Zaręczyny

Boso, cichymi krokami stąpają słudzy po miękkich dywanach pałacu, żeby nie zakłócać spokoju chorego kalifa8. Dookoła panuje absolutna cisza. Tylko z zewnątrz, z wysokiego minaretu dochodzi dźwięczny głos muezina nawołującego wiernych do modlitwy. Głos jest już nieco przytłumiony, bo dochodzi z daleka, od zachodu. Chory kalif słyszy jednak każde słowo muezina, który wzywa wiernych, by chwalili imię Allaha w czas popołudniowej modlitwy. Chory władca otworzył oczy i spojrzał na barwną arabeskę widniejącą na wschodniej ścianie jego komnaty. To ciężkie od złota słońce, bliskie już zachodowi, wysyłało swoje promienie przez kolorowe szybki na wschodniej ścianie. Chory władca poczuł w tym momencie, że jego łoże tonie jeszcze bardziej w ramionach cieni. Słońce bowiem już je ominęło. Przymknął znużone oczy. Wyciągnięte na ciemnej kołdrze ręce świadczyły o niemocy i bezradności. Były chude i przezroczyste jak u delikatnych starych kobiet. A przecież w tych rękach trzymał państwo. I trzymał je długo i mocno. Kto teraz przejmie po nim władzę? Nie ma dziedzica.

Ta smutna myśl gnębi go przez cały czas choroby. Dopiero teraz, po wysłuchaniu mądrej rady przyjaciela Awimelecha, uspokoił się. Odważnie, jak przystało na władcę, oczekuje chwili rozstania się z duszą. Leży spokojnie i czeka. Delikatna bladość twarzy harmonizuje z jego równo zaczesaną białą brodą.

Awimelech siedzi przy łożu. Tu rozłożył swój dywanik. Tu umył ręce przed odmówieniem popołudniowej modlitwy. Awimelech jest w tym samym wieku co kalif. Brodę ma jednak krótszą i rzadszą. Odmładza go trochę mniej pomarszczona ciemnawa pergaminowa skóra na twarzy. Nosi okrągłe okulary w oprawce z kości słoniowej. W ręku trzyma oprawioną w skórę księgę Koranu w dużym formacie. Uzbrojony w ten rynsztunek pobożności, siedzi przy swoim przyjacielu kalifie, i czuwa nad tym, żeby anioł śmierci nie zjawił się przed czasem.

Z przedpokoju dochodzi odgłos cichych niespokojnych kroków. Po chwili kotara u wejścia do komnaty chorego kalifa uniosła się nieco w górę. Ręka ją podtrzymująca jest czarna, mocna i ozdobiona bransoletami. Do komnaty wdzierają się promienie zachodzącego słońca. Wraz z nimi wszedł zgrabny, smukły młody mężczyzna, który zatrzymał się na progu. Czarna ręka, trzymająca uniesioną kotarę, znikła. Zasłona opadła. Słońce, które towarzyszyło przybyłemu mężczyźnie, zostało na zewnątrz. Tam oczekiwało jego powrotu. W mrocznej komnacie przybysz zaczął się powoli rozglądać. Po chwili, dostrzegł spoczywającego w łożu chorego kalifa. Przejęty rozpaczą, padł przed nim na twarz.

Na ten widok stary Awimelech westchnął z ulgą i powiedział:

— Oby błogosławieństwo Allaha spłynęło na ciebie Hasanie Tuwimie. A więc przyszedłeś.

Młody Hasan Tuwim nadal leżący twarzą do ziemi, uniósł się nieco i odpowiedział cichym głosem:

— Mój pan i mistrz posłał po mnie, więc przyszedłem.

Awimelech znowu westchnął:

— Oby błogosławieństwo Allaha spłynęło na ciebie. Posłuchaj, Hasanie Tuwimie. Nasz pan i władca postanowił ożenić cię z jego jedynaczką Simlą i przekazać ci swoją koronę. Powiedz, co o tym sądzisz?

Przez dłuższą chwilę Hasan Tuwim milczał, po czym rzekł:

— Nie zasłużyłem na takie wyróżnienie, mistrzu!

Nauczyciel młodzieńca lekko się uśmiechnął. Pergaminowa skóra na jego twarzy zmarszczyła się. Życzliwym głosem oświadczył:

— To już jest nasza rzecz, synu!

Hasan Tuwim uniósł głowę, wyciągnął ręce do władcy i powiedział:

— Jak sobie życzysz panie mój i władco!

Kalif w odpowiedzi poruszył tylko wargami, zaś Awimelech rozkazał:

— Wstań Hasanie Tuwimie uczniu mój! Diament, jakim jesteś, został właściwie oceniony. Szczęśliwa matka, która ma syna takiego jak ty.

Wezwana z kobiecych komnat pałacu weszła Hadasa, stara, otaczana szacunkiem opiekunka Simly i padła na twarz przed łożem kalifa. Wówczas znowu odezwał się Awimelech:

— Hadaso! Idź do Simly, której zastępujesz matkę i powiedz jej, że z woli ojca wybiła dla niej szczęśliwa godzina. Kalif postanowił wydać ją za mąż za młodego Hasana Tuwima, który jest ozdobą całego narodu. Zaręczyny powinny odbyć się jak najszybciej.

Z piersi Hadasy wyrwał się cichutki okrzyk radości. Szybko wstała z podłogi i jednym susem zniknęła za zasłoną. W komnacie chorego kalifa pozostała po niej jakaś podniosła, ciepła aura, właściwa tylko delikatnej niewieście, bez względu na jej wiek.

I zaraz potem uniosła się w górę trzecia kotara. Na znak dany przez Awimelecha weszli pisarze z odpowiednimi przyrządami pisarskimi w rękach. Złotym atramentem na cienkim jedwabiu zapisywali tekst intercyzy zaręczynowej. Narzeczony się pod nią podpisał, a kalif przyłożył swoją pieczęć. Następnie położyli dokument pod poduszką u wezgłowia chorego władcy.

Awimelech w imieniu narzeczonego, ale z własnej kieszeni, posłał oblubienicy w prezencie złoty łańcuszek ze szmaragdami. Świeżo upieczony narzeczony posiadał, oprócz pięknego, szlachetnego wyglądu oraz sławy porządnego człowieka, również ogromny niebiański skarb wiedzy. Ziemskie skarby były mu obce.

Zmęczony, ale już spokojny kalif wygodniej ułożył się na posłaniu. Państwo pozostanie w uczciwych i pewnych rękach. Allah może się już upomnieć o niego. Może już wysłać anioła śmierci, żeby odebrać mu duszę. Duszę, która już bardzo tęskni za wiecznym odpoczywaniem.

*

W nędznym pokoiku, w medresie9 przy ulicy Więziennej Hasan Tuwim starannie ukrywał przed ludźmi szczęście, które go tak nieoczekiwanie spotkało. Wolał radować się cieniami wieczoru. Nie wypada, a nawet wstyd obnosić się ze swoim szczęściem przed ludźmi. Zresztą, czy którekolwiek z dzieci Adama jest naprawdę szczęśliwe? I kto w pełni na to zasłużył? I czy on sam jest tym prawdziwym wybrańcem losu? Czy wart jest tego szczęścia, które nagle się do niego uśmiechnęło? Czy przeżyte lata uzasadniają je?

Z obawą i lękiem zabrał się do analizowania całej swojej przeszłości. Sięgnął pamięcią do lat najwcześniejszych aż po po ostatnio przeżyte. Przywołał wczesną młodość. Ten okres rozpostarł się przed nim w sposób jasny i klarowny. Był czysty jak pogodne niebo. Jakby upłynął w cieniu płaszcza proroka. Nie znajdował na nim najmniejszej plamy. Czy sam szukał szczęścia? Nie! To szczęście jego szukało i znalazło. Szczęście zaprzęgło się samo do jego rydwanu. Ono wyciągnęło go z miłego acz nędznego pokoiku, w którym z przyjemnością pykał fajkę nargile, otrzymaną po dziadku.

W tym pokoiku starzy mędrcy prowadzili z nim uczone, serdeczne rozmowy. Dyskutowali przy szeleście pergaminowych kart ksiąg, do których wertowania przyzwyczajone były już jego delikatne palce. Także oczy umiejętnie i niezmordowanie odczytywały spisane teksty. Niespodziany blask szczęścia, które spadło na niego, zaczyna napawać go strachem. Tron kalifa z ciężkiego jest złota, a oczy Simly, jego jedynej córki, płoną pod welonem jak siedem słońc naraz. Jej chód, lekki i zwinny, przypomina krok łani, jest płynny jak pieśń.

Błogosławiona bądź nocy, że w twoich ramionach człowiek może schować się ze swoim szczęściem przed ludźmi. Ty zaś śnie, bądź podwójnie błogosławiony, gdyż pod twoim tchnieniem człowiek zapomina o swoim szczęściu i uwalnia się od złotych ciężarów.

We śnie Hasan Tuwim zapomniał o tym, co go spotkało.

*

A oto sen narzeczonego:

— W ciasnej celi więziennej siedzi młodzieniec. Bladość jego twarzy przypomina biały piasek na pustyni. Zamknięte oczy przypominają szczelnie zasypane źródło. Włosy na głowie i brodzie — istna wełna wielbłądzia. Raz po raz uderza ręką w brudną podłogę i kołysząc się na skrzyżowanych pod siedzeniem nogach cicho śpiewa piosenkę. Jest to piosenka o życiu, które pozostało za więziennym murem, o błękitnym niebie, poćwiartowanym przez kraty, o zielonej gałązce — jego sąsiadce, która przez owe kraty do niego zagląda. Sama zresztą jest więźniem przykutym do wyschniętej, ogołoconej ziemi na więziennym dziedzińcu. Młodzieniec otworzył oczy — widać w nich zapowiedź śmierci. Został bowiem skazany wyrokiem sądu na śmierć za fałszerstwo. Jest widzący i ślepy zarazem. Piosenkę śpiewa głosem schorowanego dziecka, które nie ma już ani łez, ani sił.

I oto coś się wydarza: strumień młodej gorącej krwi zalewa nagle jego serce. Budzi się w nim świadomość:

— To śmierć! To już śmierć!

Zrywa się z miejsca. Rozlega się brzęk wiążącego go łańcucha. I znowu jest na podłodze. Łańcuch jest za krótki, żeby mógł stanąć, a wystarczająco długi, żeby mógł podnieść się na kolana. Dreszcze wstrząsają ciałem skazańca. Z jego rozwartych oczu wyziera przedśmiertne szaleństwo.

Oczy te skierował na Hasana Tuwima, który stoi przed kratami jego celi, na więziennym dziedzińcu. Czy jest świadomy, iż stoi przed nim młody człowiek, który wkrótce obejmie władzę po kalifie? Nie! Nie ma o tym pojęcia. Jest napięty do ostatnich granic, ale usiłuje rozumować: jaką pomoc może on, skazany na śmierć, otrzymać od tego smukłego młodzieńca, przed jego celą? Chyba żadną. I gaśnie, umiera spojrzenie jego oczu. Zobojętniał. Nie patrzy już na Hasana Tuwima. Patrzy obok i przez niego. Biada! Pod wpływem tego spojrzenia szczęśliwy narzeczony nagle poczuł, że stał się pustym miejscem...

Obok niego pojawia się więzienny strażnik. Chodzi po dziedzińcu i wyrywa z ziemi pojedyncze trawy, które się uchowały. Na dziedzińcu więzienia nie powinna bowiem rosnąć trawa. Tak mówią przepisy. Zatrzymał się strażnik przed celą skazańca i kiwając starą, spłaszczoną szarą głową niby przysypaną popiołem, westchnął:

— O, wielki Allahu! Ten biedaczek siedzi i jeszcze śpiewa. Biedny człowiek, pół roku czeka na śmierć i nie może się jej doczekać. A to prokurator urządza wesele, a to adwokat uroczystość obrzezania... a tu już zbliża się święty ramadan. Jak ten biedaczyna zniesie post?

Biegiem opuszcza Hasan Tuwim więzienny dziedziniec. Biegnie skąpanymi w słońcu drogami i tonącymi w kwiatach polami. Dociera do ogrodu kalifa, do pałacu, który jutro będzie jego domem. Bramę otwiera znany już stary człowiek o płaskiej, szarej niby popiołem obsypanej głowie. I na jego widok znowu odnajduje siebie na dziedzińcu, na którym nie wolno rosnąć trawie. I znowu stoi przed celą i zagląda do jej wnętrza przez kraty. Osiwiały młodzieniec drzemie oparłszy głowę na wilgotnej ścianie. Dolna warga mu opadła, jakby ugięła się pod ciężarem łańcucha.

Prokurator chodzi od celi do celi. Nareszcie znalazł czas i odwiedza więzienie. I każdego skazanego na śmierć pyta o jego ostatnie życzenie.

Hasan Tuwim widzi, że za kratami powstał tumult10. Słyszy dochodzący stamtąd pomruk. Taki pomruk wydają głodne lwy w klatkach, gdy w pobliżu czują mięso. Prokurator jednak zachowuje spokój. W żadnej celi nie zatrzymuje się na dłużej. Oto jest już przed celą, w której siedzi skazany na śmierć młodzieniec. Zdążył już się zorientować, z jakiego powodu powstał w więzieniu tumult. Podniecony, szybko wystawił przez kratę chudą, brudną, małą, prawie dziecięcą dłoń, w której trzymał kartkę z prośbę. Prokurator przyjmuje pismo i czyta głośno. Wysoki jest prokurator i wysoko nosi głowę. Na nosie wiszą mu okulary. O co prosi skazaniec? Prosi, żeby mu dali poduszkę pod głowę... Hasan Tuwim wybiega z dziedzińca więziennego. Biegnie skąpanymi w słońcu drogami i tonącymi w kwiatach polami. Biegnie do ogrodu kalifa. Do swego przyszłego domu. W oczach utkwił mu widok prokuratora czytającego przez okulary prośbę skazańca. Urzędnik jest wysoki i zanadto zadarł głowę, więc ześliznął mu się biret11.

Trzeci raz otworzył mu bramę więzienny strażnik i znowu podprowadził do krat w celi skazańca. A ten siedzi i śpiewa piosenkę o życiu. Otwiera oczy, a w nich śmierć. I mimo to, jakby to powiedzieć, nie jest w złym nastroju. Przeciwnie. Wygląda na człowieka, który czeka na coś przyjemnego.

Od celi do celi chodził lekarz z workiem wypełnionym lekarstwami. Nie ominął też celi skazańca, który na widok lekarza otworzył usta i pokazał mu swoje zęby jak białe perły skarżąc się, że go bolą. Lekarz to mocny, acz niskiego wzrostu mężczyzna z grubym karkiem i twarzą podobną do uśmiechającego się tygrysa. Spod spiczastych wąsów, w otwartych ustach, sterczą dwa duże kły. Nieustannie je oblizuje szorstkim językiem, kiedy grzebiąc w worku z lekami wyciąga zeń narzędzia lekarskie. Hasan Tuwim zobaczył, jak przez kraty wyrywa skazańcowi zdrowe, białe zęby. Biegnie więc znowu Hasan Tuwim i w oczach ma obraz skazańca, który w ostatniej chwili oblizywał z jakąś męczeńską przyjemnością własną krew.

— Ach, wy skąpane w słońcu drogi i tonące w kwiatach pola! Wy przecież do więzienia prowadzicie! Ja najlepiej o tym wiem!

I zwolnił Hasan Tuwim swój bieg. Zanim doszedł do bramy, panowała już noc.

Otworzył mu ten sam strażnik. Młodzieniec poznał go po zgiętych plecach. W ciemnościach nocy, strażnik poruszał się jak niedźwiedź. Oddychał z trudem. Był wyraźnie zirytowany. Hasanowi Tuwimowi dziedziniec więzienny wydał się obcy. Odniósł wrażenie, że wbrew przepisom, porośnięty jest trawą. Przedtem nie zauważył był wystającego z ziemi pagórka w rogu dziedzińca. Teraz z tej górki wyrasta ku niebu szubienica, na której kołysze się wisielec. I tak kołysząc, zmaga się jakby ze szczelinami wśród chmur, raz po raz wpadając w jasną szczelinę między rozdartymi czarnymi kłębami.

Więzienny strażnik nachyla się do ucha Hasana Tuwima i głosem smutnym, acz uroczystym, powiada:

— Allah okazał mu miłosierdzie. Sprawa załatwiona.

— Kiedy?

— Przed twoim przyjściem. Kto wie, jak długo by to jeszcze trwało, gdyby się nie przestraszyli. Jutro bowiem ma się odbyć koronacja nowego młodego kalifa. Trzeba było uporządkować zaległe sprawy.

I w zaufaniu dodaje:

— Nie mogłem szybko znaleźć klucza. Jestem stary. Kiedy trzeba wykonać wyrok na człowieku, tracę głowę. Naczelnik już mi zagroził, że wypędzi mnie jak psa. Młody kalif — powiedział naczelnik — nie będzie tolerował takich jak ja ślamazar. Gorzki kawałek chleba. I nagle w tym zamęcie przypomniałem sobie, że klucz mam w kieszeni, za pazuchą...

Hasan Tuwim zawrócił w kierunku bramy. Strażnik szedł za nim i dalej perorował. Kiedy stanęli przed bramą, przyszły kalif przerwał mu:

— Czy miał poduszkę?

— Kto? Co? Cha, cha, cha! Ależ sobie przypomniał głupstwo. Przed wykonaniem wyroku spytano go, jakie ma życzenie. Odpowiedział, że życzy sobie jabłkowego kwasu. Idź i znajdź dla niego w środku nocy jabłkowy kwas.

— I co, znaleziono?

— Gdzie tam!

Hasan Tuwim wstąpił na drogę, która wiodła do ogrodu kalifa, ale zastanowiwszy się chwilę, zboczył z niej. Pośpiesznym krokiem coraz bardziej oddalał się od niej. Doszedł do rzeki, nad którą wznosiła się góra. Nocne chmury nagle ustąpiły i z czarnej niejako dziury wyłoniło się jasne słońce. Hasan Tuwim zorientował się, że stoi nad rzeką Tygrys. Przed sobą zobaczył ogromną prowadzącą w dal przestrzeń. Na tym miejscu rozciągał się kiedyś ziemski Eden.

*

— Hadaso, opowiedz mi o moim narzeczonym. Opowiadaj długo, aż do białego rana.

— Ależ moje dziecko, już jest biały ranek. Już dnieje, a ty przez całą noc oka nie zmrużyłaś. Twoje szczęście jest jasne niczym gwiazda poranna. Twój narzeczony jest najpiękniejszym i najszlachetniejszym z wszystkich młodych kawalerów w kraju. On cię będzie szanował i wysoko cenił. Dlaczego więc płaczesz, moja dziecino?

— Jestem nieszczęśliwa. Popatrz Hadaso, na to moje szczęście. Marne jest moje szczęście. Kalif, mój ojciec, walczy ze śmiercią.

— Allah jest miłosierny i wszystko przeminie. Przeminie smutek i żałoba pójdzie w niepamięć. Pozostanie tylko radość. Leż dziecino spokojnie, bo mój grzebień może wyrwać ci z głowy jedwabne włosy.

Simla, leżąc nago na jedwabnym posłaniu położyła głowę na łonie Hadasy, która czesała jej czarne loki grzebieniem z bursztynu. Spod zębów grzebienia wylatywały niebieskie, cieniutkie iskry.

Po obu stronach łoża stały złote świeczniki. Płonęły w nich wełniane knoty. Rzucały żółtawe światło, które ustępowało różowawym promieniom wstającego poranka, przenikającym przez uchyloną zasłonę. Wszystkie te blaski igrały w dużym jemeńskim lustrze, które stało na czterech lwich łapach z różowego marmuru tuż przed łożem Simly. Oprawione zaś było w ramy z kości słoniowej i srebra.

— Ojej, Hadaso! Dlaczego moje służące nie przychodzą, żeby umyć mnie różaną wodą? Już zbyt długo leżę nago. Jestem zmęczona. Hadaso.

— Służące też są zmęczone. W nocy oka nie zmrużyłaś i tylko je poganiałaś. Musiały spełniać wszystkie twoje zachcianki.

— Po to są przecież służącymi.

— Ale też mogą być zmęczone.

— Postawię nad nimi nadzorcę z batem, wtedy już nie będą zmęczone.

— Jesteś dzisiaj w złym nastroju, moje dziecko.

— Opowiedz mi lepiej o moim narzeczonym, to złagodnieję. Powiedz mi, czy dobry z niego człowiek? Czy spełni wszystkie moje życzenia?

— Tak, moje dziecko. To bardzo dobry człowiek, ale będziesz musiała być mu posłuszna, jeśli zechcesz, żeby cię kochał. Mąż to pan i władca. Dlaczego znowu płaczesz?

— Jakże mogę nie płakać? Przecież ojciec mój umiera i władzę nade mną obejmie mój narzeczony... Ale cóż to? Służących z różaną wodą dalej nie widać. Przyjdą, kiedy woda będzie albo zbyt gorąca albo zbyt zimna. Zobaczysz, Hadaso!

Po chwili Simla opanowała gniew i łagodnym głosem powiedziała:

— Jestem niewdzięczną dziewczyną. Przeze mnie nie odpoczęłaś. Idź, połóż się spać.

— Już nie opłaca się. Dnieje.

— Idź spać, Hadaso! — ostatnie słowa Simly zabrzmiały jak rozkaz.

Hadasa, nie chcąc jej denerwować, poszła do swojej komnaty. Wtedy Simla wstała z łóżka, podeszła do skrzynki, wyjęła z niej prezent od narzeczonego, ów złoty łańcuszek ze szmaragdami i złożywszy na nim pocałunek, zawiesiła na szyi.

Podeszła do lustra, żeby zobaczyć, jak wygląda. Hadasa tymczasem uchyliła trochę zasłonę, odgradzającą jej komnatę od sypialni Simly. Ciekawa była, jak księżniczka dalej się zachowa. Z podziwem patrzyła na jej postać. Jakiż anioł mógł wytoczyć te gibkie i płynne jak pieśń biodra, które przestały już być dziecięce? I kiedy zdążyły rozkwitnąć granaty jej młodych piersi pod delikatnymi koronami róży? Jak pięknie leży na jej szyi złoty łańcuszek ze szmaragdami. I jak wspaniale współgrają rozsypane czarne loki z marmurem jej krągłych ramion.

Simla przygląda się sobie w lustrze. Rozchylone, niczym płatki róży, wargi odsłaniają lśniące, białe jak perły zęby. Oczy pod łukowatymi brwiami rzucają swoim ciemnopłomiennym wzrokiem głęboki cień. Policzki, jak u dziecka, okrągłe. Między brwiami ulokowała się wyraźna zmarszczka, która upodabnia ją do ojca w chwili, gdy się gniewa.

Długo stoi Simla przed lustrem. Jest spięta. Jakby i pierwszy raz w życiu zobaczyła siebie. I nagle z jej ust wyrywa się głośny okrzyk:

— Nie! Tego nie będzie!

Jednym ruchem zrywa z szyi złoty łańcuszek i ciska go w kąt. Na ten widok Hadasa wpada do komnaty. Jest przerażona. Dreszcze przebiegają po jej ciele.

— Co ci jest, dziecko moje? Dlaczego krzyczysz?

— Nie! Nie! Nigdy tego nie będzie, Hadaso. Mną nikt nie będzie rządził! Nawet mój mąż. Nawet moja własna miłość. Tylko ja sama mogę być sobie panią.

Lustro mi to powiedziało — wskazała ręką na swoje odbicie. Zmieszana Hadasa popatrzyła najpierw na nią, potem na lustro i nie wiedziała, co powiedzieć. I w tej samej chwili wpadły do komnaty czarne służące z misą pełną różanej wody. Z misy buchała lekka aromatyczna para. Na widok Simly stojącej z podniesioną ręką zatrzymały się na progu. Postawiły misę i jakby na dany znak wszystkie co do jednej upadły przed księżniczką na kolana.

*

Boso, cichymi krokami, stąpają słudzy po miękkich dywanach pałacu, żeby nie zakłócać spokoju chorego kalifa. Przez wysoko umieszczone kolorowe szybki na wschodniej ścianie świeci słońce. Jego promienie, zamykają niby ramą barwną arabeskę mieszczącą się wyżej nad okienkiem. Daleko sięga dźwięczny, przerywany głos starego muezina z wysokiego minaretu. Wzywa wiernych do porannej modlitwy. Stary Awimelech przygotowywał się właśnie do modłów. Ze srebrnym, kunsztownie rzeźbionym dzbanem w drżącej ręce stał pochylony nad chorym przyjacielem. Z niepokojem przysłuchiwał się jego słabnącemu oddechowi. Usłyszał w nim lekkie kroki anioła śmierci zbliżającego się powoli, ale pewnie. Żaden śmiertelnik przed nim nie umknie. I kiedy Awimelech podniósł nad miską dzban, żeby się umyć przed modlitwą, stary kalif otworzył nagle oczy i ciężko westchnął. Na jego bladym czole pojawiły się krople potu. Między brwiami zarysowała się wyraźniej zmarszczka. Popatrzył na Awimelecha i cichym głosem zapytał:

— Jak myślisz, stary przyjacielu, czy to właściwy i stosowny związek małżeński?

Awimelech miał zamiar uspokoić wątpiącego kalifa, ale w tej właśnie chwili rozległy się szybkie, niespokojne kroki w przedpokoju. Spod podniesionej kotary wyłonił się Hasan Tuwim. Chwilę po tym, od strony wewnętrznych komnat pałacu, podniosła się też kotara i do pokoju chorego weszła Simla. Oboje, Hasan Tuwim i Simla prawie jednocześnie stanęli po obu stronach łoża kalifa. Padli przed nim na twarz. Pierwszy odezwał się Hasan Tuwim:

— Przebacz, władco! Cofam moje słowo! Podrzyj intercyzę!

— Podrzyj ojcze intercyzę, jeśli córka jest ci miła!

Awimelech stał z dzbanem nad miską i nie ruszał się z miejsca. Jakby skamieniał. Stał i patrzył to na chorego, to na młodych.

Kalif otworzył oczy. Resztką sił starał się wyciągnąć spod poduszki akt zaręczynowy. I przeraźliwy, przejmujący szloch wstrząsnął jego ciałem, kiedy wykrzywionymi, umierającymi palcami podarł dokument. Awimelech szybko odstawił dzban i pochwycił w ramiona umierającego przyjaciela. Ciało kalifa było już nieruchome i bezwładne.

— Nie ma Boga oprócz Boga i Mahometa, jego proroka.

Dwie milczące postacie leżały twarzą do ziemi przed zmarłym kalifem.

Dziewczyna z plemienia Lewiego12

Stała dziewczyna z plemienia Lewiego przed wysokim tronem królewskim i nie chciała pochylić głowy.

— Słuchaj, dumne dziewczę z rodu Lewiego! Salomon ma tysiące żon i tysiące nałożnic z Asyrii, Medii, Sydonu i Egiptu. O najpiękniejszych córach Kanaanu już nie wspomnę. Te sprowadzają do pałacu z ochotą i lubością ich właśni rodzice. A ciała niewiast są przeróżne i przepiękne. Czarne jak noc i białe jak światło wstającego dnia. Gibkie i zwinne jak węże. I pełne jak owoce granatu. Powiedz, czy twoja skóra pachnie inaczej niż skóra innych niewiast? Powinnaś czuć się szczęśliwa, że wzrok króla padł na ciebie. Dlaczego trwasz w uporze przeciw władcy? Czy blask i przepych pałacu królewskiego, aromat roślin wspaniałego ogrodu nie mają na ciebie wpływu? Stoisz z dumnie podniesioną głową i tkwisz w uporze, nie zdając sobie sprawy, że twój upór i opór jest jak dym, który się szybko rozwieje.

Ale dziewczyna z plemienia Lewiego stała przed wysokim tronem króla i głowy pochylić nie chciała. Powiedziała:

— Nie zadzieram głowy przeciw memu władcy i upór mój nie jest dziecinny, kiedy opieram się żądzy króla. Moje ciało bowiem nie jest tak delikatne, jak skóra owych tysięcy kobiet króla. Nie jest też tak piękne i kształtne, jak ciała setek jego nałożnic. Ja jestem tylko skromną młodą dziewicą z rodu Lewiego. W dni składania ofiar śpiewam przy bramach Świątyni wraz z innymi niewiastami pieśń Bogu, któremu ty, królu służysz. Zresztą co takiego szczególnego znalazł we mnie król, że serce jego zapragnęło mnie posiąść? Oświadczam, że twoje pragnienie, królu, jest chwilowe. Twoje pożądanie szybko przeminie. Dlatego proszę cię, żebyś uszanował dumę biednej śpiewającej dziewczyny z rodu Lewiego. Nie czyń z niej zabawki dla zaspokojenia chwilowej zachcianki. Moje miejsce nie jest w twoim łożu, królu. Moje miejsce jest przy bramach Świątyni.

Z wysokości swego tronu przemówił tedy król Salomon. I głos jego, choć mocny, brzmiał łagodnie:

— Córo Lewiego! Tyś swoim śpiewem podbiła moje serce! Wiele ładniejszych od ciebie niewiast dzieliło ze mną łoże. I wiele zgrabniejszych od twego ciał płonęło z rozkoszy w moich ramionach. Te słowa mówią moje usta, ale serce, które wie więcej niż mowa, mówi mi co innego: nie ma wspanialszej od ciebie niewiasty, córo z rodu Lewiego. W porównaniu z tobą pozostałe kobiety tracą wdzięk i urodę. Jesteś skromna i dumna zarazem. Tak jak blask diamentów świeci przez mój welon, tak Boża łaska dźwięczy w twojej pieśni. Z twoich ust płynie śpiew, i ja słyszę go nawet wtedy, gdy wargi twoje są przymknięte. Słyszę, jak śpiewa bladość twojej twarzy i płomień twoich czułych albo gniewnych oczu. Śpiewasz swoim uśmiechem, złością, słowem i milczeniem. Dociera do mnie melodia twoich rąk i nóg. Melodia partnerki Ewy w raju. I za tym rajskim śpiewem, którym pachnie twoje młode ciało, tęskni moje serce. Jakże pragnę trzymać cię w ramionach! Jakże pragnę, żebyś należała do mnie! W porównaniu z tobą wszystkie córy Ewy są zwykłymi śmiertelniczkami.

A dziewczyna z rodu Lewiego stała przed wysokim tronem króla i uśmiechała się delikatnie, po matczynemu.

— Zrozumiałam, królu, że pragniesz mego śpiewu, więc spraw, żebym została śpiewaczką na twoim dworze. Będę ci wiernie służyła. W chwilach dla ciebie radosnych będę opiewała twoją wielkość, w smutnych mój śpiew wygładzi ci zmarszczki na czole. W chwilach zwątpień, które często cię ogarniają, postaram się zanucić takie pieśni, które posłużą twemu sercu za most prowadzący do Bożego świata. Kiedy zaś duch twój niczym rączy koń będzie pędził nad przepaściami, ja podążę za nim. Z pieśnią na ustach będę podążała, aż uda mi się spowolnić jego niebezpieczny bieg. Aż uda mi się zamienić jego dziki pęd w spokojny rytm regularnego tańca, którym przy wtórze harf i bębnów oddaje się cześć Bogu. Temu Bogu, któremu ty składasz ofiary.

I dziewczyna z rodu Lewiego padła na twarz przed tronem króla, niczym snop w polu podczas burzy i rzekła:

— Królu, pozwól mi w uczciwy sposób okazywać ci szacunek. Pozwól mi służyć twojej koronie jedynym majątkiem, jaki posiadam. Moim śpiewem. Jest to najcenniejszy dar, jaki córa z rodu Lewiego może ofiarować swemu władcy.

Podniósł się król ze swego wysokiego tronu i wzrokiem pełnym zachwytu spojrzał przez szlifowany diament na klęczącą przed nim dziewczynę.

Zgoła młodzieńczym głosem, w którym zabrzmiała nuta miłości, powiedział:

— Śpiewaj dla mnie, mów do mnie, córo Lewiego! Twój głos brzmi jak flet anioła poranka: anioł gra na flecie i ranne wstają zorze. On gra i dzień wstaje. Wstań więc i ty, córo rodu Lewitów. Twoje ciało to skrzypce śpiewające. To skrzypce w rękach Stwórcy. On gra i tworzy. On gra i burzy. I burząc także tworzy. Jakże bolesna jest radość, kiedy czujesz, że serce straciło najlepsze lata na milczeniu i dopiero teraz wyśpiewało swoje uczucia. Ale nie o to, córo z domu Lewiego, chodzi. Nie o twój śpiew dla Boga przeznaczony. Mnie chodzi o ciebie, któraś jest rzadko spotykanym naczyniem pełnym wonnego wina. Człowiek jest ślepy, córo z domu Lewiego. Jego własnością jest tylko to, czego dotknąć może ręka, ale nawet wtedy bywa oszukany. Ciebie chcę mieć w ramionach, albowiem tak jak śpiewająca jest twoja dusza, tak śpiewające jest twoje ciało. Pragnę zespolić moje ciało ze śpiewem twego ciała, z wiecznym śpiewem pramatki Ewy z raju. W ten sposób dotrę do Boga. Serce człowieka pełne jest pragnień i łaknień. Nie może zadowolić się nawet najprzyjemniejszą wonią swojej ofiary. Nie dla ryby jest unoszące się nad ziemią powietrze. Nie dla nietoperzy jest światło dnia. Nie tylko duchem człowiek żyje. Twój śpiew przeznaczony jest Bogu, zaś twoje ciało królowi. Tako rzekłem!

Niczym pantera zerwała się z klęczek dziewczyna. Podbiegła do drewnianej ściany i przywarła do niej rozpostartymi rękami tak mocno, że wydawała się jedną z jej złotych ozdób. Niskim głosem, jakby przemawiała z głębokiej otchłani, odpowiedziała:

— Nie, królu! To się nigdy nie stanie! Bo choć bogaty jest mój śpiew, to ciało moje biedne. Jakże więc potrafię nasycić serce, które korzystało z bogactwa śpiewu, moją biedą? Tak się rzecz ma z kwiatem. Dla nosa pachnie słodko, ale pod podniebieniem jest gorzki. Dziecko, które wzięło do ust kwiat, rozpłakało się. Tak więc, królu, to, o czym mówisz, nigdy się nie stanie! Przysięgam na dumę, która cechuje niewiasty z plemienia Lewiego.

Król Salomon stał w całym swoim majestacie i patrzył na dziewczynę przez swój kryształowy diament. Twarz nagle przybrała barwę różowego poranka, a mocne, perłowe zęby, żądne mięsa, odsłoniły się w uśmiechu pełnym pożądania. Opuścił rękę z diamentem i wtedy okazało się, że białka jego oczu nabiegły krwią jak u dzikiego, rozsierdzonego bawołu.

Wyciągnął palec z pierścieniem w kierunku świecącego drogimi kamieniami sufitu i rzekł:

— Przysięgam na ten oto pierścień, że złamię twój opór, krnąbrna niewiasto. Złamię go tak, jak kapłan łamie drzazgi na podpałkę przed składaniem ofiary na ołtarzu. Ku twemu wstydowi moi giermkowie zaciągną cię siłą do mego pachnącego łoża.

Dziewczyna z domu Lewiego zaniosła się płaczem. Z jej piersi wyrwał się bolesny krzyk, który rozniósł się szeroko po wszystkich królewskich pałacach. Jakby ktoś zadął w srebrny róg, a jego dźwięk odbił się echem w całym lesie. Lewitka przygryzła palce i wyzywającym spojrzeniem zmierzyła rozgniewanego króla. Pochyliła się do przodu jak zwierzę szykujące się do skoku i zawołała:

— Nie waż się tego czynić, królu! Posiadam moc przeklinania. Moc odziedziczoną po pramatce Ewie. Jedno słowo i ciało moje zbrzydnie. Stanie się wstrętne, trędowate. Jeśli mnie dotkniesz, zarazisz się i nie będzie dla ciebie ratunku.

Twarz króla spoważniała i bladość pokryła ją znowu.

— Niewiasto — zawołał głosem, w którym było więcej zdziwienia niż gniewu — skąd u ciebie tyle pewności i tyle mocy, żeby mi się przeciwstawiać? Chyba tylko stąd, że masz już wybrańca swego serca. Powiedz więc, kto jest tym szczęśliwcem?

Dziewczyna jeszcze mocniej przywarła do ściany i po raz pierwszy opuściła głowę. Milczała.

Król odczekał chwilę, po czym przemówił. I znowu w jego głosie było więcej ciekawości niż gniewu:

— Niewiasto, wymień imię twego wybrańca! Przysięgam na mój pierścień, że włos mu z głowy nie spadnie.

Dziewczyna podniosła głowę i na jej twarzy pojawił się łagodny, macierzyński uśmiech. I ważąc słowa oświadczyła:

— Nie, królu! Nie wyjawię ci jego imienia.

Powiedziała to z dumą. Promienny, niczym słońce, uśmiech okraszał jej twarz. Król zaś miał zachmurzone oblicze, jakby cały zanurzony był w gniewie.

I nagle głośno się roześmiał. Ale jego śmiech był gniewny. I wszystkie królewskie pałace zadrżały od tego śmiechu.

Dreszcz przeszedł po ciele dziewczyny. Pod jego wpływem osłabła jej hardość. Z twarzy zniknął promienny uśmiech. Mocno przywarła do ściany. Wyglądała na istotę, z której uchodziło życie.

Król klasnął w dłonie i natychmiast przez wszystkie drzwi weszli giermkowie. Każdy przez inne. Następnie król po raz drugi klasnął w dłonie i przez inne drzwi weszło po dwóch giermków. Zatrzymali się na progu, czekając na rozkaz króla. Wkrótce też padł z wysokości tronu. Spokojny, bez cienia gniewu:

— Weźcie ją! Weźcie tę niewiastę z domu Lewiego. Ona naruszyła wolę króla. Zaprowadźcie ją do domu niewolników. Od dzisiaj zaliczona została w poczet niewolnic. Nie wolno jej śpiewać na cześć Boga. Nie wolno jej otwierać ust przeciwko królowi.

Dziewczyna odstąpiła od ściany i poszła za giermkami. Znowu podniosła głowę wysoko. Wyglądała, jakby niosła na ramionach śmierć. Przechodząc obok króla skłoniła się z godnością:

— Dziękuję ci, łaskawy panie, że uszanowałeś moją biedę.

*

Idą na wyścigi, biją w bębny, walą w talerze, chcąc zagłuszyć harfę i flet.

Tańczą kobiety z Medii i Asyrii. Tańczą w rzędach, kołach, w trójkę i we dwie. Ogromny jest dywan kwiecistego dziedzińca. I ciała błyszczą w pożądliwym ruchu. Coraz to się skrywają, to obnażają.

— Gdzie jest Salomon? Który z nich Salomon?

— O ten, z koroną na głowie.

— Obaj noszą koronę.

— To ten ze szkiełkiem przy oku.

— Obaj mają szkiełko przy oku.

— I obaj mają takie same, w loki ułożone, brody.

— I obaj są ubrani w jednakowe purpurowe szaty.

— Królowie-bliźnięta. Obaj siedzą na złotych tronach na podwyższeniu, przy bramie ogrodowej. Siedzą pod niebieskim, jedwabnym baldachimem.

— Dlaczego mają wzrok tak posępny?

— Dlaczego niechętnie i bez należytego zainteresowania reagują na gorący zew nagich tancerek?

Muzykantom opadają ręce z harf. Tancerki przestają tańczyć. Opanowały ich bezsilność i bezradność.

Z wysokości tronów potoczył się w dół smutny pomruk:

— Kto mnie wyciągnie z ciemnego dołu? Kto mi zwróci utraconą radość?

Strach padł na starszyznę dworu. Stali w szeregu przy ścianie. Pochylili głowy, obnażając karki przed jasnym słońcem. I przerażenie ogarnęło eunuchów13 haremu. Ustawili się na różowych, marmurowych stopniach schodów i lnianymi ręcznikami ocierali pot ze swoich rumianych, gładkich twarzy.

W samym środku dziedzińca pałacowego stał mężczyzna odziany w koźlą skórę, z dzbanem przywiązanym do pasa. Nie ukrywał swojej radości, gdy pod jego sękatym kijem naga niewolnica zginała biały kark. Poganiał ją ku ogrodowej bramie, gdzie na tronach siedzieli dwaj królowie w blasku swoich złotych koron i purpurowych szat.

To on ją wyszukał wśród niewolnic. Wyszukał tę, która była śpiewaczką. Zdarł z niej suknię i nagą z kameą14 tylko na piersi, doprowadził przed oblicze królów. A owa kamea była znakiem jej przynależności do plemienia Lewitów.

I stanąwszy przed obliczem królów, skłoniła się nisko i zgrubiałymi rękami starała się zasłonić swoją nagość.

Naganiacz w koźlej skórze zatrzymał się także przed siedzącymi na tronach królami. Z jego oczu biło zadowolenie, choć zmieszane z zakłopotaniem. Patrzył to na jednego, to na drugiego króla. Nie wiedział, który z nich jest Salomonem. Czekał na jakiś znak. Obaj królowie jednocześnie unieśli ręce z diamentami.

Człowiek w koźlej skórze podniósł kij, rozwarł wargi, zgrzytnął zębami i warknął na niewolnicę:

— Śpiewaj!

Ale kobieta nie usłuchała jego rozkazu. Wtedy machnął kijem nad jej głową i gniewnie, głośno zawołał:

— Śpiewaj! Król żąda, żebyś śpiewała!

Niewolnica powoli wyprostowała się, uniosła głowę, na której wichrzyły się od dłuższego czasu nie czesane włosy, pokryte pyłem z żaren. Powoli obróciła głowę w kierunku królów. Oczy spuchnięte od łez i mącznego pyłu raziły czerwienią. I czaiło się w nich tępe spojrzenie. Tępe, jak u zmęczonej krowy. I zapomniawszy o swojej nagości, wyciągnęła ręce do przodu. Były spalone od słońca i pokryte ranami od obracania koła ręcznego młynka. Szybko jednak spostrzegła, że odsłoniła swą nagość. Opuściła głowę na piersi i rękami starała się znowu zasłonić. Wciąż jednak milczała.

Wtedy poganiacz w koźlej skórze zacisnął wargi i mrugnął do siłaczy z Medii, którzy rzędem stali przy klatkach z lwami. Ich namaszczone torsy świeciły w słońcu. Brody były uplecione w warkocze. Stali z założonymi rękami w oczekiwaniu na rozkaz.

Dwaj z nich wystąpili z szeregu i ciężkimi, odmierzanymi krokami zbliżali się do niewolnicy.

Z plecionymi batami w rękach stanęli z obu jej stron. Padł rozkaz:

— Śpiewaj!

Świsnął bat i niczym czarny wąż oplótł się wokół ciała niewolnicy. Zawyła z bólu jak zranione zwierzę. A kiedy czarny wąż odwinął się z jej ciała, pręga pozostawiona przezeń miała kształt czerwonego węża.

Po trzecim uderzeniu bata bolesny krzyk niewolnicy rozpłynął się w powietrzu jak gołąb, który trzepocząc skrzydłami roztapia się wysoko pod błękitem nieba.

I wtedy niewolnica zaśpiewała. Pod smaganiami batów zakwitła pieśń:

— Dla ciebie, królu Salomonie, dla ciebie, mój wybrańcze.

Dla ciebie, króla królów, pieśń moją śpiewam.

Wolna śpiewaczka, córa Lewiego wierna ci była

I wierną ci została w niewolniczym jarzmie.

Tyś wspaniały w swej wielkości i błogosławionyś w swej postaci.

Żaden król na ziemi tobie nie dorówna.

Świeć więc swą wielkością, błyszcz świetnością swoją.

Twoja postać jest jak słońce, które ziemię czyni żyzną.

Chwała ci za łaskę i chwała ci za gniew.

Twa chwała jest jak rosa, na polu rozpostarta,

Zaś gniew twój jako w górach burza.

Bo przez rosę i przez burzę łaska Boga na Kanaan15 spływa.

Tak śpiewała naga niewolnica, dziewczyna z domu Lewiego. I wszystkie tancerki zastygły w bezruchu. I nie poruszona stała przy ścianie starszyzna dworu. Także żaden z eunuchów nie ruszył się z miejsca. Stali na schodach z ręcznikami w dłoniach. I siłacze z Medii o błyszczących ciałach stali nieruchomo przy klatkach z lwami. Jakby zaczarowani zostali przez potężnych magów z Egiptu.

Harfistki i flecistki usiadły wokół niewolnicy i morze cichej, słodkiej melodii rozlały wokół niej.

I wtedy śpiew zniewolonej dziewczyny popłynął nad tym morzem dźwięków harf i fletów. Popłynął jak złoty statek o śnieżnobiałych żaglach.

Dwaj królowie przestali oglądać przez szkiełka niewolnicę i cali zamienili się w słuch. Lwy w klatkach wysoko podniosły łby i uważnie słuchały. I ze srebrnoniebieskiej wysokości sfrunął cietrzew, usiadł na skraju królewskiego baldachimu i z pochyloną głową wsłuchiwał się w śpiew dziewczyny. I tylko baty były w ruchu. Z coraz dłuższymi przerwami i z coraz mniejszym okrucieństwem. Po każdym uderzeniu bata śpiew stawał się czystszy i dziewczyna przestawała drżeć.

I za każdym świśnięciem bata jeden z królów zanurzał się coraz głębiej w tronie i coraz bardziej bladł. Drugi natomiast w tym czasie podnosił się i rósł w górę, a twarz przybierała purpurowy kolor jego szat. Z lubością oddychał pełną piersią, jakby powietrze zawierało same tylko wonności.

A dalej było tak:

Kiedy niewolnica skończyła śpiewać i pieśń jej rozpłynęła się wraz z ostatnim dźwiękiem harfy, skierowała wzrok ku ogrodowej bramie. Tam byli obaj królowie. Jeden wysoko wyprostowany na tronie miał twarz rozpłomienioną i oczy świecące niby diamenty. Uśmiechał się. I uśmiech ten wyrażał namiętność i pożądanie, a ruchy rąk wielki zachwyt.

Drugi król siedział niby omdlały, głęboko zanurzony w tronie. Ręce zwisały mu bezwładnie z poręczy. Z oczu wyzierała całkowita pustka.

Śpiewaczka oczami pełnymi rozpaczy i strachu usiłowała dociec, który z nich jest Salomonem. Od długiego wpatrywania się w obu królów oczy jej zaszły mgłą, wzrok powoli gasł. I tylko strach pozostał w oczach, choć nawet on również stępiał i stracił na sile. Obróciła głowę i zamglonymi oczami rozejrzała się dookoła. W jej spojrzeniu nie pojawił się najmniejszy błysk zrozumienia tego, co się dzieje. Nogi się pod nią uginały i ciałem wstrząsały dreszcze. I nagle jak kamień runęła na ziemię przed ogrodową bramą. Wyglądała jak kawał bladego marmuru na kwiecistym dywanie pałacowego dziedzińca.

Wtedy król, który stał wyprostowany, zrobił krok w jej kierunku i zawołał:

— Oblejcie tę niewolnicę lodowatą wodą! Obsypcie ją złotymi szeklami! Ona wiernie służyła swemu królowi i dalej służyć mu będzie!

A król głęboko wciśnięty w tron oprzytomniał pod wpływem tych słów. Ze zdziwieniem popatrzył na swego sąsiada i przez dłuższą chwilę mierzył wzrokiem. Z trudem dźwignął się ze swego miejsca. Powoli wstępowała w niego siła i męstwo Salomona.

— Kim jesteś, nieproszony gościu królewski?

Drugi król obrócił ku niemu twarz, na której świecił uśmiech. Ów pierwszy zaś oparł się o poręcz swego tronu, żeby nie upaść.

Drugi król pewnym głosem oświadczył:

— Jam jest Salomon!

I jego słowa tchnęły spokojem i powagą. Po chwili zapytał:

— A kim ty jesteś?

Pierwszy król poczuł w sercu gniew Salomona, wyciągnął rękę i krzyknął:

— Tedy ja przysięgam na mój pierścień!...

I nagle głos mu się urwał. Pękł jak trąbka w ustach ugodzonego strzałą trębacza.

Zauważył na ręce drugiego swój pierścień. Zobaczył też swoją opadłą rękę. Na palcu zamiast pierścienia był czerwony ślad. Chciał zawołać „to ja jestem Salomonem”, ale głos uwiązł mu w gardle. Z wielkim trudem zdołał wyszeptać kilka pojedynczych, jak echo brzmiących słów:

— Jam jest Salomon...

I kiedy te, szeptem wypowiedziane słowa, doszły do jego własnych uszu, miał wątpliwość, czy wyszły z jego ust. Ogarnął go strach: dalekie słowa, obce, ciche, słabe echo słów drugiego króla. Zebrawszy tedy ostatnie siły jeszcze raz wyszeptał:

— Jam jest Salomon...

I ze strachem stwierdził, że sam nie wierzy własnym słowom. Zawstydzony odwrócił się i cichutko opuścił ogrodową bramę. Zstępując po marmurowych schodach przeszedł obok zdziwionych eunuchów o rumianych twarzach. Smutnym, tępym wzrokiem wpatrywał się w rysującą się w oddali przestrzeń, ziejącą pustką. Rękę, na której palcu pozostał krwawy ślad, wystawił do przodu. Jak żebrak wyciągniętą po jałmużnę dłoń.

Starszyzna dworu dalej stała szeregiem przy ścianie. I wszyscy jej członkowie dziwowali się temu, co widzieli. Przechodząc mimo nich, wyszeptał żałośnie po raz trzeci słowa, które w ustach drugiego króla brzmiały pewnie, iście po królewsku:

— Jam jest Salomon.

*

Bębnią bębny i łomocą talerze. I liczna jest rzesza złotych lwów. Trzaskają baty. Panuje rwetes16, harmider i tumult17.

Wybuch śmiechu wśród siłaczy z Medii: Kto zwraca uwagę na ranę w zabawie ze śmiercią?

— O, królu królów! Jakże różne są twoje zabawy!

— I jakże szczęśliwy jest twój dwór, kiedy jesteś zadowolony, kiedy patrzy na ciebie, nie mając już wątpliwości, kim jesteś.

Mężczyzna w purpurze minął bramę, i nikt się za nim nie oglądał. W jego oczach zagnieździła się pustka. Prawieczna pustka. Ciężko westchnąwszy, z uczuciem żalu, bolesnym, zdławionym głosem wyszeptał dalekie, obce, ciche, fałszywe echo obcych królewskich słów:

— Jam jest Salomon.