VI
Tego samego dnia wieczorny pociąg przywiózł z Mediolanu państwa Antymów. Ponieważ jechali trzecią klasą, dopiero po przybyciu ujrzeli hrabinę de Baraglioul i jej starszą córkę, których przywiózł z Paryża sleeping car255 tego samego pociągu.
Na kilka godzin przed żałobną depeszą hrabina otrzymała list od męża. Hrabia opowiadał wymownie o wielkiej przyjemności, jaką mu sprawiło niespodziane spotkanie się z Lafcadiem; oczywiście, nie było tam najmniejszej aluzji do owego półbraterstwa, które w oczach Juliusa stroiło w tak perwersyjny urok młodego człowieka. Julius, wierny rozkazowi ojca, nie wyjaśnił sytuacji żonie, tak samo jak nie wyjaśnił jej z Lafcadiem. Ale pewne aluzje, pewne niedomówienia dostatecznie objaśniły hrabinę; a nawet nie jestem bardzo pewny, czy Julius, któremu brakło rozrywek w mieszczańskim trybie jego życia, nie zrobił sobie zabawy z tego, aby krążyć dokoła skandalu i opalać sobie o niego palce. Tak samo nie jestem pewny, czy obecność Lafcadia w Rzymie, nadzieja ujrzenia go, nie odegrała pewnej, może znacznej roli w postanowieniu Genowefy, która zdecydowała się towarzyszyć matce.
Julius wyszedł po panie na kolej. Zabrał je szybko do Grand Hotelu, pożegnawszy się prawie natychmiast z Antymami, których miał spotkać nazajutrz w orszaku żałobnym. Ci udali się na via di Bocca di Leone, do hotelu, gdzie zajechali podczas pierwszego swojego pobytu.
Małgorzata przywiozła powieściopisarzowi dobre nowiny: jego wybór nie przedstawiał już żadnych wątpliwości; przedwczoraj kardynał André zawiadomił ją nieoficjalnie, iż kandydat nie potrzebuje nawet powtarzać swoich wizyt; Akademia przychodzi do niego sama, z otwartymi ramionami; czekają na niego.
— Sam widzisz! — mówiła Małgorzata. — Co ja ci mówiłam w Paryżu? Wszystko przychodzi na czas. Na tym świecie wystarczy umieć czekać.
— I nie zmieniać się — odparł z namaszczeniem Julius, niosąc rękę małżonki do ust i nie widząc, że wlepione weń spojrzenie córki nabrzmiewa wzgardą. — Wierny tobie, swoim myślom, swoim zasadom. Wytrwałość jest najkonieczniejszą cnotą.
Już oddalało się od niego wspomnienie jego najnowszego skrętu, oddalała się wszelka myśl inna niż prawomyślna, wszelki inny projekt niż obyczajny. Uświadomiony obecnie, odnalazł się bez wysiłku. Podziwiał tę subtelną konsekwencję, mocą której duch jego zboczył na chwilę z drogi. To nie on się zmienił, to papież.
„Przeciwnie, co za stałość mojej myśli — powiadał sobie — co za logika! Najtrudniejsze to wiedzieć, czego się trzymać. Biedny Fleurissoire przypłacił życiem to, że zajrzał za kulisy. Najprostsze — kiedy się jest prostym człowiekiem — to trzymać się tego, co się wie. Ten wstrętny sekret zabił go. Świadomość wzmacnia jedynie silnych... Mniejsza! Szczęśliwy jestem, że Karola uprzedziła policję; to mi pozwoli dumać swobodniej... Bądź co bądź, gdyby Antym wiedział, że nie prawdziwemu Ojcu Świętemu zawdzięcza swoje niedole i swoje wygnanie, co by to była za pociecha dla tego biedaka! Co za pokrzepienie w wierze! Co za ulga!... Jutro po pogrzebie pomówię z nim”.
Pogrzeb ten nie ściągnął tłumów. Trzy powozy jechały za karawanem. Padał deszcz. W pierwszym powozie Blafaphas jako przyjaciel towarzyszył Arnice (skoro się żałoba skończy, ożeni się z nią z pewnością). Oboje wyjechali z Pau przedwczoraj. Opuścić wdowę w jej zgryzocie, pozwolić samej podjąć tę długą podróż, tej myśli Blafaphas nie mógł nawet znieść! Ludzkie języki! Mimo że nie należy do rodziny, Blafaphas przywdział żałobę; któryż krewny mógłby się równać z takim przyjacielem! Ale przybyli do Rzymu zaledwie od kilku godzin, przegapiwszy jakieś połączenie.
W ostatnim powozie siedziała pani Armand-Dubois z hrabiną i jej córką; w drugim hrabia z Antymem Armand-Dubois.
Nad grobem Amedeusza nikt nie czynił żadnych aluzji do jego nieszczęśliwej przygody. Ale wracając z cmentarza, Julius de Baraglioul, znalazłszy się na nowo sam z Antymem, zaczął:
— Przyrzekłem ci interweniować w twojej sprawie u Ojca Świętego.
— Bóg mi świadkiem, że cię o to nie prosiłem.
— To prawda; oburzony nędzą, w jakiej cię zostawił Kościół, słuchałem jedynie głosu własnego serca.
— Bóg mi świadkiem, żem się nie skarżył.
— Wiem!... Wiem!... Dosyć mnie nairytowałeś swoją rezygnacją! A nawet, skoro do tego wracamy, powiem ci, drogi Antymie, że mniej w tym widzę świętości niż dumy i że, kiedym cię widział ostatni raz w Mediolanie, nadmiar tej rezygnacji wydał mi się o wiele bliższy buntu niż prawdziwej pobożności. Po prostu uczułem się zaniepokojony w mojej wierze. Bóg nie żądał od ciebie aż tyle, u diabła! Mówmy szczerze: twoje zachowanie się raziło mnie.
— Twoje, mogę ci również wyznać, zasmuciło mnie, mój bracie. Czyż nie ty właśnie zagrzewałeś mnie do buntu!...
Julius podniecony odparł:
— Dostatecznie stwierdziłem to sam i pokazałem to drugim w całym ciągu swojej kariery, że można być doskonałym chrześcijaninem, nie lekceważąc zarazem godziwych korzyści związanych z pozycją, w jakiej Bogu spodobało się nas pomieścić. Twojemu zachowaniu się zarzucałem właśnie to, że przez swoją afektację siliło się jak gdyby zawstydzić mnie.
— Bóg mi świadkiem, że...
— Ech! Nie zaklinaj się ciągle! — przerwał znów Julius. — Bóg nie ma tu nic do roboty. Kiedy ci mówię, że twoja postawa była bliska buntu... rozumiem przez to: mojego buntu; i to właśnie ci zarzucam: to znaczy, że znosząc pokornie niesprawiedliwość, pozwalasz innym buntować się za ciebie. Bo ja nie dopuszczałem, aby Kościół mógł nie być w porządku, a twoje zachowanie się mimo przeciwnych pozorów zawierało właśnie krytykę Kościoła. Postanowiłem tedy poskarżyć się za ciebie. Ujrzysz niebawem, jak bardzo miałem rację się oburzać.
Julius, którego czoło okryło się potem, ułożył cylinder na kolanach.
— Może okno otworzyć?
I Antym spuścił uprzejmie szybę po swej stronie.
— Znalazłszy się tedy w Rzymie — podjął Julius — postarałem się o audiencję. Użyczono mi jej. Osobliwy sukces miał uwieńczyć moje kroki.
— A! — rzekł obojętnie Antym.
— Tak, drogi bracie. Bo o ile nie uzyskałem faktycznie nic z tego, o co miałem prosić, wyniosłem przynajmniej z mojej audiencji pewność... stawiającą naszego Ojca Świętego poza wszelkimi zelżywymi przypuszczeniami, jakie tworzyliśmy pod jego adresem.
— Bóg mi świadkiem, że nigdy nie postało mi w głowie nic zelżywego dla Ojca Świętego.
— Ale mnie postało za ciebie. Widziałem twoją krzywdę, oburzałem się.
— Do rzeczy, szwagrze. Czy widziałeś papieża?
— Otóż nie! Nie widziałem papieża — wybuchnął wreszcie Julius — natomiast posiadłem tajemnicę, tajemnicę wątpliwą zrazu, ale która niebawem, przez śmierć naszego drogiego Amedeusza, miała znaleźć nagłe potwierdzenie; sekret straszliwy, zdumiewający, ale w którym twoja wiara, drogi Antymie, będzie mogła zaczerpnąć otuchę. Wiedz tedy, że papież nie jest winien niesprawiedliwości, której padłeś ofiarą.
— Nigdy o tym nie wątpiłem.
— Antymie, słuchaj mnie dobrze. Nie widziałem papieża, bo nikt nie może go widzieć. Ten, który obecnie siedzi na tronie apostolskim, którego Kościół słucha i który ogłasza wyroki; ten, z którym mówiłem, słowem, papież, którego się ogląda w Watykanie, papież, którego widziałem, nie jest prawdziwy.
Na te słowa Antym zaczął się trząść od potężnego śmiechu.
— Śmiej się, śmiej — odparł Julius urażony. — Ja też śmiałem się zrazu. Gdybym się był mniej śmiał, nie zamordowano by Amedeusza. Och, święty nasz przyjaciel! Serdeczna ofiara!...
Głos Juliusa zamarł w łkaniu.
— Powiedz no? Czy to jest serio to, co mi tu bajesz?... Och!... och!... och!... — wołał Armand-Dubois, którego patos Juliusa niepokoił. — Bo, koniec końców, trzeba by wiedzieć...
— Dlatego że chciał wiedzieć, Amedeusz zginął.
— Bo, ostatecznie, jeżeli ja plunąłem na swój majątek, na swoje stanowisko, na swoją wiedzę, jeżelim się zgodził, aby ze mnie zadrwiono... — ciągnął Antym, coraz bardziej podniecony.
— Powiedziałem ci: za wszystko to prawdziwy w niczym nie odpowiada; ten, który z ciebie zadrwił, to kukła Kwirynału.
— Mam wierzyć w to, co mi powiadasz?
— Jeżeli mnie nie wierzysz, uwierz temu biednemu męczennikowi.
Obaj jechali jakiś czas w milczeniu. Przestało padać; promień przedarł się przez chmurę. Wśród lekkich wstrząśnień powóz wjeżdżał do Rzymu.
— W takim razie wiem, co mi pozostaje — odparł Antym stanowczym głosem. — Ja was urządzę!
Julius wzdrygnął się.
— Drogi Antymie, niepokoisz mnie. Ani chybi narazisz się na klątwę.
— Czyją? Jeżeli to fałszywy papież, mam to w...
— A ja myślałem, że tym sekretem wleję w twoje serce nieco pociechy — rzekł Julius wstrząśnięty.
— Żartujesz? A kto mi ręczy, czy Fleurissoire, przybywszy do Raju, nie odkryje także, że jego Pan Bóg też nie był prawdziwy?
— Słuchaj, drogi Antymie, ty bredzisz! Jak gdyby mogło być dwóch! Jak gdyby mógł być inny.
— Słuchaj! Tobie dobrze mówić, który dla Niego nic nie porzuciłeś; ty, któremu wszystko — prawdziwe czy fałszywe — wychodzi na korzyść... Ech, zatrzymaj powóz, trzeba mi powietrza!
Wychylając się z powozu, dotknął laską ramienia woźnicy i kazał zatrzymać. Julius chciał wysiąść razem z nim.
— Nie! Zostaw mnie. Usłyszałem już dość, aby wiedzieć, co robić. Zachowaj resztę do swojej powieści. Co do mnie, piszę jeszcze dziś do Wielkiego Mistrza Zakonu256 i od jutra podejmuję swoje kroniki naukowe w „Dépêche”. Pobawimy się.
— Jak to! Ty kulejesz? — rzekł Julius zdziwiony, widząc, że Antym na nowo utyka.
— Tak, od kilku dni wróciły mi dawne bóle.
— A! Teraz wszystko jest jasne! — rzekł Julius, który nie patrząc za oddalającym się, cofnął się w głąb powozu.