4. Kłopoty Pani Janowej
Przeszło od dwóch tygodni królewscy goście bawili już w Krakowie, podejmowani z niesłychanym przepychem i wspaniałością przez Kazimierza Wielkiego. Współcześni kronikarze piszą, że cały ten długi szereg dni był jedną nieprzerwaną prawie ucztą, jednym bankietem.
Na trzeci dzień po przyjeździe cesarza niemieckiego odbyły się zaślubiny jego z księżniczką Elżbietą w katedrze na Wawelu. Wszyscy królowie i książęta, rycerze obcy i swoi, nuncjusz papieski i całe polskie duchowieństwo — zgromadzili się na tę wielką uroczystość w kościele, a starzec dziewięćdziesięcioletni, arcybiskup gnieźnieński, Jarosław48, związał stułą ręce cesarskiej pary.
Biesiady, festyny, tańce, turnieje i gonitwy, rozrywki wszelakie trwały od rana do późnej nocy. Przerywano je dla krótkiego wypoczynku, by wczesnym rankiem zacząć szaleć na nowo. Król Kazimierz obsypywał swych gości sutymi podarunkami. Nie była to już hojność pańska, ale raczej zbytek i rozrzutność nie liczącego swych skarbów bogacza.
Mikołaj Wierzynek, oddany całą duszą umiłowanemu królowi, pełnił wszystkie jego polecenia, baczył, by goście w niczym nie zaznali braku, wymyślał coraz nowe rozrywki, sprowadzał bezustannie z włości królewskich zapasy, o winie pamiętał, służbę nadzorował. Słowem, nic jego oku nie uszło, był wszędzie, kierował wszystkim.
Król z wielkim uznaniem przyjmował jego zachody i gdy raz na chwilę znaleźli się sami, rzekł, łaskawie kładąc mu rękę na ramieniu:
— Czym ja wam się wywdzięczę, mój stolniku, za tyle trudów, za waszą pracę?
— Jeślim ino zasłużył, miłościwy panie — odparł Wierzynek — to i nagroda łacno by się znalazła.
— A jakaż? — spytał król nieco zdziwiony tą odpowiedzią, znał bowiem bezinteresowność Wierzynka i nie przypuszczał, by mu o jakiś dar lub wysoki urząd chodziło.
— Wielką a pokorną prośbę zanoszę do was, najmiłościwszy królu. Obyście mi raczyli nie odmówić.
— Mówcie śmiele, panie stolniku!
— Oto siedemnaście już dni przebywają monarchowie w gościnie na Wawelu. Gdybyście, najjaśniejszy panie, zechcieli razem z ich dostojnymi osobami przyjść pod mój dach ubogi i zjeść łyżkę strawy przy stole swego wiernego sługi... To by była nagroda nad nagrody, pamiątka dla rodu mego po wsze czasy.
— Chętnie to uczynimy! Przyrzekam za siebie i w imieniu moich gości. A na który dzień nas za... za... zapraszacie? — Kazimierz czasami zacinał się z lekka w mowie.49
— Dziś mamy piątek. Jeśli wola i łaska miłościwego pana mego i króla, to wtorek będzie najpiękniejszym dniem mego życia.
— Zgoda. A przysposóbcie dużo i smacznie, bo zapowiadam, że z wilczym głodem was najedziemy.
— Czym chata bogata, tym rada — odpowiedział skromnie Wierzynek.
Biedna pani Janowa! Biedna ciotka Rafałka! Cud prawdziwy, że ze zmęczenia, pośpiechu i obawy, czy sprostają ciężkiemu zadaniu, na dobre głów nie potraciły. Dopomagał im wprawdzie radą pan Mikołaj, wielce doświadczony w urządzaniu biesiad i festynów, ale i on nie mógł być ciągle w domu, a kobiety wpadały w rozpacz o najmniejszą drobnostkę.
Kasztelan krakowski przysłał własnego kucharza pod rozkazy pani Janowej, pan z Ossolina również, z królewskiej kuchni wypożyczono jednego. Cztery dziewki, osadzone w izdebce za piekarnią, od rana do nocy skubały kury i kaczki. W poniedziałek wczesnym rankiem włóczkowie nadwiślańscy dostawili dwie kadzie szczupaków i karpi. Pasztetnik księdza biskupa sposobił frykasy i słodkie dania, a obie panie Wierzynkowe biegały to tu, to tam, pomagały wszystkim i ślubowały złote serduszka Panu Jezusowi u franciszkanów, jeżeli ów straszny wtorek z chlubą, a przynajmniej jako tako przeżyją.
Największą komnatę z całego domu, piękną, sklepioną izbę o czterech oknach, przeznaczono na salę biesiadną. Podłogę pokryto wzorzystymi kobiercami, okna otoczono wieńcami z choiny, na ścianach rozpostarto przepyszne, złotem tkane makaty, a stary Bartosz, karbowy z Prądnika, przywiózł pełen wóz świerków i sosenek do umajenia schodów i świetlicy.
Właśnie wniesiono drzewka na górę i pani Tomaszowa tłumaczyła parobkom, jak je mają w czterech kątach komnaty ładnie ustawiać, gdy z drzwi alkierza wychyliła się ciekawa główka Hanusi.
— Ciotuniu, można? Matusia nie przyjdą tutaj?
— Chcesz czego od matusi?
— Niech Bóg zachowa! Oni tacy teraz gniewni cięgiem, wolę im się nie plątać pod nogami.
— A mnie się to nie boisz, zuchwalcze jeden?
— A nie, bo mnie zawżdy pieścicie i całujecie, to co bym się miała bać?
Objęła ciotkę za szyję i przytuliła różową buzię do jej twarzy.
— Ciotuniu, prawda, że dziewce to strasznie źle na świecie?
— Dlaczego?
— A bo źle. Jakbym była chłopcem, to bym się przebrała bodaj za pacholika do posług. Stanęłabym gdzie na boku i widziałabym wszystko, co się tu jutro dziać będzie. Napatrzyłabym się choć na ostatek naszej cudnej księżniczce Elżbiecie, zanim od nas wyjedzie, a tak co? Zamkną mnie matusia w komórce jak kurczę w kojcu, choć weź taj płacz...
— Na to nie ma nijakiej rady, mój biedny robaczku — rzekła ciotka Rafałka, gładząc jasne włoski Hanusi.
— Ee... co by ta rady nie było — wtrącił się stary Bartosz poufale do rozmowy; pięćdziesiąt lat służył u Mikołaja Wierzynka, wszystkie dzieci i wnuki na rękach nosił, toteż bardzo go lubiano i uważano za należącego do rodziny.
— A co? Ja wiedziałam, że jak nikt nie pomoże, to ino do Bartosza jak w dym.
— Więc jakżeby to zrobić, moiściewy kochani?
— A nie będą jej miłość swarzyć?
— Mówcie, mówcie. Rada usłyszę, coście umyślili.
— Ano, kiej dziecko chce patrzyć na ono państwo przy obiedzie, to musi w tej samej izbie siedzieć. Czy nie tak?
— Wżdy wiecie dobrze, że to nie wolno.
— Już by ja tak umiarkował, coby się przez50 pozwolenia obeszło.
— Mój Bartoszu, mój złoty, jakże to? — piszczała Hanka, skacząc z niecierpliwej ciekawości przed starym.
— Ano tak: stawia się sosenki i świerczki po kątach świetlicy, tedy w jednym kącie zagaić gęściej, a nie dosuwać do samej ściany, coby się Hanusia mogła z czubkiem i z kieckami schować, a między gałązeczki oczka wścibić i przez51 nijakiego strachu na cesarza i króle spoglądać.
— Ciotusiu! Zrobimy tak!
— Samaś mówiła tylko co, że cię matusia zamkną w komórce.
— Wżdy nie na kłódkę, ino na zasuwę... Ciotunia zagadają matusię w kuchni, a Bartosz mnie tymczasem wypuści.
— Oj, Hanuś, Hanuś!
— Ino mnie nie wydajcie, to wszystko będzie dobrze.
— A nie boisz się kary boskiej za nieposłuszeństwo?
— Stryj Daniel powiadali, że Pan Jezus kocha dzieci, to co by miał mnie karać?
— Kocha, ale dobre, poczciwe dzieci, a nie takie zbytniki, jakoś ty jest.
Hanusia spuściła główkę i odeszła do alkierza zasępiona. Po drodze jednak pociągnęła nieznacznie Bartosza za sukmanę, a on zmrużył lewe oko i uśmiechnął się znacząco.
Kącik za choinkami miała zapewniony.
5. Uczta u Mikołaja Wierzynka
Pan Mikołaj Wierzynek oczekiwał gości.
Z grona rycerzy polskich i niemieckich najznamienitsi tylko zostali zaproszeni ze względu na brak miejsca. Ci naturalnie stawili się wcześnie, by razem z gospodarzem powitać królów i cesarza.
Rojno i gwarno było przed bramą i w sieni. Migotały złotogłowia i szkarłaty, lśniły od słońca klamry i pasy złociste, barwami tęczy mieniły się drogie kamienie.
Z uderzeniem południowej godziny przybieżał konny posłaniec z Wawelu, zwiastując, że ich cesarskie i królewskie moście już jadą. Rycerstwo rozstąpiło się na dwie strony i uszykowało szeregami, w bramie zaś stanął gospodarz z synami, księdzem Danielem i księdzem Mikołajem.
Niebawem nadjechali. Tym razem nie konno, ale w lektykach. Cesarz Karol z młodziutką małżonką w jednej, Kazimierz z Waldemarem w drugiej, następnie nuncjusz z księciem Bogusławem, Ludwik węgierski z Piotrem cypryjskim.
Oblicze Wierzynka jaśniało niewypowiedzianą radością. Pierwszy to raz, jak Polska Polską, a Kraków Krakowem, tak wielki zaszczyt spotykał mieszczanina. Toteż chylił głowę w niskim pokłonie, podając na złotej ozdobnej tacy chleb, sól i klucz do domu Kazimierzowi. Starodawna ta ceremonia oznaczała, że król wszędzie jest panem, a czyjekolwiek progi przestępuje, we własny dom wchodzi. Kazimierz dotknął z lekka palcami klucza, po czym objął pochylonego starca za ramiona i przycisnął go serdecznie do piersi. Następnie witał Wierzynek cesarza i królów z wielkim uszanowaniem, ale już nie tak skwapliwie a kornie, jak króla polskiego.
Kazimierz, przyjmując na chwilę rolę gospodarza, ustąpił pierwszeństwa przy wejściu Karolowi. Po schodach ubranych zielenią i kobiercami weszli goście do wielkiego przedsionka, następnie do świątecznie przystrojonej świetlicy. Na środku komnaty przygotowany już był stół do uczty, białym atłasowym obrusem zasłany, ze złotymi talerzami i roztruchanami52 dla monarchów, a srebrnymi dla reszty gości. Gąsiory z winem i miodem, gęsto rozstawione, wywołały uśmiech zadowolenia na twarze cesarza Karola i Waldemara duńskiego.
Dwunastu pacholików w białych wiejskich sukmanach stało rzędem pod ścianą na prawo od wejścia: sześciu z nich trzymało oburącz miednice srebrne, a drugich sześciu — srebrne dzbany pełne wody. Każdy zaś miał przewieszony biały ręcznik przez ramię.
Nie znano jeszcze w owych czasach widelców, przed każdym więc jedzeniem umywano sobie ręce, by czystymi palcami dotykać mięsa i innych potraw, których nie dało się jeść łyżką. Tak samo i po skończonym obiedzie lub wieczerzy znów następowało mycie rąk. Po dopełnieniu tej czynności oczekiwano wezwania do stołu.
I przystąpił Wierzynek do króla Kazimierza, a obejmując go za kolana, zapytał, czy może przemówić słowo.
— Słuchamy was mile, mości stolniku — odpowiedział król łaskawie.
— Chcę prosić, by mi wolno było samemu przeznaczać miejsca dla moich najmiłościwszych gości.
— Zgadzamy się chętnie — rzekli wszyscy.
— Tobie, najjaśniejszy panie — zaczął Wierzynek — winien jestem wszystko, co mam. Ty swoimi dobrodziejstwy bez miary wzbogaciłeś mnie — przybysza, między najpierwszymi panami posadziłeś mnie — gościa w swoim królestwie. Tobie też pierwsze miejsce u mojego stołu!
I posadził Kazimierza najwyżej53.
Po jego prawicy dał miejsce cesarzowi i młodej pani, po lewej usiadł nuncjusz, król Ludwik węgierski, naprzeciw nich Piotr cypryjski, Waldemar duński i Bogusław szczeciński. Poniżej rozmieścili się senatorowie i rycerze według wieku i dostojeństwa. Burmistrz krakowski był naturalnie także między zaproszonymi.
Rozmawiano przy uczcie po czesku i po łacinie. Cesarz Karol, mieszkając stale w Pradze, najchętniej posługiwał się językiem czeskim, który w XIV wieku bardzo mało różnił się od polskiego. Król Kazimierz zatem, rycerstwo polskie, cesarz i dwór wybornie się porozumiewali w tej pokrewnej mowie. Nuncjusz zaś, król Piotr cypryjski i Waldemar duński rozmawiali ze swymi sąsiadami przy stole po łacinie.
Kapela, złożona ze skrzypków i lutnistów, przygrywała skoczne i wesołe piosenki. Osadzono zaś grajków w sąsiedniej komnacie, by nadto głośne dźwięki nie przeszkadzały panom w rozmowie.
Krajczowie królewscy stanęli za krzesłami swoich panów, by im, jak ceremoniał wymagał, nabierać potrawy na talerze i krajać w drobne kęsy, co już bez kłopotu można było brać palcami, kłaść na chleb i spożywać.
Rozpoczęła się uczta.
Więc najpierw wniesiono dwie olbrzymie srebrne wazy: w jednej krupnik jęczmienny, gęsty, z drobno pokrajanym tłustym mięsem wołowym i kawałkami kury, w drugiej zaś wazie kwaśna polewka ze szczawiu z przysmażonymi skwarkami i kiełbasą, ulubiona zupa Kazimierza Wielkiego. Zaraz potem przyniesiono gotowane mięso z żubra, gorącą śmietaną zalane, grzankami z światłego chleba w maśle przypiekanymi obłożone. Następnie głowy z dzików w galarecie, czyli, jak się wówczas nazywało, z zastudzoną juszką. Potem kruszki cielęce na rumiano.
Ponieważ największą chlubą sztuki kuchennej owych czasów było przystrojenie mięsa lub jarzyny w ten sposób, aby najrozmaitszymi pomysłami utrudnić poznanie potrawy, przeto ukazanie się każdego nowego półmiska wywoływało okrzyki zdumienia i żartobliwe sprzeczki, co by to było za tajemnicze dziwo.
— Spróbuj, wasza cesarska mość, a nie pożałujesz — doradzał Kazimierz, widząc, jak cesarz Karol odsuwa ręką talerz podawany przez krajczego.
— Nie lubię jeść, gdy nie wiem, co spożywam — odparł Karol z cicha.
— To łosie chrapy, przysmak nad przysmaki! Wierzaj mi, wasza miłość, tego nie uwidzisz gdzie indziej, jak w Polsce, a warto na ząb położyć.
Dał się cesarz namówić, pochwalił potrawę i dodał:
— Żebym to ja miał choć parę tych zwierząt w moim zwierzyńcu w Pradze!
— Nie wiem, zali się uchowają w nie... niewoli. Łoś lubi się kryć w lasach niezmiernych. Puszcza Niepołomicka to jego mieszkanie! Chy... chyba, żebym ci ze sześć przysłał, a nuż się rozmnożą.
— Wdzięcznie przyjmę tak wspaniały podarunek od waszej królewskiej mości.
— Szczupak w Maćkowej juszce54... Najjaśniejszy panie? — szepnął krajczy Kazimierzowi tonem pytania.
— Dawaj, dawaj, byle dużo!
Wnoszono misy jedne za drugimi. Ach, czego tam nie było! Niedźwiedzie łapy duszone z miodem i gorczycą; karpie gotowane w winie i pokryte siekanymi jajami; combry sarnie z przyprawionymi głowami i ogonami z ryb dla zaciekawienia biesiadników; gęsi gotowane w śmietanie z grzybami; prosięta nadziewane kaszą i kluskami; przepiórki pieczone, ułożone w kształcie piramidy, z pozłacanym drewnianym ptaszkiem u szczytu; do tego na osobnych miskach suszone śliwki i gruszki gotowane na rzadko; ogony bobrowe garnirowane języczkami karpimi; skowronki zapiekane w cieście; kaczki nadziewane jabłkami itd., itd., itd.
W niedomkniętych drzwiach od kuchni można było tymczasem dojrzeć osobę pani Janowej, jak pouczała pacholików, by ostrożnie misy podawali, a broń Boże tłustym sosem którego z biesiadników nie oblali. Chwilami stawała w progu i okiem dowódcy na polu bitwy obrzucała całą komnatę, po czym nie postrzeżona przez nikogo chowała się szybko za kotarę.
Wierzynek i obaj jego synowie nie spoczęli również na mgnienie oka, nie przysiedli na chwilę. Musieli pilnować usługi, patrzeć, by każda potrawa po dwakroć była podawana, by goście nigdy próżnych kielichów przed sobą nie mieli.
Stary miód i wina przednie lały się strumieniami. Królowie przypijali do siebie, to znów wznosili puchary na cześć gospodarza, jego synów, jego rodziny. Dzięki tym wszystkim toastom coraz gwarniej robiło się przy stole, wesołość powszechna zapanowała w sali. Błaznowie królewscy przebiegali dokoła świetlicy, zaczepiali gości, a nawet swoim panom przymawiali, co im — jako błaznom — bezkarnie uchodziło pod warunkiem, by koncept zaprawiony był dowcipem. Toteż wybuchy śmiechu głuszyły nawet muzykę.
— O zakład! — zawołał Pliszka, błazen króla Kazimierza.
— Niech będzie — zgodził się Wyrwał, czeski trefniś cesarza Karola.
— A kto osądzi?
— Mój pan.
— Nie, mój pan!
Tu przyskoczył do nich karzełek Waldemara.
— Nie spierajcie się! Błaznom błazeński sąd przystoi. Ja będę rozstrzygał.
— A po co? — Wyrwał przyskoczył do cesarza. — Karolku, oni chcą błazna na sędziego... Mianuję cię moim sędzią!
— Tego już zanadto — odparł Karol, marszcząc brwi. — Pójdziesz mi zaraz do marszałka, niech ci każe wyliczyć dwadzieścia!
— Dukatów? Dziękuję ci, Karolku.
— Dwadzieścia rózeg!
— Dlaczego? Jakim prawem? — zapiszczał trefniś. — Za kłamstwo ino rózgi mi się należą, a nie skłamałem przecie: pijany a błazen, to braterska para. Czyż nie jesteś pijany, Karolku? — I odskoczył ze śmiechem na stronę. — Nie chcesz, to się obejdzie. Potworek nas osądzi. Słuchaj, Pliszka twierdzi, że zna takiego, co własną swoją głowę z tyłu pocałuje, jeżeli zechce. Ja powiadam, że nie.
— A ja gadam, że tak.
— I założyliśmy się.
— A o co?
— O srebrne dzwonki do czapki, które mój albo jego pan sprawi temu, co wygra.
Podali sobie ręce. Potworek uderzył w nie z lekka swym kijkiem, po czym zawyrokował:
— Takiego nie ma na świecie, co by się w głowę mógł pocałować, ino jeden taki był: święty Dionizy.
Panowie przysłuchujący się sprzeczce zdumieli się bardzo, a Bogusław szczeciński zapytał:
— Święty Dionizy? Jakże to?
Potworek wzniósł oczy w górę i odpowiedział, strojąc pobożną minę:
— Mało się przykładałeś do nauki, mój kochany, kiedy tego nie wiesz. Gdy pogański tyran kazał ściąć głowę świętemu Dionizemu, tenże ukląkł, podniósł ją z ziemi i trzykrotnie w czoło pocałował. O tak.
— Sprawiedliwie powiadasz, ino święty godzien był taki cud uczynić.
— Ot, plecie głupek ni w pięć, ni w dziewięć — przerwał ze śmiechem ksiądz Daniel Wierzynek. — Jakoż mógł się pocałować? Wżdy55 w szyi gęby nie miał!
— O, zdrajco jeden! — zawołał Bogusław zawstydzony. — Ciebie plagi nie miną, boś kłamał.
— Sam sobie przeczysz — odparł błazen drwiąco. — Mam na to świadków, jakoś rzekł „sprawiedliwie powiadasz”.
Słuchacze parsknęli śmiechem, a Bogusław udał, że rozmawia z Waldemarem.
Wyrwał tymczasem przyskoczył do Pliszki i domagał się rozwiązania zagadki:
— Chodź ze mną, a dowiodę ci, żem wygrał.
Podszedł do króla, pokłonił się i prosił:
— Kazimierzu, daruj mi złoty.
— Naści — odparł król, wyjmując pieniądz z kalety.
— Niech mnie cały świat sądzi, zalim skłamał! — zawołał głośno Pliszka. — Czyż tu nie jest wyryta głowa naszego miłościwego pana? A czy nie może pocałować jej z tyłu, jeżeli zechce?
I znowu wszyscy w śmiech, a Wyrwał przewrócił koziołka z wielkiej rozpaczy.
— W mojej ojczyźnie — rzekł król Piotr cypryjski z rodu francuskich książąt de Lusignan — sprowadzają na książęce dwory trubadurów, a ci pięknie przyśpiewują przy biesiadach. Czy w Polsce nie ma takiego zwyczaju?
— Trubadurów nie mamy — odpowiedział siedzący naprzeciw Piotra książę Bolko świdnicki — ale grajkowie nasi nie najgorzej śpiewać umieją. — Tu zwrócił się z uprzejmym skinieniem głowy do Wierzynka. — Czy gospodarz pozwoli, by który z lutnistów przyszedł do stołu z piosenką.
— Nie jeden, ale trzech oczekuje na zawołanie, miłościwy książę — odpowiedział Wierzynek i klasnął w ręce.
Był to widocznie znak umówiony, gdyż w tej chwili, jakby spod ziemi wyrośli, stanęli przed gośćmi trzej odświętnie ubrani młodzieńcy, z hiszpańskimi lutniami w rękach. Pokłonili się nisko i czekali rozkazów.
— Cóż, Łukaszku, ułożyłeś jakową piosenkę na dzisiejsze święto? — spytał król Kazimierz najmłodszego ze śpiewaków, szczupłego bruneta o żywych piwnych oczach i wesołym uśmiechu.
— Zezwoli najmiłościwszy pan, to ją zaśpiewam.
Struny lutni zadźwięczały jakąś rubaszną, dziarską nutą, Łukaszek powiódł wzrokiem po dostojnych biesiadnikach, a zatrzymawszy spojrzenie na twarzy cesarza Karola, śpiewał:
Hej, miodu gąsior, wina dzban!
Kto wiele pije, wielki pan!
Nieboszczyk Noe mądry był,
Wody się lękał, wino pił.
Dwaj jego syny pili z nim,
A trzeci nie chciał, bo był złym.
Klątwę nań rzucił Noe sam.
Ten głupi synek zwał się — Cham!
Że od Jafeta wiedziem ród,
Więc pijmy wino, pijmy miód!
— Więc pijmy wino, pijmy miód! — powtórzyli chórem biesiadnicy, trącając się pucharami.
— Dobrześ się spisał — pochwalił król, rzucając zręcznie małą jedwabną kieskę w stronę śpiewaka. To samo uczynił cesarz i król Waldemar.
Łukaszek podniósł ciężkie złote sakiewki, raz jeszcze złożył ukłon i odskoczył na bok.
— Może miłościwa pani raczy objawić swoje upodobanie? — spytał Elżbiety gospodarz domu. — Ci dwaj mają kupę śpiewek na każdy dzień. Jest w czym wybierać.
— Coś smutnego umiecie? — spytała młodziutka cesarzowa.
Dziadek, mąż i ojciec wpadli w jej mowę.
— Smutnego?... Po co? — spytał cesarz.
— Zepsuje nam ino uciechę — dodał Kazimierz.
— Nie trzeba, nie trzeba. Wesołej chcemy piosenki! — stanowczo zawołał Bogusław.
— Rozumiałam, że gdy wybór mojej woli zostawiony... — rzekła Elżbieta. — Ja tak lubię smutne pieśni...
— Niech się więc stanie według twego żądania — zawyrokował cesarz, całując rączkę małżonki.
Zwrócony ku pani młodej, śpiewak potrącał z lekka struny lutni, widocznie przygotował sobie same weselne i biesiadne piosenki, toteż zaskoczony niespodziewanym żądaniem, brzdąkał przegrywkę, przymrużając oczy, i szukał w pamięci.
Statek płynie
Po głębinie
Morskich fal.
Pełen gwarów,
Śmiechów, swarów
Płynie w dal.
Wiezie szaty
I bławaty,
Zboże, len.
Wstęgi krasne,
Płótna jasne
Wiezie hen...
Wśród promieni,
Świateł, cieni
Żwawo mknie.
Woda błyska,
Pianą pryska,
Życiem tchnie.
Oj, sterniku...
Oj, sterniku...
Po co łzy?
Słońce świeci,
Ujrzysz dzieci
Za dwa dni.
Łódź twa chyża,
Brzeg się zbliża,
Skąd ten lęk?
Wtem od wody
Poszły chłody,
Wionął jęk...
Sine morze
Wicher orze,
Chłoszcze grom,
W toni skryta
Śmierć go wita:
Tu twój dom!
— A widzisz? Trzeba ci było rodzica słuchać! Teraz płaczesz...
— Ja lubię płakać, panie ojcze.
— Dajże ci, Boże, zdrowie z takim lubieniem! Inom spojrzał na onego, już mię na wnętrzu zemdliło. Taki blady, włosy w kędziorach jak u dziewki, to i kwili niczym czajka.
— Panie ojcze, on bardzo pięknie śpiewał! — oburzyła się Elżbieta.
Otarła szybko oczy, odpięła z ramienia bogato haftowaną wstęgę i wraz z przepinką wysadzaną szafirami podała ją śpiewakowi, zapewniając go uprzejmymi słowy, że piosenka, acz bardzo smutna, nadzwyczaj się jej podobała. Ten zaś, przykląkłszy na jedno kolano, z uwielbieniem dziękował.
— Oho, nie damy ci długo nad onym żeglarzem lamencić! — zawołał król Kazimierz do wnuczki. — Hej, pieśniarzu! Krakowskiego! A od ucha! Jak się dobrze sprawisz, nagroda cię nie minie.
Grajek rzucił lutnię na ławę, poskoczył do drugiej izby i natychmiast wrócił ze skrzypcami w ręku. Przytupnął nogą jak do tańca, przejechał smyczkiem po strunach i zaśpiewał:
Na wawelskiej górze turkaweczka siwa,
U naszego króla wnuczka urodziwa.
Na wawelskiej górze rosną stare dęby,
Do naszej panienki jadą dziewosłęby.
Przyjechali z Rusi od kniazia młodego,
Powrócili z niczym, nie chciała onego.
Przyjechali z Niemiec od księcia wielkiego,
Powrócili z niczym, nie chciała i tego.
Nie przebieraj, panno, żebyś nie przebrała,
Żebyś za sokoła wróbla nie dostała.
Pojrzała na ptaki, co siedzą na dachu,
Królewskam ja wnuczka, nie ma o mnie strachu.
Pan Bóg miłosierny, a los różnie zdarza,
Nie chciałam za księcia, pójdę za cesarza.
— Tak to lubię! Aże nogi same wyskakują przy onym śpiewaniu! — zawołał król Kazimierz.
Cesarz uśmiechał się zadowolony, a wszyscy słuchacze, którzy rozumieli po polsku, klaskali w ręce i chwalili piosenkę. Nuncjusz i król Piotr prosili o przetłumaczenie im treści krakowiaka, jeden tylko Waldemar siedział znudzony i osowiały Prawdopodobnie rozważał w duchu, że stary miód polski i węgierskie wino obejdą się bez tłumaczenia na duńskie, a wszelkie granie i śpiewanie niepotrzebnie tylko drogi czas zabierają.
Grajek odszedł hojnie obdarowany.
Wierzynek dał znak służbie, która czekała końca piosenek, by nie przeszkadzać gościom w słuchaniu. Zaczęto wnosić słodycze i zamorskie frukta. Więc ciasta korzenne i kołacze z makiem, kukiełki z orzechami, a na sam ostatek marcepany, najnowsze dzieło pasztetnika, do których arcytrudnej recepty, a nawet pomocy użyczył mu zamiłowany w sztuce kuchennej brat Laetus, kancelariusz nuncjusza.
Tak, ciasto było marcepanowe, kochani czytelnicy, ale... nie na tym sztuka. Sztuka właśnie polegała na przedziwnych wyrobach z tego ciasta. Nie potrafię opisać wszystkich konceptów pasztetnika, przytoczę zaledwie kilka: i tak, dwaj paziowie królewscy, zawezwani przez panią Janową jako najzręczniejsi, wnieśli ostrożnie na wielkiej tacy gmach piękny i postawili go przed Kazimierzem. Były to Sukiennice jota w jotę cudnie utrafione, jak je był właśnie król Kazimierz zmurował i ozdobił. Wszelakie okna, gzymsy, zagłębienia i ganeczki wybornie były oddane; dach z pomarańczowych skórek przycinanych w kształty dachówek; kramy i ławki kupieckie; wewnątrz zaś w każdym kramie zamiast towarów jakieś konfekta i przysmaki. Były więc ze swojskich owoców w jednym kramiku jabłka i gruszki smażone w miodzie, w drugim śliwki, w trzecim wiśnie, a tam gdzie w rzeczywistych Sukiennicach sprzedawano bławaty lub stroje drogocenne, ułożono pięknie pomarańcze włoskie, na wagę złota wówczas płacone, winogrona, daktyle, figi z Afryki, rodzynki greckie w różnych gatunkach, migdały, morele i brzoskwinie. Było co podziwiać, żal było tknąć, ale gospodarz tak nalegał, tak prosił, by choć z każdego kramu towarów pokosztować, że wreszcie, nie psując kunsztownego budynku, rozchwytano w mig smakowite specjały.
Jeszcze nie obejrzano dokładnie Sukiennic, gdy z pięknym pokłonem pacholik podał nowy jakiś figiel przewielebnemu nuncjuszowi. Była to naturalnej wielkości infuła, suto złocona, rodzynkami niby topazami a rubinami wysadzana.
— Raczcie ją, wasza przewielebność, bliżej przysunąć i wnętrze jej zbadać — prosił ksiądz Daniel z tajemniczym uśmiechem. — Górna część da się podnieść.
Uczynił to nuncjusz i cóż zobaczył? Oto malutki czerwony kapelusz opasany takimże jedwabnym sznurkiem w misterne węzły powiązanym. Była to uprzejma przepowiednia kardynalskiej godności, wielce przez pomyślnie przeprowadzone poselstwo zasłużonej.
Niebiesko ubrany pazik Elżbiety postawił przed swoją panią półmisek, jedwabną zasłoną przykryty. Pod zasłoną leżał foremnie urobiony czepiec mężatki, pomalowany w różnokolorowe arabeski z zapiekanej piany z białek, haftowany migdałami i rodzynkami, wysadzany kółkami z żółtej marchwi.
— Spróbuj, czy ci w nim będzie nadobnie — rzekł małżonek.
— Za mały, ale spróbuję.
Podniosła czepiec, aż tu z głośnym trzepotaniem skrzydeł zerwał się z misy biały gołąbek i wyfrunął przez otwarte okno wprost na dach kościoła Panny Marii.
Głośnym śmiechem przyjęto nowy ten pomysł pasztetnika, a książę Bogusław rzekł:
— Już tobie, moja córuchno, zakazane pustoty. Gołąbek cię odleciał, a czepiec pozostał.
— Nie liczcie zbytnio, panie ojcze, na moją stateczność, bo byście doznali zawodu. — To mówiąc dobyła z głębi czepca malutkiego wróbelka. — Ot, jeszcze coś niecoś zostało...
— Wróbelek, ale spętany! — zauważył król Kazimierz.
Sypały się marcepanowe figle bez liku. Cesarz dostał wspaniale wyzłacanego lwa w koronie. Waldemar okręt z żaglami i masztami jak najdokładniej wyrobiony. Piotrowi cypryjskiemu podano serce, wieńcem róż opasane, jako zachętę do zmiany stanu kawalerskiego na małżeński. Bogusław i Bolko — szyszaki piękne, napełnione konfektami. Dla wszystkich zaś biesiadników ustawiono na stole kilkanaście tac z przeróżnymi wykwintnymi przysmakami.
Rozmowa przy nieustannie napełnianych kielichach stawała się coraz weselsza, śmiechy coraz donioślejsze. Wtem oczy wszystkich zwróciły się z nową ciekawością na dwóch pachołków dźwigających za ucha wielki srebrny sagan, szczelnie zamknięty pokrywą.
— Błagamy was o zmiłowanie, dostojny gospodarzu! — zawołał cesarz Karol ze śmiechem. — Jeszcze jakaś potrawa? Wżdy56 nasyciłeś nas nad miarę, więcej już i żywot57 nie zdzierży.
Skłonił się Wierzynek, odpowiadając:
— Pokorny sługa wasz, panie, prosi byście raczyli... na pamiątkę dnia dzisiejszego... ile wola. — I podniósł pokrywę.
Sagan pełny był po brzegi nowiuteńkich złocistych dukatów.
W dzisiejszych czasach podarunek pieniężny uważano by niezawodnie za śmiertelną obrazę. W owych zaś dawnych wiekach tego rodzaju upominki nikogo nie dziwiły ani gniewały.
Cesarz zaczerpnął pełną garścią z sagana i z uprzejmym podziękowaniem wsypał do kalety. Król polski wziął jednego dukata, mówiąc:
— Schowam go między miłe sercu pamiątki.
Stawiano sagan przed każdym gościem. Biesiadnicy raczyli się tą ostatnią potrawą z szalonym apetytem. Zwłaszcza niemieccy książęta i rycerze po kilkakroć zanurzali łakome ręce w złocie krakowskiego mieszczanina. A że od miodu i wina dobrze im już w głowach szumiało, więc w gorączkowym pośpiechu nie zawsze trafiali wprost do kieszeni i dukaty z brzękiem sypały się po podłodze. Baron Udo z Wartburga chciał je wyzbierać, ale pan Mikołaj powstrzymał go i rzekł z lekceważącym skinieniem ręki:
— Zaniechajcie, panie, szkoda waszego trudu. Z tych odpadków będzie uciecha dla służby.
Na dany znak sprzątnięto niepotrzebne już misy i talerze z resztkami jadła. Kawałki chleba zawinięto zręcznie w wierzchni obrus biały, a pozostawiono drugi, karmazynowy, jedwabny. Służba wniosła świeży zastęp dzbanów i gąsiorów ku rozradowaniu serc niektórych biesiadników. Biedna księżniczka Elżbieta mrugała oczami i zasłaniała, ziewając, buzię rączką. Strasznie się jej przykrzyło takie długie siedzenie przy stole.
Król Kazimierz podniósł się z ławy.
— Całym sercem wam dziękuję, mości stolniku — rzekł — za wesołe godziny spędzone przy stole waszej miłości, lecz mielibyśmy wszyscy ciężki żal do was, gdyby... — zająknął się, jak zwykle, gdy dłużej mówił, a odchrząknąwszy kończył: — gdybyście nam nie pozwolili złożyć podzięki osobiście gospodyni tego domu, a umiłowanej synowej waszej.
Pani Janowa domyślała się, że w końcu uczty trzeba się będzie gościom pokazać, toteż gdy sagan z dukatami krążył dokoła stołu, ona skorzystała z wolnej chwili i przeszła do swej sypialni, by się przystroić, jak należało.
Posłano pazia z ukłonem od miłościwego króla i uprzejmym zaproszeniem do komnaty biesiadnej. Gdy pani Janowa ukazała się w progu, Kazimierz zawołał:
— Hej! Z pełnymi pucharami powstańmy, wasze królewskie i książęce moście! Godzi się wypić za zdrowie wielce nam miłej i czcigodnej białogłowy, pani tego domu!
Wierzynek podał synowej złoty kubek z winem. Goście w porządku swego dostojeństwa podchodzili ku niej i spełniali jej zdrowie. Ona zaś, poważna i nieco zmieszana, dotykała ustami kielicha, upijając po kropelce.
Gdy młoda cesarzowa powstała z westchnieniem ulgi ze swej ławy i witała gospodynię, można się było dokładnie przypatrzyć, jak wspaniale i pięknie, chociaż wręcz odmiennie obie niewiasty były przybrane.
Pani Wierzynkowa, matrona nie pierwszej już młodości, ale okazałej postaci i pięknych rysów, miała na głowie, jak obyczaj wdowom nakazywał, leciuchny biały rańtuch z rzadkiej lnianej tkaniny, sitkiem zwanej. Rańtuch ten okrywał jej włosy i zachodził trochę na czoło. Dokoła zaś twarzy upięte były równie cienkie białe zawoje. Suknia obcisła z ciężkiej jedwabnej materii koloru słomy wlokła się z tyłu po ziemi. Na wierzchu druga, krótsza, bez rękawów, skrojona na sposób ornatów kościelnych, szeroko przecięta, by szyja i ręce łatwo wejść mogły, miała boki od dołu na trzy piędzi ku górze siecią ze złocistego sznura złączone. Ta zwierzchnia szata była barwy bławatka, szeroko dołem i około szyi złotem i perłami w kwiaty wyszywana.
Elżbieta zaś olśniewała młodością, urodą i przepychem. Na głowie miała wianek z różowych stokroci. Włosy, niemiecką modą środkiem rozdzielone, a od skroni w tył odczesane i wolno puszczone, spływały blisko do kolan. Suknię miała purpurową aksamitną, równą linią dość nisko ku ramionom wyciętą; rękawy długie, nie zszywane, spadały do samej ziemi; spod nich drugie wąziuchne ze złotej lamy zachodziły aż do pół palców. Suknia ta, o szerokim szlaku z drogich kamieni, podniesiona była z boku i ukazywała spodnią szatę, z tejże samej złotej lamy, co rękawy.
Wypiwszy zdrowie gospodyni domu, biesiadnicy wrócili na swoje miejsca raczyć się dalej winem i miodem. Elżbieta zaś podeszła z panią Janową ku otwartemu oknu i rozmawiały z cicha.
— Tak się lękam onych krajów dalekich, onej Pragi nieznanej, gdzie mi przyjdzie na cały żywot zamieszkać... Nikogo nie mam swojego... — żaliła się młoda księżniczka, patrząc w oblicze starszej niewiasty z myślą o matce przed laty zmarłej.
— Nie trapcie się, miłościwa pani, przed czasem — pocieszała Janowa Wierzynkowa. — Młodemu a dobremu wszyscy radzi. Któż by was nie miłował poznawszy? Znajdziecie i w Pradze serca wiernie oddane, a już co najjaśniejszy cesarz, to chyba na rękach was będzie nosił.
— Czwarta małżonka... — szepnęła Elżbieta sama do siebie i zapatrzyła się w białe chmurki, gnane wiatrem na zachód.
— Może raczycie przejść do dalszych komnat, jasna pani — rzekła pani Janowa, by przerwać to smutne zamyślenie cesarzowej. — Pokażę waszej cesarskiej mości nowy tkacki warsztat, podarunek pana ojca. Od najgrubszego płótna do najcieńszego sitka, wszelaki wyrób zdoli58 uczynić, a do tego wielorakich misternych wzorów próbki są przydane, które łacno, przyuczywszy się, naśladować. Każcie sobie podobną tkalnię przysłać do Pragi, będzie rozrywka i o smutkach zapomnienie.
Niewiasty zwróciły się ku drzwiom wiodącym do mieszkania pani Janowej, co widząc cesarz Karol, zawołał powstając od stołu:
— Już to nas opuszczacie, przezacna pani?! Niezasłużenie krzywda nam się dzieje, krzywda podwójna, bo, jak widzę, i małżonkę moją umiłowaną uprowadzacie z sobą.
— Strudzonam długą biesiadą, miłościwy mężu i panie — rzekła Elżbieta — rada bym spocząć krznę z dala od gwaru. Niebawem powrócę.
— Z utęsknieniem oczekiwać, ku podwojom spoglądać, z rozradowaniem witać was będę, serca mego pani! — kłaniając się, dwornie odpowiedział cesarz i dodał podchodząc do pani Janowej: — Zezwólcie, wasza miłość, bym ku dnia dzisiejszego pamięci przyozdobił paluszek waszej ręki tym skromnym upominkiem.
I podał jej kosztowny pierścień z dużym jak groch rubinem.
Za przykładem cesarza poszli inni królowie i książęta. Kazimierz zdjął z szyi łańcuch złoty, o grubych jak kajdany ogniwach i życzył, by nosząc go w zdrowiu i powodzeniu, żyła póty, aż one złote kółka na proch się zetrą. Waldemar ofiarował spinkę diamentową; nuncjusz różaniec koralowy; Bolko świdnicki turkusami sadzoną klamrę do pasa; Ludwik węgierski trzy sznury pereł; Bogusław szczeciński parę maneli59 z ciągnionego złota weneckiej roboty.
Król cypryjski Piotr czekał spokojnie, aż inni złożą swe dary. Chciał być ostatnim. Gdy więc tamci, przemówiwszy kilka uprzejmych słówek, zasiedli na powrót ławy do koła stołu, powstał Piotr i uśmiechając się żartobliwie, tak przemówił:
— Wybaczcie, szlachetna pani, że podarunek mój nie dorówna cennością kosztownym upominkom, jakie wam ich królewskie i książęce moście złożyły. Jedyną jego zaletą jest z dalekich krajów pochodzenie i sprawność, podziwu zaiste godna.
Zamilkł, a biesiadnicy i obie niewiasty patrzyły nań pytającymi oczyma. Czekał chwilkę, radując się ich ciekawością, wreszcie szepnął coś do ucha swemu paziowi, ten wyskoczył do przedsionka i w mgnieniu oka powrócił niosąc na krótkim pozłacanym drążku przepyszną białą papugę o pomarańczowym czubie.
— Oto jest gość aż z dalekiej Afryki — rzekł król Piotr do pani Janowej. — Raczcie go przyjąć łaskawym sercem. Przyda się ku rozweseleniu domu i zabawie dziatek.
— Ależ ma szpony potężne i dziób nie lada jaki! Czy nie kąsa? — spytał ksiądz Daniel, troskając się w duchu o swoją ulubienicę, Kostkę.
— Bynajmniej. Oswojona jest i bardzo łagodna a mądra. Gada jak człowiek.
— Co powiadacie? Jak człowiek?
— Chyba dworuje sobie z nas wasza królewska miłość — mruknął król Waldemar z niedowierzaniem.
— Sprawiedliwie mówię i jeszcze raz powtarzam, że nader łacno uczy się naśladować mowę ludzką. Nieraz wcale dorzecznie na pytanie odpowiada.
— Czemuż teraz milczy?
— Bo zalękniona. W ciemnej skrzyni dworzanin mój trzymał ją w sieni przez kilka godzin, teraz nagle tyle narodu przed sobą spostrzega, to i nie dziwota, że trwożna.
— Jakże się wabi? — spytała pani Janowa.
— Ród jej zowie się ara, że zaś jest piękna, po italsku bella, zatem ją wołam Arabella.
Słysząc wymówione swoje imię, papuga przekrzywiła główkę i spojrzała badawczo na swego pana.
— Może wasza przewielebność zechce ją poczęstować jaką słodyczą. Pewnie się ośmieli i pokaże, co umie.
Nuncjusz wziął z tacy połówkę brzoskwini i podał ją papudze. Panna Arabella, trzymając się mocno drążka lewą łapką, ujęła w szpony prawej brzoskwinię, dzióbnęła parę razy soczysty owoc, mlaskając twardym języczkiem z miną prawdziwego smakosza, spojrzała jego przewielebności figlarnie w oczy i nosowym głosem braciszka-kwestarza wymówiła wyraźnie:
— Gratias tibi, domine!60
— Nie do wiary... Nie do wiary... — powtarzał zdumiony staruszek, a wszyscy zgromadzeni spoglądali na mądrego ptaka podejrzliwie. Wszak złe duchy rozmaite przybierają postacie... Kto wie... Gdzieś aż z Afryki...
— Z dawna już nauczyłem ją dziękować tymi słowy, gdy coś dobrego do jedzenia dostaje, i spodziewam się, że się moich nauk przed waszymi miłościami dziś nie powstydzę. Spróbuję jeszcze jednej krotofili. Bella! Pokaż, jak pan kicha?
— A pcich, a pcich...
— Na zdrowie! — wrzasnął błazen Wyrwał w samo ucho papudze.
Biedny ptak spłoszony i przerażony zerwał się z drążka, bijąc skrzydłami, frunął na oślep w kąt sali i tak się gdzieś podział między sosenkami, że ani jednego piórka dojrzeć nie było można.
— Pozamykajcie czym prędzej wszystkie okna! — krzyknął Wierzynek. — Szczęście, że z izby nie wyleciała.
— Hej, chłopcy! — zawołał król Kazimierz. — Odstawić na bok choiny. Ino ostrożnie, coby ptaszka nie urazić.
Paziowie królewscy poskoczyli żywo do roboty.
— A słowo stało się ciałem! Ptaszka mamy szukać? A którego? Ano dwa ich tu siedzi społem w kąciku! — zawołał Jurek Szeyn, najstarszy z paziów.
— Jeden biały, drugi czerwony!
— A czerwony piastuje białego!
Malcy śmieli się chórem.
— Nową niespodziankę, jak widzę, zgotowaliście nam, panie stolniku? — spytał król ciekawie.
— Jako żywo, nie rozumiem, co mówią.
— Hanka! — krzyknęła pani Janowa, zasłaniając twarz rękami.
Prowadzona w triumfie przez chichoczącego pazia, szła biedna Hanusia, osłupiała i sztywna, jakby lalka z drewna wyciosana. Długa, czerwona, nie pierwszej świeżości sukienka pobielona była od ściany na plecach i rękawach, rozczochrana główka jeżyła się igłami sosny, oczka szeroko rozwarte patrzyły błędnie przed siebie. Dziecko wyraźnie było nieprzytomne. Rączki jedynie wiedziały, co robią, a może i rączki bezwiednie przytulały do piersi spłoszoną papugę?
— Hanka! — powtórzyła pani Janowa zdławionym głosem. — Zakało ty! Zuchwalcze nieusłuchany... Jak śmiałaś!
Hanusia milczała, ale znać było po jej buzi zachodzącej z wolna ciemnym rumieńcem, że zaczyna ogarniać ogrom swojej zbrodni: brudna, nie uczesana, wbrew rozkazom matki, a tu króle i cesarze na nią patrzą...
— O, Panie Jezusie... — wyszeptały drżące usteczka. — Jakże mnie srodze ukarałeś!
— Idź precz. Czekaj na mnie w alkierzu — groźnie szepnęła pochylając się ku dziecku pani Janowa.
Jurek odebrał papugę z objęć Hanusi, a dziewczynka obudzona już z chwilowego odrętwienia i przewidująca bolesne następstwa swych niecnych uczynków, spuściła główkę pokornie i pełna wstydu a skruchy szła ku drzwiom do alkierza. Wtem coś błyszczącego mignęło jej przed oczami. Ręka w złocistej lamie ujęła jej rączkę.
— Pójdź, Hanusieńko... Przeprosimy obie społem twoją matusię, może nam ten raz daruje?
Hanka podniosła oczy pełne miłości na swą uwielbianą księżniczkę Elżbietę, a ta zaśmiała się nagle:
— Aha... Już wiem! Teraz cię poznaję! Toś to ty mi rzucała kwiaty pod nogi, gdyśmy wjeżdżali do miasta?
— Jużci — szepnęło dziecko.
Nie potrzebuję długo się rozpisywać, łatwo każdy odgadnie, że na prośby z takich ust płynące pani Janowa od razu przebaczyła córeczce. Tym chętniej to uczyniła, że ochłonąwszy z pierwszego gniewu, śmiała się już w duszy z całego wydarzenia.
— Ale to jeszcze nie koniec, jeszcze mam coś do powiedzenia waszej miłości — rzekła Elżbieta. — Oby mię serce wasze zrozumiało.
— Rozkazujcie, miłościwa pani.
— Czy pomnicie rozmowę naszą przed godziną? Moje smutki, żal za Krakowem, to wszystko, czego się lękam na obczyźnie?
— Jakożbym nie pamiętała? Sercem słuchałam waszej mowy.
— Otóż, gdy rozumiecie moją obawę i tęskność mojej duszy, wiedzcie, że w waszych rękach jest lek na oną chorobę.
— Rozporządzajcie mną, jasna pani. Co mam, wszystko na wasze usługi.
— Skwapliwie obiecujecie, a gdy was wezmę za słowo?
— Stanie się według woli waszej, najmilościwsza pani.
— A więc... darujcie mi waszą Hanusię! Nie służebną, nie panną dworską, ale siostrzyczką umiłowaną mi będzie. Niech mam wspominek żywy z Krakowa, niech mowę polską co dzień słyszę, dajcie mi waszą Hanusię!
Zbladła pani Janowa. Nie było przykładu, by ktoś śmiał życzenia królewskiego nie spełnić, a jakże dopiero prośbie odmówić? Toć szczęście, zaszczyty, łaska cesarska czekały Hanusię na dworze jej przyszłej pani. Tak... ale oddać rodzone dziecko... nie widzieć go lata całe...
Oczy pani Janowej pełne były łez, gdy schylając się przed młodą panią, obejmowała jej kolana.
— Pan ojciec tu rządzi — rzekła. — Nie mnie, ale jemu przystoi odpowiedzieć wam, miłościwa pani.
Elżbieta, przejęta nową otuchą, z radosną myślą pobiegła do męża i bardzo żywo coś mu z cicha prawiła. Cesarz skinął potakująco głową i poszukał spojrzeniem Wierzynka, który właśnie z burmistrzem krakowskim rozmawiał.
— Mości stolniku, na słowo.
To „słowo” trwało dłuższą chwilę, po czym cesarz z gospodarzem domu zwrócili się ku ławie pod ścianą, gdzie siedziała Elżbieta z panią Janową, a u kolan matki klęczała wcale już uspokojona i wesoła Hanusia.
— Za wielką łaskę, domowi memu okazaną, pokorne dzięki składam najjaśniejszej pani — rzekł stolnik — a opiece waszej cesarskiej mości polecamy oboje z matką dzieweczkę naszą umiłowaną. Że wiernym sercem służyć wam będzie, nie mam wątpienia. Hanuś, pójdź do mnie i słuchaj, coć rzekę.
— Słucham, dziadku.
— Od dnia dzisiejszego miłościwa cesarzowa, przed którą stoisz, twoją jest panią. Masz słuchać jej mowy, masz pełnić jej rozkazy, masz ją miłować nad żywot własny.
— Mam ją miłować nad żywot własny — powtórzyło dziecko głośno i dobitnie, składając rączki jak do pacierza.
Sześć lat minęło od wyjazdu Hanusi z Krakowa.
Stary Mikołaj Wierzynek spał już od roku snem ostatnim na cmentarzu przy kościele Panny Marii, ksiądz Daniel osiwiał i roztył się szpetnie, ksiądz Mikołaj za to wysechł jak trzaska, a stryj Tomasz do cna zaniemógł na nogi. Ciotce Rafałce słuch jakoś nie dopisywał. Jedna pani Janowa, czynna i żwawa, wyglądała zawsze czerstwo i młodo, zarządzała domem, prowadziła całe gospodarstwo, pobierała z wiosek czynsze dzierżawne, wynajmowała sadownikom ogrody, pilnowała pasieki, wszędzie zajrzała, na każdy kłopot znalazła radę. Słowem, godnie nosiła Wierzynków nazwisko. Stanko przykładał się do nauki w Akademii na Bawole, a Kostka przędła pięknie, omal czy nie lepiej niż matka. A i na książce do modlenia, przez ciotkę Annę-augustiankę dla niej przepisanej, wcale niezgorzej osiem kartek już umiała przeczytać.
O Hanusi wspominano w domu co dzień. Matka tęskniła, ale wieści przysyłano i otrzymywano nieczęsto, bo i nieczęsto zdarzała się sposobność po temu.
A Hanusia w ciągu tych lat sześciu była dla swej młodej pani prawdziwą osłodą, pociechą w tęsknocie za ojczyzną, rozweseleniem w smutku. Rosła, piękniała, z każdym dniem nabywała nowych zalet, stawała się niezbędną. Żadna inna z panien dworskich nie umiała tak pani usłużyć, tak jej dogodzić, jak Anna Wierzynkówna. Zazdroszczono jej łask i zaszczytów, zazdroszczono bogatych upominków, a najbardziej przyjaźni serdecznej, zaufania i poufałości, jaką darzyła ją cesarzowa. Lecz nikomu na myśl nie przyszło spytać Hanusi, dlaczego czasem z rana oczy miała smutne i jakby od płaczu obrzmiałe. Do matusi leciało nocą serce stęsknione, za rodzeństwem oczy płakały, do Krakowa dusza się rwała.
I zdarzyło się na wiosnę roku 1369, że przyjechał do Pragi z listami od króla polskiego i księcia szczecińskiego dworzanin młody, Jerzy Szeyn. Miał i do panny Wierzynkówny pismo od matki. Wręczywszy kanclerzowi cesarskiemu listy królewskie, pośpieszył na pokoje panien dworskich i o pannę Annę pytał.
Gdy wyszła doń urodziwa i smukła, a niczym królewna kosztownie przystrojona, zmieszał się i stał pokornie, czekając, aż przemówi. Hanusia postąpiła parę kroków ku niemu, skłoniła uprzejmie głową i otworzyła usta, by spytać o zdrowie matki i rodziny, gdy podniósłszy na gościa spuszczone dotąd oczy, nie domówiła zaczętego słowa, lecz klasnęła w ręce i zawołała ze śmiechem:
— Tożeście wy! Ten paź królewski, co mnie na uczcie u dziadka z papugą z kąta wyciągał?!
— Jam to był. Poznała mnie wasza miłość?
— Jakżeby nie! Straszna to wprawdzie była chwila dla mnie, a was wrogiem moim i zdrajcą być mniemałam... lecz dlatego właśnie przyjrzałam się dokładnie osobie waszej, by — da Bóg doczekać — zemstę jakową straszną na was wykonać. Usiądźcie, panie, proszę, a opowiadajcie mi dużo, dużo o matusi, o siostrze, o bracie, o ciotce Rafałce, o wszystkich... pismo nawet pono macie dla mnie?
— Oto jest. A jakże będzie z zemstą? Niech się raz wypełni, bo się lękam srodze — żartował gość.
— Ej, zwietrzała złość moja i gniew gdzieś zniknął, a raduję się ino, że w osobie waszej miłości cały Kraków przed oczy mi staje.
Rozmawiali długo o dawnych czasach, o swoich dziecinnych latach, o śmiesznej a tak bogatej w następstwa awanturze z papugą.
O swej teraźniejszej doli także rozmawiali. Hanusia sławiła dobroć i łaskawość cesarzowej, Jerzy z uwielbieniem i miłością opowiadał o królu Kazimierzu, w którego straży przybocznej służył. Hanusia żaliła się, że tęskni za Krakowem, Jerzy z przejęciem namawiał ją, by odwiedziła matkę. Hanusia bała się nawet wspomnieć o tym cesarzowej, by jej nie obrazić, Jerzy tłumaczył, że matki prawa są święte. Hanusia przyrzekła, że się zdobędzie na odwagę, Jerzy nalegał, by to uczyniła co rychlej. Hanusia... Ach, już nie wiem, co dalej.
W archiwum miasta Krakowa są stare metryki, testamenty, zapisy, kontrakty, umowy ślubne itd. W takich to starych aktach powtarza się kilka razy nazwisko Anny61 z Wierzynków Jurge Szeyn, urodzonej w r. 1353, zmarłej w 1429.
Przypisy:
1. Stryj kanonik do nas idą, matusiu — szczegóły, tyczące się rodziny Wierzynka, zaczerpnięte z dzieła St. Kutrzeby. [przypis autorski]
2. w swoich późnych leciech — tu: w jego wieku. [przypis edytorski]
3. Mikołaj Wierzynek młodszy (zm. 1368) — wpływowy krakowski mieszczanin i kupiec, słynny z powodu uczty, wydanej we wrześniu 1364 r. dla króla Kazimierza III i jego gości. Syn Mikołaja Wierzynka starszego, który przybył do Krakowa z Niemiec. [przypis edytorski]
4. mię — dziś: mnie. [przypis edytorski]
5. mglić — dziś: mdlić. [przypis edytorski]
6. Bełz — miasto należące do Grodów Czerwieńskich, które w 1366 r. (w 3 lata po opisywanych wydarzeniach) przeszły spod panowania Wielkiego Księstwa Litewskiego pod władzę polską jako lenno. Bełz znajduje się ok. 60 km na płn. od Lwowa, obecnie na terytorium Ukrainy, przy samej granicy z Polską. [przypis edytorski]
7. Karol IV Luksemburski (1316–1378) — król Czech i Święty Cesarz Rzymski. [przypis edytorski]
8. Ludwik Węgierski (1326–1382) — król Węgier (w latach 1342–1382), król Polski w latach (1370–1382). [przypis edytorski]
9. Elżbieta Łokietkówna (1305–1380) — córka króla polskiego Władysława Łokietka, siostra Kazimierza Wielkiego, żona króla węgierskiego Karola Roberta, matka króla Węgier i Polski Ludwika Węgierskiego, później babka królowej Jadwigi. [przypis edytorski]
10. Kazimierz III Wielki (1310–1370) — ostatni król Polski z dynastii Piastów. [przypis edytorski]
11. Bogusław V Wielki (ok. 1318–1374) — książę Rugii, wasal króla Danii. [przypis edytorski]
12. temu łowy a wojna, to jedno — on traktuje (w domyśle: lubi) wojnę tak samo, jak polowanie. [przypis edytorski]
13. Bolko II Mały (ok. 1310–1368) — książę świdnicki. [przypis edytorski]
14. Elżusia pomorska, właśc. Elżbieta pomorska (ok. 1346–1393) — córka księcia rugijskiego Bogusława V, wnuczka Kazimierza Wielkiego, później żona króla Czech i cesarza Karola IV Luksemburskiego. [przypis edytorski]
15. dziewka (tu daw.) — córka. [przypis edytorski]
16. zali (daw.) — czy. [przypis edytorski]
17. ćwierć kopy — 15; kopa — 60. [przypis edytorski]
18. półsiodmy a. półsiodma (daw.) — sześć i pół. [przypis edytorski]
19. stopa — daw. miara długości, niecałe 30 cm. Mężczyźni mierzący ponad 6 stóp, tj. więcej niż 180 cm, należeli dawniej do rzadkości. [przypis edytorski]
20. chłop setny, półsiodmy stopy mierzy, a ta go strzepnęła niczym grudkę ziemi ze zapaski. (...) Słyszałam, że mocna, ale żeby aż tak... — Szajnocha w Szkicach historycznych wspomina o wielkiej sile Elżbiety pomorskiej. [przypis autorski]
21. siostrzan (daw.) — siostrzeniec. [przypis edytorski]
22. pierzem darła — dziś: darłam pierze. Pierze wyskubane z gęsi należało rozdrobnić, zanim zrobiło się z niego poduszki i pierzyny. [przypis edytorski]
23. przez (daw., gw.) — tu: bez. [przypis edytorski]
24. krotofila a. krotochwila (daw.) — żart, dowcip. [przypis edytorski]
25. siłam się natrudził (daw.) — bardzo się namęczyłem. [przypis edytorski]
26. tuszyć (daw.) — uważać, sądzić; spodziewać się, mieć nadzieję. [przypis edytorski]
27. opona (daw.) — zasłona, draperia. [przypis edytorski]
28. Piotr I Cypryjski a. Pierre I de Lusignan (1328–1369) — król Cypru i tytularny król Jerozolimy. [przypis edytorski]
29. lama — jedwabna tkanina przetykana złotą nicią. [przypis edytorski]
30. chybać (daw.) — biegać, pędzić. [przypis edytorski]
31. drogiś zabaczył (daw.) — zapomniałeś drogi. [przypis edytorski]
32. pod wiechę — do karczmy. [przypis edytorski]
33. matusia uwarzyli — mama ugotowała (daw. forma grzecznościowa w 3 os. lm). [przypis edytorski]
34. tyle dale — tak daleko. [przypis edytorski]
35. Tatrów — dziś popr. forma: Tatr. [przypis edytorski]
36. Na czterech rogach Rynku postawiono kadzie z winem i skrzynie z owsem dla wygody przyjezdnych gości i ku pożywieniu ich koni — wg Długosza. [przypis autorski]
37. piędź — daw. miara długości, ok. 20 cm. [przypis edytorski]
38. ciżma (daw.) — but, pantofel. [przypis edytorski]
39. na Prądnik, gdzie stary Wierzynek miał rozległe pola i ogrody — wg Kutrzeby, Szajnochy. [przypis autorski]
40. wrazić — wsadzić, wepchnąć. [przypis edytorski]
41. mi nie jest Hanka (daw.) — nie nazywam się Hanka. [przypis edytorski]
42. spotrzebować (daw.) — zużyć. [przypis edytorski]
43. przez (daw., gw.) — tu: bez. [przypis edytorski]
44. piszczkowie i skrzypiciele — fletniści i skrzypkowie. [przypis edytorski]
45. opończa kunami bramowana — płaszcz obszyty po brzegach futerkiem z kuny. [przypis edytorski]
46. ławka — tu: kram, stragan, sklep. [przypis edytorski]
47. z umysłu (daw.) — rozmyślnie, specjalnie. [przypis edytorski]
48. dziewięćdziesięcioletni arcybiskup gnieźnieński, Jarosław, związał stułą ręce cesarskiej pary — wg Długosza. [przypis autorski]
49. Kazimierz czasami zacinał się z lekka w mowie — wg Długosza. [przypis autorski]
50. przez (daw., gw.) — tu: bez. [przypis edytorski]
51. przez (daw., gw.) — tu: bez. [przypis edytorski]
52. roztruchan (daw.) — kielich, naczynie do picia. [przypis edytorski]
53. Wierzynek (...) posadził Kazimierza najwyżej — wg Długosza. [przypis autorski]
54. szczupak w Maćkowej juszce — w sosie z rozmaitych jarzyn i korzeni (Gołembiowski). [przypis autorski]
55. wżdy (daw.) — przecież. [przypis edytorski]
56. wżdy (daw.) — przecież. [przypis edytorski]
57. żywot (tu daw.) — brzuch, żołądek. [przypis edytorski]
58. zdolić (daw.) — zdołać, potrafić. [przypis edytorski]
59. manela (daw.) — naramiennik, bransoleta. [przypis autorski]
60. gratias tibi, domine (łac.) — dzięki ci, panie. [przypis edytorski]
61. Anna — Hanusia było dawniej zdrobnieniem od imienia Anna. [przypis edytorski]