III
Pod pompatyczną nazwą „Krucjata dla oswobodzenia papieża” hultajska impreza rozszerzała na niejeden departament Francji swoje mroczne odnogi. Protos — fałszywy kanonik Virmontal — nie był jej jedynym agentem, tak samo jak hrabina de Saint-Prix nie była jedyną ofiarą. I gdyby nawet wszyscy agenci złożyli dowody tej zręczności, nie wszystkie ofiary okazywały tę samą bierność. Nawet Protos, eks-przyjaciel Lafcadia, musiał się po tej operacji przytaić, żył w ciągłej obawie, aby prawdziwy kler nie dowiedział się o sprawce, i na osłanianie sobie tyłów musiał zużywać tyleż zręczności, co na posuwanie się naprzód; ale był pomysłowy i, co więcej, miał cudownych sojuszników. Od jednego do drugiego krańca, w bandzie zwanej bandą Tysiącnogów, panowała zdumiewająca harmonia i dyscyplina.
Uprzedzony tegoż wieczora przez Battistina o zjawieniu się cudzoziemca i dosyć zaniepokojony wiadomością, że on przybywa z Pau, nazajutrz już o siódmej rano Protos był u Karoli. Jeszcze spała.
Informacje, jakie uzyskał od niej, jej mętna opowieść o wypadkach nocnych, o lęku pielgrzyma (tak nazywała Amedeusza), o jego zaklęciach, łzach, nie zostawiły mu wątpliwości. Stanowczo jego orędzie w Pau wydało owoce, ale niezupełnie ten rodzaj owoców, jakiego mógł pragnąć Protos. Trzeba było mieć oczy otwarte na tego naiwnego krzyżowca, który przez swoją niezręczność mógłby trafić na ślad.
— No, przepuść mnie — rzekł nagle do Karoli.
To zdanie mogłoby się wydawać dziwne, bo Karola wciąż była w łóżku; ale rzeczy dziwne nie powstrzymywały Protosa. Oparł się kolanem o łóżko, drugim okraczył dziewczynę i zrobił tak zręczny piruet, że odsuwając nieco mebel, znalazł się nagle między łóżkiem a ścianą. Z pewnością Karola musiała być przyzwyczajona do tego manewru, bo spytała po prostu:
— Co ty chcesz robić?
— Księdza — odparł Protos nie mniej po prostu.
— Wyjdziesz tą stroną?
Protos zawahał się chwilę, po czym rzekł:
— Masz słuszność, to naturalniej.
To mówiąc, schylił się, otworzył tajemne drzwiczki ukryte w tapecie i tak niskie, że łóżko zasłaniało je całkowicie. W chwili gdy przechodził przez drzwi, Karola chwyciła go za ramię.
— Słuchaj — rzekła z odcieniem powagi — ja nie chcę, żebyś jemu zrobił co złego.
— Przecież ci mówię, że się przebieram za księdza.
Skoro znikł, Karola wstała i zaczęła się ubierać.
Nie bardzo wiem, co myśleć o Karoli Venitequa. Ten okrzyk, który wydała, każe mi przypuszczać, że jej serce nie było jeszcze zbyt skażone. Czasami w samym łonie ohydy zjawiają się nagle osobliwe delikatności uczuć, tak jak błękitny kwiat wyrasta na kupie gnoju. Bezwzględnie posłuszna i oddana, Karola, jak wiele innych kobiet, potrzebowała kierownika. Porzucona przez Lafcadia, puściła się natychmiast w poszukiwanie pierwszego kochanka, Protosa — na złość, z żalu, przez zemstę. Poznała na nowo ciężkie godziny, bo Protos, ledwie ją odnalazł, znów uczynił z niej swoją rzecz. Protos lubił panować.
Inny człowiek niż Protos byłby mógł podnieść, uratować tę kobietę. Ale przede wszystkim trzeba by tego chcieć. Można by rzec przeciwnie, że Protos silił się ją spodlić. Widzieliśmy, jakich haniebnych usług żądał od niej ten bandyta; zdawało się po prawdzie, że dziewczyna poddaje się bez zbytniego oporu; ale kiedy dusza się buntuje przeciw nikczemności swego losu, często pierwsze jej drgnienia pozostają niepostrzeżone dla niej samej, dopiero w blasku miłości ujawnia się tajemny bunt. Czy Karola zakochała się w Amedeuszu? Byłoby lekkomyślnie twierdzić to; ale ta czystość przemówiła do jej zepsucia i krzyk, który przytoczyłem, niewątpliwie trysnął z serca.
Protos wrócił. Nie zmienił stroju. Trzymał w ręku pakiet ubrań, który położył na krześle.
— I co? — rzekła.
— Zastanowiłem się. Muszę najpierw przejść na pocztę i przejrzeć jego listy. Przebiorę się dopiero w południe. Daj mi lusterko.
Zbliżył się do okna i pochylony nad swoim odbiciem przyprawił sobie parę kasztanowych wąsów, przyciętych nad wargą i ledwie trochę jaśniejszych niż jego włosy.
— Zawołaj Battistina.
Karola ubierała się. Pociągnęła sznurek koło drzwi.
— Mówiłem ci już, że nie chcę widzieć u ciebie tych spinek. To zwraca uwagę.
— Wiesz przecie, kto mi je dał.
— Właśnie.
— Jesteś zazdrosny, ty?
— Głupiaś!
W tej chwili Battistino zapukał i wszedł.
— Masz! Staraj się wspiąć o szczebel wyżej na drabinie społecznej — rzekł Protos, pokazując na krześle marynarkę, kołnierzyk i krawat, które przyniósł z przyległego pokoju. — Będziesz towarzyszył twemu klientowi na miasto. Zabiorę ci go dopiero wieczorem. Do tego czasu nie trać go z oka.
Amedeusz poszedł do spowiedzi do kościoła Saint-Louis-des-Francais176. Wolał tam niż u Świętego Piotra177, którego ogrom go przytłaczał. Battistino towarzyszył mu, następnie zaprowadził go na pocztę. Jak można było się spodziewać, Tysiącnogi miał tam zauszników. Bilet wizytowy przymocowany do walizy zdradził Battistinowi nazwisko Amedeusza Fleurissoire; oznajmił je Protosowi, ten zaś nie miał najmniejszych trudności z tym, aby dzięki uczynnemu urzędnikowi podjąć list od Arniki, ani też żadnego skrupułu z tym, aby go przeczytać.
— To ciekawe! — wykrzyknął Fleurissoire, kiedy w godzinę później przybył się upomnieć o swoją pocztę. — To ciekawe! Rzekłby ktoś, że otwierano kopertę.
— Tutaj zdarza się to często — rzekł z flegmą Battistino.
Szczęściem, ostrożna Arnika pozwalała sobie jedynie na wielce dyskretne aluzje. List był zresztą krótki; zalecał po prostu, z porady księdza Mure, aby się udać do Neapolu i zobaczyć z kardynałem San-Felice S.B.178 — „zanim się cokolwiek przedsięweźmie”. Trudno było o określenie bardziej mgliste, a tym samym mniej kompromitujące.