I

There is only one remedy! One thing alone can cure us from being ourselves!...

Yes: strictly speaking, the question is not how to get cured, but how to live218.

Joseph Conrad219, Lord Jim

Kiedy za pośrednictwem Juliusa i w obecności rejenta Lafcadio wszedł w posiadanie czterdziestu tysięcy funtów renty, które nieboszczyk hrabia Justus Agenor de Baraglioul mu zapisał, wielką jego troską było to, aby nic nie pokazać po sobie.

„Może na złotym naczyniu — powiedział sobie — ale będziesz jadł te same potrawy”.

Nie brał tego w rachubę albo nie wiedział jeszcze, że odtąd zmieni się dlań smak potraw. Lub przynajmniej że, skoro znajdował jednaką przyjemność w tym, aby walczyć z apetytem, co aby się poddawać łakomstwu, teraz, kiedy go już nie przyciska potrzeba, opór jego słabnie. Mówmy bez przenośni: będąc arystokratą z natury, Lafcadio nie pozwolił konieczności narzucić mu żadnego gestu, na który by sobie pozwolił teraz, przez koncept, dla igraszki, czyniąc sobie zabawę z tego, aby przełożyć przyjemność nad interes.

Stosując się do woli hrabiego, nie przywdział więc żałoby. Upokarzający zawód czekał Lafcadia u dostawców margrabiego de Gesvres, jego ostatniego wuja, kiedy się zjawił, aby skompletować swoją garderobę. Ponieważ się powołał na margrabiego, krawiec wydobył kilka rachunków, które margrabia zaniedbał zapłacić. Lafcadio miał wstręt do naciągania: natychmiast udał, że właśnie przychodzi uregulować te rachunki, i zapłacił gotówką swoje nowe ubrania. To samo powtórzyło się u szewca. Co się tyczy bielizny, Lafcadio uznał za bezpieczniejsze zwrócić się do innego magazynu.

„Paradny ten wujaszek de Gesvres! Gdybym tylko miał jego adres! Zrobiłoby mi przyjemność posłać mu pokwitowane rachunki — pomyślał Lafcadio. — To by mi zyskało jego pogardę; ale jestem Baraglioul i odtąd, hultaju margrabio, wyrzucam cię z mego serca!”

Nic go nie zatrzymywało w Paryżu ani nigdzie; jadąc przez Włochy bez pośpiechu, dążył do Brindisi220, skąd zamierzał wsiąść na jakiś statek Lloydu221, idący na Jawę.

Siedząc sam w wagonie unoszącym go z Rzymu, Lafcadio narzucił mimo gorąca na kolana miękki pled herbacianego koloru, na którym z przyjemnością przyglądał się rękom swoim odzianym w popielate rękawiczki. Przez miękką i włochatą materię ubrania oddychał dobrobytem wszystkimi porami; szyja poruszała się swobodnie w kołnierzyku dość wysokim, ale półmiękkim, z którego zwisał wąski, brązowy fular na koszulę w zakładki. Czuł się dobrze w swojej skórze, dobrze w swoim ubraniu, dobrze w swoich trzewikach — gibkich mokasynach zrobionych z tego samego zamszu co rękawiczki; w tym miękkim więzieniu noga jego napinała się, prężyła, czuła, że żyje. Spuszczony na oczy kastorowy222 kapelusz odcinał go od krajobrazu. Pykał z jałowcowej fajeczki, dając swobodny bieg myślom. Myślał:

„Ta stara, która mi pokazywała nad głową błękitną chmurkę, mówiąc: »Będzie deszcz, ale nie dzisiaj!...« — ta stara, której worek wziąłem na ramiona (przez kaprys Lafcadio szedł cztery dni pieszo przez Apeniny, od Bolonii do Florencji, nocując w Covigliaio) i którą uściskałem na szczycie zbocza... oto coś z tego, co proboszcz z Covigliaio nazwał: dobre uczynki. Byłbym ją równie dobrze udusił — ręką, która nie zadrży — kiedym uczuł tę brudną, pomarszczoną skórę pod mymi palcami... Och, jak ona głaskała mój rękaw, aby strzepnąć kurz, powiadając: »Figlio mio! carino!«223 Skąd mi się wzięła ta intensywna radość, kiedy później, cały jeszcze spocony, w cieniu wielkiego kasztana, ale nie paląc, wyciągnąłem się na mchu? Czułem, że mam objęcie dość szerokie, aby uścisnąć całą ludzkość; lub zadławić ją może... Jakże to niewiele, życie ludzkie! I jak łatwo naraziłbym swoje, gdyby się nadarzyła okazja ryzyka, przygody!... Nie mogę przecież zostać alpinistą albo lotnikiem... Co by mi poradził ten hemoroidalny Julius?... Szkoda, że on jest taki obraźliwy! Tak bym lubił mieć brata.

Biedny Julius! Tylu ludzi pisze, a tak mało ludzi czyta! To fakt: czyta się coraz to mniej... o ile mam sądzić po sobie... To się skończy katastrofą, jakąś piękną, straszliwą katastrofą: cisną wszelki druk do wody, i będzie cud, jeżeli najlepsze nie połączy się na dnie z najgorszym.

Ciekawe byłoby wiedzieć, co by powiedziała stara, gdybym ją zaczął dusić... Człowiek wyobraża sobie, »co by się stało, gdyby«, ale zawsze zostanie mała szparka, przez którą przedostaje się nieprzewidziane. Nic się nie dzieje nigdy zupełnie tak, jakby się przypuszczało... To właśnie skłania mnie do działania... Robi się tak mało!... Niech będzie wszystko, co może być — w ten sposób tłumaczę sobie Stworzenie... Rozkochany w tym, co by mogło być... Gdybym był Państwem, kazałbym się zamknąć.

Niezbyt olśniewająca owa korespondencja pana Gasparda Flamand, którą odebrałem jako własną na poste-restante w Bolonii. Nic, co by warte było trudu odsyłania mu jej.

Boże! Jak mało spotyka się ludzi, których walizy miałoby się ochotę splądrować!... A jednak jak mało jest ludzi, u których takim a takim słowem lub gestem nie wywołałoby się jakiejś dziwacznej reakcji!... Ładna kolekcja marionetek: ale, na honor! nitki są zanadto widoczne. Spotyka się na ulicach samych chłystków lub gburów. Czy to jest godne przyzwoitego człowieka, pytam się ciebie, Lafcadio, brać całą tę farsę poważnie?... Ech, pakujemy manatki, jest czas! Jazda do nowego świata; opuścimy Europę, zostawiając ślad bosej pięty na ziemi!... Jeżeli jest jeszcze gdzie na Borneo, w głębi lasów, jakiś zapóźniony antropopitek224, pójdziemy tam obliczać zasoby możebnej ludzkości!...

Byłbym chętnie zobaczył Protosa. Zapewne puścił się do Ameryki. Cenił, jak twierdził, jedynie barbarzyńców z Chicago... Nie dosyć lubieżne, jak na mój smak, te wilki: ja mam naturę kocią. Mniejsza.

Proboszcz z Covigliaio, poczciwina, nie miał zbytniej ochoty deprawować dzieciaka, z którym rozmawiał. Z pewnością poczuwał się do opieki nad nim. Chętnie bym się z nim stowarzyszył; nie z proboszczem, do kata, ale z malcem... Jakie piękne oczy wlepił we mnie! Oczy, które szukały równie niespokojnie mojego spojrzenia jak moje oczy jego; ale odwracałem je natychmiast... Był ledwie o jakie pięć lat młodszy ode mnie. Czternaście do szesnastu lat, nie więcej... Czym ja byłem w tym wieku? Stripling225 pełen pożądliwości, którego lubiłbym spotkać dziś; sądzę, że bardzo bym się sobie podobał... W pierwszym okresie Faby bardzo się wstydził swojego feblika226 do mnie: dobrze zrobił, że się wyspowiadał mojej matce; ulżyło mu to. Ale jak mnie drażniła jego powściągliwość!... Uśmieliśmy się później w Aurès, kiedy mu to opowiedziałem w namiocie... Doprawdy, chętnie bym go ujrzał dzisiaj; szkoda, że umarł. Mniejsza.

Faktem jest, że starałem się zrazić do siebie proboszcza. Szukałem, co by mu powiedzieć przykrego, i wszystko, co mówiłem, było urocze... Jakże mi jest trudno nie być czarującym! Nie mogę przecie walać sobie twarzy łupką orzecha, jak mi radziła Karola, ani też zacząć jeść czosnek!... Och, nie myślmy już o tej biednej dziewczynie! Jej zawdzięczam najmizerniejsze z moich uciech... Och! Skąd się bierze ten dziwny starzec?”

Przez drzwiczki wychodzące na korytarz zjawił się Amedeusz Fleurissoire.

Fleurissoire jechał sam w przedziale aż do stacji Frosinone227. Na tym przystanku wsiadł do wagonu Włoch w średnim wieku; usiadł niedaleko niego i zaczął mu się przyglądać z ponurą miną, która rychło skłoniła Amedeusza do odwrotu.

W sąsiednim przedziale, wręcz przeciwnie, młody wdzięk Lafcadia pociągał go.

„Och, jaki miły chłopiec, prawie dziecko jeszcze! — pomyślał. — Pewnie jedzie na wakacje. Jaki on dobrze ubrany! Co za niewinne oczy. Jakież to będzie wytchnienie móc się wyzbyć swojej nieufności! Gdyby umiał po francusku, chętnie bym się z nim wdał w rozmowę...”

Usiadł na wprost Lafcadia, w kącie koło okna. Lafcadio podniósł nieco rondo kapelusza i zaczął mu się przyglądać martwym, na pozór obojętnym okiem.

„Cóż może być wspólnego pomiędzy tą szpetną małpą a mną? — myślał. — Co on robi za filuterne miny. Czego on się tak do mnie uśmiecha? Czy to możliwe, aby istniały kobiety skłonne pieścić starców?... Bardzo by się z pewnością zdumiał, dowiadując się, że ja umiem płynnie czytać, pisane albo drukowane, na wywrót albo pod światło, w lustrze albo na bibule; trzy miesiące studiów i dwa lata ćwiczenia, i to przez miłość sztuki! Cadio, mój chłopcze, oto nastręcza się problem: zahaczyć się o ten los. Ale jak?... Mam! Poczęstuję go pastylką miętową. Przyjmie czy nie, zobaczymy w każdym razie, w jakim języku”.

Grazio, grazio! — podziękował Fleurissoire.

„Nic się nie da zrobić z tym tapirem228. Śpijmy!” — powiada do siebie Lafcadio i nasuwając kapelusz na oczy, próbuje zmienić w sen pewne wspomnienie swojej młodości:

Widzi samego siebie, z czasów gdy go nazywano Cadio, w zapadłym zamku w Karpatach, gdzie mieszkali przez dwa sezony w towarzystwie Włocha Baldi i księcia Włodzimierza Biełkowskiego. Pokój Lafcadia jest na końcu korytarza, dopiero pierwszy rok śpi z dala od matki... Widzi mosiężną klamkę u drzwi, w kształcie głowy lwa, przybitą grubym gwoździem... Och, jakże dokładna jest pamięć jego wrażeń!... Jednej nocy zbudzono go z głębokiego snu; zdaje mu się, że śni jeszcze, widząc przy łóżku wujka Włodzimierza, który mu się wydaje jeszcze bardziej olbrzymi niż zwykle, istny koszmar, w obszernym rudym kaftanie, z obwisłymi wąsami, w dziwacznej szlafmycy229, sterczącej niby czapka perska i przedłużającej go w nieskończoność. Trzyma w ręce ślepą latarkę230, którą stawia na stole przy łóżku, obok zegarka Cadia. Pierwszą myślą Cadia było, że matka jego umarła albo zachorowała; już ma pytać Biełkowskiego, kiedy ten kładzie palec na ustach i daje mu znak, aby wstał. Dzieciak kładzie szybko kąpielowy płaszcz, który wuj wziął z krzesła i podał mu, wciąż ze zmarszczonymi brwiami i z miną wcale nie do żartów. Ale Cadio ma tak wielkie zaufanie do Wladi, że nie boi się ani przez chwilę; wzuwa pantofle i idzie za nim, bardzo zaintrygowany jego zachowaniem się i jak zawsze gotów do zabawy.

Wychodzą na korytarz: Włodzimierz posuwa się wolno, tajemniczo, trzymając daleko przed sobą latarnię; rzekłby ktoś, że oni dopełniają jakiegoś obrządku albo idą z procesją. Cadio chwieje się trochę, bo jeszcze jest pijany od snów, ale niebawem ciekawość rozjaśniła jego mózg. Zatrzymują się chwilę pod drzwiami matki, nadstawiając ucha; żadnego szmeru, dom śpi. Przybywszy do sieni, słyszą chrapanie służącego, którego izdebka ma drzwi w pobliżu strychu. Schodzą. Wladi miękko stawia nogi na stopniach; po najmniejszym skrzypnięciu odwraca się z miną tak wściekłą, że Cadio ledwie się może wstrzymać od śmiechu. Pokazuje specjalnie jeden stopień, dając znak, aby go przebyć, tak poważnie, jakby groziło jakieś niebezpieczeństwo. Cadio nie psuje swojej przyjemności pytaniem, czy te ostrożności są potrzebne; wchodzi w styl i sunąc koło poręczy, przebywa stopień... Wladi bawi go tak szalenie, że poszedłby za nim w ogień.

Kiedy znaleźli się na parterze, na przedostatnim stopniu, siadają obaj, aby wytchnąć przez chwilę. Wladi potrząsa głową i wydaje lekkie westchnienie nosem, jak gdyby mówiąc: „Och, to się nam udało!” Idą dalej. Cóż za ostrożność pod drzwiami salonu! Latarnia, którą teraz trzyma Cadio, oświeca pokój tak dziwacznie, że dzieciak zaledwie może go poznać; wydaje mu się olbrzymi; trochę księżyca wślizguje się przez szczelinę okiennicy; wszystko kąpie się w nadprzyrodzonym spokoju; rzekłbyś, staw, w który ma się rzucić potajemnie jastrzębia; i poznaje dobrze i na swoim miejscu każdą rzecz, ale po raz pierwszy rozumie ich dziwność.

Wladi zbliża się do fortepianu, otwiera go, muska końcem palców parę klawiszy, które odpowiadają bardzo słabo. Naraz wieko wymyka się i spadając, robi straszliwy hałas. (Lafcadio wzdryga się jeszcze na myśl o tym). Wladi rzuca się ku latarni, którą ściemnia, potem pada na fotel; Cadio wślizguje się pod stół; i obaj siedzą długo w ciemności, bez ruchu, nasłuchując... ale nic; nic nie ruszyło się w domu; w oddali pies szczeka do księżyca. Wówczas powoli, pomału Wladi robi trochę światła.

W sali jadalnej z jaką on miną przekręca klucz u kredensu! Dziecko wie dobrze, że to tylko zabawa, ale wuj zdaje się w nią wierzyć. Wciąga nosem, jak gdyby dla zwietrzenia, gdzie najlepiej pachnie; bierze butelkę tokaju, nalewa dwa małe kieliszki, w których ledwie można umoczyć biszkopt; trąca się, z palcem na ustach; kryształ dźwięczy leciutko... Po zakończeniu nocnej uczty Wladi stara się wszystko doprowadzić do porządku, płucze z Cadiem kieliszki w wiaderku, wyciera je, zamyka butelkę, zamyka puszkę z biszkoptami, strzepuje starannie okruchy, patrzy ostatni raz, czy wszystko w szafie jest na swoim miejscu... Ani widu, ani słychu.

Wladi odprowadza Cadia do jego pokoju i żegna go głębokim ukłonem. Cadio podejmuje swój sen tam, gdzie go pozostawił, i spyta sam siebie nazajutrz, czy mu się to wszystko nie śniło.

Szczególna zabawa dla dziecka! Co by o tym myślał Julius?...

Lafcadio, mimo że z zamkniętymi oczami, nie śpi; nie może zasnąć.

„Ten starowina, którego czuję obok, myśli, że ja śpię. Gdybym rozchylił oczy, ujrzałbym, jak on patrzy na mnie... Protos twierdzi, iż bardzo trudno jest udawać, że się śpi, równocześnie dając baczenie; twierdził, że zawsze potrafi rozpoznać udany sen po tym lekkim drganiu powiek... które powściągam w tej chwili. Sam Protos złapałby się”.

Tymczasem słońce zaszło; już bladły ostatnie promienie jego chwały, którą Fleurissoire oglądał ze wzruszeniem. Naraz na sklepionym suficie wagonu zabłysła w lampie elektryczność; światło zbyt brutalne przy tym łagodnym zmierzchu; równocześnie, z obawy, aby blask nie zmącił snu sąsiada, Fleurissoire zakręcił wyłącznik, co nie spowodowało całkowitej ciemności, ale odprowadziło prąd głównej lampy do niebieskiej lampki nocnej. Na gust Amedeusza, ta niebieska ampułka dawała jeszcze za wiele światła; zakręcił jeszcze raz, lampka zgasła, ale natychmiast zapaliły się dwa boczne kinkiety, dokuczliwsze od środkowej lampy; jeszcze jeden ruch, i lampka nocna zapłonęła znowu; poprzestał na tym.

„Czy on skończy raz bawić się z tym światłem? — myślał Lafcadio zniecierpliwiony. — Co on teraz robi? (Nie, nie podniosę powiek). Stoi. Czyżby go nęciła moja walizka? Brawo! Stwierdza, że jest otwarta. Po to, aby zaraz zgubić klucz, czy warto było kazać robić w Mediolanie skomplikowany zamek, który musiano rozbijać w Bolonii! Kłódkę przynajmniej da się zastąpić... Niechże mnie czarci porwą; on zdejmuje marynarkę? Spójrzmyż, co on robi”.

Nie zwracając uwagi na walizkę Lafcadia, Fleurissoire, całkowicie pochłonięty swoim nowym kołnierzykiem, zdjął marynarkę, aby go móc łatwiej zapiąć; nakrochmalony perkal, sztywny jak karton, opierał się wszystkim jego wysiłkom.

„Nie ma miny zbyt radosnej — powiadał sobie Lafcadio. — Musi cierpieć na jakąś fistułę231 albo na inne sekretne cierpienie. Mamż mu pomóc? Nie da sobie rady sam”.

Nareszcie! Kołnierz przepuścił w końcu spinkę. Wówczas Fleurissoire wziął krawat z poduszki, na której położył go obok kapelusza, marynarki i mankietów, i zbliżywszy się do drzwi, starał się odróżnić w szybie — niby Narcyz232 w fali — swoje odbicie od krajobrazu.

„Ciemno mu”.

Lafcadio zapalił światło. Pociąg jechał wzdłuż skarpy, którą widać było przez szyby, oświeconą światłem tryskającym z każdego przedziału; tworzyło to szereg jasnych kwadratów, które tańczyły wzdłuż toru, zmieniając kształt wedle każdej odmiany terenu. Pośród jednego z nich widać było drgający nikły cień Amedeusza; inne kwadraty były puste.

„Kto by zobaczył? — myślał Lafcadio. — Mam tutaj, tuż pod ręką, ten podwójny zamek, który mogę z łatwością przekręcić; te drzwi, które otworzone nagle pozwoliłyby mu runąć; wystarczyłoby lekkie pchnięcie; spadłby w ciemność jak martwy kloc, nie usłyszano by nawet krzyku... A jutro, w drogę na wyspy!... Któż by wiedział?”

Włożywszy krawat — mały gotowy motylek — Fleurissoire wziął jeden mankiet i wsuwał go na prawą rękę; czyniąc to, oglądał ze swojego miejsca jedną z czterech fotografii, które zdobiły przedział: jakiś nadmorski pałac.

„Zbrodnia bez motywu — myślał dalej Lafcadio — cóż za kłopot dla policji! Zresztą, na tej przeklętej skarpie ktokolwiek z sąsiedniego przedziału może zauważyć otwieranie drzwiczek i widzieć koziołkujący cień Chińczyka233. Przynajmniej firanki od korytarza są zasunięte... Zresztą, nie tyle wypadków jestem ciekawy, ile samego siebie. Niejeden, który uważa się za zdecydowanego na wszystko, w obliczu czynu cofnie się... Jakże daleko jest od wyobrażenia do faktu! I tak samo nie ma się prawa poprawienia ruchu jak w szachach. Ba, gdyby obliczyć wszelkie ryzyko, gra straciłaby swój urok!... A skarpa się kończy. Jesteśmy na moście, zdaje się; jakaś rzeka...”

Na tle szyby, obecnie czarnej, obrazy odbijały się wyraźniej. Fleurissoire pochylił się, aby sprawdzić położenie krawata.

„Tu, pod moją ręką, ten podwójny rygiel chodzi, dalibóg! jeszcze łatwiej, niżbym przypuszczał. Roztargniony jest, patrzy daleko przed siebie... Jeżeli zdołam, nie spiesząc się, doliczyć do dwunastu, zanim ujrzę we wsi jakieś światło, tapir jest ocalony. Zaczynam: raz, dwa, trzy, cztery (wolno, wolno!), pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć... Dziesięć, światło!...”