W listopadowy wieczór

„Każdy spisek — a naród chcący odzyskać swój byt jest albo w stanie ciągłej konspiracji, albo ciągłej insurekcji — ma w sobie coś nieokreślonego, a za­tem potrzebuje entuzjazmu i poezji... W tym stanie Polska się znajdowała” — pisał Maurycy Mochnacki w książce pt. Dzieje powstania narodu polskiego; w ciągu tych lat, które upłynęły od upadku powsta­nia listopadowego do śmierci młodego pisarza, zdą­żył on spisać dwa tomy swej pracy. Cytowane zda­nia pochodzą z tomu pierwszego, w którym Moch­nacki charakteryzował poprzedzający powstanie stan rzeczy w Królestwie Polskim, na ziemiach przyłączonych do Rosji i w Rosji samej, stan rze­czy w dziedzinie polityki, administracji, wojska, oświaty, a w końcu w dziedzinie ducha, to jest kul­tury i sztuki. Szukał przyczyn rewolucji, tak bo­wiem nazywał, jak wszyscy zresztą współcześni, powstanie wzniecone przez garstkę podchorążych w listopadową noc 1830 roku; wskazując, dlaczego wybuchła, dowodził, że wybuchnąć musiała. Prze­miany w literaturze, dokonujące się w przedrewo­lucyjnych latach, Mochnacki zalicza również do przyczyn, które wybuch uczyniły nieuniknionym, koniecznym, logicznym: „Wszystko, co przemawia­ło do imaginacji, zdawało się mieć na celu ojczyz­nę uciśnioną przez obcych wrogów; wszystko, co było poetyckie, było wtedy patriotyczne. Tym spo­sobem literatura w Polszcze, jak ludzie, konspirować zaczęła. Tym sposobem wytłumaczyć sobie potrafimy, dlaczego w tej właśnie porze, a nie pierwej ani potem, zjawia się w tej literaturze taki człowiek, jak Adam Mickiewicz, który był równie wielkim politykiem (choć może o tym nie wiedział) w swej poezji, jak Lelewel wielkim poetą w swej polityce, to jest w historii i krytyce historycznej”.

Maurycy Mochnacki pisał te słowa w roku 1832. Adam Mickiewicz nie przyjechał był jeszcze do Pa­ryża. W drodze z Polski zatrzymał się w Dreźnie, gdzie pisał Dziadów część trzecią. Kiedy Mochnacki pisał te słowa, miał sam dwadzieścia osiem lat, a poeta, którego zjawienie krytyk uznał za epokę, miał lat trzydzieści cztery. To samo pisał krytyk o nieznanym sobie osobiście poecie, gdy obaj byli o cztery lata młodsi, przed rewolucją jeszcze. W tym samym czasie ich jednolatek16 Seweryn Goszczyński w Mochnackim, autorze kilkunastu artykułów o li­teraturze, uznawał pisarza, który „dziś najpiękniej ze wszystkich żyjących Polaków pisze po polsku”, ten zaś znajdował arcydzieła w Zamku kaniowskim tegoż Goszczyńskiego, w Marii Antoniego Malczewskiego („po wszystkie czasy będzie najświetniej­szym naszej literatury zaszczytem”), a w przełomie romantycznym i w nowej szkole poetyckiej, której ci trzej byli zwiastunami, widział prawdziwy początek polskiej literatury narodowej. Było to poko­lenie, które poznało się na sobie. Zrozumiało, jak bardzo jest utalentowane, i pojęło misję, jaka na nim ciąży. Fenomen romantyczny jest w istocie fenomenem samoświadomości. Nigdy przedtem i ni­gdy potem narody nie wiedziały równie jasno, czego chcą i do czego dążą. „Narody” — powiadamy, ma­jąc na myśli ich polityczne i intelektualne elity. Powiadamy o elitach „narody”, bowiem określone wtedy cele, zapisane mitologie i dokonane czyny uogólniły się z czasem i stały się rzeczywiście samowiedzą narodów. Pozostają nią do dziś dnia. Do dziś każda romantyczna biografia ma wartość sym­bolu i siłę mitu, choćby przez to, że powtarza się po wielekroć i organizuje regularnie, jakby nią rzą­dziła arbitralnie narzucona poetyka.

W świadomości Mochnackiego jedno zresztą wynika z drugiego: Mickiewicz według niego zja­wił się w tym, a nie w innym momencie, ponieważ miał misję do spełnienia; był potrzebny. Daleko jeszcze jesteśmy od teorii Hipolita Taine’a o natu­ralnym doborze talentów, które zjawiają się wtedy, gdy już w stosunkach społecznych, w usposobieniu powszechnym wszystko gotowe jest na ich zjawie­nie się i przyjęcie. Mochnacki jest wychowankiem Oświecenia. Wpojone miał przekonanie o organicz­nej jedności wszystkich sfer życia narodowego. Mu­siał nastąpić ruch w literaturze, skoro odbywał się ruch w polityce; ten ostatni miał cel najwyższy do spełnienia: wyzwolenie narodu, triumfalne wznie­sienie się na historyczną wyżynę. W literaturze tedy musiało się stać to samo. Dążąc do rewolucji, naród spełniał swe historyczne arcydzieło. Nadszedł tedy czas na arcydzieła literatury. Naród zdolny do wydawania politycznych bohaterów, takich jak Łukasiński, Tomasz Zan czy Piotr Wysocki, musiał być zdolny do wydawania bohaterów literatury. Każdy z dwudziestolatków biorący wówczas pióro do ręki lub przystępujący do patriotycznego sprzysiężenia czuł, że w jednej lub w drugiej sferze, w twórczości lub w działaniu, zaczyna grę o naj­wyższą stawkę, to znaczy o nieśmiertelność. Histo­ria pokazała, że nie były to czcze urojenia.

Nie wyobrażajmy sobie jednak, że byli wybrań­cami losu, że historia ujawniła im swe zamiary, po­dając gotowe formy wyrazu artystycznego i sposo­by działania politycznego; nie wyobrażajmy sobie, że uniknęli oni uwikłania w sprzeczności ideowe, w rozterki, w pokusy życia łatwego i że wokół sie­bie mieli atmosferę na tyle czystą, na tyle jasną i na tyle niedwuznaczną, iż wybór partii życiowej nie nastręczył im żadnych trudności. Biografowie pisarzy i działaczy politycznych pokolenia romantycznego zwykli idealizować ówczesną sytuację w Polsce porozbiorowej. Zdawałoby się, że piękną rzeczą było wzrastać w kraju, w którym świeże by­ły jeszcze tradycje Sejmu Czteroletniego, insurek­cji kościuszkowskiej, legionów Dąbrowskiego, epo­pei napoleońskiej. Staszic17, Niemcewicz18, Kniaziewicz, Pac, Małachowski, Zajączek chodzili po uli­cach Warszawy, zajmowali stanowiska w rządzie, pisali książki, wygłaszali odczyty, zasiadali w sej­mie. W Polsce, która już miała za sobą doświadczenia rozbiorów, okupacji i powstań, która już by­ła konstytucyjna i narodowa, która żyła już pełnią społecznej i politycznej problematyki dziewiętna­stego wieku, złączona jednym rytmem z całą libe­ralną Europą, w Polsce, w której już rysowały się pierwsze wizje socjalizmu i internacjonalizmu, która już była nowoczesna, żyły jeszcze tradycje przedrozbiorowe, z czasów królewskich, z czasów „rzeczypospolitej obojga narodów”. To pokolenie wypływając na szerokie wody historyczne widziało jeszcze brzeg macierzysty. Przekonane, że historię narodu, ustrój jego i kulturę tworzy na nowo, od­czuwało jeszcze organiczne związki z jego przeszło­ścią; Polska była dla nich całością kulturową. Uczy­li się polityki od Kazimierza Wielkiego i od Jana Zamoyskiego, uczyli się sztuki wojennej od Żół­kiewskiego i Czarnieckiego, a stylu od Łukasza Gór­nickiego i Piotra Skargi. Te nazwiska nie były dla nich tylko rewindykacjami historycznymi, nie miały dla nich nic z mniej lub więcej ciekawych zabyt­ków historycznych, nic z „klasyków”, były żywe, tak jak kontusz, karabela i konfederatka nie były muzealnymi przedmiotami, lecz zwykłym strojem noszonym jeszcze przez prowincjonalnych szlachciurów; tak jak dawne urzędy i tytuły szlacheckie, i wszystkie fumy szlacheckie, i polskie cnoty, i przy­wary, niezmienne od czasów Reja, i wszystkie pro­blemy polskie tylekroć piętnowane przez publicy­stów, od Złotego Wieku zygmuntowskiego do stanisławowskiego Oświecenia, i wszystko, wszystko, co stanowiło dawną Polskę, nadal tworzyło rzeczywi­stość naoczną, namacalną, uroczą i straszną. Poko­lenie romantyczne żyło na przełęczy wieków, kro­czyło po moście między nowymi a dawnymi laty. Nie wyobrażajmy sobie jednak, że przeszłość i przyszłość oglądane z takiej przełęczy są piękne i wzniosłe. Nie. Odwrotnie: pokolenie romantyczne miało szczęście i nieszczęście oglądać dawną tra­dycję w karykaturze, a przyszłość w kształtach tak dziecinnych, niedojrzałych, do jakich stworze­nia samo było zdolne.

Dawna Polska ukazywała mu się w karykatu­rze, ponieważ była stara, starcza. Królestwo Kon­gresowe było widownią niebywałych upadków moralnych. Generał Zajączek, bohater legionów Dąb­rowskiego, był cesarskim namiestnikiem, płaszczył się przed wielkim księciem Konstantym, kierował ściganiem związków patriotycznych, przykładał się do wysokich wyroków, utwierdzał reżim tajnej po­licji i cenzury. Dyrektorem policji był generał Rożniecki, jeden z najlepszych oficerów Księstwa War­szawskiego; w czasach Królestwa Kongresowego ustanowił w Warszawie system donosicielstwa i szpiegostwa, wsławił się brudnymi aferami szan­tażowymi w stosunku do kupców i rzemieślników, których terroryzował przy pomocy zaufanych agen­tów werbowanych ze sfer przestępczych. Naczelni­kiem cenzury, urzędu wszechwładnego w dziedzi­nie publikacji, widowisk, a nawet wykładów uni­wersyteckich, był Józef Kalasanty Szaniawski, by­ły jakobin z czasów Sejmu Czteroletniego. Królestwo było państwem szalenie zbiurokratyzowa­nym. W stolicy trwała zacięta walka o urzędy, a po­legała ona oczywiście na prześciganiu się w służalstwie. Im kto wspanialszą miał przeszłość za so­bą, im kto był bardziej skompromitowany politycz­nie przez sprzyjanie Napoleonowi lub przez udział w wojnie przeciw Rosji czy w insurekcji, tym gor­liwiej teraz dowodził swej wierności dla dynastii Romanowów i dla zasad, na których wspierała się władza cesarza Rosji, a króla Polski. Autonomia Królestwa i jego konstytucyjny ustrój były farsą ponurą i krwawą. Atmosfera „Salonu Warszaw­skiego” z trzeciej części Dziadów, genialnie uchwy­cona przez Mickiewicza, choć ją znał tylko z opo­wiadań, panowała przez całe piętnastolecie tej ka­rykaturalnej państwowości polskiej.

Młodzieńcy, którzy dojrzewali w tej atmosfe­rze, musieli raz po raz zadawać sobie pytanie: czy Polska umarła bezpowrotnie, czy też teraz dopiero żyć zaczyna? Czy naród polski zeszedł z widowni historycznej bezpowrotnie razem z rzecząpospolitą szlachecką, czy też teraz dopiero, po unicestwieniu anachronicznych form ustrojowych, które go krę­powały, powstaje do swego prawdziwego życia, „... nasz naród jak lawa — mówi Wysocki w »Salo­nie Warszawskim«. — Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa. Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi! Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”. To przekonanie wcale nie przychodziło łatwo młodzieńcom, którzy patrzyli na entuzjastycz­ne przywitanie cara Aleksandra, gdy przybył koro­nować się w Warszawie, którzy potem podobne hoł­dy oglądali przy okazji otwarcia każdego sejmu, którzy wreszcie widzieli Warszawę pijaną i wiernopoddańczą w dniach koronacji następnego z kolei „króla konstytucyjnego” — Mikołaja I, co do którego intencji już nikt nie mógł mieć żadnych wąt­pliwości. Doprawdy, nietrudno było wtedy zwątpić w to, czy Polacy chcą jeszcze wolności.

Toteż rozgrywały się na tym tle ogromne dra­maty. Jak wiadomo, podczas uroczystości korona­cyjnych Mikołaja zawiązał się wśród garstki studentów i oficerów spisek na życie cara i jego ro­dziny. Spełzł zresztą na niczym i nawet policja nie wpadła na jego trop. Duszą spisku był Adam Gurowski, chłopak wówczas bardzo młody, ze znako­mitej, kasztelańskiej rodziny, przejęty do głębi ideałami międzynarodowego węglarstwa, trochę demagog, trochę szaleniec; skrajny radykał w kwestiach społecznych, uwolnił chłopów z poddaństwa w swoich dobrach, głosił plan powstania ludowego i zbratania z Rosjanami na płaszczyźnie wspólnych dążeń liberalnych. Od spisku umknął zresztą w de­cydującej chwili, zupełnie jak Kordian w dra­macie Słowackiego, osnutym wokół tych właśnie wydarzeń. Podczas powstania listopadowego od­grywał ważną rolę w stolicy jako mówca i publicy­sta Towarzystwa Patriotycznego, które na wzór ja­kobińskich klubów obradowało publicznie w redu­towych salach teatru na placu Krasińskich. Wcze­śnie zresztą, zdaje się, stracił wiarę w powodzenie walki powstańczej, bo nie czekając rozstrzygnięcia wojny wyjechał do Paryża; tam nawiązał ścisłe kontakty z konspiracją węglarską i został nawet przez policję francuską aresztowany. On to był jed­nym z założycieli Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, pierwszej partii polskiej głoszącej ha­sła socjalistyczne, a sprawę powszechnego wyzwo­lenia ludów kładącej nad odzyskanie wolności poli­tycznej dla narodu polskiego. W trzy zaledwie lata po upadku powstania Gurowski jednakże zerwał ze wszystkimi grupami emigracyjnymi, ukorzył się przed carem, uznał polskie dążenia wolnościowe za mrzonki, w broszurach pisanych po francusku, a publikowanych w Wiedniu i w Paryżu, ogłosił Polskę trupem politycznym i narodowym, stwier­dził, że jedyną możliwością życia dla niej jest ce­sarstwo rosyjskie, jako unia wszystkich Słowian... Uzyskał amnestię, powrócił do Warszawy, ofiaro­wał policji usługi w wykrywaniu patriotów, prze­żył tu parę lat w osamotnieniu i wzgardzie po­wszechnej, opuszczony nawet przez władze rosyj­skie, które mu nie dowierzały. W końcu zdołał wy­jechać za granicę, do Stanów Zjednoczonych Ame­ryki, gdzie przez długie lata pełnił rolę totumfac­kiego tamtejszej ambasady rosyjskiej, składając memoriały i donosy, m. in. nawet na Karola Marksa.

Różnie komentowano zdradę Gurowskiego. Jed­ni mieli go po prostu za wariata, inni przypisywali jego postępowanie urażonej ambicji, inni znów do­patrywali się pobudek ściśle osobistych. Mniejsza o to, jaka okoliczność była akuszerką myśli o od­stępstwie; w duszach młodych zapaleńców myśl ta zalęgła się pod wpływem tak ogromnych zdrad, ja­kie od dzieciństwa obserwowali wokoło. Miłość do narodu polskiego, odziedziczona po poprzednich po­koleniach, podsycana bohaterskimi legendami o bo­haterach niedawnych wydarzeń, raz po raz była zakłócana nienawiścią, gdy owi bohaterowie sprze­dawali się za order, urząd lub majątek.

Kordian opuszczony przez wszystkich, zdany tylko na łaskę lub niełaskę cara, tak mówi o Pola­kach:

Niech się rojami podli ludzie plemią

I niechaj plwają na matkę nieżywą;

Nie będę z nimi! — Niechaj z ludzkich stadeł

Rodzą się ludziom przeciwne istoty

I świat nicują na złą stronę cnoty,

Aż świat jak obraz z przewrotnych zwierciadeł

Wróci się w łono Boga, niepodobny

Do tworu Boga... Niechaj tłum ów drobny,

Jak mrówki drobny, ludem siebie wyzna!

Nie będę z nimi! — Niech słowo ojczyzna

Zmaleje dźwiękiem do trzech liter cara;

Niechaj w te słowo wsiąknie miłość, wiara.

I cały język ludu w te litery!

Nie będę z nimi! — Niech szubienic drzewa

W ogrodach miejskich rosną jak szpalery,

Niech się w ogrody taki tłum wylewa

Śmiechom przyjazny, a łzom nienawistny;

Niech niańki w ogród szubienic bezlistny

Prowadzą dziatki, by tam dla zabawy

Grzebały piasek krwią męczeńską rdzawy...

Nie będę z nimi! — O zmarli Polacy,

Ja idę do was!...

To są straszne słowa. Przełożone na język prozy politycznej brzmiałyby tak: naród żyje w swych instytucjach ustrojowych; w nich wyraża się jego poczucie sprawiedliwości, w nich ucieleśniają się aspiracje do wolności i samodzielności. Jeśli insty­tucje te zostaną zniszczone, naród staje się bez­kształtnym tłumem, mrowiskiem, łatwym do zgnie­cenia lub pokierowania. Nie ma Polski, więc nie ma Polaków. Spiski i powstania są to konwulsje ago­nalne; literatura romantyczna to łabędzi krzyk umierającego narodu. Słowacki i wszyscy jego ró­wieśnicy mieli pojęcie narodu takie, jakie wyłoniło się z rewolucji francuskiej i poprzedzających ją pism encyklopedystów: a więc prawne, instytucjonalne, polityczne. Nowe pojęcie narodu, powstające w kręgu niemieckiej filozofii, torowało sobie bardzo powoli drogę w polskich umysłach. Wedle Herdera, Schellinga, braci Schleglów, naród jest bytem star­szym od form politycznych i od nich nieskończenie trwalszym; naród jest właśnie całością organiczną; jest dziełem miejsca i czasu, a więc na jego stwo­rzenie pracują ziemia, krajobraz i klimat, i dzieje w całym przebiegu, zarówno tym, który znany jest historykom, jak i tym, który nigdy przez nich po­znany nie będzie. Przełom romantyczny w filozofii narodu i kultury przypomina ten, którego Freud dokonał w psychologii. Jak wiedeński psychiatra nauczył ludzi myśleć o sobie samych kategoriami biografii, tak filozofowie z Berlina i Heidelbergu nauczyli narody myśleć o sobie samych kategoria­mi historii.

Trzeba było klęski powstania, trzeba było wie­lu lat emigracyjnego samosądu nad przyczynami i winowajcami klęski i wielu daremnych zabiegów wojskowych i dyplomatycznych o ruszenie „sprawy polskiej” z martwego punktu, i wielu klęsk na tym polu, i wielu upokorzeń, i trzeba było temu całemu pokoleniu zestarzeć się w namiętnościach politycznych — jak pisał o sobie Mochnacki — aby nowa filozofia narodu stała się prawdą oczywistą, niezachwianą. Wypracowało ją to właśnie pokole­nie, które znalazłszy się na historycznej przełęczy musiało sobie odpowiedzieć na pytanie iście hamletyczne: czy Polska ma być, czy też nie być?

W mglisty wieczór 29 listopada 1830 roku blada łuna rozjaśniła na chwilę ciemności zgęstniałe nad Warszawą. Z mostku pod pomnikiem króla Sobieskiego ruszyła gromadka chłopców, z których ża­den jeszcze nie przekroczył trzydziestki. Kryjąc pod fałdami płaszczy karabiny, pałasze, pistolety i szty­lety, biegli w górę przez Park Łazienkowski ku Belwederowi, gdzie spał pijany brat cara Wszechrosji. W kasynach i resursach lało się wino i trza­skały karty do gry. Mieszczanie zamykali sklepy i warsztaty, zabierali się do sutych kolacji i do snu. W pałacowych gabinetach snuły się intrygi, za­wiązywały się kliki, spółki, mariaże. Nikt tu nie myślał o wolności, bo już jej instynkt zamierał w narodzie podbitym i oszukanym. Spiskowcy nie byli wojskowymi. Wojsko odmówiło udziału w za­bójstwie członka rodziny królewskiej. Poczucie prawa i przywiązanie do idei monarchicznej mocniej­sze były od godności narodowej. W ten wieczór li­stopadowy w Warszawie trwał jeszcze wiek osiem­nasty. W kilku punktach miasta czekano na wieści spod Belwederu. Jeśli ta garstka poetów, krytyków literackich, dziennikarzy odważy się przelać krew cesarską, ruszy za nimi wojsko, porwie lud, zmusi do działania arystokrację i mieszczaństwo. Odwa­żyli się: z okrzykiem „śmierć tyranom!” wpadli na dziedziniec pałacowy... W Warszawie zaczął się wiek dziewiętnasty. Polacy przyłączyli się do stu­letniej wojny narodów, z której wyłoniła się nowo­czesna Europa.

Machiavelli, czyli wiara w szczęśliwą gwiazdę

W roku 1816 nakładem paryskiej księgarni H. Nicolle’a ukazał się tom pism Machiavella19 pod nastę­pującym tytułem: Machiavel commenté par N-on Buonaparte. Manuscrit trouvé dans la carosse de Buonaparte après la bataille de Mont-Saint-Jean le 18 juin 1815 (Machiavel komentowany przez Napoleona Bonapartego. Rękopis znaleziony w ka­rocy Bonapartego po bitwie pod Mont-Saint-Jean dnia 18 czerwca 1815 roku).

Oddajmy najpierw cześć przedsiębiorczości wydawcy: rok jeszcze nie minął od chwili zdobycia tego rękopisu, a jego autora dopiero co odwieziono na Wyspę Św. Heleny, jeszcze trawą nie porosły pobojowiska Mont-Saint-Jean i Waterloo, jeszcze chyba okupacyjne wojska rosyjskie nie odstąpiły spod Paryża, kiedy te najbardziej sekretne myśli cesarza dotarły do szerokiej publiczności. Można sobie wyobrazić, jak rozchwytali tę książkę bonapartyści... Przyznajmy też liberalizm ówczesnym władzom wojskowym i administracyjnym za to, że ten rękopis oddały (czy sprzedały?) księgarzowi. We Francji rozpoczynały się ponure lata Restaura­cji Burbonów; imię „uzurpatora” było tu przeklęte, lecz — jak widać — nie zakazane. Co prawda, wy­dawca zrobił wszystko, aby zmniejszyć urok wiel­kiego więźnia ze Św. Heleny, jaki z kart tej książki mógł paść na czytelnika nie dość legitymistycznie usposobionego. W przedmowie wyjaśniono, że naj­większą wartość znalezionego rękopisu stanowią nie noty Buonapartego pomieszczone na marginesie książki, lecz nowy przekład Księcia. Wydawca przemilczał jednakże nazwisko tłumacza i nie umie­ścił go na karcie tytułowej: obawiano się, widać, dodania sensacji do sensacji, albowiem autorem przekładu był także cesarz. On to wszak mówił (jak notuje arcybiskup Pradt, były ambasador cesarstwa w Warszawie), że Książę Machiavella jest jedyną książką, jaką w ogóle warto czytać. Nad przekła­dem tym pracował na biwakach i nigdy nie rozsta­wał się z rękopisem, który pokrył ponadto swoimi uwagami i wykrzyknikami. Wydawca paryski wspomina o tych notach z szacunkiem: miały one być, według niego, ciekawe dla czytelnika głównie dlatego, że ich autor, jako Włoch z pochodzenia, lepiej niż kto inny usposobiony był do rozumienia myśli chytrego Toskańczyka... A prócz tego — cią­gnie z wyrozumieniem wydawca — nauki Machiavella „zgłębił on z tym większą ciekawością, że zna­leźć w nich miał to wszystko, na co mu przyszło odważyć się, aby zostać władcą i władztwo swoje utrzymać; ...w tych adnotacjach, które są dla nas ciągłym zwierzeniem jego ukrytego życia, rozpo­znajemy poruszenia jego ambitnej duszy i projekty rodzące się w jego wulkanicznej głowie. Tylko jego własna ręka zdolna była odmalować go takim, ja­kim jest tutaj przedstawiony, bo on tylko mógł znać swe myśli w ich najpierwotniejszym kształ­cie, swe uczucia w ich szybkim przebiegu, w jakim tu zostały uchwycone. Widać tu zarodki jego za­miarów i poglądów, zanim się jeszcze na świat wy­łoniły”.

W tych słowach jest chyba podziw ukryty; mo­że nawet uwielbienie. Zostanie ono natychmiast ochłodzone. Otóż ta książka — powiada szczerze czy nieszczerze autor przedmowy — dowodzi, że Napo­leon był jeszcze gorszy od Machiavella, a ujawnie­nie tego jest jednym z celów wydawnictwa. Dlate­go właśnie podzielono na dwie połowy każdą stronę książki, z jednej strony zamieszczając tekst Księ­cia, z drugiej zaś strony adnotacje Buonapartego. Tak oto powstał jeden z najosobliwszych dialogów politycznych, jakie kiedykolwiek zanotowano: wło­ski dyplomata z XVI wieku, twórca pierwszej no­wożytnej teorii państwa i pierwszej w ogóle teorii władzy, klasyk filozofii władzy, rozmawia z naj­większym w nowożytnych dziejach jej praktykiem. Za każdym razem, gdy Napoleon — pisze wydaw­ca — „znajduje w pismach Machiavella zarys mo­ralności i uczciwości w rzeczach polityki, cała perwersyjność jego [Napoleona — przyp. A.K.] zostaje obnażona. Patrzcie tylko, jak się buntuje przeciw wielkiemu nauczycielowi, ilekroć ten z naciskiem podkreśla, że władca winien być raczej kochany niż nienawidzony, że winien postępować jak ojciec, nie jak tyran. Obrzuca obelgami Machiavella, gdy mu się wydaje, że go ten potępia; nie można powstrzy­mać się od uśmiechu, gdy się czyta te wybuchy wściekłości na niektóre rady Męża Stanu, którego mądrość i sprawiedliwość zdają się przemawiać przeciw skłonnościom tamtego...”.

Biedny wydawca! Ile musiał starać się, aby legitymistycznemu cenzorowi dać jakoś przełknąć tę książkę, która miała w przyszłości stać się biblią dla nowego pokolenia bonapartystów. Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie przechowała egzem­plarz tego napoleońskiego Machiavella z następu­jącym ekslibrisem: „Z Xięgozbioru Radcy Stanu J. K. Szaniawskiego, Członka Rady Stanu i Rady Wychowania Publicznego w Królestwie Polskim”. Szaniawski — były jakobin z czasów insurekcji Kościuszki, pierwszy bodaj zerwał z ideą konspira­cji zbrojnej i szukania wojskowych sojuszów dla odzyskania niepodległości. W gronie przyjaciół, związanych poza tym zdaje się masońskimi przy­sięgami, głosił nową konspirację dla szerzenia oświaty, nauki i umacniania ducha narodowego. Świetny erudyta, studiował Kanta i pisywał o nim rozprawy; stąd nazywano go „Kantem polskim”. Jako członek Rady Stanu odpowiedzialny był za urząd cenzury w Królestwie Polskim. Tępił liberalizm polityczny i wolnomyślicielstwo, ale jedno­cześnie był gorącym zwolennikiem romantyków. Przyjaciel domu Mochnackich, miał ogromny wpływ na wychowanie Maurycego. Wydobył go z więzienia, namówiwszy do napisania słynnego me­moriału do wielkiego księcia i do przyjęcia pracy w urzędzie cenzury. Na jego ręce złożył Maurycy dymisję, w której pisał, że cenzurę uważa za insty­tucję pożyteczną, ale cenzorów za głupców, którzy działają tylko na szkodę Najjaśniejszego Pana, ośmieszając monarchiczną ideę. Przed powstaniem Szaniawski umknął z Warszawy, a po klęsce zasia­dał w trybunale sądzącym członków spisku belwederskiego. Zmarł we Lwowie i tam leży pocho­wany, a w kościele Karmelitów w Warszawie wy­stawiono mu pomnik, który po dziś dzień stoi.

Egzemplarz jest czysty, choć brzegi kartek po­żółkły. Nie wygląda na to, aby radca stanu rozczy­tywał się bardzo w tym dialogu Korsykanina z Toskańczykiem, chociaż z tego, co w życiu zrobił, win­no się go nazywać nie tyle Kantem, ile właśnie Machiavellem polskim. Wiadomo natomiast, że rozczytywał się w Machiavellu sam Mochnacki i że ta książka, w tym właśnie przekładzie, z tymi ko­mentarzami, krążyła pośród warszawskich litera­tów, siewców listopadowej burzy. Czytelnika prasy warszawskiej z epoki przedpowstaniowej uderzyć musi nowy ton w publicystyce politycznej, tej zwła­szcza, co wychodziła spod piór „młodych”, skupionych wokół „Dziennika Warszawskiego” i „Gazety Polskiej”. Skąd ta ostrość stylu i myślenia, odbija­jąca od kwiecistej retoryki i eufemizmów prakty­kowanych przez pisarzy starszego pokolenia? Kto tych młodych nauczył myśleć takimi skrótami, kto im dał przykład rozcinania zawiłych problemów formułą ostrą i pozbawioną skrupułów? Kto ich nauczył w rozważaniach politycznych posługiwać się materiałem dostarczonym przez historię współcze­sną, skoro wszyscy oni opuścili kolegia i uniwersy­tety z przekonaniem, że jedynym źródłem nauk politycznych jest starożytność? Kto ich nauczył po­sługiwać się tak uproszczeniem i inwektywą i kto podsunął myśl, że uprawianie pisarstwa polityczne­go jest sposobem walki o władzę? Kto, jednym sło­wem, nauczył politycznie myśleć i pisać Podczaszyńskiego i Goszczyńskiego, Żukowskiego i Broni­kowskiego? A przede wszystkim kto Mochnackiego nauczył politycznego pisarstwa? Jestem przekona­ny, że tą iskrą zapalającą romantyków do polityki był napoleoński przekład Machiavella:

„O różnych rodzajach rządu. Są trzy dobre i trzy złe. Dobre to księstwo, rząd arystokratyczny i rząd ludu. Trzy złe rodzą się z zepsucia pierwszych”. To Machiavelli-Bonaparte. A dalej: „Kto jeden z tych trzech rządów ustanawia w społeczeństwie wbrew jego pragnieniom, czyni to z pozoru tylko i na czas krótki, albowiem nie zdoła przeszkodzić temu, że się one wyrodzą w swe własne przeciwieństwa, jak to i z cnotą często bywa”. To także Machiavelli-Bonaparte. A to Mochnacki: „Są okoliczności, w których ucisk to tylko zrządza, co by bez niego jeszcze łatwiej i prędzej przyszło do skutku”. Jesz­cze Mochnacki wybrany na chybił-trafił: „...byłże jaki środek niemoralny, którym by się nie godziło zepsuć najniemoralniejszego dzieła w polityce, roz­bioru Polski?” Ta sama logika, ten sam styl. Ta sama doktryna polityczna, sprowadzająca doskona­łość działań politycznych do skuteczności środków, a doskonałość ustroju do doskonałych praw — doktryna sprzeciwiająca się dotychczasowej mora­listyce politycznej, zalecającej władcom i podda­nym uprawianie cnót: „Jak zabezpieczyć władzę przed zepsuciem? Byliśmy dotąd zmuszeni ufać bardziej ludziom niż prawom; ja tego nie chcę. Lu­dzie prawie wszyscy są źli; bezpieczeństwo dobra publicznego zawarte jest w słusznych prawach, które to sprawiają, że ludzie powstrzymują się od czy­nienia zła nie z dobrej woli, lecz z konieczności”. Machiavelli pisał to w XVI wieku, kiedy republi­kańska forma rządów zdawała się zanikać i wszę­dzie ustępować miejsca scentralizowanej, zbiuro­kratyzowanej monarchii absolutnej. Tradycja uzna­ła Machiavella za teoretyka despotyzmu za to, że nakreślił portret księcia doskonałego. Z tych po­wodów nieczytany i nietłumaczony był w Rze­czypospolitej Polskiej, dumnej z tego, że włoski i francuski despotyzm nie mają przystępu do na­szego wolnego kraju. Znalazł się nawet szlachciura, który za czasów Jana Kazimierza wygotował sążnisty traktat polemiczny z Machiavellem: Cnoty cel, nie ów, do którego zmierza Machiavell i inni w akademiej onegoż promowani politycy, odkryty piórem polskim przez Chrystofa z Piekar Piekar­skiego, podkomorzego brzeskiego... Podkomorzy brzeski był pewnie jednym z tych obrońców zło­tej wolności, którzy w każdym przejawie myśli po­litycznej widzieli dążność do „absolutum domi­nium”. W półtora wieku później Stanisław Potocki w odczycie wygłoszonym w Warszawskim Towa­rzystwie Przyjaciół Nauk nazwał pisma politycz­ne Machiavella „haniebnym pomnikiem zepsucia i przewrotności czasu” i powiadał jeszcze, że „pi­sane w dziele Machiavella okropne zasady polityki wieku jego grozę wzbudzają”. Dodajmy, że nie istniał do tego czasu w Polsce ani jeden przekład Machiavella (pierwszy został opublikowany dopie­ro w 1868 roku), a znajomość włoskiego była prze­cież niewielka. Dopiero francuskie przekłady (Guiraudeta z roku 1798 i Bonapartego z roku 1816) mogły Polakom to dzieło udostępnić. Ale niezależ­nie od tych powodów romantycy byli pierwszym pokoleniem intelektualistów i polityków zdolnym to dzieło czytać i rozumieć.

Z trzech powodów: po pierwsze, Machiavelli za grę uważał bieg historii i działanie polityczne; po drugie, w tej grze wszystkim przyznawał równe prawa; po trzecie, uznawał wszelkie działanie czło­wieka, w tym także sprawowanie władzy czy wal­kę o władzę, za wynik jego wolnej decyzji, a inte­ligencji jego oraz szczęściu przypisywał rękojmię powodzenia. Machiavelli był więc filozofem uzur­patorów. Posłuchajmy go — a raczej podsłuchajmy ich — obydwu partnerów dialogu:

Machiavelli: „Ponieważ zakładamy, że czło­wiek, który z prywatnej osoby stał się władcą, mu­siał mieć talent lub szczęście...”.

Napoleon: „Talent jest potrzebniejszy od szczę­ścia; talent rodzi szczęście”.

Machiavelli: „Przechodząc do tych, którzy zostali władcami dzięki swym talentom, a nie dzię­ki losowi, wymienię Mojżesza, Cyrusa, Romulusa, Tezeusza, jako przykłady najgodniejsze naślado­wania...”.

Napoleon: „To i mnie dotyczy. Rozszerzyłbym tę listę”.

Machiavelli: „Badając ich działania oraz ich postępowanie, zobaczymy, że od losu otrzymali tyl­ko dobrą okazję, która im dostarczyła sposobów zaprowadzenia w państwie tej formy rządów, jaka im odpowiadała”.

Napoleon: „Nic mi więcej nie trzeba; okazja przyjdzie; bądźmy gotowi do jej uchwycenia”.

Dodajmy, że adnotacje Napoleona pochodzą z różnych okresów jego działalności: najwcześniej­sze z czasów, gdy jako generał Republiki dowodził armią we Włoszech, późniejsze z czasów, gdy był Pierwszym Konsulem, następne z czasów Cesar­stwa, ostatnie z Elby. Wydawca skrupulatnie roz­różnił poszczególne zapiski i poznaczył je odpo­wiednimi literami: G., R. C., R. I., E. Cytowane wy­żej uwagi poznaczone są wszystkie literami G.: pisał je generał, gotujący się do 18 brumaire’a. Nic też dziwnego, że rozdział o ustanawianiu „nowych księstw”, czyli o uzurpatorstwie, pokryty jest szcze­gólnie gęsto zapiskami generała.

Temat „szczęścia” i przyjaznych okoliczności wraca jeszcze pod koniec rozprawy o zaletach i wa­dach księcia. „Wiem dobrze, jak wielu miało i ma to przekonanie, że sprawy świata tak są kierowa­ne przez los, czyli Boga, że ludzie mimo całej ich roztropności nie mogą im się sprzeciwić ani ich zmienić”.

Napoleon: „System myślenia leniów albo ludzi słabych. Gdy się ma talent i energię, ujarzmia się los najbardziej przeciwny”. (Elba)

Machiavelli: „Według tych ostatnich można by sądzić, że w takich okolicznościach szkoda za­chodu i że lepiej wtedy po prostu poddać się prze­znaczeniu. Ta opinia przyjęła się szczególnie w na­szych czasach z powodu wielkich zmian, które nie­zależnie od ludzkiego przyzwolenia zaszły i co dzień zachodzą”.

Napoleon: „A widział kto zmiany większe od tych, które ja uczyniłem i które jeszcze mogę uczy­nić?” (Elba)

Machiavelli: „Sam zresztą przychylałem się do tej opinii. Ponieważ jednak nasza wolna wola wcale nie została unicestwiona, sądzę, że los roz­strzyga o mniej więcej połowie naszych działań, podczas gdy połowa druga, a w każdym razie po­ważna jej część, zależy od nas samych”.

Napoleon: „Święty Augustyn nie lepiej rozumował o wolnej woli. Moja wolna wola ujarzmiła Europę i Naturę”.

Machiavelli: „Porównuję go [Los — przyp. A.K.] do rwącej rzeki, która gdy się rozgniewa...”.

Napoleon: „Ten Los do mnie należy: Los to ja sam”.

Machiavelli: „...zalewa równiny, przewraca drzewa i budynki, porywa ziemię z jednego miej­sca, by ją przenieść na drugie. Każdy przed nią ucieka, wszyscy ustępują przed jej gniewem, nie mogąc mu się oprzeć. A jednak, chociaż straszna jest jej siła, zdarza się czasem, że ludzie, korzysta­jąc z czasów spokojnych, zabezpieczają się przed nią, budując tamy i wały...”.

Napoleon: „Nie zostawię im na to ani czasu, ani środków”. (Cesarstwo)

Machiavelli: „...tak, że gdy ona znowu wzbie­rze, będzie zmuszona spłynąć kanałem albo przy­najmniej jej spływ nie będzie tak samowolny i tak szkodliwy”.

Napoleon: „Mój Los nie da się tak poskromić”. (Cesarstwo)

Machiavelli: „Los uderza z siłą tylko wtedy, gdy napotka ducha i charakter zdolne mu się przeciwstawić; a gdy je napotka, odwraca się w in­ną stronę, gdzie nawet murów obronnych nie przy­gotowano, i tam szaleje”.

I tak dalej. Już nie bardzo wiadomo, czego to przenośnią jest owa rzeka: losu czy charakteru, i czy los uderza mocniej w tych, co mu się opiera­ją, czy też przeciwnie, ich właśnie oszczędza... Już sam temat był niebezpieczny z punktu widzenia legitymizmu, a dla romantyków, uzurpatorów, podniecający. Pamiętać trzeba o tym, że ruch roman­tyczny rodzi się w dobie porewolucyjnej i ponapoleońskiej reakcji, w epoce ustalania w Europie po­rządku politycznego, który na stulecia miał jej zapewnić pokój we wszystkich dziedzinach: pokój między narodami, ponieważ ich sprawy wzięły w swe ręce mocarstwa, i równo, proporcjonalnie do siły, podzieliły sfery wpływów; pokój społeczny, ponieważ prawodawcy, administratorzy i policmaj­strzy konflikty klas zgasili siłą prawa i prawem siły; pokój sumień, dusz, umysłów, ponieważ cały aparat konserwatyzmu religijnego i wychowaw­czego, naukowego i literackiego, użyty został do uspokojenia wzburzonej Europy. Od Atlantyku po Ural rozciągnęła się jednomyślność dworów, ga­binetów, akademii, konsystorzy i cyrkułów policyj­nych; „Święte Przymierze” było systemem uniwer­salnym i totalnym — uniwersalnym, bo obejmu­jącym cały ówczesny świat cywilizowany, i total­nym, bo sięgającym od traktatów między państwa­mi po elementarze. Trwał równo sto lat — od Kon­gresu Wiedeńskiego do Wojny Światowej, chociaż pękał od samego początku i zdawał się z dnia na dzień rozlatywać. Romantycy byli pierwszym po­koleniem, które doznało jego ciężaru, a zarazem nie doświadczyło jeszcze żadnych nadziei na jego roz­bicie i nie korzystało z żadnych jego dobrodziejstw (bo przecież te dobrodziejstwa z czasem przyszły, w postaci dobrobytu i stabilizacji...).

Byli pokoleniem skazanym na historyczną za­gładę. Rodzili się w latach wielkiej wojny. Temu i owemu świtały w pamięci wspomnienia jakichś chwil podniosłych czy groźnych. Mochnacki jako czteroletni chłopczyk przysięgał w kościele w Żół­kwi na wierność Napoleonowi. Dwunastoletni Mic­kiewicz widział w Nowogródku wkraczającą Wiel­ką Armię. Ojcowie mieli za sobą heroiczną przesz­łość wojskową czy polityczną, ale pod rządami konstytucyjnego króla, który w Petersburgu pano­wał jako despota, a raz do roku przyjeżdżał do Warszawy odegrać komedię parlamentarną; w urzędniczym państwie, o hierarchii sztywnej, bo układanej i gwarantowanej przez północną stolicę, każdy z tych dawnych bohaterów czy działaczy zmieniał się w pokornego czynownika. Na podsta­wie wiedeńskich układów o podziale Europy na strefy wpływów Rosja była jedynym gwarantem polskiej autonomii. Polacy, sprawujący władzę w Królestwie Polskim, mieli mandaty rosyjskie, które uważali za jedynie możliwą formę polskiego bytu politycznego. Tylko z nami, powiadali rodakom, najjaśniejszy pan będzie mówił o swobodach i prawach Polaków. Jeżeli nas zabraknie, car prze­kreśli wasze istnienie polityczne jednym pociągnię­ciem pióra. Tępili każdy przejaw opozycji, bo, po­wiadali, liberalizm psuje nam opinię na dworze car­skim i grozi interwencją. Swój urząd utożsamiali z politycznym istnieniem Polski. Zamknęli drogę kariery młodym i sprowokowali konflikt pokoleń, który rozegrać się musiał na wszystkich płasz­czyznach życia narodowego — w wojsku, w opinii, w literaturze, w uniwersytetach — tak jak na wszystkie płaszczyzny rozciągała się polityka świę­tego, zaklętego „status quo”.

Królestwo Polskie było państwem lękliwych starców; panowała tu nuda i bezczynność. Tylko literatura przyciągała co żywsze umysły.

Dziwne są w tym świecie zmiany i zwyczaje,

Każdy prawie poeta próżniakiem się staje,

A co gorsze, na odwrót idzie rzeczy postać,

Dziś prawie każdy próżniak poetą chce zostać.

Tak pisał jeden z pomniejszych literatów war­szawskich w żartobliwym liście poetyckim do przy­jaciela. Kto żyw opuszczał Warszawę — za granicę, jak Podczaszyński (do Paryża), Goszczyński (do Grecji — na ochotnika walczyć w powstaniu) czy Antoni Malczewski, albo znowu na wieś. Jedno po drugim znikały pisma literackie. Był taki rok (1824), kiedy nie było w Warszawie ani jednego dzienni­ka zajmującego się krytyką literacką. Literatura nie wzbudzała namiętności, bo dla tych, co się nią zaj­mowali, była czynnością zastępczą; ich namiętno­ścią prawdziwą była polityka, to jest dążność do zmian, to jest sztuka dokonywania zmian w ustroju panującym i w wytyczonym biegu historii, polity­ka — to jest wspólnota ludzi mających jednakie czy zbieżne ambicje i cele.

Dla nich właśnie Machiavelli był odpowiednią lekturą. Nie dziwię się, że egzemplarz z „Xięgozbioru Radcy Stanu J. K. Szaniawskiego” jest taki czysty. Radca miał już za sobą takie lektury, ta­kie aspiracje i takie plany. Za to z takim sa­mym egzemplarzem nie rozstawał się podobno ni­gdy Maurycy Mochnacki; trzymał go na biurku wraz z hamletyczną trupią czaszką oraz egzempla­rzem Kazań sejmowych księdza Piotra Skargi.

W ciągu kilku lat pokolenie skazane na zagła­dę historyczną stało się w historii najaktywniej­szym i najbogatszym w talenty, indywidualności, dramaty. Życie nagle przyspieszyło biegu i wszyst­kim zdolnym ludziom ofiarowało owe „szczęśliwe okazje”, o których mówił mistrz z Florencji. Kto kogo do życia powołał: okazje ludzi zdolnych do ich wykorzystania czy ludzie zdolni sami sobie stworzyli owe okazje; czy idee rozjaśniły mrok ówczesnego świata, czy mroki rozproszyły się, ukazując idee gotowe do życia — to pytanie, na które każde pokolenie odpowiada wedle swych aspiracji. Pokolenie romantyczne odpowiedziało spiskiem belwederskim, Dziadami, Kordianem, Marią, mu­zyką Szopena. Co się naprawdę stało w ciągu tych lat kilku, jak wędrowały książki i idee, jak się odnajdywali ludzie wzajem sobie potrzebni, jak doj­rzewali do politycznej i literackiej wielkości... Myślę, że ten Machiavel commenté par Buonaparte jest jednym ze śladów, jedną z iskier ulatujących w powietrze z niezagasłych jeszcze popielisk wiel­kiej epoki.