Rozdział III

Anna Jagiellonka zamieszkała w zamku, w komnatach śp. królowej Elżbiety, jak sobie tego życzyła. Podstoli Kroczewski, zjechawszy z częścią dworu na dwa miesiące przed jej miłością, robił, co mógł, by mieszkanie to odświeżyć, a przynajmniej do jakiegoś porządku doprowadzić, tak było długoletnim zamknięciem zatęchłe, brudne i opustoszałe. Jedwabne obicia zbutwiały z biegiem czasu i zwisały w strzępach ze ścian. Stropy złocone poczerniały, posadzki, zasute82 trzydziestoletnim kurzem, robiły wrażenie klepiska. Wielu szybek w oknach brakowało, zastąpiono je grubymi błonami, a gdzieniegdzie nawet szmatkami.

Apartamenta miłościwego pana z gruntu odnowione, zbytkownymi sprzętami a zwierciadłami zdobne, drogocennymi makatami przybrane, kobiercami wschodnimi zasłane czekały przybycia francuskiego księcia; cztery komnaty dla infantki wołały zmiłowania. Lecz pan podskarbi zwlekał z wypłatą skromnej kwoty, żądanej w imieniu jej miłości przez p. Kroczewskiego: dla królewny Anny skarb nigdy nie miał pieniędzy. Wreszcie rzucono coś, jak z łaski, i można było przynajmniej pomyć podłogi, zaszklić okna i tanim, półjedwabnym adamaszkiem wykleić ściany. Stolarze odpoliturowali drewniane sprzęty. Kobierczyków, przywiezionych na szczęście z Warszawy, nie brakło, dość że cichą, małych wymagań panią zadowoliło to wcale nie książęce mieszkanko.

— Ot, jużem w swoim rodzonym gnieździe... — rzekła Anna do ochmistrzyni wyglądając oknem na miasto. — Dawno, okrutnie dawno nie byłam w Krakowie; teraz przyjdzie chyba dłużej tu zamieszkać.

— A może i na zawsze pozostać... — odpowiedziała nisko dygając pani Świdnicka ze znaczącym uśmiechem.

— Mylne widzą mi się domysły waszej miłości; król Henryk młodszy ode mnie.

„Ino dwadzieścia siedem latek” — pomyślała pani Świdnicka, a głośno wykrzyknęła:

— Co też za trefna żartownisia z waszej królewskiej miłości! Chyba najjaśniejszemu panu Bóg rozumu nie poskąpił; nie będzie on patrzył na lata, ino na osobę a na zaszczyt niezmierny poślubienia ostatniej latorośli z przesławnego rodu Jagiellonów.

Anna Jagiellonka potrząsnęła głową smutnie.

— Ani ja na to liczę, ani o tym chcę myśleć. Jakże wasze miłoście rozgospodarowałyście się w onych małych izdebkach? Przykro mi, że takie ciasne macie pomieszczenie. Ale cóż robić, moje komnaty również ani bogate, ani przestronne.

— Niechże się miłościwa pani nami nie trapi! Jesteśmy bliziuchno pod ręką, na każde zawołanie, a to najważniejsze; krajczy i podstoli aż we wschodnim skrzydle na dole, a i oni przybiegną każdej chwili na wasze skinienie. A czy słyszała wasza miłość, że król jegomość ma dzisiaj nocować w Rabsztyńskim zamku? Starosta Bonar z wielkim sumptem83 go przyjmuje. Jutro zjeżdża do Balic, gdzie nań czeka wojewoda Firlej i insze senatory.

— No, to lada chwila i my go ujrzymy.

Dnia 16 lutego już wcześnie z rana zaczęły się ukazywać większe i mniejsze orszaki dworzan i służby królewskiej na przedmiejskich ulicach Krakowa84. Ku południowi się miało, gdy popłynął szeroki, barwny strumień przez bramę Floriańską w ulicę i w rynek.

Pięknym szykiem i porządkiem zaczęły wjeżdżać zbrojne oddziały.

W oknach domów roiło się od głów niewieścich. Młode dziewczęta wychylały się, jak mogły najbardziej, wyciągały szyjki, by pierwej dojrzeć i jak najdłużej oglądać tak ciekawe, od niepamiętnych czasów niebywałe widowisko. Starsze kobiety niby to bawiły się gawędką w komnatach, ale na każdy głośny okrzyk podziwu czy zachwytu podsuwały się do okien i wyzierały ponad głowy swych córek z niemniejszym od młodych zajęciem.

A na dolę tłumy ludu, z trudem utrzymywane w jakiej takiej karności przez straż miejską i halabardników, tłoczyły się podwójnym murem, zostawiając z musu wolne przejście hufcom.

Samych żołnierzy pancernych, na rosłych, olbrzymiej siły rumakach, było półtora tysiąca. Postępowali trójkami, proporce mieli różnobarwne, złotem i srebrem malowane, konie rotmistrzów były okryte siatką złotą lub srebrną, inne blachami zdobnymi w drogie kamienie. To znów czapraki jedwabne, kunsztownie haftowane, klejnotami przetykane. Strzemiona, wędzidła, zamiast uzd łańcuchy, wszystko było szczerozłote, a przynajmniej srebrne. Na łbach końskich kity z białych piór. Słowem, było się czemu napatrzeć, choćby tylko rumaki podziwiając.

Gdy przeminęli pancerni, ukazał się oddział janczarów z turecka przybranych, dalej trębacze i znowu oddziały wojska, z muzyką na czele, sprawnie i do taktu, a ciągle trójkami. Niektóre chorągwie liczyły po sześciuset ludzi.

— O matusiu... o chrzestna matko... prędzej, prędzej, na Boga! — krzyknęła Zośka Danigielówna, córka rajcy miejskiego i właściciela kamienicy Pod Jastrzębiem. — Ady spieszcie się... wilcy jadą!

— Cóż za koszałki opałki! Ludzi wilkami robisz?

— No, patrzcie sami, jak się przystroili; czymże ich nazwać, jak nie wilkami?

— Sprawiedliwie dziecko gada — stanęła w obronie swej chrześnicy pani Bonarowa, synowa starosty — przyjrzyjcie się bacznie, co za błazeństwa kunsztowne: na końskiej głowie umocowany wilczy łeb, wedle szyi sterczą łapy, a cała skóra precz na żołnierzu położona, jeszcze i ogon mu się na ramieniu chybocze.

— Jak Balcera miłuję, prawda — przyznała kiwając głową pani Danigielowa. — A to im się pomysłów przebrało! Pogańskie zabawki, dzikie bestie ze siebie robić. I tyle tego! Chyba ze dwustu tych wilkołaków jedzie... Straszne sądy boskie!

— Ale za to ci, co teraz idą, piękni na podziw! O matusiu, matusiu... aże się serce do nich wyrywa!

— Powiedz onemu, że głupie, niech się nie wyrywa!

— Jadą, jadą, jadą, po trzech, tam ta ram, tam ta ram... adamaszek zielony, przez ramię łańcuch złoty, w ręku dzida z białym proporcem. Ach... znowu insi! Szkarłatno ubrani z zapuszczonymi przyłbicami! A konie... jak to nóżkami przebierają, z drobniuchna, niczym panienki w tańcu. Tu znowu Tatarowie jacyś... niechby prędzej przeminęli, bo tam z bramy coś okrutnie cudnego zbliża się ku nam. Niechże pani matka sami patrzą, bo znowu będą przyganiali, żem zełgała. Dziwolągi jakieś abo diabły, abo zamorskie bydło, czy co takiego?

Zbita ciżba ludu parła ku środkowi ulicy, nie pomogły gęste razy wymierzane szczodrze przez ceklarzy85 na wszystkie strony, wolna przestrzeń wzdłuż ulicy zwęziła się znacznie, nowe oddziały przesuwały się z trudnością.

Kompania strojna i konie dzielne, ale o to mniejsza, takich i piękniejszych już dwadzieścia przejechało; nie żołnierzy lud okrzykami przyjmuje. Dwóch pachołków w modrych kubrakach z czerwonymi pasami prowadziło luzem jakieś cudaczne zwierzęta. Były to, co prawda, najzwyklejsze w świecie konie, ale przeinaczone do niepoznania. Jeden miał sierść pstrokatą, krętą i długawą jak u barana. Drugiemu przyprawiono u przednich łopatek skrzydła, do pyska dziób ogromny, zakrzywiony, do kopyt szpony. Można go było wziąć za jakiegoś hipogryfa lub smoka.

Tłum nie posiadał się z radości. Klaskano w ręce, huczały przeraźliwe wrzaski, stary i młody zanosił się od śmiechu... A konie, prowadzone u pysków, stąpały z dostojną powagą, co potęgowało jeszcze wesołość widzów poza wszelkie granice.

Szczęściem dwa potwory wkroczyły w rynek, aby tam święcić nowe tryumfy, a od bramy posuwała się kompania, przybrana w czarny aksamit i na karych koniach. W innym dniu wyglądałoby to poważnie, nawet smutnie, ale dziś, po tak różnobarwnych, jaskrawych strojach, ten oddział czarnych żołnierzy był odpoczynkiem dla oczu, a przedstawiał się wielce wspaniale. Jako odszkodowanie za czarną barwę swych szat prowadzili przodem konia zaszytego w niedźwiedzią skórę.

Były roty przybrane z węgierska, inne z włoska, sześćdziesięciu dworzan pana Firleja w pąsowym aksamicie, bramowanym sobolami, dalej dwór biskupa krakowskiego czarno ze złotem, trzystu rajterów na doborowych, fryzyjskich86 koniach, kilkuset łuczników i jeszcze, i jeszcze, i ciągle nowe hufce wynurzały się spod sklepienia Floriańskiej bramy. Aż tu, gdy gawiedź uspokojona po niedawnych wybrykach już tylko półgłosem wyrażała pochwały przejeżdżającym wojskom, nowy okrzyk zachwytu i zdumienia popłynął falą aż ku rynkowi: oto ukazali się rycerze z bajki! Na bułanych koniach o jasnych grzywach i jasnych długich ogonach — jechali piękni, młodzi, strojni w karmazynowy atłas, gęsto srebrem i złotem szyty. Za każdym jeźdżcem przymocowany do grzbietu wierzchowca rozpościerał skrzydła łabędź biały... Było tych rycerzy dwustu.

Za nimi postępowało stu lekko zbrojnych, koń i człowiek w lamparcich skórach. Aż się dziwowano, skąd wzięto tyle skór, tak rzadkich w owych czasach.

Krótki dzień zimowy miał się już ku schyłkowi, a coraz nowe roty płynęły i płynęły jak rzeka. Mrok zapadał, gdy się pojawili dygnitarze Korony i Litwy i przedniejsi panowie z dworu królewskiego. Ich przejazd trwał dwie godziny.

Na ganku nad bramą Floriańską, na murach miejskich i w rynku, płonęły smolne beczki. Było już około ósmej, gdy wtem dano ognia ze wszystkich dział, jakie się w mieście znajdowały. Huk armat wstrząsnął murami... królewski rumak przestąpił wrota bramy Floriańskiej.

Henryk Walezjusz jechał bardzo powoli, pod baldachimem, niesionym przez ośmiu rajców miejskich.

Serce pani Danigielowej zamierało z dumy i rozkoszy... toć jej Baltazar był jednym z ośmiu!

Z obu stron ulicy szła gwardia halabardników z pochodniami i strzelcy gaskońscy. Król miał na sobie ferezję aksamitną, rysiami podbitą, bramowaną lamą srebrną; na głowie czapkę podobnąż, na której jarzyły się brylanty i szmaragdy.

Tłumy witały pana nie cichnącymi ani na chwilę okrzykami: „Niech żyje”, a on uśmiechał się blado i łaskawym skinieniem ręki odpowiadał.

Na rynku krakowskim wzniesiono łuk triumfalny, na którym osadzony był z wielką sztuką orzeł biały, jako herb Rzeczypospolitej; na piersiach miał lilie87 francuskie. Gdy się król zbliżał, ów orzeł roztworzył skrzydła, jakby chciał lecieć na powitanie miłościwego pana. Pod orłem znajdowały się wiersze łacińskie następującej treści:

Nasz Orle, ty wróżb rodzicielu w królestwie powietrznych skrzydlaczów.

Kwitnące na sercu twym dziś co wróżą Lilie te nam?

To wróżą, iż nasza Sarmacja pod królem Henrykiem zakwitnie!

Niemal tuż za baldachimem jechało pięciu braci Zborowskich: Piotr, Jan, Andrzej, Krzysztof i Samuel. Posłowie francuscy mieli aż nadto sposobności, by zmiarkować, kto był podczas elekcji za Henrykiem, a kto przeciw. Powiadomili też młodego księcia, jeszcze zanim z Paryża wyjechał, że silnej partii Zborowskich zawdzięcza na pewne koronę. Gdyby ten ród potężny ze swymi posłusznymi stronnikami chciał osadzić na tronie innego księcia, niezawodnie by tego dokazał.

Król był młody, lecz roztropny: umiał sobie ludzi jednać miłym obejściem; łagodność i uprzejmość jego była niemal przysłowiowa; gdy jeszcze chciał szczerze przywiązać kogo do siebie, łaskawe słowa miodem płynęły z ust jego. Wstępując na ziemię polską powitał Zborowskich niemal serdecznie, mówił z nimi poufale, jak z przyjaciółmi, nie jak z poddanymi. Piotrowi, najstarszemu z braci, dał do zrozumienia, że pragnie ich wszystkich mieć zawsze blisko siebie.

Bokiem ulicy, pomieszani z gwardią gaskońską, jechali dworzanie królewskiego orszaku... Było tam dwóch paziów kasztelańca Samuela, rękodajni wojewodów Piotra i Jana, giermek Andrzeja i pacholik Krzysztofa.

Jędruś Chwalibóg wypatrywał oczy na wspaniałości i bogactwa, których się tu na jeden dzień tyle zebrało, ile przez długie życie człowiek ani nawet we śnie nie zobaczy. Starszy od niego Michał Niemcewicz, ze świty Piotra Zborowskiego, pokpiwał z oszołomionej miny chłopca i droczył się z nim jak z dzieckiem; Jędruś obracał wszystko w śmiech albo odgryzał się, jak mógł.

— Jak ci się zda, Michał, miłościwy pan musi być srodze umęczony dzisiejszym dniem? Takie długie, nudne oracje w Rabsztynie, w Balicach i do Krakowa nim się dostał... ja, gdybym był królem, dawno bym konia wypuścił, aby co najrychlej do izby i do łóżka.

— Ano, pewno; prawda twoja; inoś zabaczył88, że prócz ceregieli z rycerstwem i uprzejmego poglądania na rozwrzeszczany motłoch, musi nasz miłościwy pan jeszcze do katedry.

— Taak? Nie jutro rano?

— Ot, katolik, a dziwuje się. Wszak ci waszemu zabobonowi gwoli, musi poklęknąć tam i sam, to pocałować jaką spróchniałą kość, ówdzie pokłonić się tej pannie.

— Milcz, bezbożniku przeklęty! — syknął paź podsuwając pobladłą od gniewu twarz do dworzanina. — Jeszcze jedno słowo, a nie pytam na nijakiego króla, ino ci łeb rozwalęl

— Ciszej, ciszej, synku... pierwej bym ja tobie gnaty pogruchotał, zanimbyś do mego łba się dobrał. To ci pchła czupurna dopiero! Pożartować z nim nie lza89, od razu kara.

— Dworuj90 sobie ze mnie, ile wola, nic ci za to; ale od Panienki Najświętszej wara!

— No, no, spokój... ludzie na nas patrzą. Kto cię tam wiedział, żeś taki zaciekły papista; mniemałem, że u pana kasztelanica w służbie dawno ci te baje wywietrzały z głowy.

— Znowu zaczynasz?

— No, nie; już nic nie gadam. A nie myśl przypadkiem, wróblu, żeś mnie przestraszył; w dwóch palcach zdusiłbym cię, dlatego mię twoje groźby śmieszą, nie gniewają.

Podjeżdżano pod wawelską górę: minięto most zwodzony, przed schodami katedry Henryk Walezjusz zsiadł z konia. Biskup krakowski w otoczeniu opatów i kanoników przyjął miłościwego pana, powitał go krótką oracją i znów pod baldachimem wprowadzono króla do kościoła. Organy brzmiały hucznie; kaplica św. Stanisława na środku nawy głównej płonęła blaskiem tysiąca świec. Biskup warszawski oczekiwał przy ołtarzu na jego królewską miłość w kapie ze szczerozłotej lamy i infule św. Stanisława. Henryk Walezjusz wszedł za ogrodzenie, przykląkł na stopniu i pocałował relikwie świętego patrona Polski.

— A co, nie mówiłem? — mruknął zjadliwie Niemcewicz.

Po krótkiej modlitwie, bez śpiewu i ostentacji, gdyż król uskarżał się na wielkie zmęczenie, wojewoda Firlej, starosta Bonar i dwaj Zborowscy zaprowadzili go do komnat.

— Najmiłościwszy pan rozkaże zapewne przywołać służbę i raczy się udać natychmiast na spoczynek? — spytał Firlej. Król spojrzał nań i westchnął.

— Nie; nie może to być; małą chwilkę zaczekawszy, muszę się przebrać i z wizytą do infantki. Proszę wysłać podkomorzego, by miłościwą królewnę zapytał, czy zechce mię przyjąć.

— Właściwie... dość czasu byłoby jutro... — nieśmiało doradzał Bonar.

— Nie, to byłoby niegrzecznie. A niegrzecznym być nie umiem i nie chcę.

Samuel Zborowski szepnął Firlejowi na ucho:

— Ja pójdę dać znać jej miłości o królewskich odwiedzinach; rad bym ją widział; zawsze wielce łaskawa dla mnie.

— Idź, wasza miłość, i owszem.

Kasztelanie wymknął się z komnaty, skinął ręką na pazia czekającego w antykamerze91, wyszli na korytarz.

— Biegaj mi w te pędy na pokoje miłościwej królewny i ślij pazia do niej, zali raczy mnie przyjąć natychmiast w sprawie niezmiernej wagi. No, jeszcześ tu?

Jędruś chciał odpowiedzieć, że nie wie, gdzie mieszkanie jej miłości, ale przyznać się, że czegoś nie rozumie, że sobie nie umie dać rady, byłoby wstydem dla porządnego pazia. Kopnął się więc prosto przed siebie, aż biały kurz wzbił się za nim z podłogi. Pierwszego dworzanina, na którego się natknął, spytał o drogę i już biegł dalej, jakby u siebie w domu. W kilka minut wracał naprzeciw swego pana.

— Miłościwa królewna uprzejmie oczekuje waszej wielmożności.

— Idź przodem. Zaczekasz u drzwi.

Bytność pana Samuela ograniczyła się tylko na ucałowaniu ręki królewny i oznajmieniu jej wizyty najjaśniejszego pana; za to Jędruś obrzucił komnatę ciekawym wzrokiem i uśmiechnął się.

Na ławie pod oknem siedziało czarnowłose dziewczątko z głębokimi jak noc oczyma, z dziecinną, wesołą buzią.

Spojrzeli na siebie.

Dziewczyna zesunęła się z ławki bez szmeru i popod ścianą, na paluszkach, zbliżyła się do drzwi.

— Jędruś...

— Krysia... — wyszeptali jednocześnie.

— Gdybym nie wiedział, żeś to ty, nigdy bym cię nie poznał... takeś urosła.

— Co? Naprawdę? Ogromnam?

— Niczym wielkolud; ażem się zaląkł.

— Proszę bardzo, nie dworuj sobie ze mnie... już kończę dziewięć lat!

— A ja skończyłem piętnaście.

— Przyjdziesz tu jeszcze?

— Pewno nie, ale i tak się zobaczymy w tych dniach. Ja cię będę upatrował między pannami jej miłości, a ty zapamiętaj barwę Zborowskich, to mię zawdy znajdziesz wpośród dworzan. Kukłami bawisz się jeszcze?

— A jakże, mam ich ze trzydzieści, a strojne!... Jako życie nie będę miała takich aksamitowych sukienek ani takich złotych przepasek jak one.

— Będziesz mieć szaty ze złotogłowiu, a pasy diamentami sadzone...

— To dopiero! Jakimże cudem?

— Nijakim. Ino gdy dorosnę, pójdę na wojnę, łupu do dom przyniosę drogocennego pełne skrzynie.

— Daj ci Boże... ale cóż mi z tego przyjdzie?

— Co? Ożenię się z tobą i wszelakimi dobrociami cię obsypię. Ino czy mnie będziesz chciała?

— Nie mam ani braciszka, ani siostrzyczki; biednam sierotka.

— Alem cię okrutnie upodobał...

— I ja ciebie.

— Uciekaj... uciekaj... coby nas nie połajano.

Zborowski opuścił komnatę. Krysia schowała się w ciemny kącik za ławę. Dwaj śliczni paziowie stanęli po dwóch stronach rozwartych podwoi; marszałek dworu raz jeszcze oznajmił najjaśniejszego pana, król Henryk wszedł do komnaty.

Strojny był francuską modą w aksamitny, kusy ubiór z szeroką dokoła szyi krezą, z bufiastymi rękawami, ściągniętymi trzykrotnie złotą wstęgą i zakończonymi cieniutką koronką, opadającą na alabastrowobiałe, wypieszczone rączki. Ciemnopopielate, jedwabne trykoty przylegały do nóg jak oklejone. Safianowe trzewiki dopełniały ubioru. Lewą ręką przytrzymywał brylantami sadzoną rękojeść szpady, prawą uchylał płaskiego beretu, kłaniając się z wykwintnym wdziękiem królewnie.

Henryk Walezjusz, nie znający innych języków prócz francuskiego, pewny był, że mu przyjdzie posługiwać się tłumaczem; jednak nie darmo Anna Jagiellonka była córką niewiasty słynnej z uczoności92; powitała króla swobodnie w jego ojczystej mowie, dziękując zarazem za wielką łaskę, jaką jej swym przybyciem okazał.

— Nie zaznałbym spokoju ni zadowolenia, pókibym nie spełnił najmilszego sercu obowiązku poznania najdostojniejszej infantki — odpowiedział z nowym ukłonem.

Anna zarumieniła się aż po czoło i wskazała wysokie krzesło z oparciem.

— Jakoż się powiodła droga waszej królewskiej miłości? — spytała.

— Najpomyślniej i najdogodniej; a naród polski, począwszy od sfer najwyższych (nowy ukłon i wymowne spojrzenie) aż do pospólstwa ulicznego jest najsympatyczniejszym narodem w Europie. Serce moje oddaję Polakom bez podziału.

Oczy królewny zajaśniały jakby odblaskiem dawnej, uroczej młodości.

— Lecz co widzę?... Najmiłościwsza infantka w żałobnej szacie93? Toż nie smutek nas czeka, śmiem tuszyć, ino pogodne dni po frasobliwych nastaną. Wysłuchajcie pierwszej prośby swego sługi, a da Bóg, w przyszłości najbliższej przyjaciela, i przystrójcie się jasno, barwno, jako jasnej i słonecznej doli mi życzycie. A może się mylę?

— Najmiłościwszy panie, od jutra nie ujrzycie mnie już w czerni, rada przyrzekam.

Król powstał.

— Gdyby nie późna godzina, przykrzyłbym się waszej miłości dłużej; odkładam do jutra i najbliższych dni uciechę niewymowną przebywania z wami jak najczęściej.

Ucałował ręce infantki, złożył ukłon na dwa zawody, pierwsza wizyta się skończyła.

— Pibrac!

— Słucham, najmiłościwszy paniel

— I cóż? Niepotrzebniem cię wodził ze sobą, polska królewna pięknie się wyraża w naszej mowie, obeszło się bez tłumacza.

— Jeszcze się stokrotnie przydam najjaśniejszemu panu.

Król ziewnął.

— Pibrac!

— Słucham, najmiłościwszy panie!

— Przywołaj pokojowca, niech mnie rozbiera, sam nie odchodź. A propos94... Pibrac!

— Słucham, najmiłościwszy panie!

— Infantka?

— Infantka?

— Tkwiłeś przecież w komnacie jak tyka...

— Tkwiłem, najjaśniejszy panie...

— No, więc?

— Nie wiem, o co raczycie pytać.

— Proszę cię, nie udawaj! Infantka?

— Bardzo... bardzo niemłoda, miłościwy panie.

— Tak i mnie się zdaje. Dobranoc ci, Pibrac!

— Najlepszej nocy śmiem życzyć miłościwemu panu!

*

Dnia 21 lutego przed południem miała się odbywać koronacja. Całe prezbiterium katedralne, zamknięte dla publiczności, przeznaczone było na pomieszczenie wysokiego duchowieństwa, senatu Rzeczypospolitej i posłów państw zaprzyjaźnionych z Polską.

W górnych stallach, na ławie najbliżej ołtarza, siedziała Anna Jagiellonka; po jej lewej ręce i dalej zajęły miejsca wojewodziny, kasztelanowe i innych dostojników żony. W przeciwległych stallach najstarsi z duchowieństwa, na krzesłach w pośrodku prezbiterium mieli zasiąść posłowie.

Dworzanie królewscy i inni tłoczyli się od strony zakrystii przy małych, okratowanych drzwiach przeznaczonych na przejście dla księży i tuż obok, przy sarkofagu Władysława Łokietka, ponad którym zajrzeć mogli do wnętrza prezbiterium, widzieć wielki ołtarz i wszystkie ciekawe ceremonie.

Z drugiej strony, w prawej nawie, taki sam ścisk, zaglądania przez kratę, szepty, stękania gniecionych w tłoku, falowanie naprzód i wstecz tłumu, w miarę jak ktoś mocniejszy parł w tę lub ową stronę.

W maleńkiej ławeczce na dwie osoby, tuż przy kracie, siedziała Marysia Krupska ze swą najdroższą Krysią. Zdobyła to miejsce wczesnym rankiem, gdyż miłościwa królewna zwolniła ją od posług, domyślając się w dobroci serca, jak pilno było dziewczętom wyszukać sobie kącik wygodny, a przynajmniej dość bliski dla oglądania wspaniałego widowiska.

Około dziesiątej rano głośny szmer, odgłos kroków, z chóru kościelnego zagrzmiały organy potężnymi dźwiękami koronacyjnego marsza; straż honorowa złożona z młodzieńców pierwszych rodzin utrzymywała szpaler; przez wąskie przejście koło kaplicy Sw. Stanisława szedł król. Kroczył z podniesioną głową i lekko zmarszczonymi brwiami. Asystowali mu posłowie francuscy i zagraniczni.

Król, przybrany w kapę biskupią srebrem i perłami szytą, w czapkę aksamitną, dosłownie zasypaną drogimi kamieniami, ukląkł na klęczniku u stóp wielkiego ołtarza i zasłoniwszy twarz rękoma trwał tak podczas całej mszy śpiewanej, którą odprawił biskup krakowski, ksiądz Krasiński.

— Czy wasza miłość nie widzi, że tu już kamień, szczyry mur? — szepnęła zgryźliwie zażywna jakaś niewiasta. — Pcha i pcha, gdzież się umknę? Wżdy na ścianę jak mucha nie polezę? Stójże, wasze, spokojnie, gdy politycznie gadam!

— Ja zaś politycznie odpowiadam, że białogłowy, co wszerz na siągi95 dają się mierzyć, lepiej by doma wczasu zażywały96 miasto97 parkan czynić oczom ludzkim.

— Prostakom też nie miejsce na królewskiej koronacji... — odcięła baba.

— Spokój, spokój! A to co za wrzawy? Cisza ma być jak makiem siał — wdał się w sprzeczkę kościelny doglądający porządku, uderzając halabardą o ziemię.

Umilkli.

W ławeczce przy kracie szeptała Krysia do ucha swej przyjaciółki:

— Maryś... widzisz ty?

— Co takiego?

— A tam... naprzeciwko nas... po drugiej stronie...

— Cóż tam ma być?

— Jakżeż! Jędruś stoi.

— Jaki Jędruś?

— Ee... no, mój Jędruś i dość. Zawołam go.

— Ani mi się waż! Miej rozum... taka duża dziewczyna! Nie słyszałaś, jak kościelny swarzył?

— Ano, to ino ręką na niego kiwnę.

— Nie wolno.

— A czemu? Powiedział, że mnie będzie upatrował. Ot, niech się wstyda, żem go pierwsza zobaczyła.

I zbliżywszy buzię do kraty, wysunęła rączkę przez szczeble i nuż wywijać nią w prawo i w lewo, aż poseł siedmiogrodzki, siedzący najbliżej tych drzwi, spostrzegł jej manewra98 i zamiast patrzeć na księdza biskupa przy ołtarzu, z wielkim uweseleniem poglądał na czarnuszkę.

— Aha... uwidział mnie! — pisnęła, zapominając o strasznej, drewnianej halabardzie.

— Cicho, Krysiu, bo cię wyprowadzę precz... rozumiesz?

Jędrusia jakby ktoś żgnął oszczepem: Krysia nań miga, a tu ciżba, ani w tył, ani naprzód.

— O rany... Paweł... Szymek... poratujcie mnie! — jęknął zamierającym głosem do rękodajnych wojewody Piotra. — Mdli mnie tak, że omal nie padnę.

— A to z czego? — spytali ze współczuciem.

— Jeszczem dziś kruszyny chleba nie miał w gębie... takie coś czarne lata mi przed oczyma...

Chłopcy rozparli się łokciami szepcąc wszystkim otaczającym, że paź kasztelanica krakowskiego zesłabł, i jakoś zrobiło się przejście, wyśliznął się na swobodniejszą przestrzeń. Ale zamiast się kierować ku głównym drzwiom, obszedł wcale szparkim krokiem dokoła bocznych naw, dał nura głową naprzód, między kiereje i jupki... no i wyrósł jak świeczka tuż przy Marysinej ławce.

— O rety... jakżeś się tak snadnie wydobył z tłoku? — szeptała Krysia z uwielbieniem.

Pochylił głowę do jej ucha.

— Omal nie zełgałem przez ciebie — odszepnął. — Powiedziałem, że chleba dziś w gębie nie miałem, że mnie słabość chwyta... Ale o pszennej bułce z kiełbasą, com ją zmachał przed godziną, tom ani pisnął.

— Skłamałeś, skłamałeś, jeszcze się wykręcasz!

— No, to czego palcem kiwasz? Jam jest rycerz bez trwogi, a tyś moja dama. Na twoje skinienie w ogień a w wodę!

— Et... głupstwa pleciesz, ni w pięć, ni w dziewięć. Patrzałbyś lepiej, co oni tak z miłościwym królem wyprawiają.

Właśnie po ite missa est99 odwrócił się ksiądz biskup i opierając się lewą ręką na pastorale, prawą uczynił znak krzyża w powietrzu. Diakonowie zdjęli zeń ornat, a nałożyli złocistą kapę. Za czym powstał z podwyższonego krzesła prymas, arcybiskup gnieźnieński, przywdział bogate liturgiczne szaty, król wszedł na najwyższy stopień i ukląkł przed ołtarzem, gdzie przy wielu uroczystych obrzędach został namaszczony świętymi olejami przez prymasa w asystencji biskupa krakowskiego. W czasie czytania odpowiedniej do ceremonii ewangelii, król trzymał w ręku Szczerbiec100, a po skończeniu dotknął nim lewego ramienia i schował do pochwy. Czterech najstarszych wojewodów trzymało insygnia królewskie, a piąty statut państwa.

Gdy już król miał w ręku berło i jabłko, a wojewoda krakowski podał arcybiskupowi gnieźnieńskiemu koronę, kanclerz wielki koronny spytał donośnym głosem ludu, czy jest jego wolą, by książę francuski, Henryk Walezjusz, był koronowany.

Minuta ciszy... Przez trzy nawy kościelne przeleciał jakby szum wichru, dano umówiony znak tysięcznym zastępom na zamkowym podwórzu i na stokach Wawelu i nagle olbrzymi chór głosów zawołał: „Niech żyje król Henryk!” „Niech żyje nasz pan!”

Po odśpiewaniu przepisanych przy koronacji hymnów, król zasiadł na tronie po prawicy ołtarza, w koronie na głowie, i pasował kilkunastu szlachty na rycerzy.

Mimo gwardii torującej drogę, mimo że odległość z kościoła do komnat królewskich wynosi zaledwie kilkadziesiąt kroków, przeminęła godzina, zanim się miłościwy pan dostał do pałacu.

Rozproszone po całym kościele dworki królewny Anny skupiły się przy końcu nabożeństwa u bocznych drzwi, prowadzących wprost na podwórze pałacowe, bo wiedziały, że jej miłość nie lubi zgiełku ani głośnych powitalnych okrzyków i zazwyczaj tędy krótszą drogą wraca.

Gdy miłościwy pan, dwór jego i senat zmierzali do głównych drzwi, znaczonych cyfrą101 Kazimierza Wielkiego, Anna Jagiellonka, pożegnawszy łaskawie wszystkie panie, ujęła pod rękę rówieśnicę swą i przyjaciółkę, kasztelanową Zborowską, i szepnęła:

— Pójdź wasza miłość do mnie... tyle mamy do pomówienia, tak rzadko się widujemy, stęskniłam się za wami.

— Skwapliwie korzystam z łaski waszej królewskiej miłości — odpowiedziała pani Zborowska pochylając się, by pocałować rękę królewny.

Wyszły do przedsionka, za nimi panny dworskie.

— No, Baśka! Lecisz na mnie; dobrze, com się klamki chwyciła, byłabym runęła jak długa — burknęła Ewunia.

— Cóż ja winna, żem się potknęła?

— Oj, ty... czerwoną kredą zapisać to święto, gdziebyś się nie okaleczyła albo czego nie stłukła.

Marysia wychodziła z kościoła ostatnia ze szczebioczącą Krysią. Nagle dziewczynka wydała jakiś przykry, zdławiony krzyk, chwyciła swą towarzyszkę oburącz za spódnicę i biegnąc co sił, ciągnęła ją za sobą ku pałacowi.

— Co wyrabiasz? Co cię gna? — z gniewem ofuknęła ją Marysia. — Takaś dziś niegrzeczna i nieznośna, jakby cię co urzekło.

— Chodź, chodź, ino prędko, prędko uciekajmy!

Wskoczyły do sieni, na schody, wpadły do swej izdebki; Krysia wyjrzała za drzwi, zawarła je i zasunęła na skobel.

— Powiesz czy nie, co cię za mucha ujadła, szkaradne dziecko?

— O, Maryś, Maryś... ten dziad z Częstochowy... ten bez zęba... ten, co mnie chciał porwać...

— Przyśnił ci się? Czy co takiego?

— Ależ... w kruchcie siedział! A patrzył na mnie, patrzył... o Jezu!

— Widziałaś go naprawdę?

— Oj, widziałam! Już on tu pewno po mnie przyszedł...

— Nie bójże się, bo nie ma czego. Łazi sobie dziadostwo po odpustach, to i do Krakowa zaszedł. Ani mu w głowie było, że cię tu napotka.

— O, nie, Maryś, nie! Szukał mnie póty, aż znalazł. Po cóż by mnie wtedy chciał porywać?

— Kto go tam wie? Może cię chciał żebractwa przyuczyć, a może jakim wędrownym błaznom przedać102...

Marysia kłamała, by ją uspokoić, pewna była bowiem, że stary żebrak natrafił na ślad dziecka i wcale nie bez celu wkręcił się aż na zamek.

Krysia płakała cichutko.

— Czekajże, nie płacz; pobiegnę do pana krajczego, poproszę go, by kazał dziada przytrzymać. Jak posiedzi w ciemnicy o chlebie i wodzie, to wyśpiewa, z czyjego rozkazania szlakuje za tobą. Ostań tu i bądź spokojna.

— Za nic w świecie nie ostanę! Z każdego kąta pogląda na mnie... pod ławą leży... przez okno zaziera... już on mnie chyci, chyci, zobaczysz!

— No, to pójdziemy razem. W komnatach miłościwej pani chyba go nie będzie.

Dowiedziawszy się z opowiadania dziewcząt o pojawieniu się podejrzanego dziada, Kumelski wysłał czterech pachołków, by przeszukali kościół i obie kruchty i zaraz żebraka przyprowadzili. Nie znaleźli go nigdzie, wpadł jak kamień w wodę.

*

Na rynku, naprzeciw wylotu ulicy Brackiej, czyli w miejscu uświęconym wielowiekową tradycją, ustawiono w dniu 23 lutego kilkustopniową trybunę obitą karmazynowym suknem, na niej tron cały pokryty ciężkim jedwabnym adamaszkiem i takiż sam ponad tronem baldachim. Pogoda sprzyjała, niewielki mrozik wysuszył błoto, na bladym, zimowym niebie goniły się z rzadka obłoczki.

Znowu żądne widowiska tłumy zaległy szeroki plac dokoła trybuny i całą ulicę Grodzką, aż pod Wawel.

Z uderzeniem godziny jedenastej orszak królewski zaczął zstępować z góry zamkowej. Ceklarze gęsto ustawieni podwójnym szpalerem, od Wawelu aż po tron na rynku, strzegli porządku.

Jak w dniu wjazdu królewskiego, tak i dziś witano miłościwego pana z niezmiernym zapałem i serdecznością, a on — tak samo jak przed tygodniem albo szczodrzej jeszcze — rzucał ludowi łaskawe uśmiechy.

Stanęli na miejscu, król wstąpił na podwyższenie i zasiadł na tronie. Za czym heroldowie otrąbili na cztery strony świata, że miłościwy pan raczy przyjmować przysięgę wierności wszystkich stanów Rzeczypospolitej.

Wszedł na trybunę arcybiskup gnieźnieński z biskupem krakowskim, warszawskim, lwowskim i wileńskim, pokłonili się nisko i w imieniu całego duchowieństwa polskiego złożyli hołd wierności. Dalej przysięgali wojewodowie wszystkich krajów koronnych. Przedstawiciele rycerstwa uczynili to samo. Po nich przystąpił burmistrz miasta Krakowa, jako głowa miasta, z dwoma rajcami przedstawiającymi stan kupiecki, przykląkł u stóp tronu i powitawszy króla krótką przemową, złożył przysięgę. Następnie skinął ręką, czterej pachołkowie miejscy wnieśli z trudem skrzynię dębową, kunsztownie na rogach i bokach srebrną blachą okutą, i postawili ją przed królem. Henryk zapytał przez tłumacza, co by to miało znaczyć, a burmistrz z uroczystą powagą rozwarł wieko. Okazało się, że wielka skrzynia pełna była pod wierzch naczyń złotych i srebrnych dla użytku stołu królewskiego.

Burmistrz przemówił:

— Jako ten szlachetny kruszec nigdy się nie zmieni w podłą glinę, tak serca mieszkańców Krakowa zawżdy wierne swym królom. Przyjmijcie, miłościwy panie, ten podarunek od starodawnej polskiej stolicy i posługujcie się nim w zdrowiu długie lata.

Król kazał tłumaczowi zapewnić burmistrza o swym wielkim zadowoleniu i podał mu rękę do pocałowania.

Cechy rzemieślnicze wysłały swą starszyznę w deputacji, potem wójtowie, po jednym z każdego województwa, przysięgali na wierność w imieniu ludu wiejskiego, a na samym ostatku wielki rabin miasta Kazimierza, prowadzony dla zgrzybiałego wieku przez dwóch ze starszyzny żydowskiej, stanął przed królem. Żupan miał czarny, atłasowy, na szyi łańcuch złoty z podłużną złotą tabliczką, na której było wyryte dziesięć bożych przykazań. Łysą czaszkę pokrywała okrągła aksamitna czapeczka, biała broda spływała na piersi. Wyciągnął obie ręce ku miłościwemu panu ruchem błogosławiącym i mówił:

— Niech Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, Pan Zastępów, który mocny jest, a ziemia i świat cały prochem pod Jego stopą, niech ten Wszechmocny a Nieskończony trzyma cię w swym ręku jako dziecię umiłowane i przedłuży pasmo dni twoich poza setne lata.

Na rozkaz króla tłumacz dziękował rabinowi za tak dobre życzenia i zapewnił go o wyjątkowej łasce najjaśniejszego pana.

Odeszli.

Henryk Walezjusz spojrzał pytająco na wielkiego ochmistrza i westchnął. Spojrzenie i westchnienie mówiły: „Długoż to jeszcze potrwa?” Ochmistrz skłonił się i oznajmił, że ceremonia hołdu już skończona, ale jest jeszcze pięciu szlachty godnych łaski królewskiej i pasowania na rycerzy.

— Niech się zbliżą — odpowiedział król.

Stawili się wszyscy razem; urodziwi, ogromni, barczyści, jak się to mówi — chłopy na schwał: Jan Załuski, Jakub z Rozwadowa, Pakosz z Grójca, Jacek Wolski i Zbigniew Kamieniecki.

Drobnej budowy i wypieszczonego ciała książątko francuskie wyglądało przy tych olbrzymach jak dziecko.

Król uśmiechnął się mimo woli...

Wielki ochmistrz przywołał jednego po drugim, każdy klękał na poduszce u stóp tronu, a król, wymawiając uroczystą formułę, uderzał go z lekka szpadą po ramieniu i podawał rękę do pocałowania.

Skończyła się i ta pańszczyzna.

Aliści spośród braci Zborowskich wysunął się Andrzej, strojny w złotogłów i drogie kamienie, pokłonił się królowi i złożywszy ręce patrzył prosząco. Był on jednym z niewielu, z którymi Henryk mógł się porozumieć w swym ojczystym języku, a takich naturalnie wyróżniał i lubił.

— Jakże to? Chcesz i ty być pasowanym? — zapytał ze śmiechem. — Po raz drugi? Za mało uznawasz w sobie rycerskości?

— Jeszcze gorzej, najmiłościwszy panie — odparł Zborowski — rycerz ze mnie lada jaki; dałem się pojmać w jasyr i waszą królewską miłość na pomoc wzywam w tej ciężkiej imprezie.

— Tajemnicza mowa; jakoż ją mam tłumaczyć?

— Uczyńcie mi największy zaszczyt, miłościwy panie... dziś rano pojąłem małżonkę, raczcie uświetnić moje wesele waszą najłaskawszą obecnością.

— Jakże to? Prosto z majestatu, w królewskim płaszczu? — wahał się Henryk, ale mu oczy błyskały ochotą.103

— Komuż wolno czynić, co chce, jeśli nie królowi? — szepnął poufnie Andrzej. — Polećcie podkomorzemu płaszcz w opiekę, a sami... toć to kilkanaście kroków, zaraz na rogu... ino rynkiem na przełaj.

— A panna młoda ładna? — spytał król, przymrużając figlarnie jedno oko.

— Pani młoda — poprawił Zborowski — poślubiłem wdowę po Spytku Jordanie.

— Oj... leciwa może? Przyznam ci się — dodał król zniżając głos — że ni panien, ni wdów podeszłych rad nie oglądam.

— Moja małżonka młoda jest, miłościwy królu; a urodą własną szczodrze by trzy dziewki obdzieliła i jeszcze by dla samej sporo zostało.

— Kiedy się tak bucisz104 niczym paw, to chyba pojadę sprawdzić, zaliś105 nie skłamał.

Podano królowi konia, ród Zborowskich i inni goście pospieszyli za nim. W kamienicy narożnej przy ulicy Floriańskiej i rynku, zwanej Pod Murzynami, odbyło się wesele. Dwudziestotrzyletni król tańczył do upadłego przez całą noc. A że i miodem polskim nie pomiatało gardło francuskie, tedy nad ranem... nie konno, a w lektyce najjaśniejszy pan powrócił na zamek.