VII

Czy Protos miał zamiar wydać Lafcadia policji, jak mu tym groził?

Nie wiem: wypadki dowiodły zresztą, że nie miał on pomiędzy panami z policji samych przyjaciół. Uprzedzeni poprzedniego dnia przez Karolę, zastawili na vicolo dei Vecchierelli pułapkę; znali od dawna dom i wiedzieli, że najwyższe piętro posiada łatwą komunikację z domem sąsiednim, którego wyjście również obstawili.

Protos nie lękał się szpiclów; oskarżenie nie było mu groźne, aparat sprawiedliwości też nie; wiedział, że niełatwo mu czegoś dowieść, nie miał na sumieniu żadnej konkretnej zbrodni, same przestępstwa tak drobne, że umykały dowodom. Toteż nie przeraził się zbytnio, kiedy zrozumiał, że jest osaczony, a zrozumiał to bardzo szybko, mając osobliwy węch w rozpoznawaniu szpiclów pod wszelkim przebraniem.

Zaledwie nieco zmieszany, zamknął się zrazu w pokoju Karoli, czekając na jej powrót. Nie widział Karoli od czasu zamordowania Amedeusza; pragnął poprosić jej o radę i zostawić niektóre wskazówki w razie prawdopodobnej blokady.

Tymczasem Karola, posłuszna woli Juliusa, nie pojawiła się na cmentarzu; nikt nie widział, że ukryta za mauzoleum asystowała pod parasolem z daleka smutnej ceremonii. Czekała cierpliwie, pokornie, aż pobliże świeżego grobu opustoszeje; ujrzała tworzący się orszak, Juliusa odchodzącego z Antymem, powozy oddalające się w drobnym deszczyku. Wówczas zbliżyła się do grobu, wyjęła spod stanika wielki bukiet astrów i złożyła go z boku, z dala od bukietów rodziny; po czym stała długo na deszczu, nie patrząc na nic, nie myśląc o niczym i płacząc w braku modlitwy.

Kiedy wróciła na vicolo dei Vecchierelli, poznała na progu dwie niezwykłe figury, ale nie zrozumiała, czemu dom jest strzeżony. Pilno jej było ujrzeć Protosa; nie wątpiąc, że on jest mordercą, nienawidziła go teraz...

W kilka chwil później policja przybiegła na jej krzyki; za późno, niestety! Wściekły, że go wydała, Protos udusił Karolę.

To się działo około południa. Wieczorne dzienniki już podały tę wiadomość; że zaś znaleziono przy Protosie wykrój skórki z kapelusza, podwójna jego wina nie ulegała dla nikogo wątpliwości.

Tymczasem Lafcadio żył do wieczora w stanie mętnego oczekiwania czy obawy, może nie policji, którą zagroził mu Protos, ale samego Protosa lub nie wiadomo czego, przed czym nie starał się już bronić. Owładnęło nim niezrozumiałe odrętwienie, które było może tylko zmęczeniem; dał za wygraną.

Poprzedniego dnia widział Juliusa tylko chwilę, kiedy ten, po przybyciu neapolitańskiego pociągu, zgłosił się po ciało; potem długo chodził na oślep po mieście, aby znużyć rozpacz, jaką po owej rozmowie w wagonie pozostawiło mu uczucie własnej zależności.

Mimo to wiadomość o aresztowaniu Protosa nie przyniosła Lafcadiowi ulgi, jakiej by mógł się spodziewać. Można by rzec, że uczuł zawód. Dziwny człowiek! Im bardziej stanowczo odtrącił wszelką materialną korzyść zbrodni, tym bardziej nierad był się wyzuć z jakiegokolwiek ryzyka tej partii. Nie uznawał, aby mogła skończyć się tak prędko. Chętnie — jak to niegdyś czynił w szachach — dałby wieżę for przeciwnikowi; i, jak gdyby wypadki zapewniały mu nagle zbyt łatwą wygraną i pozbawiały całą grę uroku, czuł, że nie będzie miał spokoju, o ile dalej nie posunie wyzwania.

Zjadł obiad w sąsiedniej trattoria257, aby nie musieć się ubierać we frak. Wkrótce potem, wróciwszy do hotelu, ujrzał przez oszklone drzwi restauracji hrabiego siedzącego przy stole w towarzystwie żony i córki. Uderzyła go piękność Genowefy, której nie widział od pierwszej wizyty. Siedział długo w palarni, czekając końca obiadu, kiedy mu dano znać, że hrabia wrócił do swego pokoju i że go oczekuje.

Wszedł. Julius de Baraglioul był sam; zdjął frak i włożył marynarkę.

— No i co, morderca jest pod kluczem — rzekł, podając mu rękę.

Ale Lafcadio nie ujął tej ręki. Stał we wnęce drzwi.

— Jaki morderca? — spytał.

— Morderca mojego szwagra, u licha!

— Morderca pańskiego szwagra to ja.

Powiedział to bez drżenia, nie zmieniając tonu, nie zniżając głosu, bez gestu, w sposób tak naturalny, że Julius nie od razu zrozumiał. Lafcadio musiał powtórzyć.

— Nie zaaresztowano, powiadam panu, mordercy pańskiego szwagra, z tej prostej przyczyny, że morderca pańskiego szwagra to ja.

Gdyby Lafcadio miał wygląd srogi, może Julius byłby się zląkł; ale wyraz jego twarzy był dziecinny. Wydawał się nawet jeszcze młodszy niż za pierwszym razem, kiedy go spotkał Julius; spojrzenie jego było równie jasne, głos równie czysty. Zamknął drzwi, ale stał oparty o nie. Julius osunął się na fotel koło stołu.

— Moje biedne dziecko! — rzekł zrazu. — Mów ciszej!... Co tobie się dzieje? Jakim cudem mógłbyś to zrobić?

Lafcadio spuścił głowę, już żałując tego, co powiedział.

— Czyż można wiedzieć? Zrobiłem to bardzo szybko, podczas gdy mi przyszła ochota to zrobić.

— Coś ty miał przeciw Amedeuszowi, temu zacnemu człowiekowi, tak pełnemu cnót?

— Nie wiem... Nie wyglądał szczęśliwie... Jak pan chce, abym panu wytłumaczył to, czego nie umiem wytłumaczyć samemu sobie?

Rosło między nimi przykre milczenie, które słowa ich przerywały nagłymi zrywami, po czym milczenie zamykało się jeszcze głębsze; wówczas słychać było fale banalnej muzyki neapolitańskiej płynące z wielkiego hotelowego hallu. Paznokciem małego palca — zaostrzonym i bardzo długim — Julius zdrapywał małą plamę stearyny na serwecie. Nagle spostrzegł, że ten piękny paznokieć jest złamany. Było to poprzeczne pęknięcie, które ćmiło w całej szerokości różową barwę kaboszona258. Jak się to stało? I jakim cudem zaraz tego nie spostrzegł? Jak bądź się rzeczy miały, zło było nie do naprawienia: nie pozostawało Juliusowi nic, jak tylko obciąć paznokieć. Odczuł to jako żywą przykrość, bo bardzo dbał o swoje ręce, a specjalnie o ten paznokieć, który wyhodował z wolna i który podkreślał wytworną linię palca. Nożyczki były w szufladzie toalety; Julius miał już wstać i iść po nie, ale trzeba by było przejść koło Lafcadia; pełen taktu, odłożył delikatną operację na później.

— I... co zamierzasz uczynić teraz? — rzekł.

— Nie wiem. Może oddać się w ręce policji. Zostawiam sobie noc do namysłu.

Julius opuścił rękę na fotel, patrzał przez chwilę na Lafcadia, po czym zniechęcony westchnął:

— A ja zaczynałem cię kochać!...

Było to powiedziane bez złej intencji. Lafcadio musiał to zrozumieć. Ale mimo iż nieświadome, słowa te były nie mniej okrutne i ugodziły go w serce. Podniósł głowę, tężąc się przeciw grozie, która mu nagle ścisnęła gardło. Popatrzał na Juliusa: „Czy to naprawdę ten, którego wczoraj czułem się prawie bratem?” — powiadał sobie. Wodził oczami po pokoju, w którym przedwczoraj, mimo swojej zbrodni, mógł rozmawiać tak wesoło; flakon wody kolońskiej stał jeszcze na stole, prawie pusty...

— Słuchaj, Lafcadio — podjął Julius — twoje położenie nie wydaje mi się całkiem stracone. Domniemany sprawca zbrodni...

— Tak, wiem, że go aresztowano — przerwał sucho Lafcadio. — Zatem pan mi radzi, abym pozwolił oskarżyć w swoje miejsce niewinnego?

— Ten, którego nazywasz niewinnym, zamordował właśnie kobietę, którą nawet znasz...

— To mi daje wolną rękę, nieprawdaż?

— Nie mówię ściśle tego, ale...

— Dodajmy, że to był właśnie jedyny człowiek, który mógł mnie zadenuncjować.

— Sam widzisz, że rzecz nie jest beznadziejna.

Julius wstał, skierował się do okna, poprawił fałdy portiery, wrócił, po czym pochylony naprzód, z rękami skrzyżowanymi na grzbiecie fotela, rzekł:

— Lafcadio, nie chciałbym cię wypuścić stąd bez jakiejś rady. Od ciebie jedynie zależy, jestem o tym przekonany, zostać znów uczciwym człowiekiem i zająć miejsce w społeczeństwie, o tyle przynajmniej, o ile urodzenie ci na to pozwala... Kościół przyjdzie ci z pomocą. No, chłopcze, trochę odwagi: idź się wyspowiadać.

Lafcadio nie mógł wstrzymać uśmiechu.

— Rozważę pańskie życzliwe słowa. — Zrobił krok naprzód, po czym dodał: — Bez wątpienia woli pan nie dotykać ręki mordercy. Ale chciałbym jednak podziękować panu za jego...

— Dobrze już, dobrze — rzekł Julius z serdecznym i odległym gestem. — Bądź zdrów, mój chłopcze. Nie śmiem ci powiedzieć: do widzenia. Jednakże, gdybyś w przyszłości...

— Na razie, nie ma mi pan nic do powiedzenia?

— Nic już na teraz.

— Żegnam pana.

Lafcadio skłonił się poważnie i wyszedł.

Wrócił do swego pokoju, o piętro wyżej. Na wpół rozebrany rzucił się na łóżko. Wieczór był bardzo gorący, noc nie przyniosła ochłody. Okno było na oścież otwarte, ale żaden podmuch nie wzruszał powietrza; dalekie kule elektryczne na placu Term259, od którego dzieliły hotel ogrody, napełniały pokój błękitnym i mętnym światłem, jakby płynącym z księżyca. Lafcadio chciał zebrać myśli, ale owładnęło nim dziwne odrętwienie; nie myślał ani o swojej zbrodni, ani o sposobach ocalenia się; próbował jedynie nie słyszeć już okrutnych słów Juliusa: „Zaczynałem cię kochać...” Jeżeli on nie kocha Juliusa, czyż te słowa warte są jego łez? Czy naprawdę dlatego płakał?... Noc była tak słodka... Miał uczucie, że wystarczyłoby mu tylko poddać się, aby umrzeć. Sięgnął do karafki z wodą przy łóżku, zmoczył chustkę i przyłożył ją na serce, które go bolało.

„Żaden napój tego świata nie orzeźwi już tego wyschłego serca!” — powiadał sobie, pozwalając łzom spływać aż na wargi, aby smakować ich gorycz. W uszach dźwięczały mu wiersze, które wyczytał nie wiadomo gdzie i których nie umiał sobie przypomnieć:

My heart aches: a drowsy numbness pains

My senses...260

Zasnął.

Czy on śni? Czy nie słyszał pukania do drzwi? Drzwi, których Lafcadio nigdy nie zamykał na noc, otwarły się cicho, aby przepuścić delikatny biały kształt posuwający się naprzód. Słyszy słabe wołanie:

— Lafcadio... czy jesteś tu, Lafcadio?

Na wpół uśpiony, Lafcadio poznaje jednakże ten głos. Ale czy jeszcze wątpi o realności tak uroczego zjawiska? Czy boi się, aby jedno słowo, jeden gest nie spłoszyły go?... Milczy.

Genowefa de Baraglioul, której pokój znajdował się obok pokoju ojca, słyszała mimo woli całą rozmowę między ojcem a Lafcadiem. Nieznośny lęk popchnął ją do pokoju młodego człowieka, a kiedy jej wołanie pozostało bez odpowiedzi, wówczas przekonana, że Lafcadio się zabił, rzuciła się w stronę łóżka i padła, szlochając, na kolana.

Podczas gdy tak klęczała, Lafcadio podniósł się, przechylił się ku niej, nie śmiejąc wszelako przyłożyć jeszcze warg do pięknego czoła błyszczącego w cieniu. Wówczas Genowefa uczuła, że cała jej wola zapada się; cofając wstecz to czoło, które już pieścił oddech Lafcadia, widząc obronę przed nim już tylko w nim samym, rzekła:

— Miej litość nade mną, przyjacielu mój!

Lafcadio opanował się natychmiast. Usuwając się od niej i odpychając ją równocześnie, szepnął:

— Niech pani wstanie, panno de Baraglioul! Niech pani wyjdzie! Ja nie jestem... ja nie mogę już być pani przyjacielem.

Genowefa wstała, ale nie odeszła od łóżka, gdzie znajdował się, na wpół leżąc, ten, którego miała za umarłego. Z tkliwością dotykając płonącego czoła Lafcadia, jakby dla upewnienia się, że on żyje, mówiła doń:

— Ależ, drogi, ja słyszałam wszystko, coś ty mówił ojcu. Czy nie rozumiesz, że ja dlatego przychodzę?

Podnosząc się nieco na łóżku, Lafcadio patrzał na nią. Rozplecione włosy spadały jej na ramiona, cała twarz była w cieniu, tak że nie widział wyraźnie jej oczu, ale czuł, że go obejmują spojrzeniem. Jak gdyby nie mogąc znieść słodyczy tego spojrzenia, ukrył twarz w dłoniach:

— Och, czemuż cię spotkałem tak późno! — jęknął. — Za coś ty mnie pokochała! Czemu tak mówisz, kiedy nie jestem już wolny ani godny twojej miłości!

Zaprzeczyła smutno:

— Do ciebie, Lafcadio, przychodzę, nie do innego. Do ciebie, zbrodniarza. Lafcadio! Ileż razy wymawiałam w westchnieniu twoje imię od owego pierwszego dnia, w którym ukazałeś mi się jako bohater, zanadto nawet zuchwały... Trzeba, abyś to wiedział teraz: w sekrecie przyrzekłam się tobie, od chwili gdy cię ujrzałam, jak się poświęcasz w sposób tak wspaniały. Cóż się stało od tego czasu? Czy to możebne, abyś ty zabił? Coś ty z siebie zrobił?

Lafcadio potrząsnął głową bez odpowiedzi. Ona mówiła:

— Czyż nie słyszałam z ust ojca, że tamtego uwięziono? Bandytę, który zabił... Lafcadio, póki jeszcze czas, uciekaj! Jedź, jeszcze tej nocy. Jedź!

Na to Lafcadio:

— Już nie mogę — szepnął.

Włosy Genowefy dotykały jego rąk; chwycił je, przycisnął namiętnie do oczu, do warg.

— Uciekać! Czy to ty mi radzisz? Ale gdzież ty chcesz, abym teraz uciekał? Gdybym nawet umknął policji, nie uciekłbym przed samym sobą... A przy tym ty byś mną gardziła, gdybym uciekł.

— Ja! Gardzić tobą, drogi mój...

— Żyłem nieświadomy; zabiłem jak we śnie; to koszmar, w którym od tego czasu szamocę się...

— Z którego ja cię chcę wyrwać! — krzyknęła.

— Po co mnie budzić, jeżeli mam się obudzić zbrodniarzem... — Chwycił ją za ramię: — Czy nie rozumiesz, że bezkarność budzi wstręt we mnie? Co mi zostaje teraz, jeśli nie oddać się w ich ręce, skoro wzejdzie dzień.

— Bogu trzeba ci się oddać, nie ludziom. Gdyby ojciec nie był ci już powiedział tego, ja bym ci powiedziała teraz: Lafcadio, rzeczą Kościoła jest wyznaczyć ci karę i pomóc ci odnaleźć spokój poprzez skruchę.

Genowefa ma rację i z pewnością Lafcadio nie miałby przed sobą nic lepszego niż to wygodne poddanie się; uczuje to prędzej lub później, i to, że inne wyjścia są zamknięte... Szkoda, że to ten flak Julius pierwszy mu to poradził!

— Co ty mi za lekcję recytujesz? — rzekł wrogo. — Czy to ty mówisz do mnie w ten sposób?

Puszcza ramię, które przytrzymywał, odpycha ją i podczas gdy Genowefa usuwa się, on czuje w sobie — wraz z mętną urazą do Juliusa — rosnącą potrzebę odwrócenia Genowefy od jej ojca, ściągnięcia jej niżej, bliżej siebie; spuściwszy oczy, ujrzał jej bose stopy w lekkich jedwabnych pantofelkach.

— Nie rozumiesz, że ja nie wyrzutów sumienia się boję, ale...

Wyszedł z łóżka; odwraca się od niej; idzie do otwartego okna; duszno mu; przyciska czoło do szyby, a płonące dłonie do chłodnego żelaza balkonu; chciałby zapomnieć, że ona jest tam, że on jest przy niej...

— Panno de Baraglioul, uczyniła pani dla zbrodniarza wszystko, na co młoda panna z dobrej rodziny może się ważyć; nawet trochę więcej; dziękuję pani z całego serca. Lepiej, aby mnie pani zostawiła teraz. Niech pani wraca do swego ojca, do swoich zwyczajów, do swoich obowiązków... Żegnam panią. Kto wie, czy panią ujrzę jeszcze kiedy? Pomyśl pani, że jeżeli się wydam jutro, to dlatego aby się czuć trochę mniej niegodnym uczucia, jakie mi pani okazuje. Pomyśl, że... Nie! Nie zbliżaj się... Czy myślisz, że uścisk dłoni wystarczyłby mi?

Genowefa stawiłaby czoło gniewowi ojca, opinii świata i jego wzgardzie, ale wobec tego lodowatego tonu Lafcadia jest bez siły. Czyż on nie rozumie, że skoro przyszła w ten sposób, w nocy, mówić z nim, wyznać mu swą miłość, i jej także nie brak zdecydowania ani odwagi, i że jej miłość warta jest może czegoś więcej niż podzięki?... Ale jak mu powiedzieć, że i ona także do tego dnia miotała się niby we śnie — we śnie, z którego wydzierała się chwilami jedynie w szpitalu, gdzie pośród biednych dzieci, opatrując ich prawdziwe rany, miała czasami uczucie, że ma wreszcie kontakt z jakąś realnością — w marnym śnie, w którym poruszali się koło niej rodzice i wznosiły się wszystkie mizerne konwencje ich świata, i że nie była zdolna brać serio ich gestów, tak samo jak ich poglądów, ambicji, zasad, tak samo jak ich osób. Cóż dziwnego, że Lafcadio nie wziął na serio Amedeusza Fleurissoire... Czy to możliwe, aby się tak rozstali? Miłość popycha Genowefę, rzuca ją ku niemu. Lafcadio chwyta ją, przyciska, okrywa jej blade czoło pocałunkami...

Tu zaczyna się nowa książka.

O, namacalna prawdo żądzy! Ty odpychasz w cień majaki mojej wyobraźni.

Opuścimy naszą parę kochanków w godzinie piania koguta, kiedy barwa, ciepło i życie święcą wreszcie tryumf nad nocą. Lafcadio podnosi się nad uśpioną Genowefą. Jednakże nie na piękną twarz kochanki, nie na czoło jej zwilżone potem, powieki z perłowej masy, gorące rozchylone wargi, doskonałe piersi, zmęczone członki, nie na to wszystko spogląda — ale przez szeroko otwarte okno patrzy na świt, w którym drży drzewo w ogrodzie.

Niedługo będzie już czas, aby go Genowefa opuściła; ale on czeka jeszcze; słucha, pochylony nad nią, poprzez jej lekki oddech, mętnego hałasu miasta, które już otrząsa się z odrętwienia. W oddali brzmi w koszarach pobudka. Jak to! Wyrzec się życia? Dla zdobycia szacunku Genowefy, którą ceni trochę mniej od czasu, jak ona kocha go trochę więcej, czyż Lafcadio myśli jeszcze o tym, aby się wydać?