„Słuchajcie wieszcza niemylnej przestrogi”

Co zrobić z brednią, która ma znaczenie? Historyk i krytyk literatury musi sobie często zadawać to pytanie, ponieważ literatura pełna jest zjawisk, które przestały mieć wartość rzeczową, a których poznanie jest konieczne dla zrozumienia zjawisk innych, żywych. Tak jest na przykład z mesjanizmem polskim.

Nic łatwiejszego, jak potraktować całą sprawę z wstydliwością podobną do tej, jaka towarzyszy opowiadaniu upadków moralnych, aberracji umysłowych, nieprzyzwoitych chorób i skandali poli­tycznych. Tak postępowali z mesjanizmem history­cy i biografowie szkoły pozytywistycznej (np. Piotr Chmielowski20) i późniejsi „dobrze myślący” brązownicy przeszłości. Przemilczenia i retusze wywo­łały w dwudziestoleciu międzywojennym reakcję w postaci znanej kampanii publicystycznej, którą rozpoczął Boy-Żeleński książką pt. Brązownicy21; świetny felietonista „Wiadomości Literackich” zro­bił z mesjanizmu romantycznego skandal towarzy­ski, ponieważ zajął się wyłącznie obyczajową (czy­taj: erotyczną) jego stroną. Na to przyszła replika skrajna w przeciwną stronę: kilku historyków po­częło rehabilitować mesjanizm jako doktrynę mo­ralno-religijną, jego twórców (zwłaszcza Andrzeja Towiańskiego22) jako prawdziwych proroków i świę­tych (prof. Stanisław Pigoń23 pisał, że postępowanie Towiańskiego nie da się ująć w kategoriach normal­nej psychologii, lecz należy do osobnej nauki zwanej „psychologią świętości”), a w końcu pisma mesjaniczne weszły do literatury na pełnych prawach klasyki (Wybór pism i nauk Towiańskiego ukazał się w Bibliotece Narodowej). Marksistowska histo­ria i krytyka literatury początkowo zepchnęła na powrót zjawiska mistyczne do partykularza, trak­tując je wyłącznie jako „swoisty wyraz” wstecz­nej ideologii (patrz: Stefan Żółkiewski24, Spór o Mickiewicza). W miarę jednak rozwijania badań nad ideami składającymi całość romantycznej epoki, w miarę bliższego poznawania ideowych prądów romantycznej lewicy, okazało się, że mesjanizm nie był wyłącznie ezoteryczną doktryną elity emigra­cyjnej, lecz ogarniał szerokie kręgi wygnańców, zwłaszcza tych najbiedniejszych, skupionych w „za­kładach” na prowincji francuskiej czy internowa­nych na wyspy brytyjskie. Komunistyczne „gro­mady” żołnierskie („Grudziąż”, „Lud Polski”) wy­rastały z tego samego pnia mesjanicznego, co zgro­madzenie religijne księdza Jańskiego25 („Domek” i zmartwychwstańcy). Mesjaniczna wiara w rychłą rewolucję powszechną, w wielką katastrofę, która świat odnowi, w nową epokę, która po katastrofie zaświta, w szczególną rolę, jaką Polacy mają w tych wydarzeniach odegrać, z mesjanicznych nastrojów zrodzona wiara prowadziła tych pięciuset oficerów, co z Besançon poczłapali piechotą do Frankfurtu nad Menem wspomóc rewolucję mającą tam „po­dobno” wybuchnąć...; z tą samą wiarą ruszyli do kraju na stracenie uczestnicy tzw. „wyprawy Zaliwskiego” i ta sama wiara w piętnaście lat później prowadziła Legion Polski, który w liczbie kilkuna­stu nieumiejących strzelać ludzi, bez broni i pie­niędzy, pod wodzą postarzałego i zdziwaczałego poety, maszerował z Rzymu na wyzwolenie Polski. Z mesjanicznej wiary pochodziło przekonanie emigracyjnych demokratów, że tylko „ludy” mogą zba­wić Polskę, a więc z gabinetami nie należy wcale na ten temat rozmawiać; mesjaniczną wiarą jest bowiem przeświadczenie, że historia dochodzi do punktu zwrotnego, że polityczna rzeczywistość jest pozorem i tymczasowością, że rachuby wszystkie układać trzeba ze względu na jutro nowe, inne; i dlatego gdy konserwatyści emigracyjni, wyczer­pawszy wszystkie możliwości dyplomatyczne, po­stanowili księcia Adama Czartoryskiego koronować królem polskim na wygnaniu, a narodowi polskie­mu ogłosić stan permanentnej insurekcji, byli także mesjanistami, jak demokraci czy „komuniści”.

Można powiedzieć, że mesjanizm był „szczegól­nym wyrazem” wszelkiej ideologii politycznej owego czasu, podobnie jak np. w czasach reformacji formą, w której kształtowały się ideologie społeczne, najbardziej nawet rewolucyjne, była teologia. Ponieważ na teologii był oparty cały sy­stem autorytetu i władzy średniowiecza, od buntu teologicznego rozpoczynały się ówczesne rewolucje mieszczańskie, chłopskie czy narodowe. Fala mesjanizmów pojawiła się w XVIII wieku w Europie po­dzielonej między wielkie, scentralizowane monar­chie, które podbitym narodom narzucały prawa, ciężary wojskowe i skarbowe, politykę, sojusze, wojny, granice. W mesjanizmie owej epoki obja­wiły się dwie tendencje; uniwersalistyczna i naro­dowa. Wizja Europy zjednoczonej powstała w dwóch krajach, które przejawiały wówczas rzeczywiste ambicje przejęcia takiej dominacji nad świa­tem cywilizowanym, jaką Rzym kiedyś posiadał: we Francji porewolucyjnej oraz w Rosji Aleksan­dra I. Natomiast w Niemczech, rozbitych wówczas na trzysta przeszło państewek, szerzył się mesja­nizm narodowy, mający na celu rozbudzenie wśród Niemców ducha wspólnoty i dążności do zjednoczenia. Podobnie było we Włoszech. Mesjanizm był zatem objawieniem celów, jakie naród ma do speł­nienia: albo ma on do spełnienia misję wobec innych narodów — jak Francuzi i Rosjanie, albo wobec siebie samego — jak Niemcy czy Włosi. Tak czy tak, mesjanizm był ideologią określającą oso­bowość narodu, wyznaczającą jego miejsce w świecie i jego los w historii.

Polski mesjanizm był przez to szczególnie inte­resujący, że stanowił kombinację obu tendencji. Po­lacy mieli wtedy jeszcze poczucie, że są mo­carstwem największym we wschodniej Europie i wśród Słowian, i nie chcieli się pogodzić z tym, że ich Rosja bezpowrotnie z tego piedestału zrzuciła, a już wchodzili w rolę narodu podbitego i podzielonego, jak Niemcy. Jeszcze z końcem osiemnastego wieku marzyli więc o panowaniu nad zjednoczonym światem, a jednocześnie szukali na wschodzie lub na zachodzie, we Francji lub w Ro­sji, protekcji albo przewodnictwa.

Polski mesjanizm „imperialistyczny” jest dość starej daty i zrodził się chyba z polemik doby re­formacji; w zwyczaj stylistyczny weszło wtedy obfi­te cytowanie Pisma świętego, zwłaszcza Starego Testamentu, którego analogii nadużywano w obu zwalczających się obozach: „ludem wybranym” na­zywał Polaków zarówno Stanisław Orzechowski26, jak Piotr Skarga27 — pierwszy dla przeciwstawienia ich Rzymowi, drugi dla umocnienia ich w katolicyzmie. Piszący w pierwszej połowie XVII wieku ksiądz Wojciech Dębołęcki (kapelan „lisowczyków”, tj. oddziału polskich jeźdźców najemnych, służących po stronie cesarza w wojnie trzydziestoletniej) prze­powiedział Polakom bez ogródek panowanie nad światem. Twierdził, że Adam i Ewa byli Słowiana­mi i że wszystkie inne języki od słowiańskiego po­chodzą, a wśród Słowian najstarsi są Polacy, bo królestwo scytyjskie (od szczytu) właśnie oni zało­żyli. W wieku XVIII był już istny zalew tekstów profetycznych, a mesjasze mnożyli się zupełnie tak, jak to zostało już w Ewangelii zapowiedziane. W Avignonie ogłosił się mesjaszem polski szlachcic Tadeusz Grabianka28, który twierdził, że duch Izraela wstąpił w Polaków, za których pomocą on, Grabianka, uzyska panowanie nad światem, aby mógł go uszczęśliwić na tysiąc lat (tysiącletnie pa­nowanie Chrystusa na ziemi zapowiedziane zosta­ło w Apokalipsie św. Jana. Wiara w „drugie przyj­ście” Chrystusa na ziemię i w tysiącletnie Kró­lestwo Boże na ziemi, czyli tzw. „chiliazm”, potę­piony jako herezja, była stałym motywem ruchów chłopskich w XV i XVI wieku, a także mesjanicznych doktryn XVIII i XIX wieku). Prorokował Pol­sce rolę mesjasza narodów słynny ksiądz Marek karmelita; jego to proroctwa były chyba wzorem „proroctwa księdza Piotra” z trzeciej części Dziadów Mickiewicza, a sam ksiądz Marek znalazł się w literaturze dzięki dramatowi Słowackiego i pieś­niom Beniowskiego.

Rozmnożyły się więc proroctwa (z tego czasu pochodzą też proroctwa Wernyhory, kolportowane jeszcze podczas ostatniej wojny) i weszły do litera­tury razem z mistyczną modą ogarniającą wówczas kręgi najlepszych towarzystw. Rezydencja Czarto­ryskich w Puławach była ogniskiem owego mesjanizmu na użytek salonowy, a związani z tym śro­dowiskiem poeci (Woronicz29, Kniaźnin30, Trembecki31) prorokowali na potęgę. Robił to zresztą sam książę Adam Jerzy Czartoryski w swoim Bardzie polskim. Najdziwniejsze w tym mesjanizmie towarzyskim było to, że szalenie łatwo zmieniano tutaj koncepcję mesjasza. W miarę jak pogarszały się interesy Pol­ski, o jej panowaniu nad światem przestano mówić, a wspominano tylko (jak Woronicz), że Bóg prze­niósł na nią całą miłość, jaką miał kiedyś dla Ży­dów. Zwracano się już w stronę Francji. Tenże Wo­ronicz w poemacie Zjawienie Emilki przedstawił całą przyszłą historię w formie zmian w zodiaku — otóż konstelacja Bliźniąt miała odnieść zwycięstwo nad Niedźwiedzicą — to znaczy Polska wraz z Fran­cją miały pokonać Rosję. Po konfederacji targowickiej konstelacja zmieniła się na niebie Woronicza: Niedźwiedzica miała właśnie zwyciężyć, a żeby tego dowieść, uczony poeta-prymas nawiązał do bredni księdza Dębołęckiego o słowiańskich prarodzicach ludzkości. Co do roli Polaków Woronicz był dyskretny, przepowiadał natomiast zgodę i jedność „braci jednogniezdnej”. Kniaźnin w tym samym czasie porzucił myśl, że mesjaszem jest Kościuszko, i przychylił się raczej do poglądów Trembeckiego, że mesjaszem tym jest Katarzyna II. Rychło jednak Francja miała wrócić do łask proroków: gdy Napo­leon wkroczył do Warszawy, stał się natychmiast Zastępcą Niebios, Wskrzesicielem, Odnowicielem, i to w poezjach tych samych poetów, którzy nie­dawno wielbili w ten sposób Katarzynę. Ta ostatnia nie żyła już, a w Petersburgu panował Aleksan­der I. Pokój zawarty przez niego z Napoleonem w Tylży, nadzieje, które robił Polakom, aby ich so­bie zjednać, podzieliły ich uczucia między obu władców. Tak np. Hugo Kołłątaj32, choć od mistycyz­mu daleki, najpierw wyłożył słowiańską historiozofię, niewiele różniącą się w gruncie rzeczy od bajdurzeń księdza Woronicza, a gdy już z woli cesarza Francuzów za zgodą cesarza Rosji powstało kadłu­bowe Księstwo Warszawskie, ten sam Kołłątaj na­kreślił wizję światowej unii prawno-ekonomicznej, której realizację przypisał obu cesarzom. Nietrudno przewidzieć, co stało się w Polsce, gdy upadł osta­tecznie Zastępca Niebios: miejsce jego zajął po prostu Aleksander, a wszyscy prorocy i historiozofowie musieli przerobić swoje koncepcje.

Krótko mówiąc, ton mesjaniczny był obowiązu­jącym wówczas stylem panegiryku politycznego, podobnie jak w czasach klasycyzmu i renesansu stylem takim była mitologia grecko-rzymska. Gdy poeta dworu Ludwika XIV chciał uczcić parę królewską, przyrównywał monarchę do Jowisza, a kró­lową do Junony. W tej epoce, w której nad głowa­mi zawisnął miecz rewolucji, w której po koronę cesarską mógł sięgnąć syn nauczyciela z Korsyki, aby potem obdarować koronami swoich braci i ku­zynów (nie potrafimy nigdy zrozumieć, jak bardzo Napoleon ośmieszył sakrę królewską), pochlebcy tronów postąpili o krok wyżej, przypisując wład­com po prostu rolę wysłanników niebieskich. Po­zór domaga się zawsze wygórowanych względów, a składacze wierszy, mów, a nawet traktatów „nau­kowych” służących aktualnym potrzebom nigdy nie odznaczali się stałością poglądów.

Jednocześnie maniera wysłowienia staje się manierą myślenia; w tych czasach prorokuje się i fantazjuje na temat przeszłości i przyszłości nie tylko w wierszach, lecz także w naukowych roz­prawach. Proroctwo poetyckie stało się utopią w publicystyce polityczno-społecznej („proroctwo” i „utopię” traktujemy tu na prawach gatunków li­terackich), a historiozoficzne rojenia, ujęte w kar­by języka filozoficznego, wykutego w pedantycznej niemieckiej szkole, stały się metafizyką historii: od Herdera do Hegla nie jest tak daleko, jak by się mogło zdawać, a od Hegla bardzo blisko do Marksa. W mesjanizmie romantycznym trzeba bowiem roz­różnić jeszcze dwa nurty, już nie z punktu widze­nia celu i użytku narodowego, ale z punktu widze­nia szkoły czy metody. Otóż część utworów i zja­wisk należy do tradycji biblijnej, ma charakter mistyczno-religijny i wypowiada się w poezji lub w twórczości pokrewnej. Jednocześnie jednak pod wpływem francuskiej „filozofii rozumu”, pod wpły­wem Voltaire’a i encyklopedystów, tworzy się mesjanizm racjonalistyczny, to znaczy przekonanie, że postęp leży w naturze rzeczy, wynika z rozumnego charakteru rzeczywistości, że jest konieczny, tak jak konieczne są etapy logicznego dowodu: że po­stęp ten nie jest nieskończony i nieustanny, lecz zmierza do swego apogeum, do swego celu, do swej pełnej realizacji, tak jak dowód logiczny zmierza do ostatecznego udowodnienia hipotezy. Nawet Kant głosił wówczas erę wiecznego pokoju i pisał: „Filo­zofia także przeżywa swój millenaryzm”. Wiara w postęp, w nową erę, w zwycięstwo rozumu przybra­ła w rewolucji francuskiej objawy zupełnie religij­ne i szaleńcze. Odprawiano uroczyste nabożeństwa przed posągiem Bogini-Rozumu, odmawiano modli­twy do Robespierre’a33 i Marata34 („Robespierze nasz, który jesteś z nami, bądź wola twoja...”). A jedno­cześnie Condorcet35 i Mably36 pisali traktaty, które lo­gicznie uzasadniały zwycięstwo rewolucji. Zjawi­ska mistyczne towarzyszyły wtedy filozofii i polity­ce, a środowiskiem, w którym tworzył się ów stop Rozumu i Tajemnicy, były loże masońskie, skupia­jące absolutnie całą elitę europejską, od królów i duchownych począwszy, a skończywszy na woj­skowych i pisarzach.

W Polsce ten rodzaj racjonalistycznego mesjanizmu praktykowało Towarzystwo Republikanów Polskich, będące odpowiednikiem rewolucyjnego klubu jakobinów. Utworzone po insurekcji kościusz­kowskiej, za dogmat swój przyjęło wiarę w zwycięstwo Francji rewolucyjnej. Poeta polskich jakobi­nów, Jakub Jasiński37, pisał tym samym profetycz­nym tonem, co Woronicz i Kniaźnin, a nawet pier­wszy zdaje się w literaturze polskiej użył słowa „wieszcz” w znaczeniu „poeta”: „Słuchajcie wiesz­cza niemylnej przestrogi...” — pisał w wierszu Do egzulantów polskich. (Jeszcze Słownik języka polskiego Lindego podaje jako pierwsze znaczenia tego słowa: wróżbiarz, czarownik.) W tymże Towarzy­stwie Republikanów powstała jednak doktryna, która stała się programem dla stronnictwa ugody z Rosją. Członkiem Towarzystwa był m.in. Józef Kalasanty Szaniawski. Roił on zjednoczenie świata pod władzą filozofów (nie daj Bóg!), a zawiedziony do jakobińskiej i kościuszkowskiej doktryny czynu zbrojnego w oparciu o Francję, przedłożył plan wielkiej, długoletniej konspiracji, mającej na celu moralne przygotowanie narodu polskiego do no­wych przeznaczeń, jakie przyniesie mu — powia­dał — ogólna przemiana moralno-polityczna Euro­py. Przygotowanie to miało polegać — jak u pozytywistów warszawskich drugiej połowy XIX wieku — na rozpowszechnieniu nauki i oświaty. Szaniawski wiele zrobił na tym polu, dopóki nie został cenzorem w Królestwie Kongresowym; jako taki pracował nad zniweczeniem tego, co sam uprzednio zdziałał. Po roku 1831 zasiadał w try­bunale sądzącym uczestników powstania listopado­wego. On to był mistrzem duchowym młode­go Mochnackiego i namówił go do złożenia słyn­nego memoriału o wychowaniu młodzieży w du­chu posłuszeństwa i poszanowania religii i mo­narchii...

Z rojeń o słowiańskiej przeszłości Polaków zro­dził się wielki program badań etnograficznych, re­alizowany pod patronatem warszawskiego Towa­rzystwa Przyjaciół Nauk. Że założyciel i prezes tego towarzystwa (Stanisław Staszic) sam snuł utopijne wizje ludzkości szczęśliwej, bo rozumnej (w poema­cie Ród ludzki), i że w swoich majątkach hrubie­szowskich zakładał już wzorowe komórki owej przyszłej ludzkości, że wielki badacz przeszłości słowiańskiej, Zorian Chodakowski (naprawdę Adam Czarnocki, który Zorianem przezwał się od zorzy, a Chodakowskim od chodaków, które wkładał na bose nogi, gdy puszczał się w swoje wędrówki naukowe po kraju), że zatem Zorian ów szukał z maniackim uporem śladów zupełnie mistycznej gminy słowiańskiej i że wszystko wtedy było prze­sycone fantazją, mistyfikacją, a przy tym dziwnie jakoś zsynchronizowane z aktualną sytuacją poli­tyczną, cóż z tego? Wszak Słownik Lindego i zbiory pieśni ludowych Kolberga w tym samym czasie powstawały i z tego samego „ducha”. I poezja Mic­kiewicza, i muzyka Moniuszki.

*

W miarę jak zawodziły Polaków nadzieje po­kładane w słowiańskim ich oswobodzicielu, w mia­rę jak świetlana przyszłość świata wybawionego przez rozumnych monarchów, szlachetne ludy czy światłych filozofów odsuwała się w nieokreśloną przyszłość, a rzeczywistość w ponapoleońskiej Euro­pie kształtowały cyniczne monarchie oparte na po­licji i biurokracji, mesjaniczne wizje stawały się coraz bardziej melancholijne, a coraz bardziej przez to mistyczne. Owszem, Polacy nie rezygnowali z wielkiej roli, jaką odegrać mają w odkupieniu całej ludzkości, lecz heroiczny wątek zwycięstwa i panowania ustąpił miejsca chrześcijańskiemu wąt­kowi odkupienia przez cierpienie i miłość. Pierwszy ideę tę sformułował Kazimierz Brodziński38, w słyn­nej mowie O narodowości Polaków, wygłoszonej w Towarzystwie Przyjaciół Nauk. Po raz pierwszy bodaj pojawiała się wtedy wśród Polaków myśl, że naród może istnieć jako idea, jako miłość, jako los szczególny, gdy go przemoc pozbawi granic i państwowych instytucji. Myśl ta powstała w kraju, w którym nie tamowano wcale wyrazu uczuć na­rodowych, pod warunkiem, że nie będą one sprze­czne z uczuciami do „jednogniezdnego sąsiada”. Po ulicach Warszawy maszerowało polskie woj­sko, białe orły widniały na emblematach państwo­wych, wszystkie gęby pełne były Polski — przy­najmniej na tym skrawku wydzielonym przez mo­carstwa. I wtedy właśnie pisał Kantorbery Ty­mowski39:

Bracia! Nie ziemia ojczyzną się zowie,

Nie brzeg, gdzieśmy dzień ujrzeli,

Nie święte miejsca, gdzie żyli przodkowie,

Co chwale służyć umieli.

Jest nią narodu nierozdzielna całość,

Równa mową, obyczajem;

Na praw puklerzu spoczywa jej trwałość,

Nie ogranicza się krajem.

Wtórował mu Maurycy Mochnacki w swo­im Głosie obywatela z Poznańskiego, skierowa­nym anonimowo do senatorów, składających tzw. Sąd Sejmowy nad uczestnikami tajnych związ­ków:

„Senatorowie! Wy zapewne odgadujecie, co to jest ojczyzna, owa Jerozolima, owa święta ziemia, obiecana pobożnym i wiernym, którzy się nie kła­niają cielcom i nie ofiarują im? Zaprawdę nie jest nią ta piaszczysta przestrzeń Mazowsza ani Wisła, przerzynająca niezmierzone okiem równiny nasze, ani stolica, ani wspaniałe w niej siedliska władz rządowych, ale jest nią owa wielka myśl politycz­nej niepodległości i nadzieja, że się kiedyś, za przewodnictwem i pomocą Bożą, w jedną nierozdzielną sprzężemy całość, że będziemy twierdzą Europy, pogromem dla złych sąsiadów i wybranym Sło­wiańszczyzny ludem”.

Otóż ta intelektualna i mistyczna zarazem idea ojczyzny powstała za czasów kadłubowej niepodle­głości w Warszawie, aby w tragicznej przyszłości popowstaniowej stać się jedyną ideą pozwalającą żyć po polsku i działać dla Polski, na emigracji i w kraju, aż po koniec wieku niewoli.

Z mgławic, z doktryn i fantazji ezoterycznych, z utopii filozoficznej, z naciąganych wywodów słu­żących za program ideowy różnym kolejnym kola­boracjom, z wierszy i grafomanii, z dziwactw i egzaltacji, wykrystalizowała się w końcu idea na­rodu czysta, jasna, prosta, wieczna, której najwyż­szy wyraz poetycki nada wkrótce „trójca roman­tyczna”.

Józef Ujejski40 w swej znakomitej książce pt. Dzieje polskiego mesjanizmu ma głęboką rację, gdy uznaje mesjanizm za duchowy zrąb całego pokole­nia porozbiorowego; o dziele owego pokolenia tak pisze: „Olbrzymim wysiłkiem dokonało ono pod ciśnieniem niewoli rewizji wszystkich pojęć, ca­łego poglądu na świat, pracy podobnej do tej, która zaprzątała w Polsce wiek XVI i czasy »przewrotu umysłowego« w wieku XVIII, tylko przy współdzia­łaniu różnych zupełnie czynników emocjonalnych, mianowicie tym razem pod wpływem mniej lub więcej świadomego nastroju mesjanistycznego”. Jak w wieku XVI spór teologiczny o naturę Chrystusa czy kościoła, jak „filozofia rozumu” w wieku XVIII, tak z końcem tego wieku i w początkach wieku XIX przekonanie o nieuchronnej, a bliskiej prze­mianie świata, o szczególnej roli wybitnych jedno­stek i wybranych narodów, o cierpieniach, „pró­bach” i doświadczeniach, jakie świat musi przejść, aby do owej złotej ery dobrnąć, stanowiło podłoże uczuciowe, myślowe i językowe dla uformowania się nowoczesnych idei narodu i klasy.

*

Najwyższym wyrazem romantycznego mesjanizmu narodowego w Polsce jest trzecia część Dzia­dów; na proroctwie księdza Piotra można by wła­ściwie zakończyć dzieje polskiej idei mesjanicznej, która zrodziła się w chaosie konfederacji barskiej i pierwszych rozbiorów, aby w latach trzydziestych XIX wieku osiągnąć jasność i wielkość na tę miarę, w jakiej zjawiła się w kulturze europejskiej. Pra­wie dziesięć lat upłynęło od tego czasu; Mickiewicz już przestał być poetą i przestawał być autorytetem dla emigracji, gdy zjawił się u niego w paryskim mieszkaniu gruby człowiek z goloną czaszką, w czamarze, w butach z cholewami, oświadczając, że przyjechał z Litwy jednokonnym wózkiem, pię­cioro dzieci zostawiwszy na opiece boskiej, aby tu, w Paryżu, urzeczywistnić Sprawę.

Tak się zaczął skandal z towiańszczyzną, który tyle miejsca zajął w literaturze polskiej i którego sprawca, choć był oczywistym maniakiem, grafomanem, a może i agentem rosyjskim albo przynaj­mniej narzędziem agenta, wszedł do literatury na­rodowej. I odtąd stuletnie dzieje mesjanizmu pol­skiego zbiegły się do dziejów jednej wstydliwej afery towarzyskiej i do tej jednej, antypatycznej postaci mesjasza spod Oszmiany. Ten emigracyjny, histeryczny mesjanizm był zjawiskiem schyłkowym, wtórnym; mesjanizm wyszedł kiedyś z ezoterycz­nych salonów i do nich powracał. Był groteskowy zarówno w swej pierwotnej, jak i w swej ostatniej postaci. Natomiast w całości swojej i na tle epoki jako całości jest zjawiskiem wielkim. I wcale nie jest wstydliwą chorobą polskiej literatury, ale, przeciwnie, jednym z czynników, który ją silnie wiąże z literaturą całej Europy.

Napoleon z nami!

„Od strony tej, jak się spodziewamy jego przybycia, są cztery bramy triumfalne, przez które będzie przejeżdżał. Od pierwszego zacząwszy arku41 już nie­przerwanym pasmem stać będą gminy różnego wie­ku i płci aż do miasta, wołając: «niech żyje...». Na amfiteatrach (...) w pierwszej ławie znajdować się będą młode panny w biel ubrane, rzucające kwiaty pod wóz i śpiewające pieśń pochwalną... Poczynić trzeba jak najskuteczniejsze dyspozycje, aby, ile być może, drogi były uregulowane, mostki na ryn­sztokach dane, ulice i rynek wychędożone42”.

Takie instrukcje dla władz miejskich Poznania wydał był na przywitanie cesarza Napoleona jego wysłannik, Józef Wybicki. Należy przypuścić, że „pieśnią pochwalną”, której na tę okazję wyuczyły się poznańskie panny, była Jeszcze Polska nie zginęła, skoro autor tych słów był mistrzem ceremonii. W uroczystości samej nie ma nic nadzwyczajnego; wedle tego samego rytuału witano Fryderyka Wil­helma III, gdy dwa lata wcześniej przybył objąć we władanie Warszawę, stolicę „Prus Południowych”; tak nazywano urzędowo polskie ziemie, przypadłe Prusom w wyniku trzeciego rozbioru. Świeże były też jeszcze wspomnienia pobytu w Polsce cesarza Rosji, Aleksandra, który jako gość Czartoryskich zatrzymał się w Puławach w drodze do Austrii. Je­chał wtedy na czele swoich wojsk na pomoc Austrii przeciw Napoleonowi. Polaków łudził obietnicami wspólnej walki przeciw Prusom oraz odbudowy całej Polski pod swoim berłem. Wkrótce potem jed­nak odwiedził króla Prus w Berlinie i na grobie Fryderyka Wielkiego zaprzysiągł mu wieczystą przyjaźń. Pod Austerlitz pobici zostali cesarze Ro­sji i Austrii; w rok potem Napoleon wkraczał do Berlina. Wszystkie obietnice płynące dla Polaków z zaborczych stolic zostały unieważnione. Do ziem polskich zbliżał się nowy protektor.

Kult Napoleona jest jednym z najciekawszych zjawisk umysłowych XIX wieku; towarzyszy pro­cesowi określania się narodów europejskich, odgry­wając w nim rolę hasła wywoławczego; zjawisko to tym dziwniejsze, że we wszystkich prawie wypadkach pozbawione racjonalnych podstaw. W wypad­ku Polski irracjonalny charakter kultu Napoleona jest szczególnie oczywisty, drastyczny nawet. Bada­nie tego zjawiska poucza o genezie i charakterze wszelkich kultów tego rodzaju oraz mitów utwo­rzonych z politycznej materii. Konsekwencje mitu napoleońskiego są niezmierne, a objawiają się w najbardziej zakorzenionych w świadomości zbioro­wej przekonaniach, w dogmatach, na których opie­ra się zbiorowe życie Polaków, a wreszcie w wąt­kach literackich, które decydują o typie literatury polskiej, stanowiąc jej odrębną, dziwaczną, egzo­tyczną nieomal urodę.

*

Polacy po trzecim rozbiorze są w stanie uśpie­nia; politycy chwytają wprawdzie każdą obietnicę poparcia swych starań o odzyskanie bytu politycz­nego, wojskowi zaciągają się do każdej armii gotu­jącej się do lokalnego choćby starcia z jednym z trzech zaborców, ale „obywatelstwo43” płaszczy się przed każdym monarchą, każdym gubernatorem, każdym wojskiem wkraczającym. Na zawołanie znajdują się nie tylko panny biało ubrane, śpiewa­jące pieśń pochwalną, lecz także dostawy dla woj­ska, a nawet rekruci z wiosek.

W centrum kraju, w zaborze pruskim, przewa­żała orientacja proberlińska. Wiązała się z liberal­nymi rządami Fryderyka Wilhelma III, który nie przejawiał zamiarów germanizacyjnych, ciężary podatkowe przerzucił na chłopów, faworyzował zaś majątki szlacheckie oraz miasta. Dostęp do portów bałtyckich otworzył szerokie możliwości dla pol­skiego handlu, zwłaszcza dla eksportu zboża. Przyzwoita administracja pruska wprowadziła trochę porządku do kraju, który tak bardzo ucierpiał od anarchii i bezhołowia. Lud, oczywiście, nienawidził Prusaków, zwłaszcza że najmniej korzystał z ich względów, a najwięcej od nich doznawał ucisku policyjnego i skarbowego. Elita natomiast okazy­wała zadowolenie; wielką rolę w kształtowaniu opinii odegrała wtedy loża masońska „Orła Białe­go”, której centrala mieściła się w Berlinie i która członkom swoim narzuciła pruską ideologię. W lo­ży tej skupiało się sporo byłych jakobinów z To­warzystwa Republikanów Polskich, a także byłych legionistów, którzy, po zawarciu przez Napoleona pokoju w Lunéville i rozwiązaniu obu legii, wró­cili do kraju. Królowi pruskiemu dedykował swoje wiersze Cyprian Godebski44, pułkownik drugiej legii, świadek jej haniebnego wydania przez Francuzów w ręce Austriaków. Gorycz zdradzonego legionisty wypowiedział w słynnym Wierszu do Legiów Pol­skich, a w powieści Grenadier-filozof dał wyraz antyfrancuskim i nawet antyrewolucyjnym nastrojom, jakie rozpowszechnione były wśród niedobit­ków włoskiej kampanii.

W powieści tej Godebski opowiada dzieje fran­cuskiego odwrotu spod Mantui. Austriacy wypuścili francuskich żołnierzy, a z nimi pewną ilość ofice­rów — rannych i chorych przede wszystkim — oraz tych, którzy potrzebni byli do konwojowania zwol­nionych z niewoli żołnierzy. Reszta oficerów poszła na trzy lata do austriackiej niewoli, Polacy zaś — jak wiadomo — wcieleni zostali do armii austriac­kiej. Godebski zdołał przyłączyć się do transportu rannych i chorych. W jego opowieści o ponurej wędrówce przez Alpy, przez Sabaudię do Lyonu, pojawia się raz po raz postać dziwnego grenadiera francuskiego, który odznacza się niezwykłym egoi­zmem i zachłannością: nic nikomu nie da, w niczym nie ustąpi, nie pomoże etc. Polscy oficerowie za to pomagają, jak mogą, wszystkim wokół i ostatnim kęsem chleba dzielą się z potrzebującymi. Wreszcie sami znajdują się w krytycznej sytuacji: wtedy na­gle przychodzi im z pomocą niesympatyczny grena­dier. Co więcej, okazuje się, że już wcześniej po­magał innym, ale w taki sposób, aby nie być roz­poznanym jako dobroczyńca. Gdzie tkwi tajemnica tak dziwnego postępowania? Otóż grenadier obser­wował bacznie ludzi, oceniał ich postępowanie względem drugich i dopiero gdy przekonał się o cnotliwości Polaków, wyciągnął do nich rękę, ujawniając swą prawdziwą, dobrą naturę. Albo­wiem cnota — powiada autor — jest jedyną rękoj­mią społeczną, tylko ona może ludzi łączyć z sobą; wojny i rewolucje są dziełem jakiegoś złośliwego demona mieszającego ludzkie rzeczy; wojny i rewo­lucje tworzą jakby odrębny, ciemny wątek dziejów ludzkich, konieczny zapewne i niedający sobą kierować — jak wszelkie nieszczęście. Grenadier-filozof znalazł się wbrew swej woli w armii republi­kańskiej. Pochodzi z Tulonu45 — miasta, które na rozkaz władz republikańskich zniszczył ogniem artylerii oficer nazwiskiem Bonaparte. „Wiadomy wam los tego nieszczęśliwego miasta — powiada grenadier swoim polskim przyjaciołom — będzie on długo przerażać prawdziwych przyjaciół ludu. Wymordowano jego mieszkańców dla uczynienia ich wolnymi. Zgładzono jego ślady dla zaszczepienia w nim drzewa wolności, a na stosie trupów otwo­rzono księgę praw człowieka...”. Inny znów z ofice­rów opowiada Polakom o losie Lyonu, również zmasakrowanego przez Republikę: „Mój ojciec był przyjacielem sprawy, ale nienawidził środków i stał się z innymi swego zdania ofiarą”.

Przechodząc przez Alpy Sabaudzkie, legioniści polscy znaleźli człowieka szczęśliwego. Był to pa­sterz, który żył z dala od miasta, z dala od ludzi, tylko pośród natury. W obrazie tym widne46 są ślady sentymentalizmu i filozofii Rousseau, lecz zapra­wione elementem nowym: goryczą porewolucyjną, ironią wobec republikańskiego „szczęścia”.

„— Widzę — rzeknę do pasterza — że pokój i szczęście udziałem waszej ustroni; ale winszujemy wam nowej onych rękojmi.

— Jakiej? — zapyta.

— Konstytucji, co wam przynieśli Francuzi.

— Oto jest — rzecze — nasza konstytucja — wskazując skały — póki te trwać będą, póty my zo­staniemy wolnymi! Ja ledwo wiem, że w Sabaudii są Francuzi, i nie wiedziałbym o tym, gdybym nie był przymuszony iść niekiedy do miasta dla kupie­nia soli. Widziałem ja tych republikanów szczepią­cych drzewa wolności po rynkach. Ale to nie tam, lecz tu — pokazując na serce — potrzeba je szczepić”.

Antyfrancuskiemu, antyrepublikańskiemu, filopruskiemu usposobieniu byłych jakobinów i le­gionistów towarzyszyło przekonanie, że narodowi polskiemu można pomóc teraz jedynie przez pracę nad pomnożeniem jego bogactw i szerzeniem oświaty. Józef Kalasanty Szaniawski stworzył wielki program kształcenia ludu, nawiązujący do progra­mu Komisji Edukacji Narodowej, a Czacki z Drze­wieckim pracowali nad zakładaniem po miastach sieci księgarń. Być może projekty te kryły w sobie jakieś inne jeszcze zamiary: Szaniawski przebąki­wał wszak o „konspiracji” na rzecz oświaty, a te księgarnie miały być także siatką wywiadu i pro­pagandy. Z drugiej strony plany te łączyły się z przedsięwzięciami handlowymi byłych jakobinów. Tworzyli oni w szerokim gronie (do którego nale­żeli także Godebski i Wybicki) jakieś Towarzystwo Handlu Czarnomorskiego. „Jadę teraz w okolice Brukseli — pisał Godebski do Wybickiego (23 grud­nia 1802) — zwiedzę pobrzeże Batawii i powracać będę na Hamburg, Berlin, i zboczę nieco na Wro­cław... Plan mojego wojażu ma mi zapewnić sposób życia bez podległości i ciężaru dla drugich. Miło mi jest wspomnieć, iż w nieszczęściach kraju i ja jakąś cząstkę wziąłem na siebie i że za granicą potąd tyl­ko byłem, pokąd tam plac wojskowy uważałem być wyższy nad środek zarabiania chleba. Wracając do ojczyzny, nie chciałem nikomu z sobą przynosić ciężaru i mam nadzieję, że mojej pracy winien będę własną egzystencję i wywdzięczenie się przyjacio­łom moim. Bądź pan łaskaw, chciej mnie objaśnić, azali47 znajdujące się kamienie w górach śląskich nie byłyby artykułem handlu we Francji? Jaki jest ich gatunek i walor? Po wtóre chciałbym wiedzieć, czyli48 nie ma domu kupieckiego we Wrocławiu, któ­ry by był w związku handlowym directe z Brodami i Berdyczowem...” (Archiwum Wybickiego, t. II, s. 7). Z handlowych planów Godebskiego nic nie wyszło; poszedł na preceptora do dworu Jeżew­skich w Rydzewie, a otrzymawszy jakiś spadek, włożył go w wydawanie „Zabaw Przyjemnych i Po­żytecznych”, które chciał wznowić wedle dawnej tradycji. Pismo było nudne, pełne wzniosłych opo­wieści z życia starożytnych oraz tłumaczeń z Rous­seau i Delille’a. Nawet wiersze Jakuba Jasińskiego, które tam drukowano, pozbawione były wszelkiej politycznej treści. Tylko w roczniku 1804 anonimo­wy autor korespondencji z Avignonu pozwolił sobie na aluzję polityczną. „Niekiedy przechodzę się po najlepszym świecie Lejbnicego — zdaje autor spra­wę ze swych lektur — najczęściej przebywam w Rzeczypospolitej Platona, a czasem idę poczytać w nowinach, co się stało z Rzecząpospolitą jedną i niepodzielną...” Lecz zaraz przywołuje się do po­rządku: „Ten wyraz zawadza o politykę, a ja ci przyrzekłem nigdy o niej nie wspominać”.

W takim usposobieniu zastał Polaków Napo­leon. Dodajmy do tego, że w dwóch pozostałych za­borach stosunki ułożyły się podobnie. Polacy w za­borze rosyjskim nie doznawali żadnych prześlado­wań ani za Pawła I, ani za Aleksandra; ten ostatni zmienił nawet politykę wobec kościoła katolickiego i pofolgował trochę unitom. Dla szlachty i miesz­czaństwa zabory okazały się od najlepszej strony, albowiem nie zdążyły jeszcze objawić się ich skutki ujemne: otwarcie drogi do Bałtyku w zaborze pru­skim, a do Morza Czarnego w zaborze rosyjskim, stwarzało koniunktury od wielu lat nieoglądane w Rzeczypospolitej. Najgorzej było może w zaborze austriackim, toteż stamtąd uciekano najwięcej na zachód i najzacieklej konspirowano w Galicji.

Polska w niewoli usnęła — legiony były spra­wą właściwie symboliczną, bardzo daleką i zupeł­nie przegraną; były ponadto już sprawą dawną, po­nieważ w bardzo szybkim biegu ówczesnej historii siedem lat, które upłynęły od ich likwidacji, stano­wiły epokę całą, wystarczającą na to, aby zmienić zupełnie orientację polityczną, filozofię życia i je­go cel. Józef Wybicki, współtwórca legionów i autor słów o Bonapartem, co „dał przykład, jak zwyciężać mamy”, na miesiąc przed wkroczeniem Francuzów do Polski, gdy wojna już trwała, tak pisał w listach z Drezna, dokąd podróżował za interesami jako spo­kojny, lojalny, wyróżniony nawet urzędami obywa­tel królestwa pruskiego: „Tu ani wiemy o wojnie. Armie wszystkie przeszły o kilkanaście stąd mil na­przód ku bawarskim granicom. Jak pruskie, tak saskie wojska w niezmiernym są zapale; wszystko zda się zaręczać im zwycięstwo”. W parę dni potem (14 października): „Pierwszą potyczkę wygrali Francuzi, w drugiej mężnie przez Prusaków i Sa­sów porażonymi zostali”. A więc wyraźnie życzy zwycięstwa Prusakom! Pisze to w listach prywat­nych, a gdyby obawiał się cenzury, mógłby po pro­stu o polityce milczeć... 28 października Wybicki dostaje z Berlina, zdobytego przez Francuzów, krót­ki bilet podpisany przez generała Dąbrowskiego: „Je vous prie, mon très cher ami, de venir sur le champ à Berlin...”. Wybicki nie ociąga się — pędzi do Berlina, wraca stamtąd z instrukcjami, które przekazuje następnie Polakom w formie odezwy, wydanej w dniu 4 listopada: „Polacy! Napoleon Wielki, niezwyciężony, wchodzi w trzykroć sto ty­sięcy do Polski. Nie zgłębiajmy tajemnic zamysłów, starajmy się być godnymi jego wspaniałości”. Dwa tygodnie temu będący jeszcze karnym urzędnikiem pruskim, Wybicki dziś nakazał Polakom bezwzględ­ne posłuszeństwo Napoleonowi — niezależnie od je­go zamiarów co do Polski; nie cesarz miał, według Wybickiego, zabiegać o względy polityczne Pola­ków w zamian za pomoc finansową, lecz, przeciw­nie, Polacy mieli stać się godni jego wspaniałości. W tym jednym zdaniu swojej odezwy Wybicki za­warł całą bodaj treść polskiego bonapartyzmu.

*

Zastanawiano się nad nią wielokrotnie. Najpeł­niej i najpiękniej ujął może to zagadnienie Marceli Handelsman49w zakończeniu swojej książki pt. Na­poleon i Polska: „Minęły czasy cesarstwa, rozpadło się państwo Napoleona, sam on znikł od dawna, lecz nie zmienił się stosunek do niego narodu pol­skiego. Osoba jego po śmierci, jak i za życia, nie przestawała być przedmiotem gorącego umiłowania jednych i namiętnej nienawiści drugich... Kiedy szła w świat ukuta na Św. Helenie, a rozrzucona przez bonapartystów legenda oficjalna, żyła swoim życiem odrębnym legenda polska (...) żyła w poezji polskiej, żyła w powieści, a szczytowym jej mo­mentem był Mickiewicz. Mijały lata, zacierało się wspomnienie, legenda nowe przybierała kształty (...) Czy słuszna była ta legenda i gdzie szukać należy źródeł owego trwałego wpływu, niesłabnącego uro­ku wielkiej postaci...? Dla nas obojętną jest rzeczą, jakim był osobisty stosunek cesarza do Polski i Po­laków, czy pragnął on odbudowy Rzeczypospolitej, jaki posiadały charakter jego plany, czy można dopatrzyć się w nich szczerości, czy korzystną była służba francuska, i tyle innych pytań... Legenda wyrosła nie ze stosunku cesarza do Polski... Po­wstała jako późniejsze w świadomości narodowej odbicie krótkiego okresu walk i nadziei, zamknęła, w formie sprowadzającej wszystko do osoby Na­poleona, znaczenie w życiu naszym jego czasów. Sa­mo życie cesarza, będące ucieleśnieniem niemożli­wości, ziszczeniem nieziszczalnego, uderzać musiało świadomość naszą i wydawać się jakimś cudem (...) Dla narodu, który w ciągu stulecia całego przecho­dził jeno od nieszczęść do katastrof i mimo to rwał się do życia, który mimo klęski nieustannie nie przestawał żyć i nie zatracił wiary w odrodzenie własne (...) dla takiego narodu cudowne dzieje korsykańskiego szlachcica stać się musiały jedną z najbardziej krzepiących opowieści”.

Wybicki w swej odezwie na powitanie cesarza i Marceli Handelsman w sto lat po śmierci więźnia ze Św. Heleny powiedzieli to samo: Napoleon jest dla Polaków wielkością niezaprzeczoną bez wzglę­du na to, co im da czy dał. Wybicki jeszcze sam nie wiedział, dlaczego tak mówi; słowa te podyktowała mu albo stara jego legionowa pretensja, albo sam cesarz. Handelsman, jako historyk z perspektywy stu lat widząc rzeczy, powtarzał to samo, choć wie­dział już wszystko: cała epopeja napoleońska wy­niszczyła doszczętnie Polskę, nie dając jej w za­mian nic. Napoleon zdradzał Polaków tak, jak ich przedtem zdradzał Dyrektoriat. Po zwycięskiej kampanii w Prusach Wschodnich, prowadzonej przy pomocy polskich oddziałów, w oparciu o pol­skie dostawy żywności i paszy, za polskie pieniądze z kontrybucji, z Polską jako bezpośrednim zaple­czem armii. Napoleon zawarł w Tylży pokój, w któ­rym dokonał czwartego rozbioru Polski: z części dawnego zaboru pruskiego wykroił Księstwo War­szawskie, tak nazywane, aby nazwą „Polska” nie obrażać monarchii zaborczych, oddał to księstwo sprzymierzonej z nim dynastii saskiej (zgodnie zresztą z postanowieniami Konstytucji 3 Maja), na­rzucając zarazem arbitralnie konstytucję arystokra­tyczną i kagańcową, nic wspólnego niemającą z republikańskim duchem francuskim. Wydobył z Polski, co się dało, wojska, i posłał je na front hiszpański, na wojnę straszną i haniebną. Zarzucił Polaków nowymi obietnicami, gdy wyprawiał się na Rosję (przywdział nawet mundur polskiego oficera, gdy przekraczał Niemen), ale wiadomo, co z tej wyprawy wyniknęło. Nikt nigdy bardziej Pola­ków nie wykorzystał. Żaden ze sprzymierzeńców nie potraktował ich brutalniej. I nikogo bardziej nie ukochali. Oto tajemnica.

Polacy nie byli jedynym narodem europejskim przez Napoleona wykorzystanym, a nawet ujarz­mionym, ani też jedynym, który go tak umiłował. Kult jego szerzył się w Europie przez cały XIX wiek, przy czym datą, która oznacza prawdziwe je­go narodziny, jest rok 1821 — rok śmierci cesarza na Wyspie Św. Heleny. W tym czasie najbardziej podatne na ten kult były Włochy. Podatne są w ogóle na podobne formy uwielbienia, posiadają przy tym prawdziwą, spontaniczną poezję ludową, która legendy z niezwykłą szybkością stwarza i rozgłasza. W roku 1821 tak śpiewano w Lom­bardii:

Był człek wszechpotężny,

całym światem wstrząsnął,

teraz zniknął, przepadł

w przepaściach niebytu.

Umarł na chorobę,

całkiem jak tragarz,

papież albo zwykły grajek...

Napoleon we włoskiej poezji ludowej stał się postacią nieśmiertelną, jak kiedyś był nią Fryderyk Barbarossa, o którym powiadano, że zasnął tylko, że broda mu rośnie, rośnie, aż kiedyś król Obojga Sycylii wstanie spowity w swoją długą, długą bro­dę, aby wyzwolić biedny lud z niewoli. O Napoleo­nie śpiewano, że pochowano go potajemnie pod Pi­ramidami, a tam duch jego spotyka się nocą z Aleksandrem Wielkim — o którym w średniowieczu także przecież układano pieśni i także wierzono w jego nieśmiertelność.

Ożyje, przyjdzie wyzwolić biedny lud. „W tej epoce wszyscy byli mesjanistami” — pisałem w po­przednim rozdziale. Intelektualiści wierzyli za Heglem w rozum dziejowy, który się urzeczywist­nia w dziejowej syntezie; lud wierzył w Napoleona. Ale wiara intelektualistów dziwnie mieszała się z wiarą ludową; dlaczegóż to Mickiewicz po swoim słynnym wykładzie w Collège de France, w którym wieszczył nową epokę, rozdawał portrety Napoleo­na? Osobliwą moc dziejową przypisywał Napoleo­nowi także Hoene-Wroński50 — uważał go mianowi­cie za „Parakleta” — Ducha Bożego, który przy­szedł zaprowadzić na świecie boski porządek... Pol­skich utworów literackich poświęconych Napoleo­nowi nie ma wcale tak dużo — jeśli, rzecz prosta, nie liczyć bogatej twórczości panegirycznej z cza­sów jego pobytu w Polsce. Wiersze bezpośrednio cesarzowi poświęcone nie wychodzą poza ogólny kanon uwielbienia wielkiego człowieka; nawet wiersz Słowackiego Na sprowadzenie prochów Napoleona razi konwencjonalną solennością. Na­poleon stał się potem, pod koniec XIX wieku, bohaterem biograficznej plotki, przedmiotem nieskoń­czonych dysertacji historyczno-wojskowych oraz postacią z powieści dla młodzieży. Jednakże przekształcenia jego postaci nie wyczerpują wcale owe­go mitu napoleońskiego, który realizuje się w in­nej, zmetaforyzowanej postaci: Napoleon mianowi­cie wcielił się w polskiego bohatera romantycznego, zarówno w literaturze (Konrad — Kordian), jak w życiu politycznym. Dla całego pokolenia roman­tycznego Bonaparte był po prostu młodzieńcem, który sięgnął po władzę. Jak o żołnierzach napoleońskich mówiono, że każdy z nich nosi buławę marszałkowską w tornistrze, tak każdy ambitny człowiek w epoce ponapoleońskiej mówił sobie, że ma koronę cesarską w biurku. Po Napoleonie na­stała epoka karier szybkich i olśniewających w hi­storii. Większość tych uzurpatorów władzy, ideolo­gii, literatury kończyła wcześnie, jakby wyczerpana wysiłkiem nadmiernym i zbyt szybkim. Iluż ich zga­sło ledwo po trzydziestce! Ilu ich pochłonęły wię­zienia czy doły egzekucyjne Ale weszli całą hurmą do historii i pozostali w niej — nieraz dzięki czy­nom, które w innych epokach nazwano by szaleń­czymi, niemądrymi czy po prostu uznano by je za błahe. W tej epoce wszystkie światła zwrócone by­ły na młodych, ambitnych ludzi. Słusznie więc pi­sze dalej Marceli Handelsman: „Przed jednostkami silnymi o wielkich temperamentach i dalekich ce­lach otwierały się niesłychane perspektywy, rodzi­ła się dla nich możność rozwinięcia w całej pełni sił swoich. Europa staje się jednym wielkim pobo­jowiskiem, gdzie walczą ze sobą nie tylko sztuka militarna, talenty strategiczne, wyższe zdolności bojowe, lecz także sprawność, dzielność, walecz­ność osobista. Indywidualności i narody — mimo ucisku — znalazły się w warunkach umożliwiają­cych objawienie posiadanej energii”.

Krótko mówiąc, Napoleon stał się postacią cu­du historycznego, którego wyczekiwał wciąż ujarz­miony naród; stąd uwielbienie, które miał ów naród dla człowieka wbrew faktom, nakazującym go raczej nienawidzić.

*

Historycy popełniają zawsze jeden i ten sam błąd: myślą, że historia jest całą substancją życia i że wypełnia ona cały czas ludzki. Historia jest ruchem mas ludzkich, idei, ruchem zmierzającym do nieustannych zmian. Skupieni na owym ruchu, historycy nie zauważają, że odbywa się on w ryt­mie bardzo zmiennym. Raz bardzo spiesznym, in­nym razem tak powolnym, że zdaje się w ogóle zanikać. Okresy zamierającego ruchu historyczne­go przepadają zupełnie z pola obserwacji historyków, chociaż one właśnie stanowią główną „masę” czasową i ciążą w przeważającej mierze nad for­mowaniem się mitów zbiorowych: właśnie wtedy one powstają, aby zapełnić pustkę historyczną. Są przecież produktem wyobraźni, która tym jest żyw­sza, im człowiek mniej aktywny. Mity są kompen­sacją, są rodzajem nerwicy zbiorowej, znakami dla uczuleń.

Otóż Napoleon, zwycięzca trzech zaborców Polski, wtargnął do Polski rozbudzonej do walki i wycze­kującej tylko chwili do powstania, niegotowej do czynów, ale uśpionej i pogodzonej z losem. Dobrze wyczuwał tę sytuację, skoro Dąbrowskiemu, zdaje się, oświadczył jeszcze w Berlinie, że na miejscu zobaczy, czy Polacy są godni tego, aby być wolnym narodem. Te słowa były znane. Nie wywołały obu­rzenia ani niechęci. Przeciwnie, społeczeństwo sta­wiło się posłusznie jak na wezwanie władcy. Napo­leon nie wyzwolił Polski, ale ją zajął, podbił, upokorzył — militarnie, gospodarczo i duchowo. Za­chował się wobec Polaków wzgardliwie, jakby nie dość kochali wolność i nie umieli o nią walczyć ani na jej rzecz pracować. Słowa Wybickiego do Pola­ków, aby „starali się być godnymi wspaniałomyśl­ności cesarza”, były prawdopodobnie echem jakichś impertynencji usłyszanych w Berlinie. Napoleon zachował się wobec Polski jak mały, brzydki mężczyzna wmawiający bardzo pięknej kobiecie, że jest brzydka, zimna, niezdolna do prawdziwej miłości, że on ją dopiero nauczy, byle mu się poddała bez­względnie. Jeżeli kobieta ma słaby charakter i kompleksy utajone, pójdzie za takim karłem na skraj świata. Polska nie była piękną kobietą, Na­poleon nie był karłem — ale układ psychologiczny był podobny: Napoleon uzyskał to, czego nie zdołał uzyskać żaden z zaborców — był pierwszym i jedy­nym okupantem, który Polskę rzeczywiście podbił. Umiał ją upokorzyć! I to upokorzenie zostało w pa­mięci narodu jako miłość, jako fascynacja, jako ro­dzaj nerwicy zbiorowej; odnawiało się nie tyle w momentach walki, napięcia, poświęcenia, lecz wła­śnie w epokach marazmu, lojalizmu, snu historycz­nego.

*

„Kogo spotkałeś wtedy na ulicy strapionego lub kobietę łzami zalaną — pisze współczesny pamiętnikarz — był to niezawodnie właściciel lub właścicielka domu, żaląca się na Francuzów. Po uli­cach słyszałeś tylko francuskie słowa, hałas i tartas przy tym niesłychany: tu kobiety ustępować muszą z dorożki jakimś grenadierom, ówdzie woltyżery zabierają konie i wóz piwowarski... Kto był w teatrze, wesołym też nie wracał, bo tam jak w domu zajezdnym, krzyki i głośne gadania Francuzów. W kościele podczas nabożeństwa zamiast dzwonu bębny tylko słyszałeś. W traktierniach zastawałeś prawdziwe piekło, widziano nieraz, iż gdy nie po­dobała się jakaś potrawa Francuzowi, razem z tale­rzem wyrzucał ją za okno; nieprędko jeść mu da­wano, tłukł, co miał przed sobą”.

Nietrudno spostrzec, że wszystko to nie były klęski zbyt straszne; jest to opowieść łyka przera­żonego tym, że w ogóle coś się dzieje. Dziwne, jeśli się zważy, że to samo miasto przeżyło zaledwie dwanaście lat temu wkroczenie Suworowa... Pa­mięć ludzka jest krótka, Warszawa zdołała uwie­rzyć w to, że jest małym, spokojnym, prowincjo­nalnym miastem Prus Południowych. Liczyła wte­dy zaledwie 68 000 mieszkańców. Armia francuska, która wkroczyła tu w listopadzie 1806, liczyła po­nad 60 000 ludzi: na jednego mieszkańca — jeden żołnierz. Była to armia zwycięska, zdemoralizowa­na długą kampanią w Niemczech; armia wciąż rewolucyjna — to znaczy butna i pełna pogardy dla obyczajów i stanu posiadania podbijanych ludów. Jakiś oficer, który zajął dom księdza prymasa Wo­ronicza, kazał poecie-biskupowi buty sobie z nóg ściągać... I prymas ściągnął! Francuzi kazali płacić, żywić, werbować — Polacy wykonali wszystko. Warszawa stała się wtedy faktyczną stolicą cesar­stwa. Zjechał tu Talleyrand z całym aparatem służ­by zagranicznej, otoczony przedstawicielami ob­cych państw, kurierami, obserwatorami etc. W Warszawie cesarz przyjmował posłów Austrii, Persji, Turcji. Potrzebował dworu, i stworzył go sobie z polskiej arystokracji. Warszawa połączona była z Paryżem gorącą linią kurierską. Była przez parę miesięcy 1806 i 1807 roku centrum ówczesnej Europy! Napoleon ją upokorzył i olśnił zarazem; poniżył i wywyższył. W ciszę historyczną wtargnął z olbrzymią wrzawą; to przebudzenie utkwiło w pamięci narodu na długo. I w tej postaci budziciela, wielkiego szydercy, Napoleon pojawi się w pi­smach historyków, takich jak Askenazy czy Han­delsman, a w literaturze — anonimowo — np. u Stanisława Brzozowskiego — jako temat owego uśpienia w historii, filisterstwa duchowego, ocze­kiwania na cudze czyny. Każdy myśliciel czy mąż stanu w Polsce, chcący odegrać rolę pedagoga wo­bec narodu, wcielał się w Napoleona, który szydzi, ukazuje złote perspektywy, wprowadza Polskę w orbitę świata, po czym znika.

Na kilka miesięcy 1806/7 roku Warszawa stała się Paryżem. Cesarz ćwiczył artylerię konną na placu Saskim. Talleyrand urzędował na Wierzbo­wej. Jak się zachowali warszawiacy? „Niejeden, chociaż nie Francuz, po francusku łajał, wymyślał krajowi i obyczajom, a ganił wszystko w mieście, w którym się urodził. Francuszczyzna w naszej Warszawie tak wtedy zagnieździła się, iż nawet po sklepach i kramikach Żyd i Żydówka łamanym francuskim językiem do swoich dawnych znajo­mych mówili...”.

Prosty lud na swój sposób pojął, że dzięki obecności cesarza jest innym ludem. Miał go potem za to nie kochać?