I.
Dla Sherlocka Holmesa była ona zawsze „Kobietą”. Rzadko słyszałem, by wspominał o niej w jakikolwiek inny sposób. W jego oczach przyćmiła i zdominowała wszystkie inne przedstawicielki swojej płci. Nie znaczy to, że darzył Irene Adler jakimś uczuciem zbliżonym do miłości. Wszystkie emocje, a ta jedna szczególnie, były odrażające dla jego zimnego, precyzyjnego, ale wspaniale zrównoważonego umysłu. Był, jak sądzę, najdoskonalszą maszyną rozumującą i obserwującą, jaką widział świat; ale jako kochanek postawiłby się w fałszywej roli. Nigdy nie mówił o łagodniejszych uczuciach, chyba że z kpiną i szyderstwem. Mogą one urzekać obserwatora — doskonale służą temu, by demaskować ludzkie motywy i działania. Ale dla kogoś operującego wyszkolonym rozumem dopuścić, by doszło do takiej ingerencji w jego własny, subtelny i precyzyjnie wyregulowany temperament, oznaczałoby wprowadzenie czynnika rozpraszającego, który mógł podać w wątpliwość wszystkie jego kombinacje umysłowe. Ziarnko piasku w czułym instrumencie lub pęknięcie w jednej z jego soczewek o dużej mocy nie byłyby bardziej niepokojące niż silne emocje dla natury takiej jak jego. A jednak w jego życiu istniała jedna kobieta, a tą kobietą była Irene Adler, zdecydowanie nieświętej pamięci.
Niedawno ożeniłem się i z tego powodu w ostatnich czasach przestałem widywać się z moim starym przyjacielem, Sherlockiem Holmesem. Domowe szczęście i prywatne interesy wypełniały mi całkowicie czas, jak to się zawsze zdarza, kiedy ktoś przechodzi zwrotny punkt w życiu i zakłada własne ognisko domowe. Sherlock Holmes tymczasem, nienawidząc każdej formy życia społecznego całą swoją cygańską duszą, pozostał w naszym mieszkaniu na Baker Street, zagrzebany w swoich książkach, co tydzień odmieniając używkę i przechodząc od kokainy do ambicji, usypiając sztucznie swe nerwy za pomocą pierwszego z tych środków, a drugim pobudzając je znów do energicznej akcji. Pracował też wciąż nad swoim studium przeróżnych zbrodni i typów zbrodniarzy, poświęcając ustawicznie swe pierwszorzędne zdolności, wrodzony dar bystrej obserwacji na zdobycie kluczy do różnych tajemnic, o odkrycie których daremnie się kusiła policja. Od czasu do czasu i do mojego zacisza docierały echa jego niestrudzonej działalności — wieści o wezwaniu do Odessy w sprawie morderstwa Trepowa, o wyjaśnieniu niezwykłej tragedii braci Atkinson w Trincomalee i wreszcie o misji, którą tak delikatnie i skutecznie wypełnił dla panującej rodziny holenderskiej. Poza tym jednak w owym czasie nie wiedziałem o mym dawnym przyjacielu i towarzyszu nic więcej nad to, o czym dowiadywali się wszyscy czytelnicy gazet.
Pewnego wieczoru — było to 20 marca 1898 roku — wypadło mi w drodze powrotnej z konsultacji (zajmowałem się bowiem znowu prywatną praktyką zawodową) przechodzić przez Baker Street. Kiedy zbliżyłem się do drzwi tak dobrze znanego mi domu, który kojarzył mi się z moimi zalotami i mrocznymi wydarzeniami opisanymi w Studium w szkarłacie, ogarnęła mnie nieprzeparta chęć, by odwiedzić Holmesa i dowiedzieć się, jakiej znów tajemniczej czy zagmatwanej historii oddaje w tej chwili swoje siły. Jego mieszkanie było rzęsiście oświetlone, a na szybach okna dostrzegłem kilka razy cień jego wysokiej, chudej postaci. Z głową opuszczoną na piersi, założywszy ręce z tyłu, przebiegał pokoje szybkim, nerwowym krokiem w głębokim zamyśleniu. Zbyt dobrze znałem jego przyzwyczajenia i nastroje, by od razu nie domyślić się, że mózg jego zaciekle nad czymś w tej chwili pracował. Widocznie wyrwał się z wypoczynku, jaki sztucznymi sposobami dał swoim nerwom, i śledził znowu jakąś zagadkę. Pociągnąłem za dzwonek i za moment znalazłem się znów w tym samym pokoju, który z nim niegdyś dzieliłem.
Sposobu, w jaki przyjął mnie Sherlock, nie można właściwie nazwać zbyt serdecznym, a jednak poznałem od razu, że ucieszył się z mego przybycia. Rzadko zresztą okazywał swe uczucia. Przemówił do mnie zaledwie parę słów, ale uścisnął silnie mą dłoń i z przyjaznym uśmiechem zmusił mnie, bym zasiadł w najwygodniejszym fotelu. Potem postawił obok mnie pudełko z cygarami i wskazał stojącą w rogu pokoju szafkę, w której zawsze było parę butelek dobrego wina i parę flakonów wykwintnych likierów, a stanąwszy wreszcie przed ogniem, który palił się na kominku, począł mi się badawczo przyglądać.
— Małżeństwo ci służy, Watsonie — rzekł po chwili — zdaje mi się, że musiałeś zyskać na wadze, tak z półósma1 funta2, odkąd cię ostatnio widziałem.
— Przybyło mi siedem funtów — odparłem.
— Istotnie? Zdawało mi się, że trochę więcej, tylko odrobinę zresztą. I praktykujesz znów, jak widzę? Nie wspominałeś mi wcale, że masz zamiar znowu wejść w jarzmo.
— Skądże wiesz o tym?
— Patrzę na ciebie i wyciągam wnioski. Wiem także, iż niedawno chodziłeś po mieście podczas wielkiej słoty i że masz bardzo niedbałą i leniwą służącą.
— Mój kochany Holmesie — rzekłem — przestań już, proszę cię. Gdybyś żył o parę stuleci przedtem, spalonoby cię na stosie. Istotnie zeszłego czwartku odbyłem wycieczkę na wieś podczas okropnej słoty i wróciłem do domu cały zmoczony i zabłocony. Nie wyobrażam sobie jednak, jakim sposobem możesz o tym wiedzieć, bo natychmiast zmieniłem ubranie. A co do Mary Jane, to jest ona istotnie bardzo niedbała, moja żona wymówiła jej już nawet służbę, ale skąd do licha możesz o tym wiedzieć?
Sherlock zaśmiał się cicho i zatarł z zadowoleniem swe nerwowe, wąskie dłonie.
— Przecież to takie proste! — rzekł. — Widzę doskonale, że na wewnętrznej stronie twego lewego trzewika, która właśnie wystawiona jest ku światłu w tej chwili, skóra jest sześć razy w jednym miejscu nad podeszwą nacięta. Mógł to zrobić tylko ktoś, kto bardzo nieuważnie zeskrobywał błoto jakimś ostrym narzędziem z brzegów podeszwy. I stąd mój podwójny wniosek: że musiałeś się bardzo zabłocić, wychodząc w niepogodę, i że masz obecnie w służbie szczególnie niedbały i niezręczny okaz londyńskiej pokojówki. Co zaś do twojej praktyki, to doprawdy musiałbym mieć bardzo słabą głowę, gdybym w jegomości pachnącym jodoformem, mającym plamkę od azotanu srebra na palcu wskazującym prawej ręki oraz wybrzuszenie na boku cylindra pokazujące, gdzie schował stetoskop, nie poznał od razu praktykującego lekarza!
Uśmiechnąłem się, słysząc te słowa, będące popisem zdumiewającej szybkości i swobody wnioskowania.
— Skoro słyszę, jak rozumujesz — rzekłem — wydaje mi się to bardzo proste i sądzę, że i ja potrafiłbym to czynić. A jednak dowody twej bystrej obserwacji wprawiają mnie zawsze w zdumienie, kiedy je tak rozwijasz przede mną. A przecież mam wzrok równie dobry, jak ty!
— Tak! — rzekł, zapalając papierosa, po czym siadł na fotelu. — Widzisz dobrze, ale nie obserwujesz. Różnica jest jasna. Widziałeś zapewne na przykład wiele razy kamienne schody, które prowadzą od progu domu aż do tego pokoju?
— O tak! Bardzo wiele razy!
— Ile? Powiedz liczbę.
— No, myślę, że widziałem je kilkaset razy z pewnością!
— Zatem będziesz mi mógł zapewne powiedzieć: ile mają stopni?
— Ile stopni? Nie mam pojęcia ile!
— Widzisz więc, że patrzyłeś na nie, ale nie obserwowałeś ich. A ja wiem zupełnie dokładnie, że jest tych stopni siedemnaście, bo patrząc, policzyłem je: uczyniłem na nich obserwację. Ale à propos. Wiem, że interesowały cię zawsze moje różne kryminalistyczne awantury i zdarzenia, opisałeś nawet niektóre z nich, więc przypuszczam, że prawdopodobnie zajmie cię i to! — Z tymi słowy podał mi arkusik różowego, grubego, listowego papieru leżący na stole. — Odebrałem to właśnie ostatnią pocztą, przeczytaj!
List, który mi podał, nie miał ani podpisu, ani też daty, a brzmiał następująco:
„Pewien pan, który pragnie pomówić z panem Holmesem w bardzo ważnej sprawie, odwiedzi Go dzisiaj o trzy kwadranse na ósmą3. Usługi, jakie pan Sherlock Holmes oddał niedawno jednemu z europejskich panujących domów starczą mi za dowód, że można Mu powierzyć sprawy największej wagi i dyskrecji. Takie sprawozdanie otrzymaliśmy ze wszystkich stron. Proszę więc Pana Holmesa, by zechciał być w domu o powyżej wskazanej godzinie i by nie brał za złe swemu zapowiedzianemu gościowi, że przybędzie on w masce na twarzy”.
— Za tym kryje się jakaś tajemnica! — zauważyłem. — Czyś już coś odkrył?
— Jeszcze nie mam żadnych danych. A sądzę, że wielkim błędem jest teoretyzować, zanim się ustali dane. Nieświadomie zaczyna się przekręcać fakty, aby pasowały do teorii, zamiast budować teorię na podstawie faktów. Ale cóż myślisz o samym liście?
Przyjrzałem się dokładnie pismu i papierowi.
— Zdaje mi się, że ten, kto to pisał, jest człowiekiem żyjącym w dostatku — rzekłem, usiłując naśladować sposób wnioskowania mego przyjaciela. — Użyty papier kosztował nie mniej niż pół korony za paczkę, jest szczególny, bardzo gruby i sztywny.
— Szczególny to dobre słowo — rzekł Holmes — w każdym razie nie został wyprodukowany w Anglii. Spojrzyj nań pod światło.
Tak też zrobiłem i zobaczyłem na papierze znaki wodne; duże E z małym g, P i duże G z małym t wplecione w fakturę papieru.
— No? Cóż sądzisz o tym? — pytał Sherlock.
— To bez wątpienia nazwa fabrykanta, a raczej jego monogram.
— Nic podobnego. G z małym t oznacza „Gesellschaft”, czyli „spółka” po niemiecku. To zwyczajowa forma skrócona, podobnie jak nasze „Co”. P oczywiście oznacza „Papier”. Teraz co do liter Eg. Rzućmy okiem do słownika geograficznego.
Zdjął z półki ciężki tom w brązowej oprawie.
— Eglow, Eglonitz... mamy to: Egria4. Miejscowość w niemieckojęzycznym kraju, Bohemii5, niedaleko Karlsbadu6, „sławna jako miejsce śmierci Wallensteina7, a także z powodu licznych hut szkła i papierni”. Ha, ha, mój drogi, co o tym myślisz?
Zaśmiał się, oczy mu błysły i wypuścił triumfalnie wielki, błękitny kłąb dymu z papierosa.
— Papier został wyprodukowany w Bohemii — powiedziałem.
— Dokładnie. A list ten pisał Niemiec. Czy zauważyłeś osobliwą konstrukcję zdania: „Takie sprawozdanie otrzymaliśmy ze wszystkich stron”? Francuz ani Rosjanin nigdy by nie napisał w ten sposób, tylko Niemcy potrafią być tak mało uprzejmi w stosunku do czasowników. Pozostaje więc tylko wyjaśnić, czego chce ten Niemiec, który pisze na papierze czeskim i woli nosić maskę niż pokazywać twarz. I jeżeli się nie mylę, właśnie nadchodzi, aby rozwiać wszystkie nasze wątpliwości.
Gdy domawiał tych słów, z ulicy istotnie doleciał moich uszu odgłos uderzeń końskich kopyt o bruk i turkot kół przed domem, po czym energicznie zadzwoniono do drzwi.
Holmes gwizdnął z cicha.
— Para, sądząc po dźwięku — rzekł i wyjrzał za okno. — Tak — kontynuował. — Ładny kryty powóz i para pięknych koni, każdy wart najmniej sto pięćdziesiąt gwinei. W tej sprawie są pieniądze, Watsonie, jeśli nie ma jeszcze czegoś więcej.
— Myślę, że najlepiej uczynię, jeśli już pójdę, Holmesie — rzekłem.
— Nawet o tym nie myśl, doktorze. Czułbym się zagubiony bez mojego Boswella8. A zresztą ta historia zapowiada się ciekawie. Szkoda byłoby to przegapić.
— Ale co powie twój klient?
— Z nim nie rób sobie żadnych skrupułów. Może istotnie obaj będziemy potrzebować twojej pomocy. Już idzie. Siadaj więc na powrót w fotelu i poświęć nam całą swoją uwagę.
Ciężki, powolny krok, który słychać było ze schodów i z korytarza, zatrzymał się nagle przed drzwiami. W tej chwili zapukano silnie.
— Proszę wejść! — rzekł Holmes.
Do pokoju wszedł mężczyzna liczący pewnie sześć stóp i sześć cali wzrostu9, o torsie i członkach herkulesowych. Bogaty jego ubiór zdradzał niewątpliwie zamożność, ale w sposób, który w Anglii postrzegano by jako przejaw braku gustu. Miał na sobie rodzaj krótkiego do kolan paltota, zapinanego dwurzędowo i zdobnego z przodu szmuklerską robotą, którego kołnierz, rękawy, a nawet dolna krawędź zdobna była szerokimi wyłogami karakułowymi. Narzucony na wierzch ciemnoniebieski płaszcz był podszyty jedwabiem o płomienistej barwie i spięty wielkim berylem pod szyją. Ciemne spodnie, wpuszczone w sięgające do połowy łydki cholewy bogato futrem obszytych butów, dopełniały wrażenia barbarzyńskiego przepychu, jaki bił z całego wyglądu przybysza. W ręku miał kapelusz o szerokich kresach, a czarna maska, która okrywała mu górną połowę twarzy, musiała zostać włożona dopiero w ostatniej chwili, bo wchodząc, jeszcze ją poprawiał. Wyglądał spod niej dół twarzy o wysuniętej grubej wardze dolnej oraz długim i prostym podbródku, znamionującym skrajną determinację lub upór.
— Czy pan otrzymał mój list? — zapytał głosem głębokim i ostrym, o wyraźnym niemieckim akcencie. — Uprzedziłem pana o mojej wizycie — mówiąc to, spoglądał na nas kolejno.
— Proszę, niech pan zechce usiąść — rzekł Holmes — oto mój przyjaciel i kolega, doktor Watson, który jest tak łaskaw, że pomaga mi w niektórych trudnych przedsięwzięciach. Z kimże mam zaszczyt...?
— Może mnie pan nazywać hrabią von Kramm... Przypuszczam, że pański przyjaciel jest człowiekiem honoru i na tyle dyskretnym, że mogę mu zawierzyć tajemnicę niezwykłej wagi. W przeciwnym razie wolałbym mieć do czynienia z samym panem Holmesem.
Podniosłem się natychmiast, by opuścić pokój, ale Holmes ujął mnie mocno za rękę i zmusił do zajęcia dawnego miejsca.
— Z nami obydwoma albo z żadnym — oświadczył stanowczym głosem. — Tego, co ma mi pan powiedzieć, może wysłuchać i doktor Watson!
Hrabia wzruszył swymi szerokimi ramionami.
— W takim razie — rzekł — muszę panów obydwu zobowiązać do absolutnej dyskrecji na przeciąg dwóch lat. Później ta sprawa nie będzie już mieć znaczenia, nawet gdyby ujawniło się moje nazwisko. Nie przesadzam jednak ani trochę, twierdząc, że ujawnienie jej w tej chwili mogłoby wywrzeć ogromny wpływ na historię Europy.
— Zobowiązuję się do zupełnej dyskrecji — rzekł Holmes.
— Ja również — dodałem.
— Zechcą panowie wybaczyć, że przywdziałem maskę — mówił dalej dziwny gość Sherlocka — ale wysoko stojąca osobistość, w której imieniu przychodzę z panami traktować, życzyła sobie wyraźnie, by agent jej pozostał panom nieznany. Równocześnie muszę też wyznać, że przedstawiłem się panom pod fałszywym nazwiskiem.
— O tym wiedziałem — rzekł Holmes sucho.
— Okoliczności nakazują najwyższą delikatność w postępowaniu. Chodzi o odwrócenie wielkiego skandalu od pewnego książęcego domu, skandalu, który mógłby dom ten poważnie skompromitować. Trzeba tego uniknąć za wszelką cenę. Sprawa ta, mówiąc otwarcie, dotyczy dynastii książąt Ormstein, dziedzicznych królów Bohemii.
Holmes oparł się wygodnie o poręcze fotelu i przymknął oczy.
— I o tym także już wiedziałem — szepnął.
Z widocznym zdziwieniem przybyły spojrzał na niedbale wyciągniętą postać najzręczniejszego agenta policyjnego w Europie. Holmes leniwie podniósł powieki i popatrzył na swego herkulesowej postawy gościa.
— Gdyby wasza wysokość raczyła opowiedzieć mi sprawę, o jaką chodzi — rzekł z wolna — byłoby mi daleko łatwiej udzielić rady.
Klient Sherlocka zerwał się nagle z krzesła i począł biegać po pokoju szybkim, nerwowym krokiem. Nareszcie gwałtownym ruchem zdarł z twarzy maskę i rzucił ją na ziemię.
— Zgadłeś pan! — zawołał. — Ja jestem księciem Ormstein, dlaczegóż zresztą mam to dłużej ukrywać!
— Istotnie nie widzę powodu — rzekł Holmes spokojnie — przecież wiedziałem o tym, zanim wasza wysokość wyrzekła jedno słowo!
Nasz dziwny gość usiadł znowu i przeciągnął dłonią po czole wysokim i białym.
— Pragnę, byś pan jednak zrozumiał... Powinien pan to zrozumieć, że nie mam zwyczaju zajmować się osobiście takimi sprawami. A przecież nie mogłem tej właśnie powierzać jakiemuś pośrednikowi, bo tym samym oddałbym się najzupełniej w jego ręce! W nadziei, że nie odmówisz mi pan swej rady, przybyłem incognito z Pragi do Londynu!
— Zatem proszę, niech wasza wysokość raczy mówić — rzekł Holmes, przymykając znowu powieki.
— Będę się streszczał; okoliczności sprawy są następujące: przed pięciu laty, bawiąc dłużej w Warszawie, zawarłem znajomość z pewną znaną awanturnicą, Ireną Adler. Imię to nie jest panu prawdopodobnie obce.
— Doktorze, bądź tak dobry i popatrz w moim skorowidzu! — rzekł Holmes, nie otwierając oczu.
Już przed kilku laty zaczął on spisywać systematycznie wszystko, co zasłyszał o różnych osobach i sprawach, tak że trudno byłoby wymienić nazwisko, miejscowość czy zdarzenie, którego by nie miał w „skorowidzu”, jak nazywał swój notatnik, i o którym by nie mógł udzielić bliższych informacji. Tym razem również znalazłem biografię wspomnianej przez księcia kobiety pomiędzy notatką o pewnym hebrajskim rabinie a życiorysem jakiegoś kontradmirała, autora studium o rybach żyjących w głębinach morskich.
— Masz? — zapytał Sherlock. — Dobrze, zobaczmy więc, co o niej wiemy. Hm! Urodzona w New Jersey w roku 1858. Głos altowy. La Scala. Primadonna opery cesarskiej w Warszawie. Aha! Ustąpiła ze sceny! Tak! Mieszka w Londynie, dobrze. Wasza wysokość, jak rozumiem, uwikłał się z tą osobą w pewne stosunki i napisał do niej parę kompromitujących listów, których zwrot byłby teraz bardzo pożądany. Czy tak?
— Tak! Dokładnie tak, ale jakim sposobem?
— Czy miały miejsce tajemne zaślubiny?
— Nie.
— Czy nie ma jakichś umów prawnych albo oficjalnych zobowiązań?
— Nie ma żadnych.
— W takim razie nie rozumiem waszej wysokości. Gdyby ta młoda osoba zapragnęła zużytkować owe listy dla zysku lub w jakimkolwiek innym celu, jakże dowiodłaby ich autentyczności?
— Ależ charakter mego pisma...
— Ba! Fałszerstwo!
— Listy pisane są na specjalnym gatunku papieru, wyrabianym do mego wyłącznego użytku.
— Skradziony!
— A moja pieczątka?
— Może być również podrobiona.
— A moja fotografia?
— Kupiona.
— Ależ... na tej fotografii jesteśmy oboje... razem!
— Ooo, to źle! Wasza wysokość popełnił błąd. To bardzo niedobrze!
— Byłem oszalały pod wpływem zmysłów!
— Wasza wysokość skompromitował się poważnie.
— Byłem wówczas bardzo młody, a przy tym miałem tylko tytuł następcy tronu. Mam dopiero trzydzieści lat.
— Trzeba wydostać koniecznie tę fotografię.
— Dotąd wszelkie usiłowania w tym kierunku były daremne.
— Czy wasza wysokość próbował pieniędzmi trafić do celu?
— Nie chce oddać tej fotografii za żadną cenę!
— Hm! Trzeba ją więc wykraść!
— Podjęto już pięć prób. Dwukrotnie włamywacze, których opłacałem, przetrząsnęli jej mieszkanie, raz przekierowaliśmy jej bagaże w czasie podróży, by je przeszukać, dwa razy sama została zatrzymana. Wszystko bez rezultatu.
— Nie znaleziono żadnego śladu?
— Najmniejszego!
Holmes zaśmiał się.
— A to zabawna historia!
— Dla mnie jest ona bardzo poważna! — rzekł książę karcącym tonem.
— Tak, przyznaję. Czy wiadomo chociaż, co ona z tą fotografią zamierza począć?
— Chce mnie przyprawić o nieszczęście!
— Jakim sposobem?
— Mam zamiar zawrzeć związek małżeński.
— Tak, słyszałem coś o tym.
— Z księżniczką Klotyldą Lothman von Saxe-Meningen, drugą córką króla Skandynawii... zna pan zapewne surowe pojęcie moralności tego dworu, a sama księżniczka to wcielona delikatność. Gdyby więc jakikolwiek cień padł na mnie, plan mój musiałby upaść.
— A Irena Adler?
— Grozi mi. Chce posłać tę fotografię mej narzeczonej! I ona to uczyni, jestem przekonany. Nie zna pan jej duszy ze stali! Ach, jej słodka twarz Madonny bynajmniej nie zdradza, że ma też umysł najbardziej stanowczego mężczyzny! Ale nie ma takiej rzeczy, której by nie uczyniła, by przeszkodzić temu małżeństwu!
— Czy jest rzeczą pewną, że fotografia znajduje się jeszcze w jej ręku?
— Tak, najzupełniej pewną.
— Skąd o tym wasza wysokość wie?
— Przysięgła wysłać ją dopiero w dniu ogłoszenia mych zaręczyn. Uroczystość ta przypada w najbliższy poniedziałek.
— No, mamy zatem jeszcze trzy dni! — rzekł Holmes spokojnie. — To bardzo szczęśliwie się składa, gdyż muszę jeszcze załatwić dwie inne pilne sprawy. Wasza wysokość pozostaje tymczasem w Londynie?
— Tak. Znajdzie mnie pan w hotelu Langham pod nazwiskiem hrabiego von Kramm.
— A zatem tam prześlę mój raport waszej wysokości.
— Bardzo pana o to proszę! Będę go oczekiwał z najwyższym niepokojem!
— Rozumiem. Pozostaje więc jeszcze tylko kwestia pieniężna.
— Och, daję panu carte blanche!
— Całkowicie?
— Dałbym chętnie jeden z mych zamków za tę fotografię!
— A na bieżące wydatki?
Książę dobył z kieszeni gruby portfel i dużą sakiewkę, po czym położył je na stole.
— Tu jest trzy tysiące siedemset funtów szterlingów w złocie i banknotach.
Holmes nakreślił pokwitowanie na kartce swego notatnika, wydarł je i podał księciu.
— A adres mademoiselle? — zapytał.
— Briony Lodge, Serpentine Avenue, St. Johns Wood.
Holmes zanotował.
— Jeszcze jedno pytanie — rzekł. — Czy to była duża fotografia, formatu gabinetowego?
— Tak.
— Dobrze. Mam zatem zaszczyt życzyć waszej wysokości dobrej nocy!
Książę wstał i, skłoniwszy się nam, opuścił pokój.
— Dobranoc i tobie, Watsonie! — rzekł Sherlock do mnie, gdy ucichł już przed domem turkot książęcego ekwipażu. — Byłbym jednak bardzo rad, gdybyś jutro zaszedł do mnie o trzeciej po południu. Chętnie pomówiłbym z tobą o tej sprawie.
Przyrzekłem przybyć o umówionej godzinie i poszedłem do domu.