VII

Fleurissoire przybył do Rzymu i na via dei Vecchierelli tegoż wieczora. Był bardzo znużony i wyprosił u Karoli, aby mu dała spać.

Nazajutrz, tuż po przebudzeniu, pryszcz wydał mu się przy obmacywaniu jakiś dziwny: zbadał go w lustrze i stwierdził, że żółtawa łuska pokrywa skaleczenie; całość miała niedobry wygląd. Usłyszawszy w tej chwili Karolę krążącą po schodach, zawołał ją i poprosił, aby zbadała chore miejsce. Pociągnęła Amedeusza do okna i oznajmiła od pierwszego rzutu oka:

— To nie jest to, co ty myślisz.

Prawdę mówiąc, Amedeusz nie myślał specjalnie o tym, ale wysiłek Karoli, aby go uspokoić, przeciwnie, zaniepokoił go. Bo ostatecznie, z chwilą gdy ona twierdzi, że to nie jest to, to znaczyło, że mogłoby być to? Ostatecznie, czy ona jest pewna, że to nie jest to? A to, żeby to było to, to mu się wydawało całkiem naturalne, bo ostatecznie zgrzeszył;, zasłużył, aby to było to. Tak powinno było być. Dreszcz przebiegł mu wzdłuż pleców.

— Jakeś ty to sobie zrobił? — spytała.

Och, cóż znaczy przygodny powód: zacięcie brzytwą albo ślina aptekarza! Czyż mógł jej wyznać przyczynę głębszą, tę, która zesłała nań tę karę? I czyżby ją zrozumiała? Z pewnością śmiałaby się z niego... Kiedy ponowiła pytanie, odrzekł:

— To u fryzjera.

— Powinien byś coś przyłożyć na to.

Troskliwość jej usunęła ostatnie wątpliwości; to, co mu powiedziała zrazu, było jedynie dla uspokojenia go; i już Amedeusz widział swoją twarz i ciało zjedzone wrzodami, przedmiot ohydy dla Arniki; oczy jego napełniły się łzami...

— Więc ty myślisz... że...

— Ależ nie, kotuśku, nie trzeba się tak przejmować; wyglądasz jak karawaniarz. Po pierwsze, gdyby to było to, jeszcze by nie można nic wiedzieć.

— Owszem, owszem... Och, słusznie mnie to spotyka! Słusznie mnie to spotyka!... — powtarzał.

Rozczuliła się.

— A potem, to nigdy się tak nie zaczyna; chcesz, żebym zawołała naszą panią, żeby ci powiedziała...? Nie? Więc słuchaj, powinien byś wyjść na miasto, rozerwać się, wypić kieliszek marsali205. — Przez chwilę milczała. W końcu, nie mogąc wytrzymać: — Słuchaj — rzekła — mam z tobą pomówić o rzeczach poważnych. Czyś ty nie spotkał wczoraj jakiegoś księdza z siwymi włosami?

Jak ona mogła o tym wiedzieć? Zdumiony Fleurissoire spytał:

— Czemu?

— No bo... — Wahała się jeszcze; popatrzyła na niego, ujrzała, że pobladł, i ciągnęła jednym tchem: — No więc, miej się przed nim na baczności. Wierz mi, moja ptaszyno, on cię oskubie. Nie powinna bym ci tego mówić, ale... miej się przed nim na baczności.

Amedeusz gotował się wyjść, do głębi wstrząśnięty ostatnimi jej słowami; był już na schodach, kiedy go zawołała:

— A zwłaszcza, jeśli go zobaczysz, nie mów mu, że ja ci coś mówiłam. Bo to byłoby tak, jakbyś mnie chciał zabić.

Życie stawało się stanowczo zbyt skomplikowane dla Amedeusza. W dodatku nogi miał zimne, czoło rozpalone, całkowity chaos w głowie. Jak teraz zgadnąć, czy sam ksiądz Cave nie jest po prostu nabieraczem?... W takim razie może i kardynał?... Ale przecie ten czek! Wyjął papier z kieszeni, obmacał go, upewnił się o jego rzeczywistości. Nie, nie, to nie było możliwe. Karola musiała się mylić. A potem, co ona może wiedzieć o tajemniczych sprawach, które kazały biednemu Cave prowadzić podwójną grę? Bez wątpienia, trzeba w tym widzieć raczej jakąś nędzną zemstę Battistina, przed którym właśnie dobry ksiądz kazał mu się strzec... Mniejsza! Będzie miał odtąd oczy jeszcze szerzej otwarte: będzie się strzegł księdza Cave, tak jak już się strzegł Battistina; a kto wie, może i Karola jest?...

„Oto — powiadał sobie — zarazem następstwo i dowód tego pierwszego błędu, tego zachwiania się Stolicy Apostolskiej; naraz wszystko się wali. Komu ufać, jeśli nie papieżowi? A z chwilą gdy się chwieje ten kamień węgielny, na którym spoczywał Kościół, nic nie zasługuje na to, aby było prawdą”.

Amedeusz szedł spiesznie drobnymi krokami w kierunku poczty, spodziewał się zastać jakieś uczciwe nowiny z domu, na których mogłoby wreszcie wytchnąć jego znużone zaufanie. Lekka mgła poranna i obfite światło, w którym każdy przedmiot zmienił się w opar i tracił swą realność, wzmagały jeszcze jego zamęt; posuwał się jak we śnie, wątpiąc o trwałości ziemi, murów, o rzeczywistym istnieniu przechodniów, których mijał; wątpiąc zwłaszcza o swojej obecności w Rzymie... Szczypał się wówczas, aby się wyrwać ze złego snu, aby się odnaleźć w Pau, w swoim łóżku, koło Arniki, która już wstała i która, swoim zwyczajem, pochylona nad nim, miała go wreszcie spytać: „Czy dobrze spałeś, mój drogi?”

Na poczcie urzędnik poznał go i nie robił trudności z oddaniem nowego listu od małżonki.

...Dowiaduję się od Walentyny de Saint-Prix — pisała Arnika — że Julius jest także w Rzymie z powodu jakiegoś kongresu. Jak ja się cieszę na myśl, że ty go możesz spotkać! Na nieszczęście, Walentyna nie mogła mi podać jego adresu. Przypuszcza, że stanął w Grand Hotelu, ale nie jest pewna. Wie tylko, że ma być przyjęty w Watykanie we czwartek rano: napisał zawczasu do kardynała Pazzi, aby uzyskać audiencję. Przybywa z Mediolanu, gdzie widział Antyma, który jest bardzo nieszczęśliwy, ponieważ nie może otrzymać tego, co mu Kościół przyrzekł po jego sprawie; dlatego Julius chce się udać do Ojca Świętego, aby prosić o sprawiedliwość, bo oczywiście on nie wie nic jeszcze. Opowie ci swoją wizytę, wówczas będziesz go mógł oświecić.

Mam nadzieję, że uważasz na siebie w razie niepogody i że się nie męczysz zbytnio. Gaston zachodzi do mnie co dzień, brakuje nam ciebie bardzo. Jaka ja będę rada, kiedy już zapowiesz swój powrót... etc.

Po czym, skreślone w poprzek ołówkiem na czwartej stronicy, kilka słów Blafaphasa:

Jeżeli będziesz w Neapolu, powinien byś się wywiedzieć, w jaki sposób oni robią dziurkę w makaronie. Jestem na drodze nowego odkrycia.

Serce Amedeusza zalała promienna radość, pomieszana z niejakim zakłopotaniem: ów czwartek, dzień audiencji, to było właśnie dziś. Nie śmiał oddać rzeczy do prania i zabraknie mu bielizny. Przynajmniej obawiał się tego. Włożył tego rana wczorajszy kołnierzyk, który wydał mu się nagle nie dość czysty, z chwilą gdy się dowiedział, że może spotkać Juliusa. To mu zmąciło radość zrodzoną z tej możliwości. O tym, aby wrócić na ulicę dei Vecchierelli, ani myśleć, o ile chciał spotkać szwagra tuż po audiencji; a to go mniej onieśmielało niż odwiedzić go w Grand Hotelu. Tyle bodaj zrobił, że odwrócił mankiety; co się tyczy kołnierzyka, zasłonił go fularem, co dawało poza tym tę korzyść, iż skrywało prawie zupełnie jego pryszcz.

Ale co znaczyły te drobiazgi? Faktem było, że Fleurissoire uczuł się niezmiernie skrzepiony tym listem i że perspektywa odzyskania kontaktu ze swymi bliskimi, ze swoim poprzednim życiem, spędziła nagle na ich właściwe miejsce potwory spłodzone wyobraźnią podróżnika. Karola, ksiądz Cave, kardynał, wszystko to bujało przed nim niby sen przerwany nagle pianiem koguta. Po co on opuścił Pau? Co znaczyła ta niedorzeczna bajka, która zmąciła jego szczęście? Do kata! Jest papież; i za kilka chwil Julius będzie mógł oświadczyć: „Widziałem go!” Jest papież, i to wystarczy. Czy Bóg mógł uprawnić tę potworną substytucję206, w którą on, Fleurissoire, z pewnością nie byłby uwierzył bez tej głupiej pychy, żądnej odegrać jakąś rolę w tej sprawie?

Amedeusz szedł śpiesznymi drobnymi krokami, ledwie mógł się powstrzymać, aby nie zacząć biec. Odzyskiwał wreszcie zaufanie, podczas gdy wszystko dokoła niego odzyskiwało uspokajającą wagę, miarę, naturalną pozycję i wiarygodną rzeczywistość. Trzymał w ręce swój słomkowy kapelusz; kiedy przybył przed bazylikę, ogarnęło go tak szlachetne upojenie, że zaczął od obchodzenia wkoło fontanny po prawej; przechodząc pod wietrzykiem wodotrysku, wystawiał czoło na wilgoć, uśmiechał się do tęczy.

Naraz zatrzymał się. Tuż koło niego, siedzący na podmurowaniu czwartego filara kolumnady, czyż to nie był Julius? Fleurissoire wahał się jeszcze: o ile bowiem strój tej osobistości był przyzwoity, o tyle jej zachowanie się było mniej przyzwoite: hrabia de Baraglioul zawiesił kapelusz z czarnej słomki tuż obok siebie na zakrzywionym dziobie laski, wetkniętej między kamienie, i zgoła nie troszcząc się o dostojeństwo miejsca, z prawą nogą opartą na lewym kolanie, niby jaki prorok z Sykstyny207, trzymał na prawym kolanie kajet; chwilami, opuszczając nagle na karty papieru wysoko podniesiony ołówek, pisał, tak wyłącznie wsłuchany w dyktat nagłego natchnienia, że Amedeusz byłby mógł tuż przy nim fikać koziołki, a Julius nie spostrzegłby tego. Pisząc, mówił; szmer fontanny pokrywał dźwięk jego słów, ale widać było, że wargi się poruszają.

Amedeusz zbliżył się, okrążając dyskretnie filar. Kiedy miał trącić szwagra w ramię, Julius wygłosił te słowa:

A w takim razie cóż nas to obchodzi! — Zapisał te słowa u dołu stronicy w karnecie, po czym schował ołówek i wstając, nagle uderzył nosem w Amedeusza.

— Na Ojca Świętego, co ty tu robisz?

Amedeusz, drżąc ze wzruszenia, bełkotał niezdolny nic powiedzieć; ściskał konwulsyjnie rękę Juliusa w obu dłoniach. Tymczasem Julius przyglądał mu się.

— Mój biedny Amedeuszu, jak ty wyglądasz!

Stanowczo Opatrzność licho spowinowaciła Juliusa: z dwóch szwagrów, którzy mu zostali, jeden kroił na bigota, drugi był niedorajdą. Od niespełna trzech lat, przez które nie widział Amedeusza, uważał, że szwagier postarzał się więcej niż o dwanaście lat: policzki mu zapadły, grdyka wystąpiła na wierzch; amarantowy fular podkreślił jeszcze jego bladość, podbródek jego drżał, wypukłe oczy toczyły się w sposób, który miał być patetyczny, a był tylko pocieszny. Ze swojej wczorajszej podróży Fleurissoire przywiózł tajemniczą chrypkę, tak iż słowa jego szły jakby z daleka. Pochłonięty swoją myślą, rzekł:

— Zatem widziałeś go?

— Kogo? — zapytał Julius pochłonięty znowuż swoją.

Owo „kogo” zabrzmiało w Amedeuszu niby dzwon pogrzebowy, niby bluźnierstwo. Dodał dyskretnie:

— Sądziłem, że wychodzisz z Watykanu?

— W istocie, daruj mi: już o tym nie myślałem... Gdybyś wiedział, co mi się zdarzyło!

Oczy jego błyszczały, zdawało się, że wytryśnie z samego siebie.

— Och, proszę — błagał Fleurissoire — powiesz mi to później; mów mi najpierw o swojej wizycie. Tak pragnąłbym wiedzieć...

— To cię interesuje?

— Niebawem zrozumiesz, do jakiego stopnia. Mów, mów, błagam!

— No więc cóż, jest tak! — zaczął Julius, ujmując za ramię Amedeusza i ciągnąc go daleko od Świętego Piotra. — Słyszałeś może, w jakiej nędzy pogrążyło naszego Antyma jego nawrócenie: na próżno oczekuje jeszcze tego, co mu przyrzekł Kościół w nagrodę tego, co mu wydarli masoni. Wykierowano Antyma, trzeba to przyznać... Mój drogi, weźmiesz całą tę rzecz, jak zechcesz; co do mnie, uważam ją za kompletną farsę; ale bez tego nie orientowałbym się może równie jasno w tym, co nas zajmuje dzisiaj i o czym pilno mi z tobą pomówić. Oto problem: „istota niekonsekwentna”, to wiele powiedziane... i z pewnością ta pozorna niekonsekwencja kryje konsekwencję subtelniejszą i ukrytą; najważniejsze jest, aby to, co owej istocie każe działać, nie było już jedynie prostą grą interesu lub — jak wy powiadacie zazwyczaj — aby nie podlegała interesownym motywom.

— Niedobrze cię rozumiem — rzekł Amedeusz.

— To prawda: wybacz mi, oddaliłem się od swojej wizyty. Postanowiłem tedy wziąć w ręce sprawę Antyma... Och, mój drogi, gdybyś był widział jego mieszkanie w Mediolanie! „Nie możesz tutaj zostać” — rzekłem mu natychmiast. I kiedy myślę o tej nieszczęśliwej Weronice! Ale on kieruje się na ascetę, na kapucyna; nie pozwala, aby go żałować, ani zwłaszcza, aby obwiniać kler! „Mój drogi — rzekłem mu jeszcze — godzę się, że wysoki kler może nie jest winny, ale w takim razie nie jest dobrze poinformowany. Pozwól, abym go oświecił”.

— Sądziłem, że kardynał Pazzi... — wtrącił Fleurissoire.

— Owszem. To się nie udało. Rozumiesz, ci wysocy dygnitarze, każdy boi się zaangażować; aby poruszyć sprawę, trzeba było kogoś, kto by nie był zainteresowany; na przykład mnie. Bo podziwiaj sposób, w jaki dokonuje się odkryć, i to odkryć najważniejszych: można by przypuszczać, że to nagłe objawienie, a w gruncie nie przestawało się o tym myśleć. W ten sposób od dawna już niepokoiłem się zarazem nadmiarem logiki moich figur i ich niedostateczną determinacją.

— Obawiam się — rzekł łagodnie Amedeusz — że ty się znów oddalasz...

— Bynajmniej — odparł Julius — to ty nie idziesz za moją myślą. Krótko mówiąc, postanowiłem przedłożyć suplikę samemu Ojcu Świętemu i zaniosłem mu ją dziś rano.

— No i co? Powiedz prędko: widziałeś go?

— Mój drogi Amedeuszu, jeżeli będziesz wciąż przerywał... Otóż nie wyobrażasz sobie, jak go jest trudno zobaczyć.

— Myślę! — rzekł Amedeusz.

— Co powiadasz?

— Zaraz, powiem później.

— Przede wszystkim musiałem się całkowicie wyrzec zamiaru wręczenia papieżowi supliki. Trzymałem ją w ręku — ot, taki sobie skromny rulonik papieru; ale już w drugim przedpokoju (albo w trzecim, nie pamiętam dobrze) wielki drab, ubrany czarno i czerwono, zabrał mi ją grzecznie.

Amedeusz zaczął się cicho śmiać, jak ktoś dobrze poinformowany, który wie to, co wie.

— W następnym przedpokoju odebrano mi kapelusz, który położono na stole. W piątym i szóstym, gdzie czekałem długo w towarzystwie dwóch dam i trzech prałatów, jakiś szambelan przyszedł po mnie i zaprowadził mnie do sąsiedniej sali, gdzie, skorośmy się znaleźli w obliczu Ojca Świętego (nie zdałem sobie od razu sprawy, że siedzi na czymś w rodzaju tronu, pod baldachimem), skłonił mnie, abym przypadł do ziemi, co też uczyniłem, tak że odtąd już nie widziałem papieża.

— Nie byłeś przecież tak długo pochylony ani z twarzą tak nisko, abyś nie mógł...

— Mój drogi Amedeuszu, dobrze ci mówić; czy nie wiesz, do jakiego stopnia oślepia nas szacunek? I poza tym, żem nie śmiał podnieść głowy, jakiś majordomus208, mający w ręce coś w rodzaju linijki, za każdym razem, kiedym zaczynał mówić o Antymie, uderzał mnie lekko po karku, co sprawiało, żem się pochylał na nowo.

— Ale przynajmniej ON mówił do ciebie.

— Tak, o mojej książce, przyznając się, że jej nie czytał.

— Mój drogi Juliusie — podjął Amedeusz po chwili milczenia — to, co mi mówisz, jest rzeczą niezmiernej wagi. Tak więc, nie widziałeś go, i z całego opowiadania wnoszę, że jest niezmiernie trudno widzieć go. Ach, wszystko to potwierdza, niestety, najokrutniejsze obawy. Juliusie, muszę ci powiedzieć teraz... ale chodź tędy, ta ulica taka ludna...

Pociągnął szwagra w opustoszałe prawie vicolo209; Julius, raczej rozbawiony, dał się prowadzić.

— To, co ci zwierzę, jest tak poważne... Zwłaszcza nic nie zdradzaj twarzą. Niech się wydaje, że rozmawiamy o rzeczach obojętnych, ale przygotuj się usłyszeć coś straszliwego. Juliusie, drogi Juliusie, ten, którego widziałeś dziś rano...

— Którego nie widziałem, chcesz powiedzieć.

— Właśnie... nie jest prawdziwy.

— Jak powiadasz?

— Powiadam, że nie mogłeś widzieć papieża z tej potwornej przyczyny, że... wiem to z tajnego i pewnego źródła, prawdziwy papież jest skonfiskowany.

Ta zdumiewająca rewelacja wywarła na Juliusie efekt zgoła nieoczekiwany: puścił nagle ramię Amedeusza i biegnąc przodem na przełaj przez vicolo, krzyczał:

— Och, nie! Och, nie! Coś takiego, doprawdy, ha! ha! ha!

Po czym, zbliżając się do Amedeusza, wołał:

— Jak to! Osiągam z wielkim trudem tyle, że sobie wybijam z głowy to wszystko; przekonywam się, że nie można z tej strony niczego oczekiwać, niczego się spodziewać, niczego przypuszczać; że Antyma wystrychnięto na dudka, że nas wszystkich wystrychnięto na dudków, że to są po prostu aptekarze i że nie pozostaje nic, tylko się uśmiać z tego wszystkiego! Więc tak! Wyzwalam się; i ledwom się pocieszył, ty mi powiadasz: „Stop! Jest maldonne210, zaczynaj na nowo!” Och, nie, do kroćset; och, nie, nigdy! Mam dość, wystarczy. Jeżeli ten nie jest prawdziwy, trudno, tym gorzej.

Fleurissoire osłupiał.

— Ależ... — powiadał — Kościół... — Żałował, że chrypka nie pozwala mu rozwinąć wymowy. — Ale jeżeli sam Kościół oszukano?

Julius stanął bokiem do szwagra, na wpół zatarasowując mu drogę, po czym, niezwykłym u siebie, drwiącym i stanowczym głosem rzekł:

— Więc co? I co–cię–to–ob–cho–dzi?

Wówczas Amedeusza przeszyła wątpliwość; wątpliwość nowa, poczwarna, okrutna i mglista lęgnąca się na dnie jego niepokoju: Julius, sam Julius, ten Julius, z którym mówi, Julius, którego się czepiało jego oczekiwanie i jego zwątpienie; ten Julius również nie jest prawdziwym Juliusem.

— Jak to, i ty tak mówisz, ty, na którego liczyłem, ty, Julius, hrabia de Baraglioul, którego pisma...

— Nie mów mi o moich pismach, proszę cię. To, co mi o nich powiedział dziś rano twój papież — prawdziwy czy fałszywy — całkowicie mi wystarcza. I mam pewną nadzieję, że dzięki memu odkryciu następne będą lepsze. Bo pilno mi pomówić z tobą o rzeczach serio. Zjesz ze mną śniadanie, prawda?

— Chętnie, ale pożegnam cię wcześnie. Czekają mnie dziś wieczór w Neapolu w sprawach, o których ci opowiem. Nie prowadzisz mnie do Grand Hotelu, mam nadzieję.

— Nie, pójdziemy do „Colonny”.

Julius również nie miał ochoty, aby go widziano w Grand Hotelu w towarzystwie takiego łachmana jak Fleurissoire; ów zaś, czując się blady i zmieniony, cierpiał już od pełnego światła, w którym posadził go szwagier przy stoliku restauracyjnym, wprost siebie i pod swoim badawczym spojrzeniem. Gdyby jeszcze to spojrzenie szukało jego oczu; ale nie, czuł, jak się ono kieruje poprzez wiśniowy fular ku wstydliwemu miejscu na szyi, gdzie kwitła podejrzana krostka. I podczas gdy garson211 podawał przystawki, Baraglioul rzekł:

— Powinieneś brać siarczane kąpiele.

— To nie to, co przypuszczasz — zaprotestował Fleurissoire.

— Tym lepiej — rzekł Baraglioul, który zresztą nic nie przypuszczał — udzieliłem ci tej rady ot, mimochodem. — Po czym, przechylając się w tył, rozpoczął profesorskim tonem:

— Zatem, drogi Amedeuszu, jest tak. Uważam, że od czasu La Rochefoucaulda212 i drepcąc w jego ślady, weszliśmy na fałszywą drogę; że własna korzyść nie zawsze powoduje człowiekiem: że bywają postępki bezinteresowne...

— Spodziewam się! — przerwał naiwnie Fleurissoire.

— Nie rozum mnie tak szybko, proszę cię o to. Przez bezinteresowne rozumiem: bezcelowe. I że zło, to, co się nazywa zło, może być równie bezcelowe jak dobro.

— Ależ w takim razie, po co je robić?

— Właśnie! Przez zbytek, przez potrzebę ekspansji, dla zabawy. Bo ja twierdzę, że dusze najbezinteresowniejsze nie są koniecznie najlepsze — w katolickim znaczeniu słowa; przeciwnie, z punktu widzenia katolickiego dusza najlepiej urobiona jest ta, która najlepiej prowadzi swoje rachunki.

— I która zawsze czuje się dłużnikiem Boga — dodał z namaszczeniem Freurissoire, który starał się utrzymać na wysokości.

Przerywania szwagra wyraźnie drażniły Juliusa; wydawały mu się głupkowate.

— Niewątpliwie, wzgarda dla tego, co może być użyteczne — podjął — jest oznaką pewnej arystokracji ducha... Skoro zatem dusza wyzwoli się z katechizmu, z układności, z rachuby, mamyż przyjąć duszę, która zupełnie nie prowadzi rachunków?

Baraglioul czekał przytwierdzenia, ale Fleurissoire wykrzyknął gwałtownie:

— Nie, nie! Po tysiąc razy nie! Nie przyjmiemy!

Po czym, przestraszony nagle dźwiękiem własnego głosu, pochylił się ku szwagrowi:

— Mówmy ciszej, słuchają nas.

— Ba! Kogóż chcesz, aby interesowało to, co my mówimy?

— Och, mój drogi, widzę, że ty nie wiesz, co tu są za ludzie w tym kraju. Co do mnie, zaczynam ich poznawać. Od czterech dni, jak żyję tutaj, brnę z przygody w przygodę! Siłą zaszczepili mi, przysięgam ci, ostrożność, której nie miałem z natury. Człowiek musi tu mieć się wciąż na baczności.

— Wyobrażasz sobie to wszystko.

— Chciałbym, niestety, żeby to wszystko istniało tylko w moim mózgu. Ale cóż chcesz? Kiedy fałsz zajmie miejsce prawdy, prawda musi się ukrywać. Dźwigając misję, o której ci zaraz powiem, skoro dostanę się między Lożę a Towarzystwo Jezusowe — zginąłem. Jestem podejrzany dla wszystkich i sam wszystko podejrzewam. Ale gdybym ci wyznał, że przed chwilą, w obliczu drwin, któreś przeciwstawił mojej zgryzocie, mogłem wątpić, czy ja mówię z prawdziwym Juliusem, a nie raczej z jakimś faksymile213 ciebie samego... Ale gdybym ci powiedział, że dziś rano, nim cię spotkałem, mogłem wątpić o swoim własnym istnieniu, wątpić, że jestem tutaj, w Rzymie, a nie, że po prostu śnię, iż jestem tutaj, a za chwilę obudzę się w Pau, spokojnie leżąc obok Arniki, w otoczeniu zwykłych sprzętów.

— Mój drogi, ty masz gorączkę.

Fleurissoire chwycił go za rękę i patetycznym głosem rzekł:

— Gorączkę! Dobrześ powiedział: mam gorączkę. Gorączkę, której się nie da uleczyć i której nie chcę uleczyć. Gorączkę, wyznaję, na którą liczyłem i u ciebie, skoro się dowiesz o tym, com ci zwierzył; gorączkę, której spodziewałem się udzielić ci, iżbyśmy wspólnie płonęli, bracie mój... Ale nie! Czuję w tej chwili, iż samotnie zapuszczam się w mroczną ścieżkę, którą kroczę, którą powinienem kroczyć; a to, coś mi powiedział, tym bardziej mnie utwierdza... Powiedz, Juliusie, byłażby to prawda? Zatem nie widzi się GO? Nie ma już sposobu go ujrzeć?...

— Mój drogi — odparł Julius, wyzwalając się z uścisku zgorączkowanego Amedeusza, kładąc jemu znowuż rękę na ramieniu: — Mój drogi, wyznam ci coś, czego nie śmiałem powiedzieć ci przed chwilą. Kiedym się znalazł w obliczu Ojca Świętego... wiesz!... ogarnęła mnie dziwna dystrakcja214.

— Dystrakcja! — wykrzyknął Fleurissoire ogłuszony.

— Tak. Nagle schwyciłem się na tym, że myślę o czym innym.

— Mam wierzyć w to, co mi mówisz?

— Bo właśnie wówczas nawiedziło mnie moje objawienie. „Ależ — powiadałem sobie, idąc za pierwotną myślą — ale, jeżeli przyjmiemy możliwość złego uczynku, zbrodni popełnionych bezinteresownie, tym samym stają się nie do wykrycia, a ten, kto je popełni, bezkarny”.

— Jak to! Ty do tego wracasz? — jęknął rozpaczliwie Amedeusz.

— Bo pobudka, motyw zbrodni, to jest pętla, którą się łapie zbrodniarza. A jeżeli, gdy sędzia będzie twierdził: Is fecit cui prodest...215 tyś skończył prawo, nieprawdaż?

— Przepraszam cię — rzekł Amedeusz, któremu pot wystąpił na czoło.

Ale w tej chwili nagle dialog urwał się; służący przyniósł na talerzu kopertę, na której widniało nazwisko pana Fleurissoire. Zdumiony Fleurissoire otworzył kopertę i na zawartym w niej bilecie przeczytał te słowa:

Nie ma pan ani minuty do stracenia. Pociąg do Neapolu jedzie o trzeciej. Niech pan poprosi pana de Baraglioul, aby panu towarzyszył do Credito Commerciale, gdzie go znają i gdzie będzie mógł zaświadczyć o pańskiej tożsamości.

Cave

— No i co, co ci mówiłem? — rzekł Amedeusz z cicha, raczej z uczuciem satysfakcji.

— W istocie, to jest dość osobliwe. Skąd, u diabła zna moje nazwisko? I to, że jestem w stosunkach z Credito Commerciale?

— Ci ludzie wiedzą wszystko, powiadam ci.

— Ton tego bileciku nie podoba mi się. Ten, kto go pisał, mógłby bodaj przeprosić, że nam przerywa.

— Po co? On wie, że moja misja jest przed wszystkim innym. Chodzi o podjęcie czeku... Nie, niepodobna o tym mówić tutaj; sam widzisz, że nas śledzą. — Po czym, dobywając zegarka: — W istocie, ledwo mamy czas.

Zadzwonił na garsona.

— Zostaw, zostaw — rzekł Julius — to ja cię prosiłem. Bank nie jest daleko, w razie potrzeby weźmiemy fiakra. Nie denerwuj się... A chciałbym ci jeszcze powiedzieć: jeżeli jedziesz dziś wieczór do Neapolu, weź ten bilet okrężny216. Jest na moje nazwisko, ale cóż to znaczy. (Julius lubił być uczynny). Wziąłem go nieoględnie w Paryżu, myśląc, że zajadę dalej na południe. Ale zatrzymuje mnie tutaj kongres. Jak długo myślisz tam zostać?

— Jak najkrócej. Spodziewam się być z powrotem pojutrze.

— Będę cię więc czekał z obiadem.

W Credito Commerciale, dzięki rekomendacji hrabiego de Baraglioul, bez trudności wręczono Amedeuszowi w zamian za czek sześć banknotów, które wsunął w kieszeń na piersiach. Podczas tego opowiedział naprędce szwagrowi historię czeku, kardynała i księdza; Baraglioul, który odprowadził go na sam dworzec, słuchał z roztargnieniem.

Po drodze Fleurissoire wstąpił do sklepu z bielizną, aby kupić kołnierzyk; ale nie włożył go zaraz, nie chcąc zanadto dać czekać Juliusowi, który został przed sklepem.

— Nie bierzesz kuferka? — spytał Julius, kiedy szwagier wyszedł.

Zapewne Fleurissoire byłby chętnie wstąpił, aby wziąć pled i przybory toaletowe, ale jak przyznać się Baraglioulowi do via dei Vecchierelli!...

— Och, na jedną noc!... — rzekł swobodnie. — Zresztą, nie ma już czasu, aby wstąpić do mego hotelu.

— Prawda, gdzieżeś ty zajechał?

— Za Colosseum217 — odparł tamten na los szczęścia.

To było tak, jakby kto powiedział: „Nad rzeką”.

Julius przypatrzył mu się jeszcze raz.

— Dziwna z ciebie figura!

Czy w istocie wyglądał tak dziwnie? Fleurissoire otarł sobie czoło. Przybywszy na dworzec, przechadzali się chwilę w milczeniu.

— No, trzeba się nam rozstać — rzekł Baraglioul, podając mu rękę.

— Czy nie... nie pojechałbyś ze mną? — bąknął nieśmiało Fleurissoire. — Nie wiem sam dlaczego, ale jakoś mi niewyraźnie jechać tak samemu.

— Dojechałeś przecie sam do Rzymu. Cóż by ci się mogło zdarzyć? Daruj mi, że cię pożegnam przed peronem, ale widok odjeżdżającego pociągu przyprawia mnie o niewymowny smutek. Bądź zdrów! Dobrej podróży! I jutro odnieś mi do hotelu mój powrotny bilet.

Księga piąta. Lafcadio