Czy istnieje opozycja?
Przy badaniu fenomenu, jakim jest ustrój narodowosocjalistyczny, nasuwa się wciąż pytanie: jaka jest opozycja i gdzie należy jej szukać? Przychodzi się jednak do wniosku, że tymczasem właściwie czynnej opozycji nie ma, a odnaleźć zarodki i niedobitki to sprawa niebezpieczna i niełatwa. Normalnie szuka się głosów opozycji w prasie, a właśnie o prasie niemieckiej można ze stuprocentową pewnością zaręczyć, że z opozycją nie ma nic wspólnego. Rok temu można było jeszcze wyczytać coś między wierszami w niektórych dziennikach, o tyle teraz jest rzeczą zupełnie obojętną, jakie pismo weźmiemy do ręki. Dowodem, do jakiego stopnia rewolucja narodowa w zupełności i zwycięsko zawładnęła krajem, jest fakt, że przestano operować słowem bardzo modnym i brzemiennym w znaczenie, jakim było Gleichschaltung. Za ostatniej mojej bytności nie słyszałem tego słowa ani razu, nie widziałem go też w druku. Może to przypadek, ale bardzo znamienny. Wszystko zostało gleichschaltet159, więc i prasa. Kłamliwa jest, nudna niepomiernie, bezbarwna i bez temperamentu, nie mówiąc już o jakimkolwiek zacięciu publicystycznym czy politycznym.
I z kim tu polemizować, kiedy wszyscy jednakowo piszą i oficjalnie jednakowo myślą. Nie wiem doprawdy, co się stało z dobrymi, ciętymi piórami dziennikarskimi Berlina. Zapewne brak swobody twórczej „oskubuje” dziennikarstwo i odbiera werwę, bo wiem skądinąd, że wszyscy Żydami nie byli i że niektórzy nie opuścili swych redakcyjnych biurek. Nuda jednostajności tonu, poglądu, zainteresowań i tematu wywołała też pewną martwotę stylu. Używa się bezwstydnie wszystkich gotowych i wyświechtanych banałów oraz „numerków” dziennikarskich. Czasem jakiś artykuł wydaje się wprost parodią, a przy tym często spotyka się próbki godne Wiązania grzecznej Helenki160 pani z Tańskich Hoffmanowej. Gdyby ci ludzie pisali po polsku, od zwrotów takich jak „nasi milusińscy” roiłoby się na szpaltach pism.
Goebbels jako minister propagandy w styczniu bieżącego roku wydał orędzie zachęcające do nadania pismom indywidualnego oblicza oraz do konstruktywnej krytyki reżimu. Zaznaczył przy tym, że uniżoność i wiernopoddańczość prasy nieznośnie nuży. Powołując się na powyższe oświadczenie pana ministra, redaktor najbardziej prawomyślnej i bardzo popularnej wśród rolników „Grüne Post” napisał artykuł, w którym nadzwyczaj dyskretnie krytykuje stosunki panujące w prasie pod rządami Goebbelsa. Za to odezwanie się „Grüne Post” zostaje zawieszona na trzy miesiące. Za nieszczęśliwie umieszczony znak zapytania, który cenzura uznała za wyraz sceptycyzmu, jedno z wielkich pism kolońskich zostało tak samo ukarane. Sporadyczne konfiskaty są zresztą na porządku dziennym, a pamiętać należy, że wszystkie pisma są przecież prorządowe. Ale komentowanie nowej religii, jaką jest narodowy socjalizm, religii o nieskrystalizowanych dogmatach liturgii, nie jest rzeczą prostą.
O herezję nadzwyczaj łatwo, zwłaszcza że to, co było ortodoksyjne wczoraj, może już dziś trącić odszczepieństwem. Incydent z „Grüne Post” wywołał w parę dni później nowy dekret Goebbelsa na temat, powiedzmy, wolności prasy. Jest to moment hipokryzji, mydlenia oczu i mętności. Znowu spotykamy się z zachętą do krytyki konstruktywnej. Nie podano, niestety, bliższego określenia, co należy uważać za konstruktywne. Redaktor ma być osobiście odpowiedzialny za każde krytyczne odezwanie się w jego piśmie, a jedyną wskazówką w dekrecie jest wyraźne zaznaczenie, że prawo krytyki jest wyłącznym przywilejem narodowych socjalistów i tylko tych, którzy od początku istnienia partii brali czynny udział w walce o władzę.
Oczywiście nikt nie wierzy, że tego rodzaju dekret „rozwiąże pióra” dziennikarzom niemieckim. Dalej będą przemilczali, przeinaczali i bezczelnie kłamali, jak i kiedy im każą. Będą nadal poświęcali pół pisma jednemu tematowi, jeżeli rząd tego zapragnie. Takim tematem jest od czasu do czasu Austria, która w okresach napiętych stosunków zajmuje nieproporcjonalnie wiele szpalt, choć agresywność tonu jest obecnie poniekąd trzymana na uwięzi. Rozbawił mnie jednak artykuł komentujący uchwalenie nowej konstytucji austriackiej. Jak wiadomo, zaczyna się ona, jak polska konstytucja, „w imię Boga”. Wprowadza to w oburzenie „Der Tag”, który pyta się, jakim prawem powołują się w Wiedniu na Stwórcę, kiedy konstytucji nie proklamowali tam ani monarcha, ani rewolucja narodowa. Jak rok temu, tak teraz zdziwiła mnie łatwość i „prawność”, z jaką można nabyć każde prawie pismo zagraniczne. Uważam, że najlepszym źródłem wiadomości z Niemiec są „Basler Neueste Nachrichten”, znacznie bardziej interesujące się sprawami Rzeszy niż Szwajcarią. „Times” także przynosi codziennie jakąś przemilczaną w Berlinie sensację i w ogóle podaje w formie skoncentrowanej naprawdę wszystko, co o Niemczech wiedzieć należy. Oba te pisma są wyraźnie i ostro sceptyczne w stosunku do dzisiejszych Niemiec, choć, rzecz prosta, ton „Timesa” jest znacznie agresywniejszy. Pytam o powody tej tolerancji w udzielaniu debitu prasie zagranicznej, kiedy istnieje taka dbałość o „czystość” własnych periodyków. Odpowiedź brzmi: przeciętny Niemiec czyta „swojego kurierka”, a gdy zostanie on zawieszony, przerzuca się na inne miejscowe pismo o najbliższej „aurze”. Objaśnienie to wydaje mi się z hitlerowskiego punktu widzenia nieco optymistyczne, gdyż jak tu wytłumaczyć, że prawie każdy kiosk czy kosz z gazetami we wszystkich dzielnicach miasta jest tak hojnie zaprowiantowany w pisma cudzoziemskie. Przecież właśnie w Berlinie cudzoziemców obecnie prawie nie ma. Prawdą jest znowu, że nie spotka się berlińczyka czytającego w miejscu publicznym takie obcokrajowe pismo, ale ktoś jednak kupuje te tony makulatury i widocznie pod płaszczem czy marynarką zabiera do domu. Wprawdzie gdyby zabroniono zagranicznej prasy — zostałoby jeszcze radio. Dopiero teraz dowiedziałem się, że na odbiornikach niemieckich rozgłośnie sowieckie nie są wcale oznaczone. Słuchanie Moskwy, i to w dodatku podczas nadawania programu w języku niemieckim, jest karane więzieniem. Co daje pole do donosów!
Za to dodatki ilustrowane do dzienników czy też pisma ilustrowane w typie „Berliner Illustrtier Zeitung” powróciły do przedhitlerowskiego poziomu, podając zdjęcia aktualne z całego świata, a nie jak przed rokiem wyłącznie z Niemiec. Poziom „magazynów”, jak świetnego ongiś Querschnittu i jemu podobnych, jest dalej opłakany w porównaniu z przeszłością, choć jeszcze znacznie przewyższa niderlandzką nizinność tego rodzaju wydawnictw w Polsce.
W jednym z takich ilustrowanych pism znalazłem reprodukcję serii karykatur sowieckich, demaskujących marny stan kolejnictwa w Rosji. Tekst niemiecki podkreśla tylko fakt, że rosyjskie „drogi żelazne” muszą rzeczywiście być na „wykończeniu”, skoro prasa sowiecka tak otwarcie przyznaje się do tego. Lecz mój myślowy komentarz był całkiem inny, a mianowicie, że w Trzeciej Rzeszy autokarykatury są rzeczą nie do pomyślenia.
W dziedzinie formy plastycznej, którą przybiera humor w Niemczech, odwrócono się całkowicie od genialnego Grosza161 oraz od „ran społecznych”, wskrzeszono natomiast tradycję Buscha162. Mąż późno powracający do domu z obawą w sercu przed złością małżonki — oto kamerton dowcipu w prasie.
Zjawił się oczywiście i przedwojenny sentymentalizm, który mnie osobiście bynajmniej zresztą nie drażnił. Po weimarskim okresie „zmysłu humoru” sentymentalizm powrócił na dawne stanowisko. Nie będę się nawet silił wytłumaczyć tego fenomenu, gdyż mądrzejsi ode mnie bezskutecznie łamią sobie nad nim głowę. Mniejsza o powody. Daj Boże zresztą tym sentymentalnym Niemcom wszystko najlepsze wraz z ich cukierkowym sentymentalizmem. Jest to ostatecznie cecha odrębności narodowej, która jak wszystkie jej podobne, daje barwności rodzinie narodów, a że z natury jej wypływa czy wypływać powinno łagodzenie charakterów, a nie zaognianie sytuacji — więc nie należy zbytnio wyśmiewać teutońskiej ckliwości.
Na zakończenie tych paru uwag o prasie warto zanotować ciekawe zjawisko. Otóż PAT163 ma w Berlinie świetnie zorganizowane, sprawnie działające, przez fachowych, pracowitych i inteligentnych ludzi obsłużone biuro. Pracuje ono dzień i noc i dostarcza centrali w Warszawie nadzwyczaj bogatego, dokładnego, wszechstronnego materiału. Podczas obydwu moich pobytów w Berlinie często miałem sposobność materiał ten przeglądać, ale próżno go potem szukałem w polskiej prasie. Doprawdy, jest to zdumiewające. Cóż ze spraw zagranicznych może być dla Polski bardziej zajmujące niż wiadomość o tym, co się dzieje u zachodniego sąsiada, z którym nie posiada ani geograficznej, ani gospodarczej granicy naturalnej, z którego doświadczeń może tak łatwo skorzystać, zważywszy, że ustroje nie są tak znowu diametralnie odrębne.
Dosyć o prasie. Widzimy, że jako źródło czy głośnik możliwej opozycji prasa po prostu nie istnieje. Czy gdzie indziej ukrywa się i czy warto jej szukać? Junkrzy, którzy choć po cichu, ale systematycznie są dalej gnębieni, okazują się całkiem nie tak butni, jak się przypuszczało. Siedzą w swych majątkach zubożali, rozgoryczeni, nadąsani, głównie jednak wystraszeni. Starzy liderzy socjalizmu milczą. Jest rzeczą charakterystyczną, że nie było wypadku, aby ktoś wypuszczony z więzienia lub obozu koncentracyjnego już nie tylko opisał (bo nie ma gdzie), ale nawet dobrym znajomym opowiedział o swych przeżyciach w Schutzhafcie. Informacji tej udzielił mi pewien socjalista, którego dziesiątki znajomych „przesiedziało” od kilku dni do kilkunastu miesięcy. Z żadnego z nich nie zdołał wycisnąć czegoś, co by nie było oczywistym banałem. Zresztą pierścień terroru został tak hermetycznie zamknięty, tak idealnie spojony, że działa dziś bez potrzeby uciekania się do okrucieństw czy środków drastycznych. Wszyscy dobrze wiedzą, że za niewczesne żarty idzie się do obozu, choć już bez uprzedniej chłosty. Nie słychać też obecnie o nagłych zgonach lub samobójstwach w „zakładach zamkniętych”. Zdaje się, że metody sprzed roku stosowane są wyłącznie dla utrzymania karności wewnątrz partii. Przykład. Zanotowano stosowanie okrucieństw przez władze więzienne w Szczecinie. Urzędników więziennych aresztowano, a naczelnika osadzono w berlińskim Moabicie164, gdzie — jak doniosła prasa — popełnił samobójstwo. Słowem, w porównaniu z rokiem zeszłym — idylla.
Działają jedynie komuniści. Wykazują prawdziwe bohaterstwo. Wydają nadal na powielaczu swoje misternie kolportowane pisemko, o którym rok temu pisałem. Pracują trójkami, tak że każdy pochwycony i zmuszony do wyznań może „wsypać” tylko dwóch swych współdziałaczy, gdyż nie zna innych. Lekką konsternację wśród władz bezpieczeństwa spowodował niedawno nad ranem wypisany czerwoną farbą przez całą szerokość jezdni na kilku najgłówniejszych arteriach miasta napis: Kommunismus lebt noch!165. Szorowanie ulic „odchodziło” potem z dziką energią. Rozważając wszystkie możliwości ewolucji lub też nowej rewolucji w Niemczech z przedstawicielami wszelkich poglądów i klas społecznych — wszędzie spotkałem się z kategorycznym zaprzeczeniem co do możliwości przewrotu komunistycznego. Przeciwnie, w razie dojścia do głosu elementów bardziej mieszczańskich, bardziej tolerancyjnych, o duchu bardziej weimarskim, zdziesiątkowana dziś partia komunistyczna musiałaby się jeszcze bardziej skurczyć, nie mając przed sobą tej czerwonej płachty (porównanie w tym wypadku niefortunne), jaką jest dla niej narodowy socjalizm.
Nie zgadza się jednak z tym ogólnym zdaniem stary Rosjanin, Wasilij, służący moich znajomych. Był on ordynansem jakiegoś rosyjskiego magnata, uciekł z nim przed piętnastu laty do Niemiec, mieszka z nim w jednym pokoju i zarabia na magnata i na siebie. Cudny to typ i rara avis166 wśród na ogół nie tak znowu dodatnich typów starego reżimu. Otóż Wasilij twierdzi, że z zachowania się i tonu Hitler jest typowym Żydem, że cała robota podobna jest do tego, co się działo w 1917 roku w Rosji, tyle tylko, że tymczasem bogatych ludzi nie ruszają. Jest to wielki plus, zdaniem dienszczika167, który ma mocną wiarę w potrzebę i w pożyteczność społeczną wielkich fortun. Pytam go też, czy jego państwo, jedni z najbogatszych ludzi w Niemczech, dużo tej zimy przyjmowali. Odpowiada, że nie. Jesienią dali jeden wielki i wystawny obiad, ale kucharka opowiedziała o tym przyjęciu swemu krewnemu z SA i skutek był taki, że w kilka dni potem przyszli kwestarze z partii narodowosocjalistycznej i wypomnieli niedostateczność zaofiarowanego w swoim czasie na cele partyjne datku w porównaniu z pieniędzmi, które kosztowało przyjęcie.
Opinii naszego mużyka o wielkich fortunach nie zdaje się podzielać rząd Hitlera, a będąc w wysokim stopniu demagogiczny (i tu przyjemnie raz jeszcze zauważyć kompletny brak demagogii w poczynaniach polskich rządów pomajowych), co się zresztą niczym nie tłumaczy u rządu obdarzonego tak absolutną władzą, podsyca różne apetyty mas mglistymi obietnicami, że ewentualnie wszystko musi należeć do „narodu”. Masa ta, widząc wzmożone zatrudnienie i skrzętnie słuchając wszelkich zapewnień, że właśnie jej należy się całe bogactwo kraju, stoi, oczywiście, mocno za rządem. Jest przy tym jeszcze mniej obdarzona zmysłem humoru niż inteligencja, więc próżno na twarzach gminu (czemu nie użyć tego słowa?) szukać tego uśmiechu czy wyrazu zblazowanego znudzenia, które czasem zdołałem spostrzec na twarzach inteligentów patrzących na nieustanny korowód „szop i hec” propagandowych i patriotycznych. Rzecz prosta, i wśród tych mas daje się słyszeć pewne narzekanie, choć jest ono nadzwyczaj dyskretne. Główna bolączka zresztą nie tylko niezamożnych, ale także w ogóle zarobkujących, to zupełnie u nas nieznana wysokość świadczeń socjalnych, odciąganych od każdego wynagrodzenia. Są w tym ubezpieczenia kilku rodzajów, przymusowe składki na partię jako taką, na partyjny związek zawodowy itp. A z podatków istnieje już od jakiegoś czasu podatek od kawalerów, z którego dochody mają rzekomo służyć na stypendia dla nowych niezamożnych małżeństw. Istnieją pewne kategorie wynagrodzeń, które, zanim dojdą do rąk pracownika, maleją aż o trzydzieści procent swej nominalnej wysokości na liście płac.
Innym znów objawem braku idealnego entuzjazmu dla poczynań rządu są usiłowania wykręcania się od służby w obozach pracy. Objaw to charakterystyczny głównie dla drobnej inteligencji miejskiej. Nie potrafiłem wprawdzie zbadać dokładnie kwestii rekrutacji dla tych obozów, wiem jednak z całą pewnością, że służba ta jest jeszcze dobrowolna. O ile wiem, do obozu idą zasadniczo tylko bezrobotni, z wyjątkiem studentów wyższych uczelni, dla których służba pracy jest obowiązkowa. W tej sferze zresztą istnieje pewien ideologiczny zapał do tego obowiązku. Zasadniczo jednak zwyczajny bezrobotny mógł sobie nadal próżnować pomimo istnienia obozów. Ale któż dzisiaj nie jest „zrzeszony”, nie należy do jakiegoś Verbandu168, do jakiegoś Kampfbundu169? W stowarzyszeniach tych wiedzą, jacy członkowie nie mają stałego zajęcia i jeżeli uchylają się oni od służby pracy w swej organizacji, od której zawsze mają coś uzyskać. A zatem znajomy mój, rysownik z zawodu, ze średnio zamożnej rodziny mieszczańskiej, od dłuższego czasu bez zajęcia, należy, bo go to bawi i zajmuje, do oddziału lotniczego któregoś ze „Sturmów” berlińskich. Za nic nie chciał iść na pół roku na roboty rolne „na saksy”. Zagrożono mu jednak, że nie będzie mógł w „Sturmie” pozostać.
Kto powiedział, że bywają nudne ulice czy miasta? Nigdy nie zdołałem się o tym przekonać; przecież każda banalna twarz, każda mydlarnia, każda secesyjna kamienica posiadają życie, które chcę odgadnąć. I jak, i kiedy tu się nudzić? Idę więc spokojną mieszczańską ulicą — odpowiednik polskiej Wilczej czy Hożej, nagle w oddali kupa narodu, słyszę krzyki, gdy dochodzę do zbiegowiska, widzę, że po jednej stronie ulicy jest Braunes Haus, czyli koszary jednego ze Sturmów, a po drugiej włoska gelateria170. Staram się rozpytać, o co chodzi, ale bardzo nieśmiało, gdyż dzielnica ta nie przywykła do cudzoziemców. Dowiaduję się tylko z niechętnie, a raczej trwożliwie udzielanych mi informacji, że to bójka między esamanami z przeciwległych koszar a przedstawicielami innego Sturmu, będącymi po cywilnemu. Ale nie to jest ważne — ważny jest nastrój tłumu. Tłum ten stoi i milczy. Nie dyskutuje jak normalnie w takich wypadkach; nikt nie przechwala się, że właśnie on pierwszy usłyszał, zobaczył, czy coś podobnego. U jednych można wyczuć zgorszenie, że szturmowcy biją się pomiędzy sobą, a u większości — po prostu jakiś nieprzemyślany lęk. Z wielkim wrzaskiem syren przyjeżdżają dwa auta z uzbrojoną policją. Z czarnych czeluści bramy brunatnego domu wychodzi delegacja SA. Odbywa się jakaś rozmowa, a tymczasem dwóch policjantów z całą brutalnością przepędza nas wszystkich z chodników i bram tak, że ulica jest zupełnie opustoszała na przestrzeni czterech kamienic z każdej strony koszar. Zdumiewające jest nasze milczące odstępowanie przed tym jednym policjantem. Cofamy się z poczuciem winy, żeśmy widzieli to, co zaszło. Nikt się nie ociąga. Nikt nie protestuje. Nikt się z „panem władzą” nie przekomarza, wszyscy milczą. Znów syreny, znów dwa auta wiozą tym razem Feldpolizei, czyli żandarmerię oddziałów szturmowych, nad którymi zwykła policja nie ma władzy. Policja natychmiast odjeżdża. Feldpolizei zabiera jakiegoś nieszczęsnego cywila, którego wskazał SA, i razem udają się do wnętrza Braunes Haus. Incydent, zdawałoby się, powinien być zakończony — tymczasem tych dwóch rewirowych jeszcze energiczniej i jeszcze dalej nas odsuwa. Kiedy się pamięta to, co rok temu potrafiło dziać się w takim Braunes Haus, trudno oprzeć się myśli: a nuż nie chcą, żebyśmy słyszeli krzyki. Tłum rozchodzi się pomału. Obok mnie idzie kobieta i dwóch mężczyzn. Ona bardzo wzburzona mówi: Ich war nie Nazi, Ich war immer Deutsch-National171. Na co obaj mężczyźni z przerażeniem: Sprich doch nicht so laut — bist du verrückt?172. Konkretnego i rewelacyjnego nic właściwie tego wieczoru nie zobaczyłem, nie dowiedziałem się niczego nowego; a jednakże do głębi wstrząsnął mną nagły widok zasłoniętego na co dzień oblicza rewolucji.
„Wiadomości Literackie” 1934, nr 26 (553).
Ikonografia i święto pracy
Współczujący przyjaciel pisał do mnie po mordach z 30 czerwca173: „Jeżeli chcesz być zawsze à la page174, musisz się postarać o posadę spikera w radiu”. Ta uwaga, właściwie bardziej filozoficzna niż przepojona współczuciem, nic a nic mnie nie pocieszyła. Tylko teraźniejszość i „fakt bieżący” są mniej więcej wolne od wilczych dołów. Przyszłość objęta prorokowaniem to niezrównana sposobność do wygłupiania się, a przeszłość choćby wczorajsza w obecnych chyżych czasach to albo nudziarstwo, albo wprost nekrofilia. Muszę wybierać. Wybieram więc ze stanowczością, ale i ze smutkiem, za temat i tło mojego reportażu zamierzchłą przeszłość w zapomnianym państwie: epoka — maj-czerwiec 1934; państwo — Rzesza Niemiecka pod rządami partii narodowosocjalistycznej, niemającej jeszcze rozłamów ani różnicy zdań, opozycji ani krytyki. (Państwo to notabene przestało istnieć już w końcu maja).
Niemcy były wówczas typowym państwem policyjnym. Cecha ta trwa nadal i została nawet brutalnie podkreślona „czerwonym” w nocy z 29 na 30 ubiegłego miesiąca.
(Chciałbym bardzo doczekać się czasu, kiedy słowa „policja” i „władze bezpieczeństwa” przestaną być lekkomyślnie używane jako synonimy. Synonimami być powinny, to inna rzecz, ale tylko w krajach naprawdę demokratycznych, czyli w starych demokracjach zachodnich, i to, niestety, z bardzo licznymi wyjątkami, policja jest naprawdę władzą bezpieczeństwa, a nie czymś w rodzaju siepaczy).
Do jakiego stopnia ustrój policyjny otoczony jest w Niemczech nimbem władzy, można przekonać się choćby z tego, że instytucja tajnej policji — w innych krajach uważana za malum necessarium — rozwija tu swoją propagandę popularyzatorską na równi z innymi ugrupowaniami funkcjonariuszy państwowych. Nawet w Polsce mówi się szeptem, że ktoś należy do wywiadu. W Berlinie zaś akt przekazania przez Goeringa bezpośredniego zwierzchnictwa nad tajną policją dowódcy SS Himmlerowi i przebieg tej ceremonii jest opisywany i fotografowany na wszystkie strony. Zdjęcie upamiętniające to zdarzenie zostało bardzo starannie upozowane, obmyślone, skomponowane. Jest tam i flaga ze swastyką, i dwaj panowie, o których chodzi, stoją dokładnie pośrodku obrazu, dokładnie profilem, i podają sobie ręce, a twarze ich wypadają akurat na tle białej części hitlerowskiej flagi.
Jest to typowe zdjęcie propagandowe, gdyż jak wszystkie mu podobne spełnia dwa zadania: jest uderzająco plastyczne i wzbudza poczucie, że władza to nie byle co.
Ale tu wkroczyliśmy na temat bezmierny, na temat ikonografii rewolucji narodowej, która to ikonografia jest w lwiej części wypełniona śmiertelnymi kształtami „Jego Przeciętności Wodza”. Temat to zresztą poza swą obszernością — bynajmniej nie błahy.
Siedzę przy stole w towarzystwie katolików, więc elementu nieco bardziej obiektywnego i odważnego, a na temat Hitlera wygłasza peany obecny wśród nas Włoch. Następuje ożywiona dyskusja. Sąsiadka moja nie zabiera w niej głosu, tylko po chwili dotyka mego łokcia i tonem konkluzji mówi: Ich halte mich an die Photographie175. Nie potrzebuję podkreślać, do jakiego stopnia uradowała mnie ta idealnie zwięzła i sceptyczna uwaga, gdyż po przestudiowaniu tysięcy istniejących zdjęć Hitlera nie czuje się już potrzeby dowiadywania się, kim on właściwie jest.
Znam jeden sklep na Kleiststrasse (podobnych jemu jest wiele, ale ten wydaje mi się specjalnie „dobry”), w którym dziewięćdziesiąt procent towaru stanowią podobizny Führera: fotografie, obrazy, sztychy, rzeźby, płaskorzeźby, medale i makiety. Pozostałe dziesięć procent towaru to fotografie o tematach narodowosocjalistycznych. Liczba przeróżnych zdjęć we wszelkich możliwych rozmiarach i wykonaniach przyprawiłaby na pewno o żółtaczkę, gdyby jeszcze żyła, świętą Teresę z Lisieux. A każda z tych podobizn jest starannie upozowana. Hitler automatycznie i (miejmy dla Niemiec nadzieję) podświadomie zachowuje się plastycznie i fotogenicznie.
Nie opuszcza żadnej okazji „zdjęcia się” z dziećmi czy z kwiatami. Karmi też czasem daniele. Pierwsze działa na rodziców w ogóle, drugie — w szczególności na kobiety, trzecie — na dzieci oraz miłośników przyrody i zwierząt. Istnieją też obrazy alegoryczne, obrazy, gdzie Führer przedstawiony jest w sympatycznej grupie z Fryderykiem Wielkim i Bismarckiem; zdjęcia w mundurze (choć w przeciwieństwie do Goeringa — zawsze w tym samym) i po cywilnemu, groźne i uśmiechnięte, w powitaniu faszystowskim czy też z klasycznym napoleońskim gestem skrzyżowanych ramion. I tu potrzebna jest wstawka. O ile całą ludność cywilną i umundurowaną obowiązuje powitanie starorzymskie, które młodzi polscy sztafetowcy mogą studiować w „Zachęcie” na rzeźbie gladiatora dłuta Welońskiego176 — o tyle wodzowie przy ukłonie odwracają dłoń ku niebu, trzymając ją przewróconą nad ramieniem. Ma to podobno symbolizować podtrzymywanie państwa, a wygląda, jakby nieśli niewidzialną tacę. I choć wiemy dobrze, że żadna praca nie hańbi, a już chyba najmniej praca naszych kochanych karmicieli kelnerów — powitanie hitlerowskie w wykonaniu samego wodza wygląda szalenie śmiesznie, zwłaszcza, że w zestawieniu z jego twarzą wypada to tak bardzo zawodowo. Ale capo d’opera177 fotografów niemieckich oraz zgrywania się Hitlera to zbiorek sześciu pocztówek pod ogólnym tytułem Adolf Hitler spricht178. Bardzo wątpię, czy to są zdjęcia kinowe. Patrząc na nie, ma się wyraźne wrażenie patrzenia niedyskretnie poprzez lustro, tak dalece każda poza wydaje się wystudiowana właśnie przed lustrem, wystudiowana w stylu prowincjonalnie aktorskim. Pocztówki te zaopatrzone są w krótkie urywki z przemówień wodza, o tonie najintensywniejszej demagogii, a zdjęcia mają ilustrować gestem myśl przytoczonego zdania. Przypuszczam, że to właśnie tego zbiorku pocztówek „trzymała się” głównie moja znajoma, której lakoniczną opinię przed chwilą cytowałem.
Dopełnieniem wrażenia, jakie sprawiają te pocztówki, było dla mnie słuchanie oraz oglądanie stosunkowo z bliska samego Führera na Tempelhofie179 1 maja bieżącego roku. Żywo wówczas stanęła mi przed oczyma świetna kreacja aktorska Fidlera180 jako Kolasińskiego w Rodzinie Słonimskiego. Można by było przysiąc, że aktor warszawski osobiście podpatrzył gesty i mimikę Hitlera. Jest w tej gestykulacji coś prymitywnego, a zarazem szablonowego, coś skróconego, przerwanego w połowie, jakby sam mówca wahał się ciągle, czy przypadkiem nie użył nieodpowiedniego ruchu lub mylnej postawy.
Cofam się tu pamięcią do już dość przebrzmiałych pomp 1 maja, ale obchód ten uważam za tak bardzo znamienny dla możliwości zbiorowego usposobienia Niemców, że podałbym jego opis nawet po upadku rządów narodowych socjalistów. Wychodzę z domu przed dziewiątą. Dzień jest wspaniały i już bardzo upalny. Przed moim domem stoi grupa ze stu pięćdziesięciu osób z transparentem głoszącym, że reprezentują pewną firmę. Czekają na środku jezdni, aż tajemniczo działająca i niesamowicie sprawna organizacja rozkaże im postępować dalej. Są to widocznie drobni urzędnicy i urzędniczki. Ubrali się nie odświętnie, ale przeciwnie, w to, co mieli najstarszego, bo wiedzą, co ich czeka. Kobiety niosą ze sobą składane krzesełka, na których chętnie siadają. Wszyscy są już spoceni i wyglądają na zmęczonych, a mają jeszcze przed sobą cztery godziny marszu i przystawania, zanim dotrą do Tempelhofu. Humory zdają się jednak być bez zarzutu. Biorę taksówkę i jadę już trochę spóźniony do Lustgartenu, gdzie ma się odbyć Kundgebung181 dla młodzieży hitlerowskiej. Dojechać tam niełatwo, gdyż każdą ulicą kroczy rozczłonkowany pochód. O dojechaniu do samego zamku nie ma mowy, a właśnie na tarasie tegoż zamku będą wypowiedziane mowy i tam też wyznaczono miejsce dla prasy i zaproszonych gości. Toruję więc sobie na piechotę drogę poprzez kordony policji, hitlerjungów, SS i wreszcie docieram do wyrwy wyglądającej jak prostokątny rów wijący się wśród brązowej oranki182, w jaką zamienił się dziś Lustgarten. Rów ten czy okop jest jakby ocembrowany z boków szpalerem czarnych, rosłych esesmanów, którzy, powiązawszy się za łokcie paskami, bronią go od zasypania przez brązową masę — tym ruchliwszą, że bardzo młodą. Tym pustym, jakby wyschłym korytem rzeki, którym przybyć ma Führer, kroczę samotny i zawstydzony, w jasnym, letnim ubraniu, stuprocentowy cywil, prawie Żyd. Okazało się kilka dni później na pewnym przyjęciu, na którym spotkałem dość wielu członków SS, że mój samotny ingres nie bez racji mnie zażenował. Jakież było moje zdziwienie, kiedy trzech nieznajomych mi panów, tym razem ubranych po cywilnemu, podeszło do mnie z zapytaniem, czy to ja 1 maja kroczyłem samotnie do trybuny prasowej. Zauważyli mnie i zapamiętali.
Z tarasu zamku — świetny widok. Morze chłopców w brązowych koszulach i stojących w karnych szeregach, to rozsypanych luźnymi grupami. Latarnie wyglądają jak choinki przeładowane młodzieżą hitlerowską. Zastanawia spostrzeżenie, że prawie co drugi chłopiec ma aparat fotograficzny i to nie byle jaki, ale drogi i skomplikowany. Wciąż nim „zdejmuje”. Zwyczaj upamiętniania drogą fotografii wszystkiego i wszystkich oraz noszenia w portfelu i pokazywania po dwóch minutach znajomości nowo spotkanej osobie zdjęć rodziny, kochanki, psa lub motocykla jest prawdziwie instytucją wśród niemieckiej półinteligencji.
Pośrodku Lustgartenu stoi Maibaum183. Jest to kolosalny monolit z drzewa — wspaniały okaz lasów Turyngii. Uprzytamnia on widzowi bardzo plastycznie fakt, że obok piekła Ruhry istnieje też w tym ogólnie zasobnym kraju dość spokoju i poszanowania przyrody, aby takie drzewo mogło być wypielęgnowane. Maibaum jest odarty z kory, odziany w girlandy zieleni, udekorowany symbolami, wśród których swastyka odgrywa niepoślednią rolę. Jest to coś w rodzaju polskiego gaiku czy angielskiego May-pole. Ponieważ w Niemczech nic bez obchodu odbyć się nie może, więc i oficjalne przybycie Maibaumu filmowano od chwili zrąbania, poprzez podróż na kilku platformach kolejowych, aż do ceremonialnego powitania przez ministrów Turyngii i Rzeszy. Był to sam w sobie obchód, który zajął prawie cały dzień setkom, jeżeli nie tysiącom ludzi.
Przypomina mi to dziwaczne wrażenie, które odniosłem, będąc obecny przy ceremonii położenia kamienia węgielnego pod nowy gmach Reischbanku. Wiemy wszyscy, jak stoją sprawy skarbowe Niemiec. Dziwić tylko może przedsięwzięcie budowy mającej kosztować około czterdziestu milionów marek. Gmach zająć ma przestrzeń trzynastu hektarów, a wykończenie go przewidziane jest w ciągu najbliższego roku. Przedsięwzięcie to, posiadające w opinii każdego trzeźwego człowieka niechybnie cechy rozrzutności, nie tylko nie jest załatwiane po cichu, ale przeciwnie: obchód, którego byłem świadkiem, otoczono niesłychaną prozopopeą184. Wybudowano trybuny dwadzieścia razy większe i bardziej zbytkowne niż warszawskie trzeciomajowe na placu Marszałka Piłsudskiego, co — jak wiemy — kosztuje. Były dziewczynki w bieli i cały rząd z Hitlerem na czele. Przy tej okazji zdarzył się też ciekawy incydent. Hitler miał przemawiać, a obecnym dziennikarzom rozdano druczki nawołujące do nierobienia notatek podczas przemówienia wodza. Oczywiście zaostrzyło to niesłychanie apetyty dziennikarskie, lecz nastąpiło rozczarowanie, gdyż Hitler powstrzymał się od słowa (rzadki przypadek), za to Schacht wygłosił przemówienie, w którym między innymi podkreślił niezapomniane zasługi Fryderyka Wielkiego na polu skarbowości, określając jednocześnie tego monarchę jako prawdziwego „narodowego socjalistę na tronie”. Co dzisiaj poczną z życiem płciowym tego monarchy?
Ale wróćmy do Lustgartenu i do Święta Pracy. Jak w każdej niemieckiej demonstracji, uderza przeróżność i bogactwo szczegółów; ileż tu oznak, chorągwi, emblematów, a choć zasadniczych mundurów jest mniej niż rok temu (bo nie ma Stahlhelmu i niemieckonarodowych), jednakże w istniejących mundurach SA, SS, Feldpolizei, Reichswehry, obozów pracy i policji jest tyle odmian, że chodząc po tarasie zamkowym, naliczyłem piętnaście rodzajów samych brązowych czapek.
Wodzowie przyjeżdżają wśród frenetycznych okrzyków i powiewania sztandarami. Najpierw przemawia Goebbels — słuchają go, choć treść przemówienia jest mglista, jeżeli chodzi o młodzież, i nienowa; bezustanne nawoływanie do entuzjazmu. Następnie przychodzi kolej na Hitlera. Wstępuje na mównicę — szalone oklaski; zaczyna przemawiać, czyli ryczeć, a wśród słuchaczy następuje najbardziej nieoczekiwane jakby odprężenie, trochę jak w wojsku na komendę „spocznij”. Zaczynają się rozmowy i rozglądanie się. Literalnie nikt czy prawie nikt nie słucha.
Po przemówieniach następuje pochód przypominający defilady karnawałowe w Nizzy. Kroczą lub jadą malownicze grupy chłopów z wszystkich zakątków Rzeszy w barwnych, tradycyjnych strojach; za nimi idą grupy i pojazdy alegoryczne, często cukierkowe, a znowu czasem tchnące jakimś ostrym powiewem atmosfery sowieckiej. Lecz może ciekawsze od pochodów i przemówień jest przejście po prostu wzdłuż tarasu zamku, gdzie zebrani są zaproszeni goście, rząd i prasa. Dziwne tu widać obrazki. Kilku starych woźnych z zamku, zapewne dawnych domowników cesarskich, patrzy z pogardą na tę „ludową” demonstrację — znać, że są to wielkie snoby. Oficer Reichswehry, pocięty mensurami185 i z monoklem, niczym nie zdradza swego stosunku do odbywających się zjawisk rewolucji. Samotna pani — musiała być kiedyś piękna — w najnowszym paryskim modelu sumiennie podnosi znużoną rękę, kiedy tego wymagają okoliczności, ale wydaje się niesłychanie udręczona i znudzona tym statycznym gestem pożyczonym z „żywych obrazów”. Za to opodal od niej młody oficer i młoda kobieta, którą można jedynie określić jako naprawdę arystokratycznie, źle i niestarannie ubraną — jak podnieśli ręce w faszystowskim powitaniu na początku pierwszego hymnu, tak nie spuścili ich chyba przez cały czas trwania manifestacji. W każdym razie uszło to mojej uwadze. Śpiewają wszystko, co jest do śpiewania, mają cały czas łzy w oczach i ręce im nie drżą ze zmęczenia. A znowu dalej, choć też z ręką wzniesioną, ale ze sceptycznym grymasem na twarzy, obserwuje tę dziwną parę starszy dyplomata z Auswärtiges Amt, którego na takie kawały nie nabiorą.
Kundgebung dla młodzieży skończona. Do wyruszenia na Tempelhof mam kilka godzin. Włóczę się więc po mieście i przyglądam grupom maszerujących w skwarze i pyle na lotnisko, do którego ja — parias i cudzoziemiec — zajadę wygodnie taksówką. Rozbawił mnie wyjątkowo widok przedstawicieli teatrów berlińskich. Nie było wśród tej grupy oczywiście wielkich gwiazd sceny, nie pofatygowały się maszerować, toteż przedstawiała ona najśmieszniejszą mieszaninę szatniarek, dam zza bufetów i wyranżerowanych186 tenorów z przydługimi włosami i w aksamitnych marynarkach, biednych, starych kabotynów.
Organizacja, powtarzam, jest fantastyczna. Każda grupa posiada jak najdokładniejszy „rozkład” marszu, czyli czas zbiórki, dokładną marszrutę, miejsce i czas połączenia się z innymi grupami. To samo dotyczy rozwiązania się całej tej dwumilionowej hecy. Rezultatem było zupełne uniknięcie zatorów w ruchu ulicznym, ale ponieważ na tym świecie za wszystko trzeba zapłacić, więc ceną sprawności marszu gwiaździstego na Tempelhof było jego trwanie mniej więcej od siódmej rano do pierwszej po południu, o której to godzinie cały plac był już szczelnie wypełniony; przemówienia rozpoczęto dopiero o czwartej. Stanie w nieznośnym upale przez minimum trzy godziny bez możności siedzenia nawet na ziemi, to nie byle co dla cywila, i to niepodnieconego oczekiwaniem jakiegoś widowiska, ale tylko szeregu wiecowych ryków. Podobne ryki słyszy się co dzień od półtora roku z okazji każdej funkcji publicznej i przy każdym włączeniu radia. Znajomy mój, będący jednym z bardzo nielicznych przedstawicieli swej firmy, opowiedział mi z dumą, że w pół godziny po dojściu do celu marszu spotkał się, choć nieumówiony, ze wszystkimi kolegami w knajpie niedaleko Tempelhofu: wszystkim udało się, jak mówią myśliwi, „uciec z pola”. Takich dezerterów jednakże, sądząc po liczbie pozostałych, nie musiało być wielu. Wystarczy pierwszy rzut oka z wysokości trybuny na ludzkie morze, ażeby przekonać najbardziej zatwardziałego sceptyka, że podobnego skupienia ludzkiego nigdy w życiu przedtem nie oglądał. Nie sposób opisać widoku dwóch milionów ludzi stojących w zwartych szeregach, na minimum przestrzeni, jaką taka masa zająć może. Kolosalny łan białawoszarych plameczek, jakaś chropowata, popielata powierzchnia, jakby pumeksu, pokryta najwyraźniej kilkumetrową warstwą lekkiej mgły — wyziewów płuc. Ponad tą mgłą wystają symetrycznie rozstawione, w ziemię wmurowane słupy ze sztandarami. Poza tym monotonię i monochromię obrazu przerywa dwanaście czy szesnaście ogromnych, białych namiotów z powiewającymi flagami Czerwonego Krzyża. Są one ustawione w szachownicę na przemian z imponującymi, jak schrony pod Verdun, żelazobetonowymi ubikacjami. Widok ich potwierdza znany fakt, że nie tylko słowem człowiek żyje. Szpitali też nie ustawiono jedynie dla ozdoby. Przeszło cztery tysiące osób skorzystało z usług personelu sanitarnego. Jak mnie poinformowano, około tysiąca osób złamało nogi lub ręce, przeważnie w nadgarstku lub kostce, padając w omdleniu. Miało się też urodzić na polach Tempelhofu, jak jedni twierdzą, sześcioro, a inni — dziewięcioro dzieci. Oczywiście w większości wypadków były to zwykłe omdlenia spowodowane upałem. Naokoło zaś skupionego i poważnego placu panowała mniej ideowa atmosfera zwyczajnego odpustu. Masa straganów z lemoniadą. Jakiś pan w bieli roznosi na tacy befsztyki tatarskie, bardzo już zeschnięte, fioletowe i pokryte muchami. Pracuje, jak by miał w kieszeni komisową umowę z Czerwonym Krzyżem.
Tło dla naszych trybun stanowią trzy flagi: dwie ze swastyką, a jedna niemiecka trójbarwna. Są one rozciągnięte na stalowych rusztowaniach kilkupiętrowej czy kilkunastopiętrowej wysokości, wmurowanych w ogromne bloki betonu. Jest to sama w sobie tytaniczna i skomplikowana budowla, ale nie wytrzymałaby naporu wiatru, gdyby flagi były zwyczajnie szyte; są one tylko luźno plecione z wąskich bawełnianych taśm, tak aby przepuszczały wiatr. Z bliska widać, że są przezroczyste. Prawie pierwszą rzeczą, o której słyszałem w Berlinie, były właśnie te flagi. Fryzjer mój, stary znajomy i nienawrócony socjalista, opowiedział mi o przygotowaniach do Święta Pracy, podkreślając z zaciętym sarkazmem, że te dwudziestopięciometrowe flagi to jedyny pozytywny rezultat hitlerowskiego reżimu.
Ale popatrzmy raz jeszcze na pole. Najbliższe sto metrów zajęte jest przez przedstawicieli formacji mundurowych w szykach mniej zwartych niż dalej stłoczona masa cywilów. Pięknie świecą się w słońcu łopaty „oddziałów pracy”, trzymane na ramieniu jak karabiny. (Gdyby tylko tak szlachetną bronią ludzkość chciała walczyć!). Nad polem krąży błękitny sterowiec z gigantycznym, dobrze znanym napisem Odol187. Podobno policja za pomocą radia kieruje stamtąd ruchem mas. Obok mnie stoi chłopczyk, syn znajomych moich, Amerykanin. Wierci mi dziurę w brzuchu pytaniami, jaki jest narodowy ptak Niemiec. Będzie z niego tęgi heraldyk. Nie mogąc dać mu właściwej odpowiedzi, wskazuję na sterowiec i mówię bez przekonania, że zapewne Odol, a w duszy myślę, że właściwie wszystko to odbywa się za wstawiennictwem nacjonalistycznego ducha świętego, który wprawdzie nie jest gołębicą pokoju, ale śmiało można go nazwać Dentolem.
Trybuna, z której przemawiać będzie wódz, przypomina konstrukcyjnie niektóre makiety miast antycznych, spotykane po muzeach. Ma schody, występy i balkony. Na jednym z takich występów stoją w czworobok, tyłem do mównicy, nieruchomi, czarni członkowie SS. Świetny to efekt. Pomyślałem sobie w tej chwili, że Charrel w Grosses Schauspielhaus188 nie potrafiłby lepiej pod względem efektu scenicznego. Wszystko tu jest barwne i ciekawe. Oto właśnie na trybunę dyplomatyczną wchodzi nuncjusz papieski z kwaśną miną. I cóż mu się dziwić? Nawet kamedułę przywykłego do całonocnych modłów znudziłyby wreszcie nieustające „godzinki” nacjonalistów. A dopiero, kiedy ma się przeświadczenie — a przypuszczać należy, że nuncjusz właśnie takie przeświadczenie posiada, że nabożeństwo to skierowane jest do fałszywego Boga, wówczas cała liturgia wydaje się nieznośnie niepotrzebna. Jestem dopiero kwadrans na trybunie, czas już się wlecze. Jedyny ruch — i ten staje się prawie monotonny, to sanitariusze pędzący z noszami na pomoc.
Wreszcie, wśród szalonych okrzyków radości, wjeżdża na pole według swego zwyczaju, stojąc w otwartym aucie jak cezar z komicznego filmu — Hitler. Teraz kończy się interesująca część widowiska, przemówienia i reakcje na nie są podobne do tego, cośmy widzieli rano podczas obchodu w Lustgartenie. Tylko tu upał jest większy i dzięki temu uwaga słuchaczy jeszcze bardziej rozrzedzona. Poniżej mównicy siedzą Röhm i August Wilhelm, najmłodszy syn ekscesarza. Głośno opowiadają sobie jakieś dykteryjki i śmieją się do rozpuku. To jakiś dziwny, nieoczekiwany objaw na tle z góry narzuconej powagi. Po trzech kwadransach przemówień następuje koniec tego, co kosztowało miliony, stracony dzień pracy, niepotrzebne zmęczenie i dla wielu upokorzenie. Góra urodziła mysz, lecz poród był ciężki i sensacyjny. Rozwiązanie manifestacji było też arcydziełem organizacji, nie tylko że po pół godziny pole Tempelhofu było puste, ale ja osobiście bez wyjątkowych wyczynów łokciami dostałem się do podziemnej kolei, przepuściwszy z powodu przepełnienia zaledwie jeden pociąg. Ażeby zebrać myśli i odpocząć, zaszedłem do baru hotelu Eden — panują tam zupełne pustki, za to cały personel baru i kuchni słuchał w skupieniu Goeringa, który tymczasem zaczął przewodniczyć trzeciej w tym dniu demonstracji odbywającej się znowu w Lustgartenie. Był to jedyny wypadek, kiedy widziałem ludzi uważnie przysłuchujących się mowie politycznej, ale cóż ma robić barman, kiedy wszyscy odbiorcy koktajli demonstrują?
„Wiadomości Literackie” 1934, nr 31 (558).