IV

Przed Mauzoleum Hadriana, zwanym zamkiem Świętego Anioła, Fleurissoire doznał przykrego zawodu. Olbrzymia masa budynku wznosiła się na wewnętrznym dziedzińcu, wzbronionym publiczności; tam mogły wchodzić jedynie osoby zaopatrzone w bilety wstępu. Było nawet w przepisach, że powinien im towarzyszyć strażnik...

Niewątpliwie, te wygórowane ostrożności potwierdzały podejrzenia Amedeusza; ale równocześnie pozwalały mu zmierzyć szaloną trudność przedsięwzięcia. Pozbywszy się Battistina, błądził tedy po wybrzeżu prawie że pustym o tej wieczornej godzinie, wzdłuż muru, który bronił przystępu do zamku. Posępny i zniechęcony krążył dokoła zwodzonego mostu, po czym oddalał się aż do brzegów Tybru i starał się poprzez pierwsze obwarowanie dojrzeć nieco więcej.

Nie zwrócił dotąd uwagi na księdza (jest ich w Rzymie tylu!) siedzącego opodal na ławce; ów zaś, na pozór zatopiony w brewiarzu179, obserwował go od dawna. Godny ksiądz miał bujne srebrne włosy, a jego młoda i świeża cera, dowód czystego życia, tworzyła kontrast z tym znamieniem starości. Po samej twarzy można by poznać księdza, a po pewnej dystynkcji, która ją cechowała, księdza francuskiego. Kiedy Fleurissoire przechodził po raz trzeci koło ławki, nagle ksiądz wstał, podszedł doń i głosem, który zarywał łkaniem, szepnął:

— Jak to! Ja nie jestem sam! I pan go także szuka!

To mówiąc, ukrył twarz w dłoniach, gdzie jego łkania, zbyt długo powściągane, wybuchły. Potem nagle opamiętując się:

— Niebaczny, niebaczny! Skryj swoje łzy! Zdław swoje westchnienia!... — I chwytając Amedeusza za ramię: — Nie stójmy tu, drogi panie, śledzą nas. Już to wzruszenie, któremu nie mogłem się obronić, zwróciło uwagę.

Amedeusz szedł za nim zdumiony.

— Ale jak — zdołał wreszcie wyjąkać — ale jak mógł pan zgadnąć, po co ja tutaj jestem?

— Dałożby niebo, abym ja jeden mógł to zgadnąć! Pański niepokój, smutne spojrzenie, jakim pan badał te miejsca, czyż mogły ujść uwagi tego, który od trzech tygodni krąży koło tych murów dniem i nocą! Ach, panie! Skoro tylko pana ujrzałem, jakieś przeczucie, jakieś ostrzeżenie z góry dały mi poznać w nim bratnią duszę... Uwaga, ktoś idzie. Na miłość nieba, niech pan udaje zupełną swobodę.

Handlarz jarzyn zbliżył się z przeciwnej strony. Natychmiast, jakby ciągnąc dalej rozmowę, nie zmieniając tonu, ale żywiej, ksiądz mówił:

— Oto czemu wirginia180, tak cenione przez pewnych palaczy, zapalają się jedynie od świecy, skoro z nich wyjąć cienką słomkę, której celem jest stworzyć przez całą długość cygara mały korytarzyk, którym może krążyć dym. Wirginia, które nie ciągnie dobrze, jest do wyrzucenia. Widywałem wybrednych palaczy, proszę pana, którzy zapalili sześć sztuk z rzędu, zanim trafili na jedną możliwą...

Skoro tamten ich minął, wrócił do poprzedniego toku rozmowy:

— Widział pan, jak on na nas patrzał? Trzeba było za wszelką cenę zmylić trop.

— Jak to! — wykrzyknął Fleurissoire oszołomiony. — Czy podobna, aby ten pospolity przekupień był również jednym z tych, przed którymi trzeba nam się strzec?

— Proszę pana, nie śmiałbym tego twierdzić, ale przypuszczam. Okolice zamku są szczególnie nadzorowane; agenci specjalnej policji węszą tutaj bez ustanku. Aby nie budzić podejrzeń, zjawiają się pod najróżniejszymi przebraniami. Ci ludzie są tacy sprytni, tacy sprytni, a my tacy łatwowierni, tacy pełni ufności! Ale gdybym panu powiedział, że omal wszystkiego nie naraziłem, nie dość strzegąc się facchina o niewinnym wyglądzie, któremu pozwoliłem w dniu przybycia zanieść mój skromny bagaż z dworca do pewnego mieszkania, gdzie stanąłem! Mówił po francusku i mimo że od dziecka mówię biegle po włosku, pan sam doznałby z pewnością tego samego wzruszenia, któremu nie mogłem się obronić, słysząc w cudzoziemskim kraju język ojczysty... Otóż ten facchino...

— Należał do nich?

— Należał. Mogłem mniej więcej przekonać się o tym. Na szczęście, bardzo mało mówiłem.

— Przyprawia mnie pan o drżenie — rzekł Fleurissoire — i ja także w dniu mego przybycia, to znaczy wczoraj wieczór, wpadłem w ręce przewodnika, który mówił po francusku, a któremu powierzyłem swoją walizę.

— Wielkie nieba! — rzekł ksiądz przerażony — czy miał może na imię Battistino?

— Battistino, to on! — jęknął Amedeusz, który uczuł, że kolana się pod nim uginają.

— Nieszczęsny! I coś mu pan powiedział?

Ksiądz ściskał go za ramię.

— Nic, co bym sobie mógł przypomnieć.

— Niech pan sobie przypomni! Niech pan sobie przypomni, na imię nieba!...

— Nie, doprawdy — bełkotał Amedeusz przerażony — nie zdaje mi się, abym mu coś powiedział.

— Może pan coś zdradził swoim zachowaniem się?

— Nic, nic, doprawdy, upewniam pana. Ale dobrze ksiądz robi, że mnie ksiądz ostrzega.

— Do jakiego hotelu pana zaprowadził?

— Nie mieszkam w hotelu, wziąłem umeblowany pokój.

— Pal sześć! Wreszcie, gdzie pan stanął?

— W małej uliczce, której ksiądz z pewnością nie może znać — bredził Fleurissoire nadzwyczaj zmieszany. — Mniejsza o to, nie zostanę tam.

— Niech pan dobrze uważa: jeżeli pan opuści ten dom zbyt prędko, będzie wyglądało, że się pan boi.

— Tak, może. Ma ksiądz rację, lepiej byłoby nie wyprowadzać się od razu.

— Ale jakże ja dziękuję niebu, że pana sprowadziło do Rzymu właśnie dziś! Jeden dzień później, a nie spotkałbym pana. Jutro, nie później niż jutro, muszę jechać do Neapolu widzieć się z ważną i świętą osobistością, która w tajemnicy bardzo się zajmuje tą sprawą.

— Byłżeby to kardynał San-Felice? — spytał Fleurissoire, drżąc ze wzruszenia.

Zdumiony ksiądz cofnął się dwa kroki w tył.

— Skąd pan to wie? — Po czym, zbliżając się: — Ale czemu ja się dziwię? On jeden w Neapolu jest wtajemniczony w to, co nas zaprząta.

— Ksiądz... zna go dobrze?

— Czy go znam! Ach, drogi panie, to jemu zawdzięczam... Ale mniejsza. Pan miał zamiar go odwiedzić?

— Bez wątpienia, jeżeli trzeba.

— To najlepszy człowiek... (Nagłym ruchem otarł kącik oka). Oczywiście, pan wie, gdzie go znaleźć.

— Byle kto potrafi mnie objaśnić, przypuszczam. W Neapolu każdy go zna.

— Z pewnością! Ale nie ma pan chyba zamiaru wtajemniczać całego Neapolu w swoją wizytę. Niepodobna zresztą, aby pana powiadomiono o jego udziale w... tym, co wiemy, i aby może powierzono panu jakieś poselstwo, nie pouczywszy pana równocześnie o sposobie dostania się do kardynała.

— Daruje pan... — rzekł nieśmiało Fleurissoire, któremu Arnika nie przesłała żadnej w tej mierze wskazówki.

— Jak to! Pan miał zamiar po prostu tak udać się do niego? Może do konsystorza181! — ksiądz zaczął się śmiać. — I wygarnąć mu wszystko bez ogródek!

— Wyznaję, że...

— Ale czy pan wie, drogi panie — odparł tamten surowym tonem — czy pan wie, że pan narażał go na to, że jego samego mogą uwięzić?

Ksiądz zdradzał niezadowolenie tak żywe, że Fleurissoire nie śmiał mówić.

— Sprawa tak poważna, powierzona ludziom tak lekkomyślnym! — mruczał Protos, który wyjął z kieszeni koniec różańca, potem schował go, potem przeżegnał się gorączkowo, potem zwracając się do towarzysza, rzekł:

— Ależ wreszcie, proszę pana, kto pana prosił o to, aby się pan mieszał w tę sprawę? Od kogo ma pan instrukcje?

— Przepraszam, ojcze, nie dostałem instrukcji od nikogo, jestem biedna dusza pełna niepokoju, która szuka na własną rękę.

Te pokorne słowa rozbroiły widocznie księdza; wyciągnął do Amedeusza rękę.

— Mówiłem do pana szorstko... ale bo też otaczają nas takie niebezpieczeństwa! — Po czym, po krótkim wahaniu: — Ot, wiesz pan! Czy chce pan jechać ze mną jutro? Pójdziemy razem do mego przyjaciela... — I podnosząc oczy do nieba, dodał skupionym tonem: — Tak, śmiem go nazwać swoim przyjacielem. Siądźmy na chwilę na tej ławce. Napiszę słówko, które podpiszemy obaj, uprzedzimy go o swojej wizycie. Skoro wrzucimy na poczcie przed szóstą (przed osiemnastą, jak to oni tu mówią), dostanie jutro rano i będzie gotów przyjąć nas koło południa; nawet z pewnością będziemy z nim mogli zjeść śniadanie.

Siedli. Protos wyjął z kieszeni notatnik i na czystej kartce papieru zaczął pod osłupiałym wzrokiem Amedeusza:

Mój stary...

Po czym, ubawiony zdumieniem towarzysza, uśmiechnął się bardzo spokojnie:

— Zatem pan, gdyby panu pozwolić, byłby napisał jako do kardynała?

I przyjaźniejszym tonem raczył objaśnić Amedeusza. Raz na tydzień kardynał San-Felice opuszcza potajemnie konsystorz w stroju prostego księdza, staje się kapelanem Bardolotti, udaje się na stoki Vomero i w skromnej willi przyjmuje paru bliskich oraz sekretne listy, jakie wtajemniczeni adresują doń pod tym fałszywym nazwiskiem. Ale nawet pod tym grubym przebraniem nie czuje się bezpieczny; nie jest bardzo pewny, czy owych listów, które dochodzą doń przez pocztę, ktoś nie otwiera, toteż błaga, aby nie pisać w liście nic podejrzanego, aby w tonie nic nie zdradziło jego dostojeństwa, nie oddychało w najlżejszej mierze szacunkiem.

Teraz, kiedy już znał sekret, Amedeusz uśmiechnął się również.

— „Mój stary...” No i co, cóż my powiemy temu kochanemu chłopu? — żartował ksiądz, wahająco trzymając ołówek. — A! „Przywożę ci tęgiego182 zucha”. (Owszem, owszem zostaw pan: ja wiem, jakiego tonu trzeba!) „Wyjmij butelczynę falerna183 albo dwie, jutro przybędziemy wydoić je razem. Pofiglujemy sobie”. O, niech pan też podpisze.

— Lepiej byłoby może, żebym nie kładł prawdziwego nazwiska.

— Pańskie nazwisko nie ma tu znaczenia — rzekł Protos, który obok nazwiska Fleurissoire napisał: „Cave”.

— Och, bardzo sprytnie!

— Co? To pana dziwi, że ja podpisuję tym nazwiskiem: „Cave”? Pan masz w głowie tylko lochy Watykanu184. Dowiedz się, dobry panie Fleurissoire, że Cave to jest słowo łacińskie, które znaczy: „Strzeż się!

Wszystko to było powiedziane tonem tak despotycznym i niezwykłym, że biedny Amedeusz uczuł dreszcz w krzyżach. Trwało to tylko chwilę, ksiądz Cave już odzyskał poprzednią uprzejmość. Podając Amedeuszowi kopertę, na której napisał sekretny adres kardynała, rzekł:

— Zechce pan sam wrzucić na poczcie, to będzie roztropniej; listy księży otwierają. A teraz, rozstańmy się: nie trzeba, aby nas widziano razem. Umówimy się, że się spotkamy jutro rano w pociągu do Neapolu siódma trzydzieści. Trzecia klasa, nieprawdaż? Oczywiście, ja nie będę w tym stroju (co za pomysł!). Odnajdzie mnie pan jako prostego kalabryjskiego wieśniaka. (To z przyczyny moich włosów, których nie chciałbym musieć strzyc). Do widzenia! Do widzenia!

Oddalił się, dając znaki ręką.

— Błogosławione niech będzie niebo, że mi dało spotkać tego zacnego księdza — szeptał, oddalając się Fleurissoire. — Bez niego cóż bym począł!

A Protos odchodząc, mruczał:

— Damy ci kardynała!... Ta bestia, gdyby go zostawić samemu sobie, gotów byłby trafić do prawdziwego!