Wrażenia norymberskie
Zawiedzione nadzieje
Jadę na Parteitag do Norymbergi usposobiony do reżimu narodowosocjalistycznego znacznie życzliwiej niż przed dwoma i trzema laty. Stosunek mój do Rosji Sowieckiej był zawsze wysoce niechętny, a proces trockistowski189 nie przyczynił się do mego nawrócenia. Hiszpania nie zachęca do lewicowości, a Francja swym rozdarciem wewnętrznym budzi obawę o losy kultury europejskiej. Dziennikarze strasburscy spotkani na Parteitagu opowiadają o wzmożonej popularności Niemiec w Alzacji od czasu objęcia rządów przez Bluma190. Kraje skandynawskie i Anglia cieszą się ustrojami, niestety, niezaraźliwymi. Dziś więc dla większości krajów wybór jest rzeczywiście ograniczony niemal do smutnej alternatywy. Francuskie powiedzenie on ne sait à quel saint se vouer191 pochodzi z pięknych dawnych czasów obfitości, kiedy miało się do rozporządzenia usługi wszystkich świętych pańskich. Dziś jest się skazanym na wybór pomiędzy świętym Karolem Marksem a świętą Joanną d’’Arc, której historycy nie bez racji przypisują wynalazek nacjonalizmu. Oboje święci wymagają od swych adeptów straszliwej abnegacji i ascezy.
W Rosji nie byłem od roku 1918, nie miałem więc sposobności (bo dobrą wolę mam zawsze) nawrócenia się na komunizm. Z odległości, z opowiadań, a głównie sądząc z usposobienia moich komunizujących czy komunistycznych znajomych — ustrój sowiecki wydaje mi się wysoce nieatrakcyjny, a jego zdobycze — okupione nieproporcjonalnym ogromem zhańbienia i cierpień. Myślę więc, że jadę do kraju mniejszego zła, gdzie zapewne jest znośniej, niż było w latach 1933 i 1934, gdzie zapewne ostrości stępiały i pewna ludzkość wsączyła się w wybitnie „nieludzki” ustrój. Otóż te moje optymistyczne nadzieje zawiodły. Obawiam się, że wszystko, co dalej napiszę, wyda się jednostronne i negatywne. Pragnę więc z góry zaznaczyć, co następuje: powróciłem do Niemiec przekonany, że obecny ustrój polityczny Rzeszy nie powoduje poczucia krzywdy czy nieszczęścia u ogromnej większości narodu; że przeciwnie, wiele milionów mieszkańców wręcz skorzystało na zwycięstwie Hitlera, przede wszystkim więc bezrobotni i ci wszyscy, którzy potrafią wypełnić swe życie poczuciem dumy narodowej, że odebrawszy ludziom pewne wartości moralne (może abstrakcyjne), ustrój obdarował ich zdobyczami materialnymi i materialistycznymi, czy też prymitywnie i przyziemnie mistycznymi.
Jadę więc pełen zapału do prawdy, a jednocześnie wciąż sobie powtarzam, że w sprawach moralności nie powinno się robić porównań, że chociaż w Hiszpanii jest źle, nie znaczy to jednak, że w Niemczech jest dobrze, jak to dali z lekka do zrozumienia katoliccy biskupi Niemiec w swej proklamacji po zjeździe w Fuldzie; że Białomorski Kanał swoją drogą, a zamordowanie Röhma i van der Lubbego swoją drogą; że Żydzi i socjaliści to też ludzie; że prześladowanie religii w Niemczech i krajach znajdujących się pod wpływem komunizmu różni się tylko co do stopnia, ale nie co do zasady i celów.
Jadę. Granica między Rawiczem a Trachenbergiem niczego nie dzieli. Kraj po obu stronach miedzy biegnącej przez wschodnioeuropejską łąkę jest identyczny. Tylko skutki kary bożej za wieżę Babel, podniesione w ostatnich stuleciach do wątpliwej godności najwyższego ideału, sprawiają, że ludzie po obydwu stronach tej miedzy nie mogą się porozumieć, nie mogą się lubić, chociaż jednaki instynkt każe im popełniać te same absurdy, poddawać się tej samej zabobonnej ucieczce przed własnym zdaniem i zdrowym rozsądkiem, zmusza do szukania ukojenia w ślepym zdaniu się na „władzę”. Przychodzi na myśl — po co właściwie ta granica, skoro cała ludzkość w jednakowym stopniu zdaje się podlegać bezpośredniemu wpływowi złowieszczych gwiazd?
Pociąg przepełniony jest wojskowymi. W dzisiejszych Niemczech to może najprzyjemniejszy element. Czuje się w nich pewną tradycję, mniej bojaźliwości objawiającej się tupetem, nie widać tak często spotykanego u Parteigenossów192 parweniuszostwa i brutalności. Wreszcie szczegół, ale bardzo ujmujący: wojskowi nie „heilhitlerują” i po prostu salutują po wojskowemu, co w porównaniu z olimpijsko-rzymsko-faszystowsko-hitlerowskim powitaniem wydaje się czymś uroczo cywilnym. (Może sławny ukłon Gary’ego Coopera z filmu Maroko nadał militarystycznemu pod kozyriok193 pewien wdzięczek erotyczny). Cały wagon restauracyjny zda się być wypełniony biesiadą dobrych znajomych. Wszyscy rozmawiają ze wszystkimi i to o jednym: o wojsku. Atmosfera przesiąknięta jest przeraźliwie nudną, bo uporczywą, męską fachowością, jak kiedy zejdą się brydżyści, koniarze czy myśliwi. Mówi się o manewrach, o awansach kolegów, pokazuje się nowo zamówione mundury i „żurnale” wojskowe. W tym miejscu rozmowa robi się prawie kobieca, bo umiłowanie munduru przypomina tu już prawie kobiecy szał kiecek.
Nieludzka celowość
W tym wagonie po raz pierwszy przychodzi myśl, której słuszność potwierdziły obserwacje z całego mego pobytu w Niemczech, a mianowicie, że wszyscy ci ludzie, cywilni i w mundurach, przykładają się do czegoś, czego cel leży właśnie w samym akcie wykonania, a nie skutkach danej czynności. W innych krajach jednostka jest mniej lub więcej pełną próbką cech narodowych. A tutaj robi przede wszystkim wrażenie trybu w maszynie, której własne obroty są jedynie jej celem.
W porównaniu z „wyuzdaną” epoką kanclerza Bruninga194 Niemcy dzisiejsze są krajem nudnym, jak nudna jest bezcelowa maszyna, a może zwłaszcza jak nudny jest skład wszelkich części zapasowych.
Ale mniejsza o nudę. Co przeraża, to brak niezadowolenia. Nie jest to paradoks. Nie chcę oczywiście powiedzieć, że martwiłby mnie widok narodu zadowolonego, ale mam tu na myśli fakt, że w każdym społeczeństwie istnieją przecież panowie z chronicznie chorymi wątrobami lub choćby z przelotnym kacem. Takim panom jest przecież wszystko nie w smak, wszystko im śmierdzi pod nosem — zrzędzą. Istnieją przecież panie w ciąży, które mdli przez dziewięć miesięcy, i panie, które właśnie noszą się z myślą o migrenie; no więc takie panie, kiedy stoją przez godzinę na chodniku bez możliwości przejścia przez jezdnię i dostania się do domu, powinny, choćby cicho, ale — narzekać. Nie czynią tego. Dlaczego? Zapewne jest w tym i dyscyplina, i egzotyka usposobienia niemieckiego, a może i strach. Jakie są proporcje tej recepty, nie zdołałem zbadać.
Byłem w Anglii na jubileuszu królewskim w roku 1935, byłem niedawno w podnoszących się z depresji Stanach Zjednoczonych i wiem, co to są narody szczęśliwe. Pod zaobserwowane tam kategorie szczęścia, Niemcy roku 1936 nie podpadają. Są oni jednakże niewątpliwie bardzo zajęci, zaaferowani, podnieceni, co oczywiście pomaga oddać moment zastanowienia i wątpliwości. Nawet w małych mieścinach ciągle dzieje się coś „partyjnego”. To coś musi być przygotowane, musi być wprawione w olśniewające ramy i wyreżyserowane do maksimum sprawności. Panie, na przykład, zajęte są zmianą mody. W ciągu całego tygodnia w Norymberdze widziałem jedną szykowną Niemkę ubraną po zachodniemu. Poza tym w Grand Hotelu, przybytku ultraelitarnym, widać było różne generałowe bardzo po prusku dystyngowane, ubrane dyskretnie, przedwojennie i niemodnie. Ale większość niewiast wyraża w swych strojach tendencje wyraźnie chłopomańskie: brzuszki gotyckie i obowiązkowo fartuszek. Głowa i nogi — gołe. Buty sportowe. Od tych chłopiejących mieszczek prawdziwym gustem odbijają prawdziwe chłopki we wspaniałych tradycyjnych strojach.
Kontrasty
Kultura i tradycjonalizm chłopski, zwłaszcza południowych Niemiec, musi cudzoziemca zawsze bardzo przyjemnie ująć. To chłopski element, choć cieszący się tak wielkim poszanowaniem w Trzeciej Rzeszy, dziwnie nie harmonizuje z szarą zglajszachtowaną myślą i brudnobrązowymi koszulami doby obecnej, jak zresztą Norymberga nie nadaje się swą atmosferą na Parteitag. Strój ludowy różni się całkowicie w sąsiadujących ze sobą wioskach. A Norymberga znowu wprost dyszy indywidualizmem. Każdy patrycjusz wyłaził ze swym domem po prostu na środek ulicy, żeby go było widać. Tam nie udałaby się nigdy inicjatywa anonimowego piękna placu Vendôme czy Rue de Rivoli.
W tym mieście wprost feerycznej piękności, której można postawić tylko jeden zarzut, że nas, obieżykrajów i zimnych drani, śmieszy swą już prawie kiczowatą teatralnością — gdyż trudno się nie śmiać, kiedy człowiek znajdzie się w księżycową noc na placyku z jednym drzewem i z fontanną, mając na lewo domek z erkerem195, na prawo gotycki most przez rzeczkę, a w głębi wąską uliczkę, której wijący się w górę pęd przyspieszają od czasu do czasu spotykane schodki, wreszcie hen, pod niebem na niedostępnej skale — zamek, ale taki naprawdę rekwizytowy; to wszystko w jakimś wohlgemuthowskim skrócie; w tym mieście, którego dawne cechy życia i ludzi zdają się być wypisane na każdej ścianie, gdzie kamienie murów obronnych nabrały patyny nadającej im materialnego i moralnego podobieństwa do razowego chleba, za którymi to murami tworzyli tak kameralni geniusze, jak Wolgemut196 i Stwosz, Kraft197 oraz Vischer198, w tym mieście nie ma wprost miejsca na hitlerowskie nagłe i brutalne powitanie. A mimo to — wszystkie beznadziejnie banalne i szerokie arterie Berlina mniej dyszą hitleryzmem niż ten przeinaczony gród.
Ale tu zaznaczyć należy — i uwaga ta dotyczyć będzie wszystkich mych norymberskich spostrzeżeń — że Parteitag powoduje wielkie skoncentrowanie tych, których Francuzi nazywają les purs199, że to zjazd „pierwszej brygady” w całej jej potwornej rozrodczości, że interes szynkarza czy sprzedawcy gazet każe mu być bardziej pogańskim od Rosenberga i bardziej aryjskim od Streichera.
Drezno czy Bamberg dowiodły mi, że różnice w zglajszachtowaniu jednak istnieją. W miastach tych cudzoziemiec może przez cały dzień nie usłyszeć sakramentalnych słów Heil Hitler! zwróconych bezpośrednio do siebie. Tymczasem w Norymberdze każde wejście do sklepu, każde pierwsze zbliżenie się kelnera czy rozstanie się z szatniarką stawia obcokrajowca wobec konieczności zaznaczenia przez zwykłe Guten Tag swej obcokrajowej nietykalności. W Dreźnie widziałem dwóch Wandervoglów200. Byli to młodzi chłopcy ubrani po tyrolsku, nie wiem do której potęgi. Chodzili po knajpach i sprzedawali pocztówki na własny temat. Na klapach kurtek i na zielonych kapelusikach zaopatrzonych w pędzle do golenia było przypiętych mnóstwo najrozmaitszych odznak, ale żadnej partyjnej! W Norymberdze o takich outsiderach nie było mowy.
Prasa i kawiarnia
Biorę się do prasy. Wiadomości zagranicznych na ogół mało, z Polski stosunkowo dużo: na ogół życzliwie lub bez komentarzy, reszta — z Hiszpanii. Powstańcy są aniołami niezdolnymi do żadnego okrucieństwa. Jeżeli chodzi o Hiszpanię i o Rosję, walka z religią wywołuje w prasie hitlerowskiej najgłębsze oburzenie. Oburza też niezrozumienie Moskwy dla wzniosłych ideałów pacyfizmu.
Za to o życiu wewnętrznym kraju można się coś niecoś dowiedzieć. Jakieś pismo ilustrowane podaje fotograficzny reportaż z Musik Hochshule201, w której kształcą się orkiestry wojskowe. Dalej pokazane są nowe modele mundurów i zmiany oznak na kołnierzach pocztylionów. Świeżo otwarte wrota do promiennego świata munduru są wciąż przedmiotem entuzjazmu i sztubacko-pedanteryjnych zainteresowań całego narodu. Wciąż słychać pytania Was fur ein Uniform ist das?202, a ja widzę taką ich mnogość i taką różnorodność, że tracę wszelką ambicję rozeznania się w tej militarnej krawiecczyźnie.
Następują fotografie pięknego zamku, gdzie rozlokowano szkołę Arbeitsfrontu. Jedną z głównych górnych komnat zapełniono ławkami szkolnymi, a napis głosi, że jest to klasa dla Politische und Weltanschauung Schulung203. Robi to przykre wrażenie, zwłaszcza kiedy się pomyśli, że robotnik niemiecki miał przecież tak kulturalną i skrystalizowaną Weltanschauung204 na długo przed rokiem 1933, a teraz sadzają go jak smarkacza do ławki szkolnej i uczą jego własnych (bo je kompletnie sobie przyswoi) przyszłych opinii. Następny artykuł jest propagandowy, na hurra. Temat: nowe Niemcy odkryły godność pracy. Nikt przedtem — tylko Trzecia Rzesza.
Mam dość czytania. Rozglądam się po kawiarni, w której siedzę. Rojno tu i gwarno. Muzyka gra stare wiedeńskie szlagiery oraz tyrolskie i bawarskie melodie o nastroju jodlerskim. Sąsiedzi, gdy widzą, że się jest obcokrajowcem, okazują ujmującą uprzejmość, ale w przeciwieństwie do dawnego Berlina nie następuje zbliżenie, rozmowa się nie nawiązuje. Naród ma przecież tyle wspólnych i technicznych tematów do omawiania, że cudzoziemiec odnosi wrażenie, jakby przerywał jakąś naradę fachowców. Poza tym nie wita się po hitlerowsku, a już to jedno stwarza przepaść między nim a otoczeniem. Siedząc tak w kawiarni, czuję się beznadziejnie obcy i samotny, jak prawie nigdy przedtem w życiu.
Gdzież jest dawny berliński zmysł humoru? Przecież tu berlińczyków i hamburczyków, i renańczyków są dziesiątki tysięcy. Przecież jeszcze przed paru laty ludzie ci śmialiby się, obserwując tłustych panów w brązowych koszulach, jak wchodzą do lokalu, wymachując rękami na podobieństwo semaforów kolejowych, i wykrzykują jednocześnie nazwisko malarza pokojowego z górnej Austrii. Nie widać też tutaj dość jawnej płciowości niemieckiej ani nawet tej przed-płciowej sentymentalności, która objawia się wszędzie poza krajami muzułmańskimi. Nie ma parek w kawiarniach, a w parkach dziwnie ich mało. Po knajpach siedzą zgraje umundurowanych mężczyzn, zupełnie zadowolonych z własnego towarzystwa, nie starających się wymknąć „na dziewczynki” i śpiewających trochę po pijanemu i bez żadnej świadomie militarystycznej myśli Volk ans Gewehr205. Przy jednym stole siedzi czterech SA i cztery panienki. Są młodziutkie, byle jak ubrane, wyglądają jak szczury z małymi warkoczykami zwisającymi im po obojczyki; Backfische206 w najwdzięczniejszym wieku. Towarzysze ich śpiewają dość „grube” piosenki, a one posłusznie powtarzają drastyczne refreny, przy czym twarze ich są pozbawione wszelkiego wyrazu. Maski tępoty. Jak się dla nich ten wieczór skończy? Trudno doprawdy zrozumieć tę oddalającą się od Europy Trzecią Rzeszę.
Znowu zmuszam się do uprzytomnienia sobie, że tu widzimy tylko napływ elity, a jak wiadomo, elita w państwach totalnych jest elementem często nietypowym, a nawet obcym i — powiedzmy — nie zawsze sympatycznym.
Entuzjaści dyktatury
Tak by się chciało spotkać cudzoziemca, móc się z kimś dzielić wspólnym zdumieniem. Na Parteitagu na ogół cudzoziemców jest niewielu. Dziennikarze — przeważnie zapracowani lub zblazowani i przeraźliwie moralnie obojętni, a niedziennikarze — to znowu zbiór fanatyków totalitaryzmu. Znałem dotychczas dziwaczki genewskie, znałem milionerki jeżdżące co roku do Moskwy, ale nie znałem menażerii poputczików dyktatury. Są oni o wiele bardziej „pomyleni” od przedstawicieli tamtych dwóch grup: młodzi Anglicy z długimi brodami; stare wymalowane Francuzki, witające z rozrzewnieniem le Führer wyprostowaną prawicą, a pod pachą lewicy trzymające pekińczyka; faszyści łotewscy, angielscy, irlandzcy, węgierscy itd.
Jedni Włosi swych dziwaków nie przysłali. Obecna jest oficjalna delegacja faszystów, która na całą norymberską histerię spogląda okiem wyraźnie zblazowanym i nawet pogardliwym.
Większość dziwaków — byli to goście partii. Aż zdumienie bierze, że partia nie robi poważniejszych starań o ściągnięcie bardziej znaczących, choćby nie byli tak bezkrytycznymi entuzjastami. Rezultat — nie ma nikogo o jakimkolwiek bardziej znanym nazwisku czy marce. Ci nieważni dziwacy są za to za swoje dziwactwo nagradzani, noszą ich na rękach.
Jedną z prawdziwie rozkosznych rozrywek w czasie Parteitagu było posiedzieć w hallu Grand Hotelu. Przechodzi von Blomberg207, szeleszczący orderami, w płaszczu mundurowym z czerwoną podszewką. Podszewka ta przypomina czasy, kiedy mundur nie wiązał się jeszcze w myśli z czymś tak okrutnym jak Wielka Wojna. Za nim drepce adiutant już zupełnie pozbawiony przedwojennego sznytu. W fotelu siedzi jakaś dama, prawdziwa dama, trochę przypomina ostatnią cesarzową tutejszą. Szyję ma ujętą w biały tiul naciągnięty na sztywną obrożę z fiszbinów. Uczesanie — rok 1908. Wita generała po hitlerowsku, ale masa staroświeckich bransoletek z brelokami i pierścionków o zamierających perłach nadaje temu gestowi pewną dystynkcję i kobiecość. Opodal siedzi dwóch z SA. Widać, że z ludu, bo ręce strasznie spracowane. Piją piwo i przyglądają się w milczeniu wielkim tego świata. W innym kącie quasi-międzynarodowo wyglądająca pani rozmawia z chłopką w pięknym autentycznym stroju. Tylko zachowanie się i twarz zbyt mało ludowe. Boję się, czy to nie jaśniepanienka z pałacu, która się bezczelnie zgrywa. Przy barze na wysokich taboretach już wyraźnie pseudowieśniaczki w pseudostrojach piją koktajle. Poza tym goście honorowi Auslandu208. Tu przeważają dwa typy: albo operetkowy arystokrata à la Redo209, albo wyraźny łyk-sklepikarz. Przy każdej grupie cudzoziemców siedzi jakiś Niemiec, przeważnie w mundurze, ale mimo to wygląda dystyngowanie i międzynarodowo. Dotrzymuje towarzystwa, objaśnia, ułatwia i wtłacza propagandę. Stara Angielka dziękuje za wspaniałe róże, które zastała u siebie w pokoju: „Jacy wy wszyscy jesteście dobrzy i kochani”... Zewsząd słychać świetną francuszczyznę, angielszczyznę, lingua toscana in bocca tedesca210 i tylko przy uważnym przysłuchaniu się odnajdziemy tłuste niemieckie „r”. Przy szatni stale przepełnionej stoi w kolejce w bardzo pomiętym mundurze szturmowca Parteigenosse Hohenzollern i czeka, aby oddać płaszcz.
Oglądam się, widzę, że wchodzi mój dobry znajomy, Anglik, oficer i adiutant jednego z książąt krwi. Miałem go dotychczas za przeciętnego, normalnego oficera. Pytam, co tu robi. Odpowiada, że jeszcze kiedy był w okupacyjnej armii nadreńskiej, zużył urlop, aby pojechać do Monachium i zapoznać się z ruchem narodowosocjalistycznym. A przecież teraz należy do British Mistery211 (druga litera „i”, nie „y” — zaznacza z naciskiem). Pytam się, co to za organizacja, ale właściwie nie jestem już ciekaw. Sama nazwa i ton mego rozmówcy dają mi do zrozumienia, że mam tu do czynienia z jakimś mętnym, mistyczno-antysemickim ruchem. Oczywiście, jak każdy ruch, British Mistery różni się zupełnie od wszystkiego innego i od niczego nie pochodzi, ale zdaniem mego przyjaciela jednakże można się czegoś w Norymberdze nauczyć. Wyraźny bzik, którego przez jedenaście lat naszej znajomości potrafiłem nie dostrzec. Ale tacy już są Anglicy.
Pod znakiem munduru
Wąskie i kręte ulice miasta pękają od ruchu. Chodniki nie wystarczają dla przechodniów, a jezdnia zapchana jest tramwajami, autokarami wiozącymi wycieczki okolicznościowe, samochodami wojskowymi i partyjnymi. Ruch ten co chwila musi być wstrzymywany, aby dać drogę jakiejś maszerującej kolumnie z orkiestrą lub częściej ze śpiewem. Śpiew ten jest zawsze świetnie rytmiczny, choć trochę ponury, ale za to nowe czy też wznowione marsze nie stoją kompozytorsko na wysokości niemieckiej tradycji muzycznej. Czasem spotyka się milczącą kolumnę, jak na przykład oddział pielęgniarek, a czasem słychać piskliwy dziecięcy śpiew, gdy kroczy kompania Hitlermädel. Kolumna przechodzi, pojazdy znów ruszają. Wozom prywatnym nie wolno w ogóle jeździć po mieście. Ci, co przybyli na Parteitag samochodami, muszą z ich używania tutaj zrezygnować. Tylko dość nieliczne taksówki mają prawo krążenia. Ruch jest tak wielki, że na wszystkich bardziej ożywionych placach i skrzyżowaniach ulic, poza istniejącymi już żelaznymi barierami dzielącymi chodnik od jezdni, stoi jeszcze kordon esesmanów, powstrzymujący falę przechodniów. Głośnik wciąż ryczy instrukcje dla pieszych, dla pojazdów, informacje o zmianie kursu tramwajów, a czasem nadaje płomienne mowy z kongresu. Słowem — inferno. I to trwa bitych osiem dni, bo już w przeddzień otwarcia Parteitagu ruch był wprost fantastyczny. Cóż dziwnego: miasto liczy wraz z rozległymi przedmieściami około czterystu tysięcy mieszkańców, a wiadomo, że w okresie zjazdu partyjnego same koleje sprzedały osiemset tysięcy biletów do Norymbergi. Większość tych przyjezdnych, choć mieszka w różnych obozach poza miastem, stara się jednak przebywać jak najwięcej w centrum, czyli w obrębie starego stłoczonego miasta. Obserwując ten bez końca przewalający się ruch, krzyk przekupniów, odgłosy muzyki z kawiarni i maszerujących orkiestr, wciąż myślę, że w mniejszych rozmiarach tak właśnie musiało się dziać w Polsce na elekcjach, a na Zachodzie w czasie soborów. Tylko że tam widać było podobno wybryki indywidualnego zbytku i zbiorowej rozpusty, a tu rzeczy mają się odwrotnie. Łaziłem nocami po mieście i nie spotkałem ani jednej, że tak powiem, ćmy nocnej. Jak już pisałem — w parkach głucho. Pytam Niemca o wytłumaczenie. Tyle młodzieży wolnej od rutyny codzienności, a ogrody po nocach tak nienaturalnie dziewicze. Mój znajomy odpowiada, że sam dobrze nie rozumie, ale wie, że tak bardzo protegowana przez reżim Kameradschaft212 powoduje wielkie wzmożenie konsumpcji piwa, co może w dostatecznym stopniu wypełnia młodzieży wieczory. Nie dziwię się zresztą, że Niemka, jaką ją pragnie widzieć Trzecia Rzesza, ułatwia ascezę „odrodzonym” Niemcom. Idę zatłoczonym chodnikiem. Nagle sześciu policjantów w sposób nadzwyczaj gwałtowny „oczyszcza” chodnik przed wejściem do jakiegoś hotelu. Po trzech z każdej strony wstrzymują ruch pieszych. Przechodzę na przeciwległą stronę ulicy, aby się lepiej przyjrzeć. Przypominam sobie, że w hotelu tym mieszka Himmler i że u wejścia stoi warta policyjna. Wtem, nie wiadomo skąd zjawia się na środku jezdni trzech policjantów, następuje nieprawdopodobnie zmechanizowana zmiana warty. Oczy miotają płomienie, Gänseschritt wprost imponuje swą baletową, choć niepotrzebną techniką. Menuecik na miejscu skończony i zluzowana warta odchodzi jak w filmie rysunkowym. Stoję i uśmiecham się. Nagle słyszę koło siebie groźny głos: Warum lachen Sie?213 — mówi mi jakiś mały człowieczek trzymający za rękę umorusane dziecko.
Ma lat trzydzieści i jest typowym proletariuszem. W innym kraju byłby bezwzględnie przekonań lewicowych. Odpowiadam mu, że się nie śmiałem, tylko uśmiechałem, bo rozbawiło mnie rozagitowanie policjantów wstrzymujących tłum, jak gdyby przynajmniej sam Führer miał przyjechać. Ale na to słyszę: przecież zmiana warty to akt uroczysty, nie tylko w wojsku, ale także w marynarce i w Luftwaffe, i w SA, i w SS, i w NSK, i w HJ, i w AD, itd., itd. Oczywiście nie staram się nawet stanąć w obronie mego świętokradzkiego uśmiechu.