V
Ponieważ Fleurissoire skarżył się na zmęczenie, Karola pozwoliła mu tej nocy spać, mimo sympatii, jaką dlań żywiła, oraz miłosiernej tkliwości, jaka ją przejęła od chwili, gdy jej Amedeusz wyznał swój brak doświadczenia w sprawach miłości. Spał bodaj tyle, ile mu pozwoliło nieznośne swędzenie całego ciała od mnogości ukąszeń tak pcheł, jak moskitów.
— Źle robisz, że się drapiesz! — rzekła doń nazajutrz rano. — Drażnisz skórę. Och, jakie to rozognione! — I dotykała pryszcza na brodzie. Potem, kiedy Fleurissoire gotował się do wyjścia: — Masz, weź to na pamiątkę ode mnie — i wpięła w mankiety „pielgrzyma” owe dziwaczne klejnoty, które gniewały Protosa. Amedeusz przyrzekł wrócić tegoż samego wieczora, a najpóźniej nazajutrz.
— Przysięgasz mi, że mu nie zrobisz nic złego — mówiła Karola w chwilę później do Protosa, kiedy już przebrany przechodził przez tajne drzwiczki; i ponieważ już było późno — ile że czekał ze zjawieniem się, aż Fleurissoire wyjdzie — musiał jechać fiakrem na dworzec.
W swojej nowej postaci, w kamizeli, w ciemnych portkach, w sandałach zasznurowanych na niebieskich pończochach, w rudym kapeluszu z płaskim rondem, trzeba przyznać, że wyglądał mniej na księdza, ile na skończonego bandytę z Abruzzów185.
Fleurissoire, przechadzający się koło pociągu, wahał się, czy ma go poznać, kiedy go ujrzał, jak się zbliża z palcem na ustach niby święty Piotr Męczennik186, a potem przechodzi, udając, że nic nie widzi, i znika w wagonie na przedzie. Ale po chwili zjawił się w drzwiach wagonu i patrząc w kierunku Amedeusza z przymrużonym okiem, dał mu lekki znak, aby się zbliżył; kiedy zaś ów gotował się wsiąść, szepnął:
— Zechciej się pan upewnić, czy nie ma nikogo obok.
Nie było nikogo, a przedział był na samym końcu wagonu.
— Szedłem za panem z daleka przez ulicę, ale nie chciałem do pana podchodzić z obawy, aby nas nie ujrzano razem.
— Jakim cudem nie widziałem pana? — odrzekł Fleurissoire. — Odwracałem się kilka razy, właśnie aby się upewnić, czy ktoś nie idzie za mną. Pańskie wczorajsze słowa pogrążyły mnie w takim niepokoju! Widzę wszędzie szpiegów.
— Poznać to, niestety, aż nadto. Czy pan myśli, że to jest naturalne obracać się co dwadzieścia kroków?
— Jak to, doprawdy wyglądałem na...
— Człowieka, który coś podejrzewa. Niestety, powiedzmy otwarcie: który coś podejrzewa. Mina kompromitująca w najwyższym stopniu.
— I z tym wszystkim nawet nie zdołałem zauważyć, że pan szedł za mną!... W zamian za to, od czasu naszej rozmowy, każdy spotkany przechodzień wydaje mi się jakiś niepewny. Niepokoję się, kiedy na mnie patrzą, a kiedy nie patrzą, mam wrażenie, iż oni umyślnie udają, że mnie nie widzą. Nie zdawałem sobie sprawy, jak rzadko usprawiedliwiona jest obecność człowieka na ulicy. Nie ma ani czterech ludzi na dwunastu spotkanych, których zatrudnienie biłoby w oczy. Och, muszę przyznać, że pan mi zabił tęgiego ćwieka! Rozumie pan: dla duszy raczej wierzącej, jak moja, nieufność nie jest rzeczą łatwą: trzeba się jej uczyć...
— Ba, nauczy się pan, i to rychło: zobaczy pan, po pewnym upływie czasu to się staje przyzwyczajeniem. Niestety, musiałem nabrać tego przyzwyczajenia... najważniejsze jest zachować wesołą minę. A, dla pańskiej nauki: kiedy pan się boisz, że ktoś idzie za tobą, nie odwracaj się pan: po prostu upuść na ziemię laskę albo parasol (wedle tego, jaka jest pogoda), albo też chustkę i podnosząc przedmiot ze spuszczoną głową, spojrzyj między nogami za siebie naturalnym ruchem. Radzę panu ćwiczyć się w tym. Ale niech mi pan powie, jak się panu wydaję w tym stroju? Boję się, że ksiądz prześwieca miejscami.
— Niech się pan uspokoi — rzekł naiwnie Fleurissoire — nikt prócz mnie, jestem pewny, nie zgadłby kim pan jest. — Po czym, patrząc nań życzliwie, z głową nieco pochyloną: — Oczywiście, przyglądając się bacznie, odnajduję pod pańskim przebraniem coś duchownego; wyczuwam pod jowialnością pańskiego tonu niepokój, który dręczy nas obu; ale jakiegoż panowania nad sobą trzeba, aby go okazać tak mało! Co do mnie, widzę to dobrze, muszę bardzo jeszcze pracować; pańskie rady...
— Co za oryginalne spinki pan ma — przerwał ubawiony Protos, poznając na Amedeuszu spinki Karoli.
— To podarek — odparł tamten, rumieniąc się.
Był straszliwy upał. Protos, wyglądając oknem, rzekł:
— Monte Cassino187. Widzi pan tam, na górze, słynny klasztor?
— Owszem, widzę — odparł Fleurissoire z roztargnieniem.
— Nie jest pan, jak uważam, zbyt wrażliwy na pejzaże.
— Ależ tak, ależ tak — zarzekał się Fleurissoire — jestem wrażliwy. Ale jak pan chce, żebym się czymś interesował, dopóki będzie trwał mój niepokój? To tak, jak te zabytki w Rzymie; nic nie widziałem, nie próbowałem nawet coś zobaczyć.
— Jak ja pana rozumiem! — rzekł Protos. — I ja tak samo. Mówiłem panu, od czasu jak jestem w Rzymie, spędziłem czas między Watykanem a zamkiem Świętego Anioła.
— To szkoda... Ale pan już znał Rzym.
Tak rozmawiali nasi podróżni.
W Casercie188 wysiedli, każdy na swoją rękę poszedł zjeść nieco wędliny i napić się czegoś.
— Tak samo w Neapolu — rzekł Protos — kiedy się zbliżymy do jego willi, rozdzielimy się, jeśli pan pozwoli. Pan będzie szedł za mną z dala; że zaś będzie mi trzeba nieco czasu, zwłaszcza o ile nie będzie sam, aby mu wytłumaczyć, kto pan jest i w jakim celu przybywasz, wejdzie pan dopiero w kwadrans po mnie.
— Skorzystam z tego, aby się ogolić. Nie miałem czasu rano.
Tramwaj zawiózł ich na piazza Dante.
— A teraz rozstańmy się — rzekł Protos. — Droga jest jeszcze dosyć długa, ale to lepiej. Idź pan o pięćdziesiąt kroków z tyłu i nie patrz cały czas na mnie tak, jakbyś się bał mnie zgubić, nie odwracaj się również, ściągnąłbyś na siebie szpicla. Miej minę wesołą.
Ruszył przodem. Fleurissoire ze spuszczonymi oczami szedł za nim. Ulica była wąska i stroma, słońce piekło, pot lał się z niego, kipiący tłum popychał, ryczał, gestykulował, śpiewał, oszołamiał Amedeusza. Przed katarynką tańczyło dwoje dzieci. Dokoła wielkiego oskubanego indora, którego podnosił w górę jakiś linoskoczek, zorganizowano doraźną loterię po dwa soldy189 bilet. Dla większej naturalności Protos, przechodząc, wziął bilet i znikł w tłumie. Nie mogąc się przecisnąć, Fleurissoire myślał przez chwilę na dobre, że zgubił towarzysza, potem odnalazł go, minąwszy ciżbę, i ujrzał go, jak szedł wolnymi krokami pod górę, unosząc pod pachą indora.
W końcu domy stawały się rzadsze, niższe, ulice mniej ludne. Protos zwolnił kroku. Zatrzymał się przed kramem balwierza i zwróciwszy się do Amedeusza, mrugnął; po czym, o dwadzieścia kroków dalej, zatrzymał się znów przed niską bramą i zadzwonił.
Wystawa balwierza nie była zbyt pociągająca, ale wskazując ten sklep, ksiądz Cave miał z pewnością swoje racje; Fleurissoire musiałby zresztą wracać spory kawał wstecz, aby znaleźć innego golarza, z pewnością budzącego nie więcej zaufania. Z powodu szalonego upału drzwi były otwarte, grube perkalowe firanki zatrzymywały muchy i przepuszczały powietrze; podnosiło się je, aby wejść; Fleurissoire wszedł.
Rzecz jasna, że musiał być doświadczonym człowiekiem balwierz, który namydliwszy Amedeusza, ostrożnie rogiem ręcznika odgarnął pianę i wydobył na światło zaczerwieniony pryszczyk, wskazany mu nieśmiało przez klienta. O senności, o upalne odrętwienie tego małego, spokojnego kramiku! Z głową wstecz, na wpół leżąc w skórzanym fotelu, Amedeusz wypoczywał. Och, zapomnieć bodaj na krótką chwilę, nie myśleć już o papieżu, o mustykach, o Karoli! Myśleć, że się jest w Pau, przy Arnice; myśleć, że się jest gdzie indziej, nie wiedzieć już, gdzie się jest!... Zamknął oczy, po czym, otwierając je trochę, widział na ścianie, niby we śnie, na wprost siebie, kobietę z rozpuszczonymi włosami, poczętą z neapolitańskiego morza i wynoszącą z głębi wód, wraz z rozkosznym uczuciem chłodu, błyszczący flakon płynu na porost włosów. Pod tym anonsem inne flakony stały na marmurowej płycie rzędem obok laseczki fiksatuaru190, puszku do pudru, kleszczy do wyrywania zębów, grzebienia, lancetu, słoika pomady. Dalej słój, w którym pływało leniwie parę pijawek; drugi słój, który zawierał zwoje tasiemca; trzeci wreszcie bez przykrywki, do połowy napełniony gęstą substancją; na przezroczystym krysztale tego słoja widniała etykieta z fantazyjnym napisem wielkimi literami: Antyseptyk.
Teraz balwierz — aby dopełnić w całej doskonałości swego dzieła — rozpościerał na nowo na ogolonej już twarzy tłustą pianę i ostrzem drugiej brzytwy, którą przeciągnął na swojej wilgotnej dłoni, wygalał. Amedeusz, nie myślał już o tym, że go oczekiwano, nie myślał, że trzeba iść, zasypiał... Naraz jakiś Sycylijczyk wszedł do sklepu, mącąc donośnym głosem ten spokój; balwierz, wdawszy się w rozmowę, zaczął golić z roztargnieniem i szerokim pociągnięciem brzytwy, trach! przeciął pryszczyk.
Amedeusz wydał krzyk, sięgnął ręką do ranki, gdzie perliła się kropla krwi.
— Niente! Niente!191 — rzekł balwierz, przytrzymując mu rękę; po czym sięgnął do szuflady, wyjął spory kawał żółtej waty, którą zmaczał w antyseptyku i przyłożył na bolesne miejsce.
Nie troszcząc się już o to, czy zwraca uwagę przechodniów, dokąd pobiegł Fleurissoire, wracając ku miastu? Do pierwszej napotkanej apteki: wchodzi, pokazuje ranę. Mistrz sztuki aptekarskiej, zielonkawy starzec o niezdrowym wyglądzie, uśmiecha się, wyjmując ze szkatułki krążek kitajki192, przeciąga po nim swoim szerokim językiem i...
Wypadając ze sklepu, Fleurissoire splunął ze wstrętu, zerwał lepką kitajkę i ściskając w dwóch palcach pryszcz, wycisnął zeń możliwie najwięcej krwi. Po czym, zwilżywszy chustkę śliną (tym razem własną śliną), potarł pryszcz. Potem spojrzał na zegarek, przestraszył się, pobiegł pędem i dotarł do drzwi kardynała, pocąc się, sapiąc, krwawiąc, z twarzą nabiegłą krwią i z kwadransem opóźnienia.