2. Pomysł Hanusi

— Matusiu...

— No?

— Dobraście jak sam miód...

— Oho, cóż tam Pan Jezus dał nowego?

— Tak was miłuję, że strach!

— Znam cię, ziele próżniackie. Pewnikiem od kądzieli chcesz się wymigać, co?

— Matusiu... matusieńko jedyna, najmilejsza... takie złote słoneczko świeci, ani jednej chmurki na niebie...

— Cóż mi prawisz, jakbym oczu nie miała?

— A na dziadkowej łące tyle stokroci, przylaszczek, smółek, niezabudek, mlecza żółtego... a w dziadkowym sadzie jabłonie już kwitną...

— Skądże to wiesz?

— Stanko biegał wczoraj na Prądnik. Powiada, że ino się mieni łąka od kwiecia, a pachnie... Oj, matusiu, dajcie nam iść do sadu!

— Tyle dale34? Nie puszczę. Jeszcze cię krowy pobodą, psy pokąsają. Słyszane rzeczy! Czego ci się zachciewa!

— Gdzie zaś krowy, gdzie zaś psy, matusiu! Pójdzie Stanko, pójdzie Jasiek Zaklika, pójdzie Przemko z Chrobrza i Maciek ze Służewa...

— A Hanka Wierzynkówna sama jedna z chłopakami? A to mi się córusia udała!

— Ciotka Rafałka obiecali...

— Co takiego?

— Że jak wy zezwolicie, to pójdą z nami.

— Skaranie boże z tą Rafałką! Że jej Pan Jezus własnych dziatek odmówił, to już cudzym schlebia, do wszelakich zbytków zgodna. Wiadomo, na pochyłe drzewo kozy skaczą.

— Matusieńko... pobieżemy duchem... ani się opatrzycie, już my tu.

Pani Janowa robiła srogą minę, ale i jej serce miało twardość raczej wosku niż kamienia, gdy które z dzieci przychodziło do niej z prośbą.

— Ano, niechże już wasza prawda będzie. Idźcie z Panem Jezusem. A wracać mi na obiad... pamiętaj!

— Jużci, nie chybimy, matusiu.

— Aha. A z Kostką co? Toćże to robaczek maluśki. Nie zalezie...

— A we wielkanocne święta nie była z nami na Rękawce? Wżdy Krzemionki też dobry kawał za miastem.

— Ba! Rafałka ją niosła, Magda ją niosła.

— No, widzicie, matusiu, ciotka i dziś Kostkę poniosą. A Magda pójdzie ze śniadaniem, to jakby się ciotka zanadto zmęczyli...

Hanusia wybiegła pędem, by się przypadkiem co nowego matce nie przypomniało i nie stanęło na przeszkodzie zamierzonej wycieczce. Wskoczyła do piekarni po siostrzyczkę, przywdziała jej cieplejsze ubranie, bo choć to maj był, zawsze od Tatrów35 śnieżne podmuchy przelatywały. Migiem zarzuciła i na siebie kabacik sukienny, lekką chuścinę na głowę i wskoczyła do mieszkania stryjostwa Tomaszów zawiadomić ciotkę o zezwoleniu matki. Ciotka zaś, przewidując tę dobrą nowinę, już była także zebrana. Stanko z towarzyszami czekali na Rynku, przed bramą domu, wyruszono tedy gwarnie i wesoło ku Floriańskiej Bramie, za miasto.

Najstarszy z wyrostków, czternastoletni Przemko z Chrobrza, oddał się na usługi ciotki Rafałki, która wiodła małą Kostunię za rączkę. Szedł obok niej i zabawiał rozmową. Reszta dzieci biegła gromadką na przedzie, a z tyłu za wszystkimi postępowała dziewczyna służebna z kobiałką i grubą chustą wełnianą na ręku.

Ledwie przeminęli kościół Panny Marii, spostrzegli na prawo od Sukiennic zbiegowisko, a choć im pilno było do dziadkowego sadu, zaciekawieni podstąpili bliżej.

— A co wy tam, ludzie, robicie? — spytał Stanko, uchylając uprzejmie kołpaczka.

Jeden z tłumu, mężczyzna w długim szarym żupanie, zapewne rzemieślnik lub kupiec, spojrzał z uśmiechem na chłopca i rzekł:

— A toć wnuk pana Wierzynkowy i pyta, co my tu robimy. Nie wiesz to, co twój dziad, pan stolnik sandomierski, z rozkazu miłościwego króla zarządził?

— Nie wiem. A co takiego?

— To się przypatrz! Na czterech rogach Rynku postawiono kadzie z winem i skrzynie z owsem36 dla wygody przyjezdnych gości i ku pożywieniu ich koni. Wprawdzie po gospodach czuwają komornicy, by jadło i picie było na zawołanie, ale na wszelki wypadek, gdyby komu zabrakło, może iść na Rynek i czerpać do woli. A gdy się i skrzynie wypróżnią, służba królewska na nowo je napełnia. Patrz, synku, co tu ludzi z dzbankami ciśnie się po ono wino... niczym w Kanie Galilejskiej! Cha! cha! cha!

— I to tak cały dzień będzie? — spytał Jasiek Zaklika.

— Cały dzień? A gdzież cię to chowano, mój żaczku, i w jakiej szkole gościnności uczono? Cały dzień. A to by mi się podobało! Pokąd weselne gody się nie odprawią, a rycerstwo i insze pany nie odjadą, ma się lać wino jako ta rzeka. Niech lud pije za zdrowie i pomyślność najjaśniejszych i miłościwych gościł

Chłopcy przypatrywali się chwilę zgiełkliwemu czerpaniu wina z kadzi, ale Hanusia nawoływała do pośpiechu, więc poszli.

— Coś wam powiem — rzekła dziewczynka z miną tajemniczą, oglądając się, czy ciotka tuż za nimi nie idzie. — Ino cicho, sza, bo by się gotowe nie udać.

— Albo my to dziewki, żebyśmy dużo gadali? — burknął rówieśnik Hanki, dziesięcioletni Maciek ze Służewa.

— Widzicie go! Ledwie to chodzi, dwie piędzi37 mierzy, a dziewkom przygania.

— A tyś rosła jak dąb! W dziadkowej ciżmie38 z wygodą się prześpisz, jeszcze i Kostka przy tobie!

— Truteń jeden. Stanko! Nie daj siostry krzywdzić! No, ruszże się!

— Cichajcie! Niech ino ciotka usłyszy, że się swarzycie, zaraz do domu nawróci, cobyście tam bajkowali po próżnicy!

— Jam nie zaczynała — rzekła Hanusia.

— A mnie się ino tak wyrwało — zapewniał Maciek.

— No, to niechże będzie święta zgoda! A ty, Hanka, gadaj, coś miała gadać — zakończył spór Jasiek Zaklika.

— Ano, tedy chciałam rzec, żebyśmy na łące i w sadzie narwali kwiatów, ile tylko unieść zdołamy. Ale to musi być strasznie dużo! A skoro przyjdziemy do dom... — Tu się zacięła, jakby się nad czymś namyślając.

— No, a jak wrócimy do domu, to co?

— To złożymy kwiatki w chłodzie... skropimy wodą... i... będziemy czekać.

— Cóż ci dolega, co ano stękasz jak stara Wojnarka pod dominikanami?

— Okrutnie się boję, czy się uda.

— Gadajże raz!

— Uważajcież. Dziaduś powiadali wczoraj stryjowi, że wszystkie króle i książęta, co tu na wesele pozjeżdżały, oczekują wieści, zali się najjaśniejszy cesarz niemiecki nie zbliża. A gdy on z ostatniego popasu wyruszy, o czym rozstawieni konni doniosą, wtedy zbiorą się wszyscy razem i pospieszą jemu naprzeciw. Księżniczka Elżbieta zaś, że to nie przystoi narzeczonej nadskakiwać nad miarę swemu przyszłemu małżonkowi — tak dziaduś gadali, ale sobie rozważam, że ja, gdybym szła za króla, to bym srodze wyskakiwała...

— Co tam o ciebie! Powiadaj dalej — przerwał jej niecierpliwie Stanko.

— Więc jako narzeczona i jako panna z wielkiego rodu, nie może zbytnio swej radości okazować, a jednak należy jej się takoż cesarza powitać. Więc...

— Więc jak? Znowu stękasz?

— Czekaj, ino sobie spomnę. Aha. Więc ona, rodzic jej, książę Bogusław, i wszystkie panny dworskie z mistrzynią wyjdą ino za rogatki i tam cesarza powitają. A potem wszyscy społem powrócą na gród.

— Ojoj!... Cobyśmy choć na czas z Prądnika wrócili! — krzyknął Maciek w wielkiej trwodze.

— Czekajże, jeszczem nie dokończyła! Wrócimy na czas, bo na podwieczerz dopiero spodziewają się najjaśniejszego cesa rza. My tedy zjadamy spokojnie obiad, matusi niczym na złość nie uczynimy, cichutko jak trusie idziemy „na niby” do ciotki Rafałki, jak to co dnia robimy.

— Wżdy nie na niby u niej siedzimy do wieczora, ino naprawdę.

— Jak będziesz przerywał i przerywał, to się niczego nie dowiesz.

— Jużem zamknął gębę na kłódkę.

— Więc matusia idą spocząć do alkierza, my do ciotki, na niby to, a naprawdę na górkę, pod dach. Tam przez dymniki cały Rynek i całą ulicę przejrzeć aż po Floriańską Bramę.

— Ach, prawda! Ze strychu cudnie...

— Eeee?... A kto wymyślił? Tam ano stoimy i czekamy. Matusia, choć spostrzegą, że nas nie ma, pomyślą, żeśmy przed dom wybiegli, i łajanie dla mnie, a bicie dla ciebie na potem odłożą. Aż tu nadchodzi dwór, wszystkie panny, rycerze, całe dziwowisko. My się przypatrujemy, a gdy Elżbieta ze swymi dziewkami Mariacką farę przeminie i ku nam się skieruje, my w tejże chwili z okna buch, buch, buch kwietne wiązki jej pod nogi. Tak powitają kochaną księżniczkę Wierzynkowe wnuki!

— Oj, Hanuś, Hanuś... Toś ty cale dorzeczna dziewka, a ja cię zawżdy miał za głupią.

— To sobie wzajem darujmy, bo i ja nie dałabym pół denara za twój rozum, choć do szkoły chodzisz, a ja niczego nie uczona. Pomnijcież na moje słowa. Jak już będziemy w sadzie, to ino Przemkowi szepnijcie, co i jak, a strzeżcie się Kostki, żeby nie posłyszała, bo ta niczego nie utai. Co wie, to wyśpiewa i zepsuje nam całą zabawę.

Tak sobie gwarząc, dokazując, a ciotkę Rafałkę co chwila za jej dobroć po rękach całując zaszli w godzinę na Prądnik, gdzie stary Wierzynek miał rozległe pola i ogrody39. Ciotka usiadła pod jabłonią, choć niewiele jeszcze młode listeczki cienia dawały, i zaczęła rozkładać na trawie śniadanie przyniesione przez Magdę w kobiałce. Snadź wielkie miała zaufanie do zdrowego apetytu swoich siostrzeńców i ich gości, bo wydobywała, a wydobywała bez końca. Najpierw kilka potężnych kromek chleba z masłem, poskładanych ku sobie i owiniętych czystą białą szmatką; potem ogromny twaróg świeżutki, prosto z worka; orzechów parę garści; śliwek i gruszek suszonych. Wszystko podzieliła sprawiedliwie, a o sobie nie zapominając, bo po milowej przechadzce porządnie też była głodna. Dzieci pokładły się na trawie i zajadały smacznie, ciągle coś z sobą poszeptując. Magda zaś umknęła ze swoim śniadaniem w głąb sadu szukać ojca, który służył u Wierzynków za pasiecznika. Potem chłopcy z Hanką wybiegli za płot, na łąkę, a ciotka rozesłała na ziemi grubą płachtę, położyły się na niej obie z Kostką i ani pacierz nie minął, spały jak kamień.

Tamci zaś, posłuszni Hanusi, rwali kwiatki, jakie im tylko pod ręce podpadły, byle dużo, byle dużo, byle jak najwięcej! A że to chłopaki, czy dziś, czy pięćset lat temu zawsze podobne miewają zwyczaje i podobnie się bawią, więc u każdego w kieszeni znalazł się to sznurek cienki, to postronek, to łyczko. Powiązano tymczasem kwiaty w cztery duże snopy — w domu dopiero miała je Hanka przebrać i na drobne wiązeczki podzielić — i każdy z chłopców zabrał jeden na ramię. Hankę, jako doradczynię i kierowniczkę, uwolniono jednogłośnie od noszenia ciężarów.

— A teraz wio, koniki, do domu! Słoneczko się podnosi, trzeba nam na południe do Krakowa! — zakomenderowała Hanka.

— Rad bym wiedzieć, gdzie ty te gaje przechowasz do wieczora? — spytał Jasiek.

— Wrażę40 do kadzi z deszczówką. Matusia nie spostrzegą, bo to w samym kącie podwórca a kwiateczki woda odświeży i cale ożywi. Po obiedzie wyniesiemy się z naszym kramem na strych. Nici do wiązania odwinęłam ciotce z wrzeciona cały kłębek. Porobi się malutkie wiązusie, aby dużo, no, i dalej będzie, jak Bóg da. Byle nas matusia przed czasem nie wyłowili.

Zbudzono ciotkę i Kostunię i powrót do Krakowa odbył się szczęśliwie. Jeszcze strażnik z Mariackiej wieży na południe nie trąbił, gdy stanęli przed domem. Jasiek, Przemko i Maciek pożegnali młodych Wierzynków znaczącym chrząknięciem i pośpieszyli na obiad do swoich rodziców. Kwiaty dostały się niepostrzeżone do kadzi z deszczówką, po czym dzieci poszły pokłonić się stryjowi Tomaszowi i przeprosić go, bo się trochę krzywił, że cały ranek żony w domu nie było.

— Widzicie, włóczykije — zawołała Ewa, przysposobiając do obiadu w izbie stołowej — łazicie na jakieś Prądniki, Bóg raczy wiedzieć, gdzie, a tu księżniczka z dworem nie ma ćwierć godziny, jak przejeżdżała!

— A król miłościwy i tamte książęta? — spytał Stanko.

— O, tamci to zaraz po prymarii wyruszyli na balicki gościniec.

— Ha! Szkoda! Ano wracać chyba muszą do Krakowa, co?

— Jużci, gdzieżby się podzieli? Wżdy wszystko nazad na gród będzie jechało, ale wam nic po tym, bo was pani matka nie puszczą. Stanko to tam jeszcze, jak Stanko... Utrzymasz to piskorza w garści? Ale co Hanusię, to powiadali, że do alkierza zamkną, coby jej konie nie stratowały albo i ludzie w tłoku nie udusili.

Hanusi serduszko zadrżało na myśl o ciężkiej żelaznej zasuwie alkierza, ale liczyła na boską opatrzność i popołudniowy sen matusi.

3. Co dzieci widziały z dachu

Maciek, wetknij zatyczkę za skobel, coby znać nie było, że drzwi otwarte. A jeśli wam życie mile, sprawujcie się nikiej myszy cichutko, żeby matusia nie dosłyszeli, że się co rucha na górze.

— Ee... matusia śpią sobie jako zwyczaj — uspokajał Stanko obawę siostry — a gdy przyjdzie pora na wjazd królewski, to będą oknem wyglądać z ciotkami i kumoszkami, co się ich do naszych okien ze czterdzieści wmówiło.

— Aż na rodzone dzieci miejsca zbrakło — z goryczą dodała Hanusia.

— Gdzieżeś wraziła ten kawał placka, co ci dali dla ciotki Rafałki?

— Hi! hi! hi! Hanka mu zacny pogrzeb sprawiła! Jeszcze się oblizuje!

— Maciek, Maciek, to już dziś drugi raz mnie zaczepiasz! Poczekaj, niech ino z królami skończę, to cię stłukę na kwaśne jabłko! Popamiętasz moją rękę, niecnoto jeden! Że sam chytry i łakotliwy jako nasz Mruczek, to na drugich będziesz wygadywał! Pojrzyj do kąta na prawo! Leży tam kądziel, hę? A wedle kądzieli jest tam miseczka z plackiem, hę? Teraz będziesz wiedział, co ci się należy ode mnie, i chyba mi nie jest Hanka41, jeżeli ci skóry nie wygarbuję, zobaczysz!

— Rety! Co się ona taka robi zuchwała? — spytał ze śmiechem Przemko.

— Ano, słyszała wczoraj o księżniczce Elżbiecie, że jest mocna za czterech, to chce swojej siły na Maćku wypróbować.

— Gadu, gadu, słońce się za ratusz schyla, a kwiaty nie powiązane. Ej, Hanka, przez wasze jankory zapóźnimy się.

— No, dalej, raz, dwa! Jasiek, bierz z kupki kwiatuszki, podawaj mi po kilka, ja będę wiązała, a ty, Przemko, ucinaj równiutko każdą wiązeczkę, coby ładnie wyglądała. Masz nóż?

— Nie miałbym?

— A ja co mam robić? — spytał Stanko.

— Pilnuj Maćka, coby kołacza nie zjadł.

— Hanuś, powiedzieć ci coś?

— Nie potrzebuję od ciebie nic.

— Inom cię chciał spytać, czy masz drugie imię na chrzcie świętym.

— Cóż za świeże krotofile? Hanka mi jest i dość.

— Hanka? A jam rozumiał, że ci na drugie Mścisława i dlatego takaś zawzięta, że mnie chcesz zabić za byle co.

— Odczep się ode mnie!

— Patrzcie no! — krzyknął Zaklika z radością. — Od Brackiej ulicy idzie na przełaj Kuba z Radzimina. Mignę na niego, niech się tu do nas wkradnie, dobrze?

— Co się masz nawet pytać! Wołaj go, wołaj. On starszy od nas, bywa z ojcem po grodach rycerskich, więcej ludzi w tygodniu widuje niż my w roku, może i onych gości królewskich gdzie napotykał, to nam każdego pokaże, i gdybyśmy czego nie zauważyli, to nam wytłumaczy.

— Pójdę, drzwi cichutko odewrę, bo już wszedł do bramy.

— Witajże, Kuba miły! Właśnie nam ciebie do kompanii brakowało!

— A co wy tu robicie?

— Zaraz się dowiesz, ino wpierw gadaj, czy cię kto z domowych nie spotkał w sieni albo na schodach?

— Nie, nikogom nie widział, ino wasz stary parobek stał w bramie, ale ani się za mną nie obejrzał.

Chłopcy opowiedzieli Kubie o swoich zamiarach i zaprosili do przycinania wiązanek, których Hanusia przyrządziła już prawie kopę, a kwiatów jeszcze ani połowy nie spotrzebowała42. Odtrącony od jej łask Maciek ze Służewa obrał sobie najlepszą cząstkę, bo wydrapał się do okienka strychowego tuż przy murze działowym, usiadł na krokwi i patrzył na dół, w Rynek i ku ulicy Floriańskiej.

— Zmiłujcie się, ludzie, co za mrowisko! A to dopiero! Głowa przy głowie... Choćbyś czapkę rzucił, nie doleci do ziemi. Stanko! Przemko! Wyjrzyjcie ino!

— Aha... Rety! Tyle narodu! O, Panie Jezusie! Tyleś to stworzył?

— Patrzajcie, jak się tłoczą! Jak się popychają! A wygraża jedno drugiemu... a szturchają się... jeszcze nic do widzenia nie ma, a oni się już zabijają. A co potem będzie?

— Nie widzisz to halabardników, jak porządek czynią? O, jaka szeroka droga zostawiona środkiem na przejazd!

— Pachołcy miejscy trzymają się za ręce i sznurem, żeby naród nie zastępował drogi.

— A ta gruba niewiasta pod łokieć mu się wpycha, chce w pierwszy rząd.

— Oho, zwalił ją po karku... To ci wrzeszczy dopiero!

— Cały dach u świętego Wojciecha dzieci jak wróble obsiadły!

— A na Sukiennicach widzisz, jak się roi?

— A na dachach!

— A w dymnikach!

— No, jakże? Wżdy i nas tu kilkoro na strychu. Widno inni ten sam rozum mieli.

— Chodźcie do roboty, chodźcie, próżniaki! Nie widzicie, że słońce już ino przez Szewską Furtkę do miasta zagląda? Spieszmy się!

Chwilę pracowali gorączkowo, nawet się do siebie nie odzywając.

Wtem, jakby na rozkaz jakiejś mocy niewidzialnej, ozwały się dzwony wszystkich kościołów krakowskich. Poważnym basem huczało z wieży Panny Marii; trzy dzwony zamkowe trojakimi zawodziły głosami; sygnaturka św. Wojciecha szczebiotała prędko i dobitnie niby gadatliwa niewiasta; św. Idzi wtórował jej dyszkancikiem, a okazały Iwo u dominikanów karcił te figle surowym buuum, buuum, buuum... U św. Floriana, u św. Krzyża, u franciszkanów, u św. Magdaleny, u św. Andrzeja, na Skałce, u augustianek i u Bożego Ciała. Ze wszech stron płynęły donośne dźwięki jak na rezurekcję.

— Rety, jadą! — wrzasnął nagle Maciek, zeskoczył z belki i zapominając o nieprzyjaźni i przyobiecanej zemście, rzucił się Hance na szyję. — Hanuś, pójdź! Z mojego okienka wszystko najlepiej uwidzisz! Pójdź, będziemy razem wyglądali!

Dziewczyna w szlachetnym zapale puściła też wrogie zamysły w niepamięć. Wszyscy chłopcy usadowili się w największym dymniku i wychyleni do połowy ciała ponad dachem, wypatrywali oczy w kierunku Floriańskiej Bramy. Rzeczywiście, środkiem ulicy, między dwiema wstęgami tłumnie zbitego ludu, poruszały się powoli jakieś zastępy i posuwały się ku miastu.

— Oho, pierwsi już wchodzą w Rynek! — zawołał Stanko. — To ceklerze! A jakżeby się przez43 miejskiej straży obeszło! Gdzie ich nie posiać, tam wyrosną.

— Ot, nie plótłbyś byle czego! Wżdy przy każdym wielkim święcie, czy na odpuście, czy na innym jakim obrzędzie, musi być straż miejska dla porządku. To już tak nakazane.

— A tuż za nimi piszczkowie i skrzypiciele44... Wygrywają pięknie, nie można powiedzieć, a że w uszach dudni. Grajcie, grajcie, niech się najjaśniejszy cesarz nasłucha.

— Ee, gdzie on tam jeszcze! Nawet go okiem nie dojrzy. Ani wie o jakiej muzyce.

— Ooo... patrzcie, dzieci, teraz idą cechy z chorągwiami! Widzisz, jak onemu wiaterek ślicznie sztandar rozwija, temu z prawego brzega?

— A co na sztandarze?

— Święci Kryspin i Kryspinian, patronowie szewców.

— Skądże wiesz?

— Nie widzisz to, jak siedzą na niskich zydelkach i sandały szyją, a złote kółka mają nad głowami, to znaczy, że są święci. A że takie mieli imiona, to mi babka kiedyś opowiadali. A na tej znów chorągwi święta Cecylia, patronka muzykusów. A tego z nożycami i kłębkiem w ręku widzisz? Pięknie wymalowany. Zda się, że lada chwila z płótna na ziemię zejdzie. To święty Homobon, patron krawców.

— A ciż dwaj z mieczami, tak paradnie wystrojeni? — zapytał Maciek.

— Gdzie, gdzie?! — zawołał Jasiek. — Nie widzę. Aha! Miecze umajone i czerwonymi taśmami owinięte?

— Jużci. To rzeźnicy. A na tym białym sztandarze Najświętsza Panienka, patronka kupców.

— Cieśle idą! Świętego Józefa na chorągwi mają!

— Stanko, Stanko! Widzisz twego dziadusia, jak poważnie kroczy? Co za opończa kunami bramowana45!

— Że też ty wszystko najpierwszy zobaczysz! Pokaż mi, gdzie dziadek?

— Nie rozumiesz? Wszak to cała rada miasta Krakowa! Ten jasnowłosy pan w wiśniowym żupanie, to konsul miejski, Jan Denga. Ten niski, w ciemnozielonej opończy lisami podbitej, to Jacek Morsztyn. Zaraz podle niego ten gruby, szpakowaty, co się tak chybocze z boku na bok, a ręce za się założył, to najstarszy konsul, Doman, wielce uczony medyk a przyjaciel mego rodzica. Ten po jego lewicy, to Jakub Frant. Za nimi ci dwaj ciemno odziani, to bracia Cymermanowie, mają ławkę46 ze złotymi i srebrnymi strojami białogłowskimi, a co drogich kamieni!... Nieco z tyłu, ten mały, czarny, ze złotym łańcuchem na szyi, to sam burmistrz. A podle niego...

— Widzę, już widzę! Nasz dziaduś! Boga mi! Niejeden król pozazdrościć może urody i pańskiej postawy naszemu dziadkowi.

— A to znowu co za jedni? Czarno ubrani jak duchowne osoby. Jacyś chyba kanonicy.

— To są profesorowie z nowej szkoły na Bawole, wiesz?

— Co ją niedawno miłościwy król ufundował? Słyszałem. A czego oni uczą?

— Prawa rzymskiego, niemieckiego i tych praw pisanych, które nasz pan, pełen mądrości, we Wiślicy przed piętnastu laty nadał. Już teraz nie będziemy w Bolonii nauki szukali, mamy swoją szkołę. Teraz do Polski z inszych krajów zjeżdżać się zaczną naszych profesorów słuchać. Ten wysoki w aksamitnym birecie, ze złotym krzyżem na piersiach, to rektor.

— Oho, znowu muzyka! Sami lutniści. No, ci to naprawdę pięknie przygrywają. Warto posłuchać.

— A teraz patrzajcie, jacyś rycerze we zbrojach. Konie pod jedną miarę, kapy na nich trójbarwne, czarne, żółte i czerwone. Cóż to za jedni?

— Chyba straż przyboczna najjaśniejszego cesarza.

— Jak to? Przyjeżdża w gościnę i z wojskiem? Jak nieprzyjaciel?

— Ot, bajczysz. Jakie tam wojsko! Ze czterdziestu rycerzy, uzbrojenie na śmiech, prawie do weselnych godów. Czy nie widzisz, co za strojne pancerze, srebrną i złotą blachą zdobione, a na szyszakach co za pęki piór? Przyłbice mają podniesione, same młode, ładne chłopy, mało co chyba starsi ode mnie. Każdy koń ma srebrny bukiet u czoła, a na łbie pióropusz.

— Chciałbym ja mieć kiedy takowy strój dla siebie i rząd na konia!

— Sześciu trębaczy... też konno...

— To heroldowie.

— A ci czterej w kusych kabatach szkarłatnych, obcisłych czarnych nogawicach i beretach ze wstęgą czarno-żółto-czerwoną?

— To zda się giermkowie cesarscy. Prowadzą mu wierzchowce do zmiany. Widzisz ano, każdy na zacnym rumaku jedzie, a trzykroć piękniejszego luzem prowadzi.

— Ojoj, a ci dwaj, w kierejach bławatnych, sobolami podbitych?

— To może krajczy i podczaszy cesarski?

— O, jakież to śliczne panięta! Przypatrz się ino, Hanuś, to są paziowie. Lajbiki szkarłatne, pasy ze złotej taśmy, nogawice czarne, berety i ciżmy żółte.

— A jak dobrani! Sześciu śniadych, z czarnymi główkami, a sześciu lnianowłosych, a białych i rumianych jak jabłuszka.

— O, Jezu najsłodszy! Już jadą! — krzyknęła Hanusia, wychylając się z okienka bez pamięci na niebezpieczeństwo; dobrze, że ją Maciek obłapił i z całej siły przytrzymał, bo by jak nic z dachu zleciała. — Dawajcie kwiaty! Rzucajcie wszyscy! A gęsto! A ciągle! Raz za razem. O, Jezu! Toć to nasza księżniczka, nasze złotości! Nasz król ukochany! A... a... gdzież pan młody?

— No, ten, po jej prawicy.

— Chrystusowa matko! Ten dziad szpetny... to ma być pan młody?...

Ostatni jeźdźcy poprzedzający królewską trójcę minęli już kościół św. Wojciecha i wkraczali w ulicę Grodzką, a lud rozradowany witał wesołymi okrzykami umiłowanego króla, pannę młodą i przyszłego jej małżonka, cesarza niemieckiego, Karola.

W środku, między dziadkiem a narzeczonym, na siwym arabskim rumaku o grzywie długiej, srebrzystej, jechała Elżbieta pomorska. Kapa na koniu krwawoczerwona, złotem i srebrem tkana, turkusami haftowana, iskrzyła się w promieniach zachodzącego słońca. Młodziutka księżniczka, rumiana i złotowłosa jak jutrzenka, przybrana była pięknie i bogato. Na włosach, splecionych obyczajem polskich dziewcząt w dwa warkocze wolno puszczone, miała wianuszek z rozmarynu, sznurem pereł przewijany. Suknia obcisła, jedwabna, koloru majowej trawy, u góry na cal wycięta, zostawiała szyję wolną, rękawy zaś wąziutkie a długie zachodziły na całą rączkę, palców tylko nie zakrywając. Tak rękawy, jak i wycięcie u szyi, suto złotem i perłami było haftowane. W stanie ściśnięta li samym tylko krojem sukni, biodra miała nisko przepasane wstęgą złocistą, drogimi kamieniami gęsto naszytą. Długi płaszcz szkarłatny z przedniego aksamitu, białym atłasem podbity, na podwójnym łańcuchu klamrami spięty, spływał z jej ramion i okrywając wierzchowca, opadał do samej ziemi. Dwóch paziów w krótkich kabacikach barwy bławatka, w takichże nogawicach i czerwonych ciżemkach, prowadziło konia księżniczki za cugle.

Po prawej stronie Elżbiety jechał cesarz Karol, mężczyzna blisko pięćdziesięcioletni, otwarzy bladej i nieco obrzmiałej, z wyrazem zmęczenia w oczach. Jechał na złotogrzywym kasztanie. Kapa aż się mieniła od różnobarwnych kamieni, a tak była szeroka i długa, że zakrywała całego prawie konia, ledwo mu trochę nóg było widać. Bukiet na łbie szczerozłoty i kita z piór strusich białych. Cesarz miał na głowie płaski, okrągły beret opasany płatem złotej lamy, związanej w misterny węzeł, a przepiętej wielką różą diamentową. Spodnią szatę miał ciemnomiedzianą, aksamitną, a płaszcz purpurowy, podszyty złotogłowiem, bramowany wielce naówczas osobliwym i drogim futrem z gronostajów, spięty był na piersiach diamentowymi klamrami. Paziowie w barwie cesarskiej prowadzili konia.

Król Kazimierz jechał po lewej stronie księżniczki Elżbiety na karym wierzchowcu, równie bogato przystrojonym, jak cesarski, i przez dwóch paziów biało z czerwonym odzianych prowadzonym.

Postać uwielbianego przez cały naród monarchy jaśniała pogodą, wspaniałością i niezmiernym majestatem. Starszy od Karola o lat kilka, wydawał się młodszy odeń wiele. Okazałego wzrostu i dobrej tuszy. Twarz piękna, o rysach regularnych, okolona była gęstymi kruczymi włosami, które, mimo te kręte z natury, jeszcze i sztucznie gorącym żelazem trefione, w puklach spadały na ramiona. Toż samo i broda długa, ułożona kunsztownie jakoby w rurki, powabnie spływała na piersi.

Król polski miał na sobie długi szkarłatny żupan, z umysłu47 ciasno skrojony, a od szyi do samego dołu na wielkie złote guzy opinany. Takiegoż koloru płaszcz, gronostajami podbity, wlókł się niemal po ziemi.

Do pobieżnego opisania stroju tych trojga książąt potrzeba dość czasu. Dzieci, pożerające wspaniały widok zachwyconymi oczyma, w jednej chwili objęły wszystko wzrokiem.

Wolna przestrzeń przed prowadzonymi przez paziów rumakami pokryła się kobiercem polnych kwiatów, a wiązanki, rzucane pełnymi garściami, sypały się prawdziwie jak grad z poddasza kamienicy Wierzynkowej. Dostojni jeźdźcy zauważyli z upodobaniem hołd złożony im w tak wdzięcznej formie, lecz jedna tylko Elżbieta zmiarkowała, z którego domu i z jakiej wysokości kwiaty padały. Podniosła niespodzianie głowę i spotkała się oko w oko z rozognioną szałem radości twarzyczką Hanusi.

— O Jezu... Widziała mnie! Patrzy na nas!... Śmieje się, kochanie najcudniejsze!

Hanka porwała ze dwadzieścia bukiecików i rzuciła je pod nogi księżniczce. Kilkanaście padło na ziemię, a dwa w nadstawione ręce Elżbiety.

— Ot, i skończyło się, przejechali... Już jej nie zobaczę! — zawołała Hanusia i zaniosła się głośnym płaczem.

— Cichoże, niemądra! Jeszcze tyle mamy do oglądania. Pojrzyj ino, panny dworskie jadą... Hanuś, prędzej!

— Dajcie mi spokój! Jużem niczego nie ciekawa.

— Nie? A to siedź w kącie i mazgaj się.

— A dwóch biskupów w lektykach nie chcesz?

— Niech sobie jadą z Panem Jezusem.

— Oho, cóż to za halabardnicy znowu?

— To... Albo ja wiem? Najprędzej będą te Duńczycy, co z królem Waldemarem przybyli. Jużci, dobrzem trafił, bo tuż za nimi jadą znów giermkowie z wierzchowcami, a jednego z nich wczoraj poznałem na mieście. Duńczyk jest, ale po niemiecku umie, ja zaś nieco rozumiem, tośmy się piąte przez dziesiąte rozmówili.

— A to co za pokraka?

— Hanuś, Hanuś, chcesz widzieć karzełka?

Przemogła ciekawość, zerwała się Hanka z kącika, w którym odprawiała gorzkie żale, i z buzią mokrą jeszcze od łez wyjrzała przez okno.

— Karzełek? Gdzie karzełek? Co to takiego?

— Widzisz — pokazał Stanko palcem — widzisz to maleńkie brzydactwo o starej głowie na grubym kadłubku i króciutkich nóżkach? Jedzie na szkapce też takiej niewyrośniętej, jako i on sam. Obmierzła potwora! Skąd się to wzięło między państwem?

— Nie słyszałżeś nigdy — rzekł Kuba — że na królewskich dworach lubią chować przeróżne dzikie zwierzęta z dalekich krajów, ptaki gadające i takie ludzkie niewydarki? Najbardziej toto w łasce pańskiej opływa. Zuchwałe to i pyszne... Im paskudniejsze, tym się bardziej nadyma.

— A czyjże ten jest?

— Pewnikiem duńskiego króla zabawka, bo oto patrzaj, harcuje wedle giermków, plecie im widno koszałki opałki, a ci aż się koniom na szyję kładą ze śmiechu.

— A tenże blady pan taki strojny. Nie wiesz, kto jest?

— Gdzie?

— Za tymi rycerzami, co ano trójkami jadą. Nie widzisz? Dwóch razem, konie pod nimi piękne, rzędy złociste.

— Aha... Ten rudy? Kto by to był... Chyba nie kto inszy, ino sam król duński. Ojciec gadali wczoraj, że słabowito wygląda, a zły i kwaśny, jakby się octu napił. On ci, on brwi nasrożył, a z góry na lud spoziera. Oj, nie chciałbym ja takiego pana mieć nad sobą!

— Nie masz to, jak nasz król miłościwy!

— A ten drugi, co wedle niego jedzie, to znów cale odmienny. Młody i urodziwy, oczyma strzela na prawo i na lewo... Śmieje się... A kędzierzawy jak Żydowin... Wiem już, wiem! To będzie ten zza morza, król Cypru i Jerozolimy, co jeździ po chrześcijańskich stolicach i na krzyżową wyprawę rycerstwo zwołuje.

— Jedno mi dziwne...

— Cóż takiego?

— Że nigdzie dotąd króla Ludwika ani księcia Bogusława nie uwidziałem.

— I to ci wytłumaczę, bo i o tym u rodzica mego mowa była. Ludwik z Bogusławem aż na samym końcu, jeszcze za miastem gdzieś będą.

— Siostrzan królewski i zięć na samym końcu? Obraza!

— Oj, senatorska głowo! Szkoda, że ciebie na radę nie wzywano. Sam król tak zarządził i mądrze zarządził, jako wszystko mądre jest, co czyni. Miarkuj ino: on sam, jako pan i gospodarz, jedzie przodem z najzacniejszymi gośćmi; by zaś właśnie jakoweś nieprzystojne obrazy i niesnaski między książętami nie wynikły, co łacno na takim zjeździe może się przytrafić, polecił Ludwikowi i Bogusławowi resztę gości w opiekę. Wżdy książę pomorski tu, w Krakowie, jakby we własnym domu, a Ludwik ma zapewniony tron po Kazimierzu, to i słusznie, by trudy przyjęcia na równi z najjaśniejszym panem ponosili.

Tak rozprawiał Kuba z Radzimina, a chłopcy słuchali go uważnie. Pochód królewskich gości ciągnął się jeszcze nieprzerwanym sznurem, dzieci jednak, zmęczone długo trwającym widowiskiem, usunęły się s okienek, usiadły na starej skrzyni i odpoczywały.

Nagle doleciał ich uszu gwar wzmożony i głośne wrzaski a śmiechy.

Przyczyną tych okrzyków byli czterej jeźdźcy na wielbłądach, przyboczna służba króla Piotra cypryjskiego. Trzej z nich, Arabi w białych burnusach i żółtych turbanach, spoglądali na tłum ze wzgardliwą powagą. Czwarty, hebanowej czarności Murzyn przybrany czerwono, szczerzył zęby do zdumionego ludu i uspokajał małą rudawą małpkę, która spłoszona obejmowała go łapkami za szyję.

Sześć zaciekawionych główek wychyliło się znowu ze strychowych okien Wierzynkowego domu.

Hanusia spojrzała w dół i z przeraźliwym krzykiem odskoczyła od okna.

— Hanuś, czego się trzęsiesz? Co ci to?

— Wszyscy święci, ratujcie!... Diabeł ze swoim synem!