.

— Wasza królewska mość! Drogą prawa nie da się zmienić słowa danego przez króla. Twoje słowo powinno pozostać święte.

Z piersi króla wyrwał się okrzyk:

— Wybierz więc drogę nieprawną!

I nagle stała się rzecz dziwna. Minister, który jeszcze przed chwilą miał wygląd człowieka umierającego, nagle się przeobraził. Wyprostował się, jakoś wysmuklał i wyzgrabniał. Przed królem stał inny mężczyzna. Dobrze prezentował się w wytartym garniturze, ale zapiętym na wszystkie guziki. Wyglądał, jakby rzucił wyzwanie królowi. Lewą rękę oparł na szabli. Twarz z rzadką bródką uniesiona w górę wyrażała teraz upór i żelazną wolę.

— Wasza królewska mość! Jak śmiesz rozmawiać z ministrem sprawiedliwości o pozaprawnych drogach?

Król powoli podniósł się z otomany. Przez dłuższą chwilę obaj stali naprzeciw siebie i mierzyli się wzrokiem. Każdy z nich trzymał rękę na szabli. Twarz króla zbladła od wezbranego gniewu. Ledwo udało mu się powstrzymać rękę od zadania ciosu szablą w pierś ministra. Kiedy pierwsza fala oburzenia minęła, zupełnie inna myśl zajaśniała mu w głowie: jakby to było dobrze, gdyby miał dziesięciu takich ministrów. Zdjął rękę z szabli i królewską głowę pochylił przed ministrem:

— Wybacz mi, człowieku! Przeze mnie przemawiał nie król, ale ojciec córki.

Minister nie dał się zbyt szybko uspokoić. Nerwowymi krokami zaczął przemierzać pokój.

— Zastanów się, królu — rzekł — nad tym, co powiedziałeś. Chcesz, żebym zmienił publicznie dane przez ciebie słowo? Chcesz, żebym wynalazł fałszywą interpretację twej obietnicy? A przecież na twoim słowie opierają się rządy całym krajem. Co chcesz uczynić z prawa? Bezprawie?

Zauważywszy leżące na stole złote monety, minister wpadł nagle w złość. Chudą ręką zaczął je z hukiem strącać na podłogę. Podniesionym głosem zawołał:

— Daruję sobie twoje zaszczyty! Nie chcę twoich apanaży! Nie chcę być twoim ministrem! Nie życzę sobie!

— Przestań krzyczeć, stary!

Słowa ministra nieco oburzyły króla. Znowu usiadł na otomanie i obracając w rękach tabakierkę, powiedział:

— A swoich uczciwie zarobionych pieniędzy nie rozsypuj. Będziesz teraz musiał wleźć pod stół, żeby je pozbierać. Przyznaję, że wymknęły mi się te słowa, rzuciłem je bezmyślnie. Moja wina. Po raz ostatni pytam cię: co ma zrobić nieszczęśliwy ojciec?

Minister zatrzymał się na środku pokoju. Otarł pot z czoła i powoli się uspokajał. Pomyślawszy długą chwilę, znalazł odpowiednio wyważone słowa:

— Jest wyjście, wasza królewska mość. Należy czym prędzej otworzyć skarbiec, nim zrobi to ktoś niepożądany.

— Obiecujesz mi w tym pomóc?

— Ile siły mi pozwolą.

Król poklepał go po ramieniu i rzekł:

— Ach, gdybym miał dziesięciu takich jak ty ministrów!

Żegnając się z królem, dostojnik jeszcze raz wyprostował się i zajrzawszy głęboko w jego oczy oświadczył:

— Jako minister sprawiedliwości ośmielam się zapytać cię, królu, w jakiej mierze można polegać na twoim słowie?

— Moje słowo jest święte! Absolutnie święte!

I uśmiechając się szeroko od ucha do ucha, dodał:

— No, widzę, że zaczynasz mnie przesłuchiwać.

Poczęstował ministra szczyptą tytoniu z brylantowej tabakierki i już uspokojony wyszedł z pokoju.

*

I żeby wszystkim ludziom w kraju i za granicą uświadomić, że ze słowem królewskim nie ma żartów, że król nie rzuca słów na wiatr, wysłano z jego rozkazu heroldów na wszystkie targowiska i miejsca zebrań ludzi; wysłani bijąc w bębny mieli przekazać wszem wobec obietnicę daną przez króla!

Potężnie zbudowanym strażnikom pilnującym skarbca i nakazał dopuszczać do jego drzwi każdego śmiałka, który chciałby je otworzyć. Nie powinni go o nic pytać. Jeśli nie uda mu się ich sforsować, mają go puścić wolno. O wszystkim, co się przy skarbcu wydarzy, należy mu natychmiast meldować.

I oto pewnego dnia król otrzymał meldunek od strażników. Brzmiał tak: wczoraj w środku ciemnej nocy zjawiła się w pobliżu skarbca jakaś czarna postać, która zaczęła powoli skradać się wzdłuż muru do żelaznych drzwi. Doszedłszy do nich długo tam nie zabawiła. Zachowywała się tak cicho, że straż nie usłyszała nawet, jak oddychała przy mocowaniu się z żelaznymi wrotami skarbca. Nie słychać było także, żeby używała jakichś narzędzi do otwierania. Wkrótce postać znikła w ciemnościach. Nad ranem strażnicy zauważyli w dziurce od klucza ślady wosku. Nocny gość użył zatem wosku zapewne dla sporządzenia nowego klucza.

Niepokój ogarnął króla. Natychmiast wysłał gońca, żeby zawiadomił ministra sprawiedliwości o incydencie przy skarbcu. Goniec wrócił z wieścią, że dostojnik zamknął dom, sam udał się w podróż po kraju. Stary, głuchy jego służący, zamieszkały w kuźni obok domu nie miał pojęcia, gdzie jest jego pan. Król zrozumiał, że wyjazd ministra ma coś wspólnego z jego obietnicą pomocy. Uzbroił się więc w cierpliwość. Minął tydzień, minęły dwa i trzy tygodnie, a wysokiego urzędnika jak nie ma, tak nie ma. Stracił król cierpliwość. Zaczęła go trawić bezsenność. Czuwał w dzień i w nocy. W napięciu słuchał wszystkich wieści, które mogły mieć coś wspólnego z tym, co dzieje się przy skarbcu. Serce waliło mu młotem. Ciągle zdawało się, że na własne uszy słyszy skradające się po dziedzińcu kroki, co miałoby oznaczać, że nieszczęście zbliża się, że jest tuż tuż. Często też słyszał płacz córki, ale nadal nie odważył się podejść do niej. Nie śmiał uciszać jej serca. Nie ważył się udzielać pociechy. Kiedy zapadał zmrok, wkładał szeroki, czarny płaszcz, który szczelnie go okrywał i bocznymi ścieżkami wyruszał do miasta, żeby posłuchać nowin. To, co usłyszał i zobaczył, działało na niego, jak sól na rany. Oto bowiem dzieci wymyśliły sobie grę pod nazwą „skarbiec z kluczem i królewną”. Za skarbiec służyła im stojąca w rynku studnia z wymalowanym lwem. Pijany szczotkarz człapał po błocie, uginając się pod ciężarem kosza ze świńskim włosiem, który dźwigał na plecach. I ten szczotkarz, głośno zwierzał się swemu koledze po fachu ze swojej pijackiej fantazji: — Ach, gdybyż to Bóg pomógł na przykład mnie znaleźć klucz do skarbca?

Spotkał się jednak z nieprzyjazną reakcją:

— Jeśli Bóg ma pomóc, to już raczej mnie. Mnie by się lepiej przydał klucz. Ty przecież masz już żonę.

— Co mi tam żona! Raz, dwa i rozwód gotowy. Szlus ze ślubną intercyzą. Koniec ze wszystkimi zobowiązaniami. Mamy przecież dobrego ministra sprawiedliwości, oby żył długo.

I stary człowiek z koszem na plecach wpada w tępą zadumę. Patrzy na swoje zanurzone w błocie stopy i nadziewa się na słup latarni. Oj, boli! Dotyka dłonią guza na czole i śmieje się przez łzy.

— Ja, stary pechowiec, dałem się namówić do szperania w błocie!

Król, okryty czarnym płaszczem, słyszy i chyłkiem ucieka od tych nieszczęsnych spotkań. Wraca na zamek ze zbolałym sercem. W drodze powrotnej zatrzymuje się przy samotnie stojącym domu ministra. Uliczka, przy której stoi ten dom, pogrążona jest w ciszy. Spóźniony przechodzień z daleka omija zauważonego przed domem osobnika w czarnym płaszczu. Jakby wyczuwał, że ten pod płaszczem trzyma rękę na szabli. I tak stoi król ze ściśniętym sercem przez dłuższy czas, ociągając się z powrotem do pałacu.

I oto pewnego razu, kiedy, jak zwykle, stał przed domem ministra, usłyszał albo wydało mu się, że słyszy, bo słuch miał napięty do ostatnich granic, że spod ziemi dobywają się odgłosy cichych uderzeń młota.

Uderzenia były rytmiczne. Raz... dwa... trzy... cztery... A dźwięki dobywane spod młota były tak czyste, jakby ich sprawca kuł nie żelazo, lecz złoto. Jednym skokiem król znalazł się przed kuźnią. Dookoła panowała kompletna cisza. Można powiedzieć, śmiertelna cisza. Król cofnął się, na sam środek ulicy i wtedy dźwięki młota znów dały o sobie znać. Ogarnął go lęk. Mistyczny lęk. Powoli opanował się. Uśmiechnął nawet do siebie:

— To duch mego zmarłego kowala, gdzieś tu pod ziemią się czai. Z pewnością trudzi się dla mnie. Oby to był dobry znak.

*

Pewnego razu, a było to w środku tak ciemnej nocy, że choć oko wykol, słudzy obudzili króla ze snu. Zanim otworzył oczy i zanim usiadł, a trwało to dość długo, zrozumiał. Nie musiał sług o nic pytać. Miał wrażenie, że w ogóle nie spał. Stał na dziedzińcu i wydawało mu się, że na własne oczy widział, jak ktoś otworzył skarbiec. Gotów był przysiąc, że wyraźnie słyszał skrzyp zardzewiałych rygli w żelaznych drzwiach.

— Kto to jest?

— Nie chce powiedzieć, kim jest. Nie chce odsłonić twarzy. Powie, jak ty sam przyjdziesz.

Usłyszawszy to król zawołał:

— Zapalcie światło! Światła!

I zaraz we wszystkich wąskich, wysokich oknach zamku pojawiło się czerwone światło. Powstał gwar i harmider wśród nagle obudzonej służby zamkowej. Tłum czarnych postaci z płonącymi pochodniami w rękach wyszedł na dziedziniec otaczając króla. Nocna, gęsta mgła zaróżowiła się od światła płonących pochodni, zaś kłęby dymu towarzyszące im przypominały rozwichrzone ogony lotnych koni, które ścigały się w różowawej ciemności nocy nad głowami obecnych tu ludzi. Król kroczył powoli, z trudem. Za nim szły postacie o czarnych twarzach. Przed nim kroczyły postacie o twarzach czerwonych od blasku ognia.

Płomień pochodni popychał naprzód różową ścianę mgły. Oto błyszczą już mosiężne halabardy i hełmy skamieniałych strażników. Oto widać już stalowe rygle, daleko odsunięte od ich stałego miejsca przymocowania. I szerokie okrągłe drzwi skarbca są rozwarte. Ujawniają jego ciemną głębię. A tam, w tej głębi, niespokojny płomień pochodni prowadzi tajemniczą grę ze szczerozłotymi błyskami. Na pustym placu, między posterunkiem strażników i otwartymi drzwiami skarbca król dostrzegł jakąś niewyraźną, przygarbioną postać. Głowę miała ukrytą pod kapturem płaszcza. Stała oparłszy się rękami na długim, złotym kluczu, jakby na kiju. Starała się coraz głębiej schować głowę pod kapturem. I coraz bardziej, coraz niżej pochylała się ku ziemi. Widać było, że jej ciałem wstrząsały dreszcze. Król, przejęty nagłym lękiem, zawołał:

— Szczęśliwcze, kim jesteś?

Nie padła żadna odpowiedź. Wstrząsana nadal dreszczami postać coraz bardziej zginała się pod ciężarem dławiącego ją kaszlu. Ale nagle król coś zauważył i opanowała go wielka radość. Gromkim głosem zawołał:

— Mój ty kochany! Drogi przyjacielu!

W tajemniczej postaci monarcha poznał swego chorowitego ministra. Pochwycił go w ramiona i powiedział z uniesieniem:

— Mój drogi! Dałeś mi dowód swojej wierności. Uszczęśliwiłeś mnie!

Natychmiast wydał polecenie sługom, żeby ministrowi podali wodę i podstawili krzesło.

Dostojnik tymczasem zdążył opanować kaszel i wypluć zalegającą mu w płucach ciemną flegmę. Powoli wyprostował się i zdjął kaptur. Wyłoniła się spod niego twarz człowieka konającego. Twarz gęsto usiana zmarszczkami, z zapadłymi policzkami i oczami prawie niewidocznymi. Szeroko otwarte usta usiłowały łapać powietrze. Twardowłosa, stercząca bródka zdawała się wołać o pomoc. Z trudem, głosem wydobywanym jakby z grobu, wystękał: „To z powodu mgły. Ona mi szkodzi”.

A król upojony niespodziewanym szczęściem ściskał mu dłonie w podzięce:

— Mój drogi przyjacielu! Ta chwila nie zostanie zapomniana. Zostanie wpisana do złotej księgi. Obdarzyłeś mnie szczęściem. Jestem twoim dłużnikiem. Sowicie cię wynagrodzę. Obdarzę beczkami złota. Cały twój domek wypełnię złotem. Sprowadzę do ciebie najlepszych lekarzy. Zobaczysz...

Minister jednak zdążył w tym czasie odsunąć się od króla. Plecy miał już wyprostowane. Szara twarz nie wyglądała już tak strasznie, jak przed chwilą. Z niewiarygodną w jego stanie siłą odrzucił od siebie ciężki, długi, złoty klucz. Stał z ręką opartą na szabli.

— Wasza królewska mość! Moje serce nie pragnie litości. I złoto nie jest mi drogie. Żeby wykuć ten złoty klucz, wydałem cały mój majątek. I wcale tego nie żałuję. Nie potrzebuję bogactwa. A jeśli chodzi o moją wierność dla ciebie, to ma ona swoją miarę. Tą miarą jest prawo. Jeśli to, co zrobiłem, ma dla ciebie wartość, to wiedz, że nie oczekuję od ciebie darów. Żądam od ciebie tylko obiecanej zapłaty.

Na te słowa król podniósł rękę z otwartą dłonią. Miało to znaczyć, że zapłata będzie hojna. Przyjaznym głosem powiedział:

— O, mój dumny człowieku! Pozostałeś wierny samemu sobie, ty jesteś żywym uosobieniem prawa. Sam wyznacz sobie zapłatę.

Minister odstąpił od króla jeszcze o krok i jeszcze wyżej podniósł głowę. Czarny płaszcz spadł mu z ramion. Przed królem stał teraz wysoki, smukły młody rycerz. Przemówił nieoczekiwanie bardzo mocnym głosem:

— Żądam jednej tylko rzeczy. Żądam, żeby jego królewska mość dotrzymał danego słowa.

Słowa ministra zaskoczyły króla. Nie wierzył własnym uszom. Zapytał:

— O jakie słowo ci chodzi?

— O to słowo, które zostało przez kronikarza zapisane na pergaminie w złotej księdze i przez ciebie pieczęcią uwierzytelnione. Każ przynieść księgę.

Król wpadł w furię.

— Jak śmiesz? — krzyknął z taką siłą, iż zdawało się, że piorun strzelił.

Szybkim ruchem wyciągnął szablę z pochwy. W powietrzu klinga błysnęła niby nagle wzniecony płomień. Za chwilę rozległ się szczęk. To szabla króla zderzyła się z klingą ministra. Poleciały iskry. Skrzyżowane szable nagle znieruchomiały. Zapanowała śmiertelna cisza. Przerwał ją głos ministra:

— Dworzanie, słudzy i wy wszyscy, którzy jesteśmy tu obecni! W imieniu prawa żądam od was, żebyście odpowiedzieli na moje pytanie: Czy król dał słowo, iż wyda swoją córkę za mąż za tego, kto otworzy skarbiec? Odpowiedzcie jednym słowem. Prawda to, czy nie?

I znowu zaległa cisza, szable nadal były skrzyżowane. Ale broń w rękach króla zadrżała. Okazało się, że w sercach ludzi poczucie prawa było silniejsze od strachu przed gniewem monarchy. Z tylnych rzędów zgromadzonych ludzi rozległo się kilka głosów:

— Prawda!

I wtedy ze wszystkich już stron padały coraz liczniejsze i głośniejsze okrzyki:

— Prawda! Prawda! Prawda!

Król wypuścił szablę z rąk. Głowa opadła mu na pierś. Kiedy jednak jeszcze raz usłyszał okrzyk „prawda”, raptownie podniósł głowę i grzmiącym głosem zawołał:

— Milczeć! Król dotrzymuje słowa!

I z godnością podał ministrowi rękę na potwierdzenie swoich słów. Minister ściskając rękę króla zgiął się nisko w ukłonie. Nagle wśród ciszy, która znowu zapanowała, rozległ się przeciągły, głośny szloch kobiecy. Widocznie gorzka wieść o człowieku, który otworzył skarbiec, dotarła już do królewny.

Na dole w mieście nikt nie spał. Wszyscy mieszkańcy wylegli na ulice i ze zdumieniem wpatrywali się w stojący na górze zamek. Zadawali sobie nawzajem pytanie: Dlaczego okna zamku są oświetlone? Dlaczego zaróżowione niebo nad zamkiem drga niczym niesamowity olbrzymi nocny ptak?

*

Wieść, że chorowity minister jest zaręczony z córką króla, rozniosła się szybko po kraju i poza jego granicami, budząc wszędzie zdumienie. Starzy ludzie twierdzili, że w całej tej dziwnej sprawie tkwi przyczyna o znaczeniu państwowym. Dlatego nie można i nawet nie należy publicznie nad nią dyskutować.

Ludzie w średnim wieku znacząco się uśmiechali i całą rzecz ujęli filozoficznie:

— Nie uroda zdobi człowieka. Świat należy do mądrych.

Tylko młodzi odważyli się mówić, że minister rzucił na króla czary i po prostu go oszukał. Oni od dawna podejrzewali, że w domu ministra na bocznej uliczce dzieje się coś tajemniczego.

Starsi ludzie kpili, twierdząc, że przemawia przez nich zazdrość. Ministra uważali wprawdzie za skąpca i zbyt surowego stróża prawa, ale nie chcieli uwierzyć, żeby on, prześladowca oszustów, sam dopuścił się nieuczciwości.

Mijały tygodnie i zainteresowanie ludzi zaczęło słabnąć. Stopniowo przyzwyczajali się do myśli o tak nierównym związku małżeńskim. Sam król zdołał się przemóc i zaprosił do pałacu narzeczonego. Starał się okazać mu życzliwość i przyjaźń. Minister zjawił się w pałacu ubrany w eleganckie szaty, uszyte według fasonu ustalonego przez krawców dworu. Miał na sobie aksamitny strój, bez ozdób. Szaroblond bródka była porządnie przystrzyżona, wąsy podkręcone do góry. Jednym słowem, prezentował się jak prawdziwy rycerz. A i wygląd miał zdrowszy niż poprzednio i chociaż skóra na jego kościach policzkowych była nieco zaczerwieniona, zdawał się krzepki. Zachowywał się z godnością, taktownie i skromnie. Zupełnie nie tak, jak człowiek, który dopiero co wyprostował swój zgięty kark. Z szacunkiem ucałował palce ręki podanej mu przez bladą narzeczoną na przywitanie. W pewnej chwili ukląkł przed nią z ręką opartą na szabli. Nie okazał przy tym wszystkim ani radości, ani dumy. Z jego oczu osadzonych głęboko pod wysokim czołem wyzierał smutek zastarzałego bólu.

Król w milczeniu spoglądał na swego przyszłego zięcia. Odniósł wrażenie, że ministrowi wcale nie chodzi o własne, osobiste szczęście, ale o to, żeby słowo króla zostało dotrzymane, żeby się nie zhańbiło. Stwierdził też, że narzeczony zachowuje się wobec jego córki nie tylko po rycersku, ale też roztropnie. Mądrze prowadzi z nią rozmowę. W toku żywej, interesującej dyskusji kamienna twarz córki powoli łagodnieje i ożywia się. Wzrok jej coraz częściej zatrzymuje się ze zrozumieniem, powagą i bez nienawiści na wysokim czole chorowitego narzeczonego. Zdziwiony zmianą, która zaszła w córce, król zaczął się jej bardziej wnikliwie przyglądać. I oto po raz pierwszy od dnia nieszczęsnej uczty zauważył na jej twarzy błysk uśmiechu. A uśmiech ten podobny był do słonecznego promienia, który przebiwszy się przez ciemne chmury nagle rozjaśnił szary świat. Serce króla przepełniła radość. Kto mógł przewidzieć, że tak się stanie? Już nie miał za złe ministrowi, że stał się wbrew jego woli narzeczonym królewny.

Kiedy wizyta dobiegła końca i konkurent ucałowawszy koniuszki palców królewny wyszedł na dziedziniec, żeby wsiąść do karety i odjechać, król z górnego okna odprowadzał go wzrokiem. Chciał zobaczyć, jak też chory i słaby człowiek da sobie radę z wsiadaniem do dworskiej karety. Z daleka wydawał się całkiem zdrowym i nawet zgrabnym mężczyzną. Pewnie wsiadł do karety, co widząc król rzekł do siebie:

— Wcale nie jest taki brzydki, jak ludzie sobie go wyobrażają.

— Jego choroba jest uleczalna — rozległ się głos za plecami króla. Szybko się odwrócił, żeby zobaczyć, kto to powiedział. Przed nim stała córka, która również patrzyła na wsiadającego do karety.

Były to jej pierwsze słowa do ojca od czasu niesławnej uczty. Jej blada marmurowo-martwa twarz nagle ożyła. Promieniała światłem. Rozkwitła jak róża. Istny cud! Jak go wytłumaczyć? Jedna jest na to odpowiedź: „W całej tej sprawie tkwi palec Boży! Boska to, a nie ludzka rzecz!”.

Od tego momentu utwierdził się w przekonaniu, że jest dłużnikiem swego przyszłego zięcia. Roztoczył więc nad nim troskliwą opiekę. Sprowadził najlepszych lekarzy. Stan zdrowia ministra się poprawił. Zaczął coraz lepiej wyglądać. Do swoich obowiązków służbowych przystąpił ze zdwojoną energią. Przestępcy w kraju nie zaznali ani chwili spokoju. Minister sprawiedliwości tępił ich za najmniejsze naruszenie prawa. Opinia o jego skąpstwie poszła w niepamięć. Teraz zaczęły się mnożyć opowieści sławiące dobroczynność tego dostojnika. Oto, na przykład, spłacił dług zaciągnięty przez biedną wdowę i w ten sposób uratował ją od więzienia. Zajął się opuszczonymi sierotami, postarawszy się dla nich o dobrze płatną pracę. Nie groził im już głód i zejście na złą drogę. Spotkawszy raz na drodze ubogiego, jak on sam chudego i wysokiego wędrowca, wsadził go do karety i zawiózł do swego domu. Tam nakarmił go, napoił i ubrał w nowe szaty. Stare łachy wędrowca zatrzymał u siebie.

Kiedy wszystkie te pochwalne opowieści dotarły od uszu ministra, gorzko się uśmiechnął i powiedział: „Człowiek może samemu sobie więcej zła wyrządzić niż dobra drugiemu”.

Minister stał się coraz milej widzianym gościem w pałacu króla, który zaczął powierzać mu najskrytsze tajemnice państwowe i radził się we wszystkich najważniejszych sprawach. Narzeczona witała go zawsze miłym i przyjaznym uśmiechem. Takim, jakim się wita bardzo bliską osobę. Kiedy poprawiała mu żabot, który w swoim roztargnieniu zawsze źle wkładał, wyglądała niemal jak jego rówieśnica. Różnica wieku jakby się zatarła. Królewnę martwiło, że mimo to twarz narzeczonego nie objawiała śladu radości. Była jak skamieniała w smutku maska. Boleśnie przeżywała, że nie odkrywa przez nią swego serca. Jednak w głębi duszy, kobiecą intuicją czuła, że ją kocha i to miłością bezgraniczną. Nie potrzebowała słów. Czytała to w jego oczach. Wiedziała, że na taką miłość nie stać było nikogo z młodych rycerzy.

Pewnego dnia, przeglądając się w lustrze, dostrzegła na swoim czole pierwszą zmarszczkę. Taką pozostawioną przez przeżyte zmartwienie, której nie da się już wygładzić ani zasłonić diademem.

I ta zmarszczka sprawiła jej radość. Smutnawą nieco radość. Taką, która przystoi narzeczonej człowieka typu ministra. Ta zmarszczka była jej pierwszym dla niego prezentem. Po głębszym namyśle doszła do wniosku, że prawdziwymi darami nie są błyskotki ze złota.

Narzeczony dostrzegł w tej zmarszczce właściwy sens. Zrozumiał, że dziewczyna ofiarowuje mu najcenniejszy prezent. I jego oczy jeszcze wyraźniej wyrażały miłość. Tylko twarz mu się nie zmieniła. Nadal nie było na niej najmniejszego śladu radości, choć dzień ślubu się i zbliżał. I dzień ten miał już swoje „imię” — jutro.

Przygotowania do wesela szły już pełną parą. Na wieżach i basztach zamku, we wszystkich oknach powiewały niebieskie flagi ze złotymi lwami. I w mieście, nad bramami kamienic, w miejscach, gdzie wiatr nie miał dostępu, kołysały się sennie. Z balkonów zwisały ciężkie dywany zdobne w żywe kwiaty. Na drodze prowadzącej do miasta, przy wzniesionej z okazji ślubu bramie kwiatowej, stały ustawione w rzędy piękne dziewczęta z wieńcami na głowach. Z podziwem patrzyły na szlachetnie urodzonych gości, którzy z dostojeństwem i dumą przejeżdżali na spienionych koniach przez bramę. W blasku słońca i kwiatów, w złotych pancerzach przy dźwiękach fanfar, które zdawało się, chcą rozerwać błękit nieba, powoli kierowali się w stronę zamku. Patrząc z zazdrością na owych rycerzy, miejskie dziewczęta odczuwały słodki smak zemsty za to, że żaden z nich nie dostanie córki króla za żonę.

Na twarzach przybywającej młodzieży rycerskiej malował się złośliwy, nie pozbawiony niezdrowej ciekawości uśmieszek. Oto wkrótce zobaczą piękną królewnę stojącą pod ślubnym baldachimem u boku brzydkiego starca, syna prostego kowala.

W wieczór poprzedzający dzień ślubu minister wraz z królem i królewną zamknęli się w jednym z bocznych pokoi zamku, daleko od weselnego harmideru. Jutro, od samego rana, miały przestać pracować urzędy w królestwie. Z tego powodu skrupulatny minister starał się w trybie przyśpieszonym omówić z królem wszystkie zaległe, skomplikowane sprawy państwowe. Obecny był także marszałek dworu, z posiwiałymi skrońmi. Król od czasu do czasu polecał mu:

— Zapisz to!

Głęboko osadzone oczy ministra częściej niż zwykle wpatrywały się w królewnę, która dostrzegała w nich wielkie uczucie. Kiedy żegnali się, narzeczony całując ją w rękę trochę dłużej zatrzymał swoje drżące usta na koniuszkach jej palców. A królewna położyła swą drugą dłoń na jego głowie i po raz pierwszy ją pogładziła.

Bocznymi drzwiami, żeby przed czasem nie spotkać się z gośćmi, narzeczony po cichu wymknął się z pałacu.

*

Wzeszło słońce. Po całonocnej pracy minister podniósł się z ojcowskiego krzesła i podszedł do okna. W ciągu nocy dokonał obrachunku z własnym sumieniem. Stwierdził, że nieraz miewał chwile słabości, że często jego odwaga wystawiana była na ciężką próbę. Zawsze jednak udawało mu się wyjść z tej próby obronną ręką. Całość swego życia podsumował w sposób chłodny i obiektywny. Tak, jak przystało na ministra sprawiedliwości. Odniósł wrażenie, że dotychczas Bóg zwlekał z uczestniczeniem w jego radosnym święcie. Dlatego teraz, wynagrodził go z okazji ślubu pięknym, jasnym rankiem.

Ulice były jeszcze puste. Nawet flagi wiszące nad bramami wyglądały jak pogrążone we śnie. W pewnej chwili, od strony zamku doszły dźwięki fanfar. Kwiatowa brama witała już pierwszych gości.

Na rogu uliczki, przy której stał dom narzeczonego, pojawiła się wesoła kompania ze śpiewem na ustach. Byli to miejscowi czeladnicy, którzy grając na cytrze, śpiewając i pogwizdując, przemaszerowali ku miastu. Wesoła kompania trochę za wcześnie zaczęła świętować.

Minister objął wzrokiem duży obszar nieba, które o tej porze było już różowawe, po czym zamknąwszy oczy stał dłuższą chwilę z zapartym tchem przy oknie. Twarz miał szarą, ale kiedy znowu otworzył oczy, jaśniała na niej radość. Radość z ostatecznie powziętej decyzji. A dał jej wyraz jednym słowem:

— Dosyć!

Energicznym ruchem wyciągnął na środek pokoju stary kufer, w którym kiedyś trzymał złoto. Otworzył go. W środku leżała sterta wytartych ubrań. Zdjął aksamitny strój, który miał na sobie w nocy i włożył stare łachy, pozostawione przez biednego wędrowca. Wyglądał teraz na prawdziwego włóczęgę. Zza pieca wyciągnął laskę swego zmarłego ojca kowala. Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo, trzymając w ręku podarty kapelusz. Smutnym spojrzeniem żegnał się z pokojem, z meblami i z leżącą na stole szablą.

I na koniec sam sobie zadał pytanie:

— A kto teraz zastosuje prawo wobec mnie?

Popatrzył na rozłożone swoje aksamitne szaty. Na swój narzeczeński strój. Na biały żabot nieraz dotykany palcami królewny. Dał się na krótko ponieść marzeniom. Chłodna, rozważna myśl przywiodła go do rzeczywistości.

— Zaraz przyjdą krawcy dworu z uszytymi dla mnie ślubnymi szatami. Zaraz zajedzie po mnie, zaprzężona w białe jak mleko konie, złota kareta z drużbami. I co najgorsze, za chwilę gotów się tu zjawić stary służący ze śniadaniem.

I nie zwlekając dłużej zbiegł po schodach na ulicę, gdzie panował już ruch. Przeszedł przez kilka skrzyżowań, żeby wydostać się z miasta. W drodze towarzyszyły mu dźwięki weselnej muzyki. Na krańcu miasta, pod laskiem tuż nad rzeczką natknął się na wesołą kompanię czeladników, którzy tu, pod gołym niebem, postanowili obchodzić święto. Posilali się skromnym śniadaniem i wypili trochę wódki. Umilali sobie czas grą na cytrze i śpiewem. Na widok włóczęgi, który przechodził obok, wstali i zaprosili do biesiady. Do dobrego obyczaju należało przyjąć zaproszenie. Skosztował więc jedzenia, napił się wódki i nawet razem z nimi zatańczył. Kiedy wódka się skończyła, czeladnicy naczerpali z rzeczki czystej wody i pili ją zamiast gorzały.

W ten sposób pił i tańczył na swoim własnym weselu.

W końcu jednak musiał wesołą kompanię pożegnać. Podziękował za gościnę i udał się w dalszą drogę. Szedł skrajem lasu, szeroką, wolną drogą polną. Istną gębą świata, która wielu wędrowców pochłania i wielu wypluwa z powrotem.

Naszego wędrowca droga nie wypluła. Nikt nie wie, gdzie spoczęło jego ciało.

*

— Czy to już koniec baśni? — zapytała Etel. Ona, jako starsza od siostrzyczki, odważyła się przerwać milczenie nauczyciela.

— Tak. To jest koniec baśni. Jest już późno. Pora spać.

Głos nauczyciela zabrzmiał tym razem jakoś obco. Dzieci były przyzwyczajone do łagodności jego tonu. Pan Madeburger zdjął swoje okrągłe okulary i przetarł je czerwoną chusteczką. Kiedy zaś włożył je z powrotem na nos, szkła znów pokryły się mgiełką. Musiał je po raz drugi dokładniej oczyścić.

Dzieci spostrzegły się, że w pokoju panuje już ciemność. Płomień w kominku dogasał. Czerwone węgle rozpadły się na kawałeczki, wydając przy tym ni to cichy szmer, ni to ciche trzaski. Przez okno zajrzała do pokoju błękitna zimowa noc. Noc bez księżyca. Noc świecąca własnym światłem.

Baśń opowiedziana przez pana Madeburgera została źle odebrana przez dzieci. Coś ciężkiego zwaliło im się na serduszka. Miały jednak nadzieję, że istnieje także inne jej zakończenie i że jutro poproszą nauczyciela, żeby im opowiedział, jak było naprawdę.

Wychodząc z pokoju Etel wzięła za rączkę Hansa. Oczy mu się kleiły. Po prostu padał z nóg. Kati zaś niosła na rękach Azorka. Niosła go, jakby był małym dzieckiem, brzuszkiem do góry. Piesek drżał i płakał przez sen.

Hans, ledwie ułożony w łóżeczku, zaczął śnić. Śniło mu się, że pan Madeburger wykupił dla niego na jarmarku wszystkie baloniki. Oto przywiązany do nich leci w górę, do zamku. Ma przy sobie złoty klucz, którym otworzy skarbiec. Tam dopiero, w otwartym skarbcu, znajdzie złote i srebrne baloniki. Oto mruga do niego z wysokiego okna, nad którym powiewa flaga, córka króla. W ręku trzyma chustkę. Jest podobna do Kati. Nie. To matka...

Nagle Azorek się obudził i rozszczekał na swojej poduszce w kącie pokoju. Jemu przyśnił się ów wiejski chłopczyk, który na śnieżnej drodze głośno się rozpłakał.

Kati wysunęła czubek nosa spod kołdry, a potem, nabrawszy odwagi, całą głowę. Zapytała:

— Etel, czy mnie wołałaś?

Siostra odpowiedziała szeptem:

— Tak, chodź do mnie!

Kati tak gwałtownie wskoczyła do łóżka Etel, że obie się przestraszyły. Przytuliły się do siebie i objęły ramionami. Serduszka łomotały im w piersiach i drżały na całym ciele. Wreszcie Etel odważyła się zapytać Kati:

— Dlaczego drżysz?

— Nie wiem. Boję się.

— Czy słyszysz, że w tamtym pokoju ktoś płacze?

— Tak, słyszę.

To pan Madeburger popłakiwał cicho.

Żadna z sióstr nie spytała, dlaczego pan Madeburger płacze. Uważały, że nie wypada zadawać takich pytań. Zresztą później zrozumieją, o co chodzi — są przecież „dorosłe”. A nie pytały, dlatego, że się wstydziły: „Jestem taka duża i boję się”.

Płacz w pokoju nauczyciela ucichł i obie dziewczynki zasnęły z trwogą w sercu. W napięciu na coś czekały.

I nagle w pokoju pana Madeburgera rozległ się jakiś dźwięk, jakby coś trzasnęło. Nie był to głośny trzask. Nikogo nie zbudził.

To w kącie obok okna w ciepłym pokoju pękł zimowy balonik Hansa.