II.

Nazajutrz stawiłem się na Baker Street punktualnie o trzeciej, ale Holmes jeszcze nie wrócił z miasta. Gospodyni jego opowiedziała mi, że wyszedł z domu przed ósmą rano. Zasiadłem więc przed kominkiem z usilnym postanowieniem doczekania się go. Sprawa księcia zainteresowała mnie mocno, a chociaż nie miała ona tego posępnego i strasznego charakteru, który cechował inne opisane przeze mnie przygody Sherlocka, jednak właśnie ze względu na osobistości, których dotyczyła, była wyjątkowo zajmująca. Zawsze zresztą odczuwałem żywą przyjemność, mogąc obserwować mistrzowski sposób ujmowania każdej sytuacji oraz przenikliwe i śmiałe rozumowanie mego przyjaciela, śledzić subtelne metody, za pomocą których rozwikływał najbardziej nierozwiązywalne tajemnice. Byłem tak przyzwyczajony do powodzenia towarzyszącego stale wszystkim jego czynom, że myśl o porażce jakiegoś jego planu nawet nie przychodziła mi do głowy.

Tuż przed czwartą drzwi otwarły się i w progu stanął jakiś stajenny, dosyć obdarty i niechlujny, a przy tym wyglądający na podpitego, z rozwichrzoną czupryną, jasnymi bokobrodami i mocno zaczerwienioną gębą. Jakkolwiek doskonale znałem zdumiewającą umiejętność Holmesa do przedzierzgania się w różne postaci za pomocą przebrania, nie byłem jednak pewny, czy to jego mam przed sobą, dopóki nie skinął mi lekko głową, po czym znikł w drzwiach przyległej sypialni. Za pięć minut powrócił ubrany jak zwykle, bez zarzutu, w tweedowy garnitur i włożywszy ręce głęboko w kieszenie, rzucił się na fotel stojący przed kominkiem, zanosząc się ze śmiechu.

— Wybornie! — zakrzyknął, potem zakrztusił się i znów się śmiał, aż w końcu opadł na krzesło obezwładniony.

— Cóż takiego? — spytałem.

— Udało się doskonale! Ręczę, że nie zgadniesz, czym zajmowałem się dziś i jak zakończyłem mój dzień!

— Nie mam pojęcia. Zapewne śledziłeś Irenę Adler? Obserwowałeś urządzenie jej domu i jej zwyczaje?

— Naturalnie, ale przebieg zdarzeń był dość niezwykły! Pozwól, że ci to opowiem. Opuściłem dziś rano mieszkanie jako stajenny szukający pracy. Powiadam ci, wśród służby stajennej panuje ogromne koleżeństwo i solidarność iście wolnomularska. Skoro tylko należysz do ich cechu, możesz dowiedzieć się wszystkiego, czego zechcesz! Toteż bardzo prędko odszukałem Briony Lodge. Jest to dwupiętrowa willa, pieścidełko prawdziwe, z ogrodem na tyłach, przytykająca frontem wprost do ulicy. W drzwiach zamek firmy Chubb. Na dole z prawej strony znajduje się obszerny i pięknie umeblowany pokój mieszkalny, z ogromnymi, prawie do podłogi sięgającymi oknami, zamykanymi na te niedorzeczne angielskie zasuwy, które każde dziecko potrafi otworzyć. Zresztą nie ma tam nic godnego uwagi, chyba to jedno, że do okna nad drzwiami można się dostać z dachu przyległego budynku wozowni. Obszedłem willę dookoła i dokładnie obejrzałem z każdej strony, ale nie zauważyłem więcej niczego interesującego. Zapuściłem się w głąb i znalazłem stajnię w uliczce przytykającej do muru ogrodowego. Pomogłem tam stajennym w czyszczeniu koni, a w zamian otrzymałem dwa pensy, szklankę piwa, tytoniu na dwa nabicia fajki i ile tylko mogłem zapragnąć informacji o pannie Adler, nie wspominając naturalnie o tuzinie innych osób z sąsiedztwa, które nic a nic mnie nie obchodzą, a których biografii byłem zmuszony przy tym wysłuchać.

— No, a Irena Adler? — spytałem.

— O, ta zawróciła głowę wszystkim mężczyznom tej dzielnicy! Jest to najpiękniejsze stworzenie na świecie: co do tego cała stajnia przy Serpentine Avenue jest jednego zdania. Żyje jednak dosyć samotnie, śpiewa od czasu do czasu na różnych koncertach, co dzień o piątej wyjeżdża na spacer, a o siódmej wraca na obiad. O innych porach rzadko wychodzi z domu. Przyjmuje u siebie tylko jednego mężczyznę, uderzającej piękności bruneta. Przyjeżdża on do niej raz lub dwa razy dziennie i nazywa się pan Godfroy Norton z dzielnicy Temple. Widzisz, jak to dobrze mieć znajomości ze stangretami. Moi koledzy odwozili go do domu niejednokrotnie i wiedzą o nim wszystko, co potrzeba. Skoro tylko przestali gadać, zacząłem sobie spacerować w pobliżu i ułożyłem już plan kampanii.

Ten pan Norton jest w całej sprawie nie bez znaczenia. Jest on na nieszczęście prawnikiem. Jakie stosunki łączą go z Ireną Adler i jaki ma powód do częstych swoich odwiedzin u niej? Czy Irena jest jego klientką, przyjaciółką czy kochanką? Oto najważniejsze pytania, jakie sobie postawiłem. Gdyby była jego klientką, oddałaby mu bez wątpienia fotografię do przechowania. Gdyby była kochanką, no! mniej bym się tego obawiał. W każdym razie od odpowiedzi na te pytania zależało, czy mam czynić poszukiwania w mieszkaniu damy, czy też jej przyjaciela. Odpowiedź była trudna i cała sprawa zacinała się na tym punkcie. Lękam się, że te szczegóły znudzą cię, Watsonie, ale bez nich niepodobna zrozumieć sytuacji.

— Słucham cię z całą uwagą — odparłem.

— Otóż biedziłem się jeszcze z tymi wątpliwościami, kiedy zaturkotała dorożka i zatrzymała się przed domem. Wyskoczył z niej uderzająco piękny mężczyzna z orlim nosem i starannie utrzymaną brodą. Był to bez wątpienia ów gość właścicielki willi, którego mi opisywano. Widocznie mu się śpieszyło. Kazał stangretowi czekać na siebie i wpadł w głąb domu, mijając pokojówkę, która mu drzwi otwarła jak komuś z domowników. Bawił w Briony Lodge około pół godziny. Od czasu do czasu widziałem w oknach dolnego pokoju jego postać. Biegał tam i na powrót, gestykulując gwałtownie. Jej widać nie było. Nareszcie ukazał się na progu widocznie bardzo wzburzony. Spojrzał na zegarek i zawołał: „Pędź co koń wyskoczy! Najpierw na Regent Street do Grossa i Hankeya, a potem do kościoła św. Moniki na Edgeware Road! Płacę pół gwinei, jeżeli uwiniesz się w dwadzieścia minut!”

Stangret zaciął konia i powozik pomknął jak strzała. Namyślałem się, czy nie podążyć za nim, kiedy z uliczki od stajni zajechało małe lando przed drzwi willi. Stangret zapinał jeszcze guziki płaszcza, kiedy drzwi otwarły się i wyszła z nich w wielkim pośpiechu Irena Adler. Sama otwarła sobie drzwiczki i wskoczyła do powozu. „Pół suwerena, jeżeli w dwadzieścia minut staniemy przed kościołem św. Moniki!”, zawołała.

Widziałem ją tylko w przelocie, ale rozumiem doskonale, że mężczyźni dla niej szaleją! Swoją drogą, trzeba było korzystać z okazji. Na szczęście znalazłem dorożkę i kazałem się wieźć jak najszybciej do owego kościoła. Stangret wprawdzie zmierzył mnie dość pogardliwym wzrokiem, kiedy wsiadałem, ale i ja zawołałem jak oni: „Pół suwerena, jeżeli za dwadzieścia minut będziemy przed kościołem św. Moniki!” Było wówczas dwadzieścia pięć minut do dwunastej. Kiedy przybyłem przed kościół, zastałem tam już ekwipaże obojga moich poprzedników. Z koni buchał opar. Zapłaciwszy, wszedłem szybko do środka. Oprócz panny Adler i Nortona, był tam tylko ksiądz, który mówił do nich coś z miną ogromnie zdumioną. Wszyscy troje stali przed ołtarzem. Powlokłem się boczną nawą ku temu ołtarzowi z miną próżniaka, który wstąpił do kościoła, nie wiedząc, co z czasem zrobić. Ku memu wielkiemu zdziwieniu wszyscy troje zwrócili na mnie oczy, a Godfroy Norton podszedł ku mnie żwawo.

— Dzięki Bogu! — zawołał. — Może zechce nam pan wyświadczyć bardzo ważną przysługę? Proszę za mną! Ale prędko, prędko!

— Cóż to ma być? — zapytałem z głupia frant.

— Chodź pan, na miłość boską! Mamy jeszcze tylko trzy minuty! Jeżeli miną, nim załatwimy tę sprawę, wszystko przepadnie!

I powlókł mnie do ołtarza. Zaledwie tam stanąłem zdumiony, nie pojmując jeszcze, co się tu dzieje, posłyszałem jakieś pytania, na które dawałem odpowiedzi, powtarzając to, co mi podszepnięto do ucha. Przyświadczałem czemuś, o czym nie miałem żadnego pojęcia! Krótko mówiąc, byłem świadkiem ślubu Ireny Adler, panny, z Godfroyem Nortonem, kawalerem. W okamgnieniu cała ceremonia była dokonana i z prawej strony dziękował mi jakiś pan, a z lewej — jakaś dama. Powiadam ci, w życiu nie byłem jeszcze nigdy w tak głupim położeniu i na samo wspomnienie śmiać mi się chce jeszcze! Coś z tym ślubem musiało naturalnie być nie w porządku, a ksiądz widocznie nie chciał go udzielić bez świadka. Gdybym się tam był nie znalazł w samą porę, to oblubieniec musiałby sobie sprowadzać świadka z ulicy. Piękna oblubienica podarowała mi suwerena, którego każę sobie przyczepić do dewizki na pamiątkę tego zdarzenia!

— Ależ to zupełnie nieoczekiwany zwrot! — rzekłem. — Co było dalej?

— Cóż, moje zamiary zdawały się też być w poważnym niebezpieczeństwie. Nowożeńcy mieli taką minę, jak gdyby chcieli natychmiast puścić się w podróż poślubną, musiałem więc zacząć od razu energicznie działać. Ale na progu kościoła rozstali się. On pojechał do Temple, ona do swojej willi. „O piątej jadę, jak zwykle, do parku!”, zawołała do niego, odjeżdżając. Więcej nic już nie słyszałem. No i pojechali, a ja poszedłem dalej, by zająć się swoimi interesami.

— Mianowicie?

— Zjeść kawałek rostbefu na zimno i wypić szklankę piwa! — rzekł, dzwoniąc. — Od rana nie miałem czasu pomyśleć o jedzeniu, a wieczorem będę miał prawdopodobnie dużo do roboty! Chcę cię zresztą prosić o pomoc, doktorze!

— Z przyjemnością!

— Nie będziesz się chyba bał wykroczyć przeciwko literze prawa?

— Nic a nic.

— I nie będziesz się obawiał, gdyby cię zamknięto w kozie w danym wypadku?

— Dla dobra sprawy, bynajmniej.

— O, sprawa jest zupełnie dobra!

— A zatem rozporządzaj mną, proszę!

— Wiedziałem, że mogę liczyć na ciebie!

— Cóż zamyślasz?

— Opowiem ci, skoro tylko moja gospodyni przyniesie mi jedzenie! Wybacz, mój drogi — mówił, zabierając się do spóźnionego śniadania — ale muszę jednocześnie jeść i mówić, zostaje mi bowiem bardzo mało czasu. Za dwie godziny musimy już być na placu naszego działania, bo panna, a raczej już pani Irena o siódmej wraca z przejażdżki. Więc jeżeli chcemy ją zastać, musimy jechać do Briony Lodge.

— A potem?

— Pozostaw to już mnie. Wszystko już obmyśliłem i przygotowałem. Muszę jednak przy jednym obstawać: przy tym mianowicie, żebyś czynnie nie mieszał się do niczego pod żadnym pozorem. Rozumiesz?

— Więc mam pozostać neutralny?

— Najzupełniej. Prawdopodobnie przyjdzie do różnych zawikłań, ale nie kłopocz się o to. Skoro już dostanę się do wnętrza domu, co jest najważniejszą rzeczą, wówczas wszelkie awantury ustaną. W cztery do pięciu minut potem okno dolnego pokoju zostanie otwarte. Otóż ty musisz być w pobliżu tego okna w tej chwili.

— Rozumiem.

— Powinieneś mnie dojrzeć z ulicy w pokoju i nie powinieneś już spuszczać mnie z oka.

— Rozumiem.

— Skoro tylko podniosę rękę do góry, wrzucisz do pokoju przedmiot, który ci dam, i równocześnie zaczniesz krzyczeć: „pali się!”. Czy pojmujesz to wszystko?

— Najzupełniej.

— Nie ma w tym nic niebezpiecznego — rzekł, wydobywając z kieszeni długą kiszkę w formie cygara — jest to zwykła rakieta, taka, jakiej używają robotnicy w kopalniach ołowiu, opatrzona na obu końcach automatycznymi zapalniczkami, które powodują wybuch. Twój okrzyk alarmowy na ulicy rozejdzie się prędko. Pójdziesz wówczas w dół ulicą, a za dziesięć minut ja cię już dopędzę. Spodziewam się, że wyjaśniłem ci wszystko zrozumiale?

— Mam zachować się neutralnie na ulicy, zbliżyć się do okna, dojrzeć ciebie w pokoju i nie spuszczać cię z oka, wrzucić tam na twój znak tę rakietę, krzyczeć „pali się!”, a potem czekać na cię na rogu ulicy?

— Tak, to wszystko!

— Możesz więc na mnie najzupełniej liczyć!

— Dobrze. Zatem czas, bym i ja przygotował się do swej roli!

Udał się do swego sypialnego pokoju i za chwilę wyszedł przebrany za miłego, dostatnio odzianego księdza metodystę. Jego szeroki, czarny kapelusz, obszerne spodnie, siwa peruka, miły, łagodny uśmiech i właściwy metodystom wyraz życzliwej, dobrodusznej ciekawości — składały się na wyborną całość. Holmes zmienił nie tylko ubranie. Przekształcił swoje rysy i sposób obejścia nie do poznania.

Kwadrans po szóstej opuściliśmy Baker Street i za dziesięć siódma znaleźliśmy się na Serpentine Avenue. Zmierzchało się już i zapalano właśnie latarnie. Zaczęliśmy przechadzać się przed willą tam i na powrót, czekając na przybycie właścicielki Briony Lodge. Dom miał wygląd zupełnie odpowiadający wyobrażeniu, jakie sobie utworzyłem o nim z opowieści Holmesa, tylko miejscowość była ludniejsza, niż myślałem. Wydawało mi się nawet, że jest ona zbyt ożywiona jak na tak małą uliczkę. Na jednym rogu gawędziła jakaś gromadka próżniaków, na wprost willi szlifierz ostrzył noże na przewoźnym swym przyrządzie, dalej paru żołnierzy romansowało z jakąś służącą. Kilku młodych, eleganckich ludzi, paląc cygara, spacerowało po chodnikach.

— Widzisz, mój kochany — rzekł Holmes — ten dzisiejszy ślub skomplikował nieco sprawę. Fotografia jest teraz obosiecznym mieczem. Nie sądzę, aby pani Irenie zależało teraz tak bardzo na pokazaniu jej panu Nortonowi, a przynajmniej zależy jej na tym akurat tyle, ile księciu na tym, by tę fotografię mogła podziwiać księżniczka Klotylda. Cała rzecz tylko w tym, gdzie ona ją ukrywa.

— A właśnie!

— Jest rzeczą mało prawdopodobną, by zawsze ją przy sobie nosiła. Fotografia gabinetowego formatu jest stanowczo za duża, aby ją można było ukryć z łatwością w sukni kobiecej. Dlatego myślę, że nie ma jej przy sobie.

— Więc gdzież może tkwić ta fotografia?

— Może u jej bankiera albo u jej adwokata. Obydwie te ewentualności są niezupełnie wykluczone, ale nieprawdopodobne. Bo dlaczegóż miałaby tę fotografię oddawać komuś obcemu do schowania? Na siebie samą mogła liczyć, ale trudno obrachować, czy jakiś człowiek interesu, postronny w dodatku, mógłby się oprzeć wpływowi księcia, jakiemuś może cichemu naciskowi politycznemu? A zresztą książę mówił, że w najbliższych paru dniach ma ona potrzebować tej fotografii, musi ją więc mieć pod ręką teraz. Dlatego sądzę, że jest ukryta gdzieś w jej mieszkaniu.

— Ależ włamywano się tam już przecież dwukrotnie i szukano...

— Ba! Nie umieli po prostu szukać!

— A jakże ty chcesz ją znaleźć?

— Nie będę jej wcale szukał!

— Jak to?

— Ona sama musi mi ją pokazać!

— Tego z pewnością nie będzie chciała uczynić!

— Toteż nie dam jej wcale wolnego wyboru w tej kwestii. Słyszysz powóz? Jedzie! Teraz trzymaj się ściśle mojej instrukcji.

Ukazały się światła latarni powozowych i małe, eleganckie lando zajechało przed willę. Zaledwie powóz stanął, jeden z kręcących się tam gamoniów przyskoczył, by otworzyć drzwiczki i dostać za to napiwek. Ale drugi miał ten sam zamiar i obaj wpadli na siebie. Wszczęła się głośna kłótnia. Obydwaj stojący nieopodal żołnierze zaraz się do niej wmieszali, stając po stronie pierwszego, zaś szlifierz z przeciwka też się w to wtrącił, broniąc drugiego. Przyszło do starcia, a wysiadająca z powozu młoda dama stanęła niespodzianie wśród gromadki ludzi nacierającej na siebie z podniesionymi pięściami i kijami. Holmes rzucił się jej na pomoc, ale zaledwie wpadł między zapaśników, przewrócił się na ziemię z twarzą oblaną krwią od silnego ciosu. Na ten widok bijący się drapnęli na wszystkie strony i tylko paru przyzwoicie ubranych widzów przypatrujących się tej scenie pośpieszyło damie i jej zranionemu obrońcy z pomocą. Irena Adler skoczyła na stopnie podjazdu willi i obróciła się niezdecydowana ku ulicy, przy czym dojrzałem w świetle latarni jej cudowną istotnie i wytworną postać.

— Czy ten biedny pan jest ciężko zraniony? — spytała.

— On nie żyje! — zawołało parę głosów.

— Nie, nie! Jeszcze oddycha! — rzekł jeden z nich. — Ale sądzę, że będzie po nim, zanim uda się go dowieźć do szpitala.

— Mój Boże! Taki dobry człowiek! — rzekła jakaś kobieta. — Gdyby się nie był wmieszał w tę sprawę, byliby tej pani zdarli łańcuszek i zegarek! To znane rzezimieszki! O, jeszcze się rusza!

— Ależ tu go przecież nie można tak zostawić! — zawołał ktoś. — Czy pozwoli pani, byśmy go wnieśli do domu? Niechże chociaż nie umrze na ulicy!

— Naturalnie, umieśćcie go panowie na dole, w pokoju jest wygodna sofa. Proszę za mną! — rzekła Irena.

Z wolna i ostrożnie wniesiono Holmesa do wnętrza domu i złożono na sofie w eleganckim pokoju na dole. Patrząc przez wielkie okno, obserwowałem uważnie to wszystko, tym łatwiej, że zapalono w pokoju światła, a przez pośpiech zapomniano zapuścić w oknach zasłony. Zadawałem sobie pytanie, czy jego fałszywe położenie i ta dziwna gra nie przyczynia mu teraz jakichś wyrzutów sumienia. Co do mnie, uczuwałem pewien wstyd, myśląc, że knujemy podstęp przeciwko tej młodej, czarującej kobiecie, która opiekowała się Sherlockiem z taką troskliwością. Ale pomyślałem, że cofać się teraz jest już za późno i wydobyłem z kieszeni rakietę. Uspokoiła mnie myśl, że przecież jej się nic złego nie stanie i że przeszkodzimy jej tylko w wyrządzeniu krzywdy innej osobie.

Tymczasem Holmes podniósł się i uczynił taki ruch, jakby mu ciężko było oddychać. Służąca, stojąca obok niego, pośpieszyła otworzyć okno. W tej samej chwili dostrzegłem, że podnosi rękę i cisnąłem swoją rakietę do pokoju, krzycząc co sił „Pali się! Ratujcie!”. Krzyk mój powtórzyły w ulicy natychmiast jakieś obce głosy i mnóstwo ludzi zaczęło się zbiegać. Ogromne kłęby dymu buchnęły tymczasem z otwartego okna pokoju. Widziałem w tym dymie sylwetki ludzi biegających tu i ówdzie z krzykiem i usłyszałem wśród gwaru i hałasu głos Holmesa zapewniający, że alarm był fałszywy. Przecisnąłem się więc przez zbity tłum i poszedłem do rogu ulicy. Nie upłynęło jeszcze pięć minut, gdy zjawił się przy mnie Holmes i w milczeniu ujął moje ramię. Skierowaliśmy się ku domowi. Przez parę minut szliśmy, nie mówiąc ani słowa. Czekałem, aż Holmes zacznie. Nareszcie skręciliśmy w spokojną już ulicę Edgeware Road.

— Doskonale wywiązałeś się z zadania, doktorze! — rzekł wreszcie. — Niepodobna było lepiej tego zrobić. No, teraz już wszystko w porządku.

— Masz więc fotografię?

— Jeszcze nie, ale wiem, gdzie jest schowana!

— Jakżeś to wypenetrował?

— Ona sama pokazała mi kryjówkę. Mówiłem ci przecież, że tak będzie!

— Nic nie rozumiem.

— Nie chcę robić z tego żadnej tajemnicy! — rzekł, śmiejąc się. — Cała historia jest bardzo prosta. Zgadujesz zapewne, że całe to zbiegowisko na ulicy było urządzone umyślnie. Wszyscy ci ludzie zostali specjalnie zaangażowani na dzisiejszy wieczór.

— Tak też i myślałem!

— Gdy rozpoczęła się awantura, miałem w ręce trochę wilgotnej, czerwonej farby. Padając, umazałem sobie twarz i wyglądałem naturalnie strasznie. To stara sztuczka.

— Tego domyśliłem się także.

— Wniesiono mnie do domu. Temu nie mogła przeszkodzić. I właśnie złożono mnie w tym pokoju, o który mi chodziło. Pokój ten przytyka do jej sypialni, nic zatem nie mogło ujść mojej uwagi. Kiedy mnie złożono na sofie, udałem, że przychodzę do siebie, tylko duszno mi bardzo. Otwarto więc okno, a wtedy przyszła kolej na ciebie.

— Cóż ci to mogło pomóc?

— O, bardzo wiele. Każda kobieta rzuci się ratować najdroższy swój skarb, skoro tylko usłyszy, że dom jej płonie. Jest to odruch zupełnie naturalny i nieraz już zużytkowałem go na swą korzyść. Kobieta zamężna, matka, ratuje najpierw dziecko, kobieta niezamężna swoje klejnoty. Otóż sądziłem zupełnie słusznie, że dla naszej damy najdroższym skarbem jest wiadoma fotografia. Dałaby wszystko, żeby ją ocalić z płomieni. Alarm pożarowy wypadł znakomicie. Dym i dzikie wrzaski pokonałyby najsilniejsze nerwy. Ona też zareagowała od razu. Fotografia znajduje się w małej ściennej niszy krytej fałszywą ścianą, tuż nad dzwonkiem. Pani Irena rzuciła się tam od razu i przekonałem się nawet, spojrzawszy szybko z boku, że wydobyła stamtąd fotografię. Kiedy zawołałem, że to fałszywy alarm, schowała ją szybko na powrót, obejrzała wraz ze mną rakietę i poszła do sypialni. Potem już jej nie widziałem. Złożywszy stokrotne podziękowania za okazaną mi troskliwość, wyniosłem się czym prędzej. Wahałem się, czy nie chwycić fotografii, ale do pokoju wszedł stangret i nie spuszczał mnie z oka. Uznałem więc za stosowne odłożyć to na później, skoro jakaś drobnostka mogłaby wszystko zepsuć.

— I co teraz? — zapytałem.

— Cóż, teraz to już doprawdy nie ma prawie co robić. Jutro złożę tej pani w towarzystwie księcia wizytę. Jeżeli masz ochotę, możesz nam towarzyszyć. Będziemy przyjęci na dole i pewnie pani Irena każe na siebie czekać. Wątpię tylko, czy kiedy wyjdzie, zastanie nas jeszcze, jak również fotografię. Może książę będzie miał specjalną satysfakcję, mogąc ją własnoręcznie odebrać.

— Kiedyż ta wizyta nastąpi?

— Jutro o ósmej z rana. O tej porze dama jeszcze jest w łóżku i będziemy mieli wolne ręce. Naturalnie musimy być punktualni, bo nie wiadomo, czy małżeństwo nie wprowadziło jakichś zmian w sposobie jej życia i zwyczajach. Natychmiast też uprzedzę księcia.

Podczas rozmowy dotarliśmy do drzwi mieszkania na Baker Street. Sherlock szukał właśnie klucza w kieszeni, kiedy jakiś przechodzień zawołał, mijając go: „Dobranoc panu, panie Holmes!”. Na chodnikach było o tej porze dosyć dużo ludzi, a życzenie to zdawało się pochodzić od jakiegoś owiniętego w fałdzisty płaszcz młodego człowieka, który szybko podążył naprzód.

— Gdzieś już słyszałem ten głos! — rzekł Holmes, patrząc w słabo oświetloną ulicę. — Kto to mógł być, u diabła?!