IV

Ruszaj, ruszaj, kozacze — pośpiech nakazany;

W starym, wyniosłym zamku niemałe odmiany:

Pan Wojewoda, z synem od dawna w rozprawie23,

Długo teraz rozmawiał — i bardzo łaskawie;

A jednak — żywe były urazy i zwady,

Zatruta serc pociecha, zniszczone układy24,

I łzy czułej rozpaczy i pychy zapału

Płynęły — często — gorsko25 — ale bez podziału26.

Już inaczej w tym zamku — znikły niesmak, żałość,

Jaśnieje przepych pański, naddziadów wspaniałość;

Już wśrzód licznego dworzan i służby orszaku,

Grona paziów, rycerzy domowego znaku27,

W okazałe komnaty (długo niewidziany)

Zeszedł pan Wojewoda, bogato przybrany;

A gdy każdy to szczęście usiłował głosić28

Zdawał się więcej synem niż chlubą unosić.

W spokojnych jego rysach29 trudno poznać znamię

Głębokich wewnątrz uczuć; tylko dzielne ramię —

Świetna mowa30, dla ludzi — imię znakomite —

Co w sobie, to na zawsze dla wszystkich ukryte;

Lecz teraz, czy z potrzeby, czy w nagłym wzruszeniu,

W pieszczotach dawał ulgę długiemu cierpieniu;

I gdy w cichości z synem jakąś sprawę waży,

Widocznie — uśmiech igrał na poważnej twarzy;

A w oczach się mignęła szybka, dzika radość,

Jak kiedy długim chęciom już się staje zadość,

Jak gdy w trudzącym biegu i myśli ucisku

Spocznie kto już na chwilę — choćby na mrowisku.

Spocznie? — oh! może tylko czoło pałające

Położy, gdzie go żądeł czekają tysiące.