Żydzi

W całym tłumie i w ciągu całego tygodnia nie widziałem ani jednej żydowskiej twarzy. Wśród umundurowanych czasem zdumiewał wprost swą jawnością profil semicki, ale to dlatego, że Aryjczycy nie są jeszcze dość fizycznie zglajszachtowani. Wiem jednakże, że w Norymberdze Żydzi są. Świadczy o tym chociażby ogromna, niedostępnie zamknięta, bardzo brzydka synagoga. Żydzi byli stąd wypędzani dwa razy. Ostatni raz w XV wieku, przy czym zamknięto bramy murem otoczonego getta, które się mieściło tam, gdzie obecny Hauptmarkt (od trzech lat Adolf-Hitler-Platz), i całą osadę wraz z mieszkańcami spalono. Na miejscu synagogi wybudowano cudowną Frauenkirche. Żydzi powrócili dopiero w połowie ubiegłego roku. Jak widzimy więc, Norymberga, kolebka „Stürmera” i stolica Streichera214, ma za sobą nie byle jaką żydożerczą przeszłość. Pytam, gdzie są Żydzi. Okazuje się, że albo nie wychodzą z domu, albo wyjechali na czas Parteitagu. Chcę coś kupić w sklepie konfekcji męskiej. Zamknięty. Myślę, że pora obiadowa. Powracam po południu i znów nie mogę się dostać. Idę do sąsiedniego sklepu i pytam o powód. Es ist doch ein jüdischen Geschäft. Jüdische Geschäfte werden alle während des Parteitages geschlossen215. Próbuję szczęścia w innych sklepach mających na wystawach to, czego szukam. Wszystko zamknięte. Idę więc do braci Aryjczyków. Sklepy wyglądają podrzędniej, tandetniej, mniej szykownie. Nigdzie nie mają tego, czego poszukuję. Czekam aż do dnia po zamknięciu zjazdu. Idę do jednego z żydowskich sklepów, przyglądam się wystawie i już chcę wejść, gdy bardzo zażenowana pani stojąca przy wejściu, typowa tercjarka, bez wieku i czarno ubrana, zagaduje mnie porozumiewawczym szeptem: Verzeihen Sie, aber es ist ein jüdisches Geschäft216. Odpowiadam, że dziękuję, że wiem, i wchodzę. Pytam pannę sklepową, która wygląda zupełnie na Aryjkę, czy ta damska warta zawsze tak sterczy. Mówi mi, że nie, że nigdy przedtem, że to tylko może chwilowo, dopóty, dopóki jeszcze jest taki duży zjazd ludzi nieznających dobrze miasta. Jestem zapewne pierwszym klientem, gdyż przyjmują mnie prawie z rozrzewnieniem, chociaż z pewnym lękiem. Pytam, czy sklepy żydowskie były zamknięte dobrowolnie i dowiaduję się, że był rozkaz. Zrozumiałem jednak od razu, że niczego więcej się nie dowiem, bo i tych skromnych informacji udzielono mi po pewnym wahaniu i niechętnie. Obszedłem wszystkie sklepy, które w przeddzień były jeszcze zamknięte. Paniusie pilnowały wszędzie. Były tego samego pokroju, co sprawujące opiekę nad dziewczętami na dworcach. Dobre, zacne, ideowe. Wychował je sobie Gauleiter Frankonii, Streicher, za pomocą „Stürmera”. Ponieważ już na wiosnę bieżącego roku „Wiadomości Literackie” (nr 649) podały dość obszerną charakterystykę tego pisma, muszę tylko dodać, że jego ton superbrukowy, jego sadystyczno-pornograficzne zacięcie i jego niesłychanie niski poziom w niczym się nie zmieniły. Tygodnik ten czytany jest jednak powszechnie. Znajomi mi mówią, że ich kucharki nic innego czytać nie chcą, ale dziwi fakt, że wśród inteligencji w hallu Grand Hotelu niejeden pan spaceruje z tą szmatą pod pachą. „Stürmer” od początku istnienia wychodził w Norymberdze, podczas Parteitagu wybudował sobie kioski w całym mieście.

U Streichera

Ciekawe byłoby zobaczyć człowieka, który bardziej niż ktokolwiek w Trzeciej Rzeszy jest odpowiedzialny za antysemicki kurs, którego bezwzględność jest znana, a który nawet wśród swych kolegów z hitlerowskiej elity uważany jest za uczciwego psychopatę. Sposobność ta zdarza się nagle. Znajomi moi zostali zaproszeni przez redaktora odpowiedzialnego „Stürmera” na konferencję. Tym moim znajomym pozwolono przyprowadzić ze sobą, kogo zechcą. Wybór ich pada na mnie, a ja przyjmuję zaproszenie z radością, choć oznacza to, że nie zobaczę fajerwerku, jakiego świat dotychczas nie widział i którego koszt rzeczoznawcy oceniają na sumę siedmiocyfrową.

W hotelu, gdzie ma się odbyć konferencja, już w windzie spotykamy starą Angielkę o dwóch laskach, którą myśl, że zobaczy Streichera, niesłychanie podnieca. W sali poznaję i brodatych Anglików, i faszystę irlandzkiego. Słowem, dość reprezentacyjne przedstawicielstwo poputczików217. Rozdają nam różne druki. Ale głównie „Service Mondial”. Jest to biuletyn antysemickiej agencji prasowej, drukowany w kilku językach. Zaczynam go przeglądać i znajduję tam dziwne zdania. W nawiązaniu na przykład do prześladowań religijnych w Rosji i Hiszpanii, dokonywanych jakoby pod egidą Żydów, czytam, że nigdy nie słyszano, aby kiedykolwiek zabito rabina lub spalono synagogę. Nabiera to cech, doprawdy, bojowego kłamstwa, kiedy jest wypowiedziane właśnie tu, w Norymberdze, w cieniu Frauenkirche. „Service Mondial”, jak zresztą wielu mówców partyjnych, wciąż popełnia te same grzechy przeciw logice. Raz twierdzi się, że Żydzi działają zawsze zgodnie, a znowu po chwili, że żrą się między sobą, jak to czynią wszystkie pasożyty — stąd proces trockistów. Dalej czytam, że statek sowiecki przywiózł broń do Barcelony, a broń ta uprzednio była przeznaczona dla Arabów w Palestynie. Powyższe zdanie wskazuje na propagandowe niechlujstwo. Więc jak to, sowieccy Żydzi wysyłają broń dla Arabów?

Ale wchodzi Streicher. Gruby, niski pan o orlim nosie i niskim czole. Jest z zawodu nauczycielem i na nauczyciela wygląda. Solennie, choć szybko, z rączką do góry, przechodzi przez całą salę, po czym przedstawiają mu nas wszystkich po kolei. Przeważająca liczba obecnych kłania mu się w pas — są wyraźnie zaszczyceni. Po przejściu przed „naszym frontem” staje za stołem i mówi przez pół godziny. Jest to fanatyk o gwałtownym sposobie wysławiania się. Nazywa, na przykład, dziennikarza, który zjawił się jakoby niepowołanie na podobną konferencję w roku zeszłym i jakoby przeinaczył jego słowa: Ein Schweinehund218. Przemawia do zebranych jak do apostołów, którzy rozjadą się po świecie wzmocnieni tym wszystkim, co widzieli w Norymberdze i bardziej uzbrojeni do walki, jaką będą prowadzili w swoich krajach przeciwko Żydom. Przemawia jak papież do rozjeżdżających się misjonarzy. Ciągle nam powtarza, że zapewne jesteśmy małymi, szarymi, u siebie nieznanymi ludźmi, a poza tym przypuszczalnie jesteśmy bardzo ubodzy, gdyż kto walczy z Żydami, jest zawsze w biedzie. Ale to nasze upośledzenie nie powinno nas zniechęcać, gdyż walka nasza będzie zwycięska i przyjdzie dzień, kiedy wyjdziemy z mroków naszej przeciętności. Nie chodzi też o liczbę nas, bojowników — ale o ducha, jaki nami kieruje. Niemcy nie mają zamiaru zwalczania żydostwa w innych krajach, chcą tylko pomagać w uświadamianiu społeczeństw co do sprawy żydowskiej. Gdy takim społeczeństwom spadną zasłony z oczu, gdy postanowią działać — Niemcy chętnie wypożyczą im swoich specjalistów zaprawionych w walce. Antysemityzm już wisi w powietrzu i w Skandynawii, i w Anglii. Streicher pragnąłby nawet sojuszu z Anglią. Ręka ku Anglii jest przecież wyciągnięta, tylko Anglia tej przyjaznej ręki jeszcze nie przyjęła. (Jest to zdanie dość mętne, w którym dano do zrozumienia, że dzieje się to z powodu wpływów żydowskich). Dalej mówi o żywiołowości antysemityzmu, który sprawia na przykład, że w Szwajcarii pisma antyżydowskie wciąż podlegają konfiskacie i wciąż pojawiają się pod nowymi tytułami. Wreszcie, doprowadziwszy się do odpowiedniego podniecenia, oznajmia nam, co następuje. Ludzie myślą, że zagadnienie żydowskie może być rozwiązane inaczej niż przez krew. Jest to pogląd niesłychanie mylny. Aby zagadnienie żydowskie rozwiązać, należy pójść drogą krwi. Następnie, może pragnąc usprawiedliwić ostrożność ostatnich zdań, które zresztą zyskały sobie wśród obecnych głośne oklaski, Streicher zaczyna tłumaczyć, że Żydzi dochodzili zawsze do wpływów i potęgi po milionach trupów, że wylali już tyle nieżydowskiej krwi, iż należy w imię bezpieczeństwa całego świata wytępić ich doszczętnie. Nawet tradycyjne rysy szatana z bajek są rysami semickimi. To on przecież mówi: „Jeżeli padniesz przede mną na kolana i będziesz się do mnie modlił — dam ci cały świat”. Jedynym pierwiastkiem zła na świecie jest żydostwo, innego nie ma. Teorię tę Gauleiter Frankonii uzasadniał obszerniej w sposób na poły teologiczny. Była jeszcze mowa o Adamie, Ewie i wężu, oraz że tym wężem, któremu trzeba łeb zetrzeć, jest właśnie żydostwo. Po tych groźnych akcentach mówca uderzył w strunę idylliczną. Nakreślił obraz, jak to będzie pięknie, kiedy wszyscy, w czyich żyłach płynie czysta i szlachetna krew aryjska, będą sobie wreszcie braćmi, bo nie będzie komu ich skłócać. Popatrzyłem na salę: w pierwszym rzędzie siedział gruby, oliwkowy, obleśnie wyglądający Włoch z kruczymi włosami, wywalonymi lubieżnie wargami i krogulczym nosem. Nadawał się znakomicie na pierwszą stronę „Stürmera”. Coś bardziej dalekiego od aryjskości trudno było sobie wyobrazić. Ale dla Streichera — to brat.

W ogóle w dzisiejszych Niemczech mówi się o krwi z jakąś zmysłową intymnością, w jakiś łakomy sposób — i zależnie od okoliczności ta krew nabiera szlachetności wina, odżywczości rosołu lub brzydzi jak niedające się wymienić ciecze.

Wyszedłem z tej konferencji, jak się budzi ze złego snu. Nienawiść przeraźliwie wykoślawiła tam wszelkie pojęcie o rzeczywistości. Długo nie mogłem przyjść do siebie. Ta konferencja prasowa to chyba najsilniejsze wrażenie, jakie wyniosłem z Parteitagu.

Lohengrin i robot

Führer przejeżdża przez Bahnhofplatz minimalnie cztery razy dziennie, a były dnie, kiedy działo się to razy szesnaście. Ale to wszystko entuzjastom nie wystarcza. Po obejrzeniu Führera raz — nie ruszają się z miejsca w nadziei, że za kilka godzin znowu tędy przejedzie. Nadzieja nie bywa zawiedziona. Zjawia się po pewnym czasie. Stoi w otwartym samochodzie, obok szofera, głowę ma przeważnie gołą, ubrany jest w brązowy mundur lub brązową koszulę i jeżeli salutuje ręką nie wyprostowaną, ale odrzuconą w tył — wywołuje to asocjacje z Lohengrinem i łabędziem. Słyszałem w Württemberger Hof, gdzie mieszkała większość dziennikarzy, jak szeptano: znowu Lohengrin219. Przejazdy Führera, pędzący ze wszystkich bocznych ulic tłum, kiedy się dowie, że przejechał już samochód policyjny z żółtą flagą, poprzedzający jego samochód — wszystko to byłoby obojętne i łatwe do zniesienia, gdyby nie przeraźliwy chaos, jaki każdy z tych przejazdów wprowadza w ruch uliczny. W strategicznych punktach miasta, przewidując liczne i długotrwałe przemarsze różnych formacji, zbudowano mosty przez jezdnie dla ułatwienia ruchu pieszych. Ale za każdym razem, kiedy zjawia się ów samochód policyjny w charakterze Jana Chrzciciela, zamyka się też mosty aż do przejazdu Hitlera, czasem na pięć minut, czasem na półtorej godziny.

Moja matka, Galicjanka, przyzwyczajona do Wiednia Franciszka Józefa, opowiadała mi ze zgrozą po swym pierwszym pobycie w przedwojennym Petersburgu, że wstrzymano tam ruch pojazdów na całe pięć minut przed przejazdem cesarza. Przypomniało mi się to w Norymberdze i pomyślałem, że od tego czasu zrobiliśmy postępy.

Iluż to w tym pędzącym, aby ujrzeć Führera, szczerze bałwochwalczym tłumie musi być dawnych równie szczerych socjalistów i komunistów, iluż katolików, którzy potrafią łączyć kult Boga i Führera z równie naiwną nieświadomością zasad i walorów, jak klasyczne dewotki zatruwające życie otoczeniu. Ludzie ci nie pamiętają już prawie, że byli kiedykolwiek inni, że myśleli za siebie. Widok ich dzisiaj raduje zapewne doktora Leya220, który w jednym z przemówień wyraził opinię, że termin Privatmann nie powinien nadal istnieć. Zastanawiając się też nad społeczeństwem niemieckim, a zwłaszcza nad efektowną jego próbką oglądaną w Norymberdze, nagle uświadamiam sobie pewne zestawienie wspomnień. Przypominam sobie balet widziany przed laty. Tańczony był w maskach pozbawionych wyrazu jak twarze lalek. Normalnemu współczesnemu tańcowi salonowemu maski te nadawały cechy makabryczne. Makabrycznie też oddziaływuje na obserwatora świadomość, jaką się ma w Niemczech, że każda znienacka zaczepiona osoba zareaguje zawsze jednakowo na dane pytanie, że każdy Niemiec przedstawia dziś groźny obraz robota, którego twarz została zeszlifowana przez obrabiarkę ustrojową.

„Wiadomości Literackie” 1936, nr 42 (674).