Ciemności romantyczne

W historii różnych literatur mówi się o rewolucji romantycznej, mając na myśli jakiś utwór literacki, który ją sprawił, jak np. Zbójców Schillera, albo ostrą konfrontację idei literackich, jak ta np., któ­ra nastąpiła w Komedii Francuskiej na słynnej pre­mierze Hernaniego Wiktora Hugo8. Polska jest jedynym krajem, w którym rewolucja romantyczna miała przebieg zbrojny. Na premierę Hernaniego młodzi poeci, malarze, dziennikarze przyszli w fan­tastycznych strojach, uzbrojeni w lagi, i tłukli publiczność witającą gwizdami dzieło ich ukocha­nego mistrza. W Polsce młodzi poeci, malarze, dziennikarze przyszli na swą premierę uzbrojeni w karabiny i sztylety, a celem ich było zabicie rosyjskiego księcia, brata carskiego. Niemieccy wy­znawcy Schillera i francuscy Wiktora Hugo znali konsekwencje buntu, jaki podnosili: szło im o no­wą miarę piękna. Polscy zamachowcy konsekwen­cji tych nie znali, albowiem niepewni byli narodo­wej i politycznej sprawy, w imię której szli prze­lewać królewską krew. Szło im o nową miarę prawa, lecz nie wiedzieli jeszcze, gdzie jej szukać, albo­wiem narodzili się w monarchicznym świecie, a innego nie znali.

To wcale niełatwo pojąć. Jesteśmy mieszkańca­mi kontynentu, który ktoś — Apollinaire chyba — nazwał „wyspą wygnanych królów”. Tu i tam utrzy­ują się jeszcze te żywe zabytki dawnej przeszło­ści — monarchowie; kontrolowani przez parlamen­ty, podpatrywani przez opinię publiczną, pozba­wieni władzy, swobody ruchów, nawet nie bardzo bogaci, podobni są bardziej do więźniów stanu niż do władców. Druga wojna światowa wymiotła ich z Półwyspu Bałkańskiego i z Włoch; wojna pierw­sza z Europy wschodniej i środkowej. Zanim za­częto ich wyganiać, zabijano: polała się krew Habs­burgów, Romanowów, Georgiewiczów; począwszy od ostatniej ćwierci XIX wieku aż do wybuchu pierwszej wojny światowej monarchowie oraz członkowie ich rodzin nie byli pewni ani dnia, ani godziny. Terroryści z najróżniejszych organizacji tajnych rzucali bomby pod koła powozów, strzelali w teatrach, w salach wystawowych. W 1881 r. zgi­nął car Aleksander II9, w roku 1898 cesarzowa Austrii10; na terror zamachowców monarchie odpo­wiadały terrorem policyjnym. W miarę jak ten ostatni rozszerzał się i utwierdzał, łamiąc co­raz bardziej prawa obywatelskie, opinia euro­pejska skłaniała się na stronę zamachowców. Z końcem XIX wieku królobójstwo stawało się cnotą polityczną. W początkach tego stu­lecia było jeszcze zbrodnią. Większość spiskow­ców rosyjskich przed grudniową rewolucją 1825 ro­ku przeciwna była użyciu broni przeciw carowi i jego rodzinie. Skrupuł ten zaważył na całym ruchu dekabrystowskim i spowodował jego we­wnętrzne rozbicie; zarazem myśl o zabiciu cara, którą żywiła część spiskowców, odepchnęła od nich wielu ludzi skądinąd sprzyjających dziełu reformy. 14 grudnia 1825 roku spiskowcy dali się na placu Senackim w Petersburgu otoczyć wojskom wiernym cesarzowi; nie odważyli się podjąć walki w obecności monarchy. Wydarzenia te powtórzyły się w cztery lata po tym w Warszawie, gdy car przy­był koronować się tu na króla polskiego. Plan zabicia cara i całej jego rodziny spełzł na niczym, spisek zawiązany po temu rozwiał się po prostu w przeddzień koronacji. Sprawa zabójstwa wielkiego księcia Konstantego była najbardziej sporna i drażliwa w planach przedpowstańczych. Nie udał się zamach przygotowany na carskiego brata na dzień 11 października. Miano doń strzelać na placu Saskim podczas zwykłej parady. W ostatniej chwi­li wielki książę wziął pod rękę generała Chłopickiego i począł się z nim przechadzać w przyjaznej rozmowie. Następny zamach wyznaczono na gru­dzień tego samego roku, lecz wojskowi odmówili udziału. Uznali, że przelana krew carska splamiła­by mundur oficerski. Zamachu podjęli się cywile. Szkoła Podchorążych zobowiązała się tylko „kryć” ich, w razie gdyby nadciągnęła odsiecz.

Polacy mieli jeszcze w pamięci błąd konfede­ratów barskich, którzy porwali króla Stanisława Augusta; najbardziej patriotyczna opinia poczyty­wała ten czyn konfederatów za błąd moralny i poli­tyczny: moralny, albowiem splamili się „królobójstwem” (co prawda król wyszedł z zamachu tylko podrapany...), polityczny, albowiem zrazili do swej sprawy najcenniejszych sojuszników, tj. Austrię i Francję. Było to na długo przed styczniowym dniem 1793 roku, kiedy Ludwik XVI oddał głowę na szafocie. Historia rewolucji francuskiej w oczach liberalnej opinii europejskiej dzieli się na dwie epoki: jedną z nich przyjmowano w całej rozciąg­łości, drugą odrzucano, a granicą między tymi epo­kami była śmierć króla. Od tego też momentu za­czyna się zmierzch samej rewolucji: ten wyrok, wykonany wśród huku bębnów, pośród milczących oddziałów wojska, był krokiem uczynionym w próż­nię historyczną. Gotowe już były prawne zarysy przyszłej republiki, lecz jej nie było jeszcze w ser­cach i umysłach ludu: „(...) jeszcze na szafocie żoł­nierze i inni (...) zwilżali broń, papiery, bieliznę krwią, która została... Podczas przejazdu ledwie kilka kobiet odważyło się krzyczeć o łaskę, ale po egzekucji wielu ludzi tkniętych było gwałtownym poruszeniem bólu. Jakaś kobieta rzuciła się do Sekwany, pewien fryzjer podciął sobie gardło, pe­wien księgarz zwariował, dawny oficer umarł ze wzruszenia. Można było oglądać tę rzecz fatalną, że Monarchia (...) zmartwychwstawała siłą litości i godnością krwi...!”.

Tak pisze Michelet11. Lecz to nie litość tylko by­ła, ale ludowy lęk przed przyszłością, której formą zbyt abstrakcyjną były prawne projekty wymownych adwokatów z Konstytuanty12 — zbyt abstrak­cyjną, by zrównoważyć pradawną tradycję monarchiczną. Lud widział niesprawiedliwość społeczną, ucisk, samowolę, i gotów był walczyć przeciw złu uosobionemu — przeciw złemu panu, a nawet prze­ciw złemu królowi. Nie był gotów na to, aby króla karać, bo się jeszcze nie poczuł w prawach sędzie­go; nie był gotów na to, aby zostać bez króla, bo się jeszcze nie czuł suwerenny. Obraz świata był reli­gijny: Bóg był królem najwyższym, królowie ziem­scy jego następcami, urzędnikami, dzierżawcami — złymi, jak wszyscy prawie zastępcy, urzędnicy i dzierżawcy, lecz ich władza miała gwarancje bo­skie. Zabicie króla było zamachem na suwerenność Boga. Religia była dotąd prawem, od wyroku na Capeta13 zaczynała się religia prawa; znali ją jednak tylko jej kapłani: prawnicy, teoretycy, mówcy. I nikt poza nimi. Krew królewska podzieliła Fran­cję i Europę, zjednoczyć ją miała na powrót kró­lewska sakra Napoleona Bonapartego. Korsykanin wiedział, czego zabrakło Francji i Europie, gdy po­stanowił włożyć koronę na głowę.

Wiedział także Aleksander I, czego zabrakło Polakom, gdy przybywał do Warszawy koronować się na konstytucyjnego króla polskiego. Może się wydać niesłychane to, iż ówcześni Polacy po do­świadczeniach trzech rozbiorów uwierzyli w pol­skiego króla, znów, jak przed wiekami, zaprzysięgającego pacta conventa14, choć ten król nad dwiema trzecimi dawnych ziem polskich panował jako de­spota. Niezrozumiałe wydaje się to, że wierzyli jeszcze królowi następnemu, Mikołajowi, chociaż im w mowie tronowej surowo zapowiedział, aby nie mieli żadnych złudzeń15 co do wolności konsty­tucyjnej i połączenia z ziemiami zabranymi. Może na koniec wydać się nieprawdopodobne to, że jesz­cze w pierwszych miesiącach powstania wierzyli, iż nie przeciw królowi walczą, lecz konstytucyj­nego króla Mikołaja wspierają w walce przeciw de­spotycznemu cesarzowi Mikołajowi. A to zdanie ostatnie nie jest ani ludowym wymysłem, ani slo­ganem reakcyjnej opozycji: to Lelewel je wymyślił, wódz romantycznej, powstańczej młodzieży. Mó­wiąc, że lud nie był jeszcze gotowy na przyjęcie republiki, mam na myśli nie tylko ludową część społeczeństwa, ale tę część natury ludzkiej, która związana jest z przeszłością, z tradycją, która ule­ga nawykom i przesądom, która doznaje lęków przed przyszłością nieznaną, boi się ryzyka, nie dowierza rozumowym konstrukcjom, ulega magii słów, nazwisk, obrzędów, skłania się przed wszyst­kim, co uroczyste, sakralne, ciemne. Na początku XIX wieku rozumowa Europa i rozumowa Polska nienawidziły królów i pragnęły republiki, w tym samym czasie Europa ludowa i Polska ludowa snu­ły mity o królach dobrych. Stąd przedziwny para­doks romantycznej literatury, która była republi­kańska w swych deklaracjach politycznych, a monarchiczna do gruntu w swoim duchu. A był to pa­radoks, który nie tylko wyrażał się w poezji, lecz i w życiu romantycznego pokolenia. Nie miało ono gotowej odpowiedzi ani na pytanie, czy naród pol­ski pragnie jeszcze wolności i czy jest jeszcze zdol­ny do życia, ani czy należy jeszcze kochać kró­lów.

Wszczęli powstanie, ale nie wiedzieli, jakich chcą rządów; opanowali miasto, ale nie chcieli objąć władzy. Wtedy Rada Administracyjna, działając wciąż na mocy mandatu królewskiego, ukonsty­tuowała się w Rząd Tymczasowy, a władzę naj­wyższą oddała w ręce generała Chłopickiego, którego ogłosiła dyktatorem. Bohater spod Saragossy nie krył swoich zamiarów. Zgodził się przyjąć dyktaturę, aby zdusić rewolucję i nie dopuścić do wojny z cesarzem. Wielki książę Konstanty, nie za­grożony przez nikogo, wycofywał się ze swymi pułkami ku granicom cesarstwa. Dyktator Chłopicki nie tylko nie kazał go ścigać, ale wydał rozkazy, aby mu pochód ułatwić; wojskowe magazyny otrzy­mały polecenia, aby wojskom księcia wydawać żywność i paszę dla koni; władzom terenowym nakazano zorganizować przeprawy i dostarczać podwód. Jednocześnie zabezpieczono wszystko, co w kraju należało do księcia i do cesarza: nie po­zwalano wojsku polskiemu zajmować koszar i sta­jen pozostałych po wojsku rosyjskim, opieczętowa­no magazyny z bronią i mundurami. Żołnierze pol­scy nie mieli butów, płaszczy, kaszkietów; gdy je­den z generałów chciał wkroczyć do rosyjskich składów, spotkał się z ostrą reprymendą i pogróż­kami dyktatora za naruszenie własności królew­skiej.

Dyktator stał się więc niejako „interregnem”; zapewniał ciągłość monarchicznego porządku. Ale nie tylko: był także dla wielu ludzi nowym wcie­leniem władzy. Republika nie była jedyną alter­natywą monarchii; była nią także dyktatura, a na­wet przede wszystkim dyktatura. Republika za­nadto przypominała rewolucję francuską z jej kon­sekwencjami, to znaczy z interwencją obcą i terro­rem wewnętrznym. Republika, wyznawana hałaśli­wie przez szczupłą stosunkowo grupę działaczy klu­bowych, dla większości była straszakiem, takim jak „władza rad” w okresie międzywojennym. Wszak­że to „lud” obwołał Chłopickiego dyktatorem, wszak na jego cześć gardłowano na wiecach Towa­rzystwa Patriotycznego. Krzyczące tłumy krążyły po mieście wywołując imię popularnego generała, podczas gdy ten ukrywał się po prostu, nie chcąc słyszeć o przyjęciu władzy z rąk powstańców. Wy­płynął wtedy dopiero, gdy mu ją ofiarował rząd — wciąż ten sam, niezmieniony przez rewolucję a więc „legalny”, „królewski”. Wtedy entuzjazm zapanował w całym mieście. Oświetlono okna, wy­wieszono dywany ozdobione cyframi dyktatora i jego portretami rysowanymi naprędce, groma­dzono się przed jego mieszkaniem i urzędem, to­warzyszono mu tłumnie, gdy konno przejeżdżał ulicami. Nazajutrz po objęciu władzy zasłabł; ro­zeszła się wtedy pogłoska, że o apopleksję przy­prawiło go przemówienie Maurycego Mochnackie­go w klubie. W kilku punktach miasta wznosić za­częto szubienicę dla klubisty. Dla ochrony dykta­tora zawiązała się straż złożona z akademików, na­zwana Gwardią Honorową. Na jej czele stanął mło­dy profesor filozofii, Lach Szyrma. Okryty czarną peleryną, na czarnym koniu przebiegał miasto otoczony adiutantami, a jego gwardziści pilnowali kwatery Chłopickiego bacząc pilnie, aby osoba jego nie doznała szwanku lub obrazy. Oni to ruszyli na dom Mochnackiego, aby go porwać i zawlec na szubienicę; Mochnacki na szczęście przedarł się chyłkiem przez pikiety i schronił się pod opiekę rządu. Dyktator wyzdrowiał, rozwiązał klub To­warzystwa Patriotycznego, nałożył ostrą cenzurę na prasę, zreorganizował policję i wywiad we­wnętrzny. Gwardia Honorowa stała się regularną formacją do dyspozycji wodza. Podzielono ją na centurie, rozdano stopnie wzorowane na rzym­skich: centurionów, edylów, prefektów. „Objąłem władzę, aby przeciwstawić się anarchii” — powie­dział bez ogródek dyktator; nie krył także wcale, że nie zamierza powstania rozszerzać. Mimo to sejm w trzy tygodnie później dyktaturę zatwier­dził, zalegalizował, ustanawiając nad nią jedynie specjalną „straż” złożoną z posłów i senatorów. I wszystko działo się jak w każdym dyktatorskim państwie: Chłopicki obrażał posłów, senatorów, ge­nerałów, rzucał w nich kałamarzami, kopał, gro­żąc wciąż, że odejdzie. Sejm zajmował się szczegó­łami administracyjnymi, wojsko stało w miejscu, „lud” pocieszał się, że wszystko jest dobrze, pó­ki Chłopicki rządzi. Dyktatura stawała się ustro­jem.

Osobliwe były wtedy dzieje Gwardii Honoro­wej. Czy się jej Chłopicki począł obawiać, czy z in­nych przyczyn postanowił pozbyć się wiernych pre­torianów, dość, że odkąd stał się dyktatorem „le­galnym”, odsunął Gwardię od siebie i wszczął kro­ki zmierzające do jej powolnej likwidacji. Najpierw powołał profesora Szyrmę na stanowisko radcy stanu, a dowódcą Gwardii uczynił zawodowego ofi­cera, który gwardzistom zaaplikował regularną musztrę oraz wykłady z zakresu podchorążówki. Następnie zaczęto gwardzistów wcielać do pułków liniowych. Wtedy w Gwardii nastąpił otwarty bunt. Akademicy zażądali odwołania nowego dowódcy i wysunęli własnego kandydata: Leonarda Chodź­kę. Był to człowiek bardzo ściśle związany z fran­cuskimi „węglarzami”, członek ich najbardziej wta­jemniczonych kół, służący za łącznika między nimi a węglarstwem polskim. Jednocześnie Gwardia przedstawiła dyktatorowi nowy program działania, zawierający w sobie nie tylko regulamin służby czy statut samej formacji, ale propozycję ustro­jową, w której rozpoznamy łatwo zarysy współ­czesnego totalizmu: Gwardia miała stać się organizacją kadrową werbowaną spośród ludzi bez­względnie oddanych dyktaturze; miała stanowić oddział specjalny w dyspozycji osobistej dyktatora, nie tylko dla ochrony jego osoby, lecz także dla akcji specjalnych, wymierzonych „przeciw anar­chii i defetyzmowi”; grupy gwardzistów, obdarzone specjalnymi pełnomocnictwami dyktatora, miały zostać rozesłane na prowincję dla kontrolowania urzędów i „podtrzymywania ducha rewolucyjnego”; każdy wojewoda, każdy starosta, każdy burmistrz czy prezydent miasta miał mieć przydzielonego gwardzistę, który reprezentowałby wolę dyktatora; każdy dowódca wojskowy, aż do szefa kompanii włącznie, miał mieć przy sobie gwardzistę upraw­nionego do wydawania rozkazów; prócz gwardzi­stów występujących jawnie miał zostać utworzony specjalny tajny oddział Gwardii, przeznaczony do kontroli ukrytej i do śledzenia wszelkich przeja­wów nieposłuszeństwa wobec dyktatora. Zdolni chłopcy! Trzeba im przyznać nie lada wyobraźnię polityczną.

Czy Chłopicki na te projekty nie przystał, czy dowódca Gwardii, dzielny pułkownik Łagowski, członek Wolnomularstwa Narodowego, działał na własną rękę, czy się wdał w to rząd, czy wojsko — trudno powiedzieć: w każdym razie gwardzistów rozesłano czym prędzej do pułków, pozostawiając tylko niewielką kompanię do pełnienia służby war­towniczej w kwaterze głównej wodza. Wkrótce zresztą Chłopicki zrzekł się dyktatury, a władza przeszła w ręce pięcioosobowego Rządu Narodo­wego. Nie znaczy to wcale, że na tym skończyły się konwulsje polityczne powstania. Przez cały czas sprawowania władzy przez ów Rząd trwały tajne rozmowy między różnymi ugrupowaniami i nowa dyktatura torowała sobie już drogę pośród biuro­kratycznego chaosu, niezadowolenia opinii, gada­niny sejmowej. Aby ją w końcu zrealizować, zwo­lennicy jej (zgrupowani w zakonspirowanym klu­bie, zwanym „klubem pani Chłędowskiej”) użyli środków nadto dobrze znanych z XX wieku: rozpoczęto kampanię prasową przeciw Rządowi, sej­mowi i dowódcom wojskowym, szafując zarzutami zdrady, wezwano w końcu lud do manifestacji, do najścia na Rząd i masakry więźniów stanu. Stało się to w noc 15 sierpnia 1831 roku. Rząd usunął się z miasta, policja nie interweniowała, wojsko nie otrzymywało żadnych rozkazów, a gdy miasto było bezbronne wobec szalejącego żywiołu ulicznego, pojawił się nagle mąż opatrznościowy, generał Krukowiecki. Kilkoma salwami do tłumu uspokoił uli­cę i przez nią samą obwołany został nowym dykta­torem.

W podręcznikach historii, w popularnych książ­kach, a zwłaszcza w powieściach historycznych, eksponuje się zawsze wojskowe dzieje powstania na niekorzyść cywilnych. A te były nie mniej waż­ne, choć o wiele mniej piękne, mniej malownicze i mniej bohaterskie. W konwulsjach politycznych rodziła się wtedy w Polsce nowa idea ustrojowa, aby zająć miejsce opuszczone przez króla. Jeszcze nie wiedziano wtedy, że to miejsce pozostanie pu­ste na zawsze. W lęku przed Republiką wypełniano je zastępczą postacią dyktatora, męża opatrznościo­wego, zbawcy ojczyzny, „Cnotliwego Kromwella” — jak pisał Mochnacki; ten „mąż” w później­szej poezji emigracyjnej przybierze mistyczną po­stać i tak głęboko zakorzeni się w wyobraźni na­rodowej, że wszystkie nadzieje wyzwoleńcze i wszystkie koncepcje powstańcze wiązać się będą odtąd z dyktaturą. Tak będzie w roku 1863, tak bę­dzie po wyzwoleniu w roku 1918.

Mówi się, słusznie zresztą, że romantyczna wi­zja polityki i walki uformowała polską świadomość polityczną; odnosi się to nie tylko do stylu przed­sięwzięć zbiorowych, lecz do celu ustrojowego. O ile monarchia stawała się coraz wyraźniej kon­cepcją konserwatywną, to jej alternatywą wysu­waną przez obóz rewolucyjny nie była demokracja parlamentarna, lecz dyktatura, czyli monarchia z woli ludu.

Kiedy w listopadowy wieczór 1830 roku gro­madka polskich romantyków biegła przez Ogród Łazienkowski do pałacu belwederskiego, aby zabić brata cesarskiego, była przed nią ciemność histo­ryczna, w której kłębiły się wszystkie widma, jakie nawiedzić miały Polskę i Europę po wymordowa­niu czy wypędzeniu królów. Powtarzająca się w ca­łej poezji romantycznej obsesja otchłani, przepaści wypełnionej chmurami, powtarzający się w niej te­mat skoku w przepaść, lotu czy szalonego pędu przez pustynię i mrok, który w niej panuje, wszy­stko to nie jest tylko nastrojem i tłem, lecz obrazem świadomości, obrazem chaosu, co w głowach pano­wał.