IV. Opowieść łysego człowieka
Hindus prowadził nas przez brudny, źle oświetlony korytarz. Po chwili stanął przed drzwiami z prawej strony i otworzył je. Strumień żółtego światła padł na nas, a pośrodku tego blasku stał niski mężczyzna o bardzo dużej głowie, okolonej wieńcem rudych, sterczących jak szczecina włosów, spośród których wystawała łysa, świecąca czaszka, niby wierzchołek góry spomiędzy szczytów drzew. Splótłszy dłonie, wykręcał je nerwowo, a twarz jego była w ciągłym ruchu — uśmiechała się, to znów wykrzywiała, nie znając chwili spoczynku. Natura obdarzyła go obwisłą wargą i zbyt widocznym szeregiem żółtych, nierównych zębów, które na próżno usiłował ukryć, przesuwając co chwila dłonią po dolnej części twarzy. Pomimo wyraźnej łysiny robił wrażenie człowieka młodego i rzeczywiście skończył dopiero trzydzieści lat.
— Kłaniam się uniżenie, miss Morstan — powtarzał cienkim, piskliwym głosem. — Kłaniam się uniżenie, panowie! Proszę, niech państwo raczą wejść do mego małego sanktuarium. Nieduże ono, miss Morstan, ale urządzone w moim guście. Oaza sztuki na tej rozpaczliwej pustyni, jaką jest południowy Londyn.
Na widok pokoju, do którego nas tak zapraszał, stanęliśmy zdumieni. W tym ponurym, brudnym domu był on równie nie na miejscu, jak brylant pierwszej wody w mosiężnej oprawie. Ściany pokryte były bogatymi makatami o przepysznych barwach, tu i ówdzie udrapowanymi dokoła wspaniale oprawnego obrazu lub wschodniego wazonu. Podłogę zaścielał kobierzec o barwach żółtej i czarnej, tak miękki i puszysty, że nogi tonęły w nim jak we mchu. Dwie skóry tygrysie rzucone na dywan potęgowały jeszcze wrażenie panującego dokoła wschodniego zbytku. Srebrna lampa w kształcie gołębia zwieszała się na prawie niewidocznym złotym sznurze pośrodku pokoju, a paląc się, roznosiła woń subtelną i aromatyczną.
— Nazywam się Thaddeus Sholto — odezwał się znów mały jegomość, krzywiąc się i uśmiechając. — Pani oczywiście jest miss Morstan, a ci panowie...
— Sherlock Holmes, doktor Watson.
— Doktor, o! — zawołał wzruszony. — Ma pan przy sobie stetoskop? Mogę pana prosić... nie zechciałby pan łaskawie? Mam poważne wątpliwości co do moich zastawek sercowych, o aortę się nie boję, ale rad bym usłyszeć pańskie zdanie o zastawkach.
Przyłożyłem ucho do jego piersi, lecz nie mogłem dosłuchać się niczego, stwierdziłem tylko, że był w istnym paroksyzmie trwogi, bo drżał od stóp do głów.
— Serce jest zupełnie normalne — rzekłem. — Nie ma pan powodu do obaw.
— Pani wybaczy mój niepokój — rzekł, zwracając się do miss Morstan. — Jestem bardzo cierpiący i od dawna miałem podejrzenia co do serca. Szczęśliwy jestem, że są nieuzasadnione. Gdyby ojciec pani, miss Morstan, oszczędzał swoje serce, żyłby jeszcze.
Gotów byłem spoliczkować go, tak mnie oburzyło nielitościwe i brutalne odezwanie się. Miss Morstan usiadła. Twarz jej pokryła się śmiertelną bladością.
— Przeczuwałam, że nie żyje — rzekła zdławionym głosem.
— Mogę udzielić pani wszelkich informacji — podjął — a co więcej, mogę pani wynagrodzić wyrządzoną krzywdę. Mogę i chcę, bez względu na to, co powie mój brat Bartholomeus. Cieszę się bardzo, że pani przyszła z przyjaciółmi, nie tylko z uwagi na to, że pani towarzyszą jako eskorta, ale ponieważ będą świadkami tego, co uczynię i powiem. We trzech możemy śmiało stawić czoło memu bratu Bartholomeusowi. Nie chcę obcych... ani policji, ani urzędników. Możemy wszystko załatwić sami, bez niczyjej pomocy. Nic tak nie rozdrażni mego brata Bartholomeusa, jak rozgłos.
Usiadł na niskim stołku i bladoniebieskimi, małymi oczyma spoglądał na nas badawczo.
— Co do mnie — odezwał się Holmes — może pan być pewny, że cokolwiek pan powie, zachowam dyskrecję.
Skinąłem głową na znak, że również przystaję na ten warunek.
— Dobrze! Bardzo dobrze! — zawołał. — Mogę pani służyć kieliszkiem chianti17? A może pani woli tokaj18? Nie posiadam nic innego. Otworzyć butelkę? Nie?... Pozwoli mi pani zapalić? Jestem trochę zdenerwowany, a palenie bardzo mnie uspakaja.
W rogu na macie stały wielkie nargile19; pan Sholto zapalił je. Siedzieliśmy we troje półkolem, z głowami podanymi naprzód, podbródkiem wspartym na dłoni, a dziwaczny ruchliwy człowieczek o wysokiej, lśniącej czaszce, zajmujący miejsce pośrodku, niespokojnie puszczał kłęby dymu.
— Gdy już postanowiłem wszystko pani powiedzieć — zaczął wreszcie — powinienem był przesłać swój adres, obawiałem się jednak, że pani nie uwzględni mej prośby i przyprowadzi ze sobą jakichś niemiłych ludzi. Dlatego pozwoliłem sobie pokierować sprawę tak, aby mój służący, Williams, najpierw panią zobaczył. Ufam najzupełniej w jego dyskrecję, a miał rozkaz wycofania się, gdyby moje warunki nie zostały przez panią dotrzymane. Przepraszam za tę ostrożność, ale lubię spokój, a nie ma nic gorszego niż policjant. Mam wrodzony wstręt do brutalnego materializmu. Rzadko kiedy stykam się z tłumem. Żyję, jak pani widzi, w atmosferze pewnej elegancji. Uważam się za mecenasa sztuk pięknych. To moja słabostka... Ten pejzaż to oryginalny Corot20, a jakkolwiek znawca zakwestionuje może autentyczność tego Salvatora Rosa21, mój Bouguereau22 za to nie ulega wątpliwości. Jestem wielkim zwolennikiem nowoczesnej szkoły francuskiej.
— Niech mi pan wybaczy, panie Sholto — przerwała miss Morstan — ale przybyłam dlatego, że ma mi pan coś do powiedzenia. Już bardzo późno i chciałabym możliwie ograniczyć swój pobyt tutaj.
— Nawet w najlepszym razie musi nam to zabrać trochę czasu — odparł — bo będziemy musieli pojechać do Norwood do mego brata Bartholomeusa. Pojedziemy wszyscy i zobaczymy, czy mu damy radę. Okropnie jest zły, że postanowiłem postąpić, jak uznałem za słuszne. Pokłóciliśmy się nawet wczoraj wieczór. Nie macie państwo pojęcia, jaki on bywa straszny, gdy wpadnie w złość.
— Jeśli mamy jechać do Norwood, lepiej może zabrać się zaraz — ośmieliłem się zauważyć.
Sholto zaśmiał się serdecznie, aż mu uszy poczerwieniały.
— Ładnie byśmy wyglądali — zawołał. — Nie mam pojęcia, do czego brat Bartholomeus byłby zdolny, gdybym was tak nagle wprowadził. Nie, muszę państwa przygotować do tego spotkania i wyjaśnić wzajemny stosunek. Przede wszystkim uprzedzam, że w całej sprawie są i dla mnie strony zupełnie ciemne. Mogę państwu opowiedzieć tylko wiadome mi fakty.
Ojcem moim był, jak państwo zapewne się domyślają, major John Sholto, który służył niegdyś w armii indyjskiej. Przed jedenastu laty podał się do dymisji, a po powrocie do kraju zamieszkał tu, w Pondicherry Lodge w Upper Norwood. Zrobił majątek w Indiach i przywiózł znaczny kapitał, duży zbiór kosztownych osobliwości i służbę hinduską. Posiadając takie środki, kupił dom i żył otoczony zbytkiem. Brat Bartholomeus, mój bliźniak, i ja byliśmy jego jedynymi dziećmi.
Pamiętam doskonale sensację, jaką wywołało zniknięcie kapitana Morstana. Czytaliśmy skwapliwie wiadomości podawane przez gazety, a wiedząc, że był przyjacielem ojca, rozprawialiśmy z całą swobodą o tym wypadku w jego obecności, on zaś wtórował naszym domysłom i wnioskom. Ani przez chwilę nie przypuszczaliśmy, że ukrywał w głębi duszy tajemnicę, że tylko on jeden wiedział, co się stało z Arturem Morstanem.
Wiedzieliśmy jednak, że jakieś tajemnicze niebezpieczeństwo wisi nad ojcem. Bał się wychodzić sam, a jako stróżów w Pondicherry Lodge zatrudnił dwóch zawodowych bokserów. Jednym był Williams, który was tu dziś przywiózł. To dawny mistrz Anglii w wadze lekkiej. Ojciec nigdy nie chciał nam powiedzieć, czego się właściwie obawiał, ale miał wyraźny wstręt do ludzi z drewnianą protezą zamiast nogi. Pewnego razu strzelił po prostu do człowieka, który miał drewnianą nogę, a był to, jak się później okazało, zwykły handlarz. Musieliśmy zapłacić znaczną sumę, aby zatuszować sprawę. Byliśmy przekonani, że ta obawa to tylko jakieś dziwactwo ojca, lecz on sam wyprowadził nas później z błędu.
Na początku roku 1882 ojciec otrzymał z Indii list, który zrobił na nim niesłychane wrażenie. Otworzywszy go przy śniadaniu, omal nie zemdlał i od dnia tego zaczął coraz bardziej podupadać na zdrowiu. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co zawierał ten list, ale dostrzegłem, że był krótki i pisany niewprawną ręką. Ojciec od wielu lat cierpiał na powiększenie śledziony, a teraz jego stan gwałtownie się pogorszył i pod koniec kwietnia zawiadomiono nas, że dogorywa i że chce nam przed śmiercią coś wyznać.
Gdy weszliśmy do pokoju, siedział podparty poduszkami, oddychając ciężko. Kazał nam zamknąć drzwi na klucz i stanąć po obu stronach łóżka. Następnie, chwyciwszy każdego z nas za rękę, głosem łamiącym się ze wzruszenia i cierpienia uczynił zdumiewające wyznanie. Postaram się powtórzyć jego własne słowa.
„Jedna rzecz tylko — mówił — ciąży mi na sumieniu w tej ostatniej chwili mego życia: sposób, w jaki postąpiłem z sierotą po biednym Morstanie. Pod wpływem przeklętej chciwości, która trawiła mnie całe życie, ukryłem przed nią skarb, który jej się należał przynajmniej w połowie. I sam jednak nie korzystałem z niego, zaślepiony, opętany przez skąpstwo. Uczucie posiadania było mi tak drogie, że nie mogłem znieść podzielenia się skarbem z kimkolwiek. Spójrzcie na ten sznur pereł obok buteleczki z chininą23: nawet z nim nie mogłem się rozstać, chociaż wyjąłem go z myślą posłania sierocie. Synowie moi, dajcie jej znaczną część skarbu z Agry24, ale póki żyję, nie posyłajcie jej nic, nawet tego sznura pereł. Zdarza się, że ludzie bywają śmiertelnie chorzy, jak ja, i powracają pomimo to do zdrowia.
Opowiem wam, w jaki sposób umarł Morstan — ciągnął dalej. — Od wielu lat był chory na serce, lecz ukrywał to przed wszystkimi, ja jeden wiedziałem o jego cierpieniu. Będąc w Indiach, doszliśmy dzięki niezwykłym okolicznościom do zdobycia znacznego majątku, który przywiozłem do Anglii, a Morstan po powrocie do kraju jeszcze tego samego wieczoru zgłosił się do mnie, żądając swej części skarbu. Przyszedł prosto z dworca kolejowego. Wpuścił go mój wierny, stary Lal Chowdar, który dziś już nie żyje. Gdy przyszło do podziału, poróżniliśmy się z Morstanem, wymieniliśmy ostre słowa. Morstan w pasji zerwał się z krzesła i nagle przycisnął dłoń do piersi. Jego twarz pokryła się śmiertelną bladością i padł na wznak, rozcinając głowę o kant skrzynki ze skarbem. Pochyliłem się nad nim i spostrzegłem z przerażeniem, że nie żyje.
Oszołomiony, na pół przytomny, siedziałem czas jakiś, rozmyślając, co począć. Zrazu, naturalnie, chciałem wezwać pomoc, ale szybko uprzytomniłem sobie, iż według wszelkiego prawdopodobieństwa zostanę oskarżony o morderstwo. Śmierć podczas kłótni i rana w głowie wystarczą za dowody obciążające. Podczas urzędowego śledztwa z pewnością wyszłyby na jaw pewne fakty dotyczące skarbu, a niezmiernie mi zależało na utrzymaniu go w tajemnicy. Morstan po przyjściu powiedział mi, że nikt nie wie, gdzie poszedł. Uznałem zatem, że nie ma potrzeby, aby ktokolwiek się o tym dowiedział.
Zajęty tymi myślami, podniosłem wzrok i ujrzałem w drzwiach mego służącego, Lal Chowdara. Wsunął się i zamknął drzwi na klucz. «Niech pan się nie obawia, sahibie — rzekł. — Nikt nie potrzebuje wiedzieć, że pan go zabił. Pochowamy go i kto się wtedy domyśli?» «Ale ja go nie zabiłem» — powiedziałem. Lal Chowdar potrząsnął głową i uśmiechnął się. «Słyszałem wszystko, sahibie — odparł — słyszałem kłótnię, słyszałem odgłos ciosu. Ale moje usta są zamknięte. Wszyscy śpią. Wyniesiemy go razem».
To wystarczyło, żebym się zdecydował. Jeśli własny służący nie uwierzył w moją niewinność, to jakże mogłem się łudzić, że jej dowiodę wobec dwunastu głupich kupców, zasiadających na ławie przysięgłych? Ukryłem tedy zwłoki przy pomocy Lal Chowdara, a w kilka dni później dzienniki pełne były wiadomości o tajemniczym zniknięciu kapitana Morstana. Jak widzicie, w tym przypadku nie można mnie tak bardzo potępiać. Moja wina polega na tym, że ukryliśmy nie tylko zwłoki, ale i skarb, i że... przywłaszczyłem sobie część będącą własnością Morstana... Chcę, abyście wynagrodzili tę krzywdę... Przysuńcie uszy do moich ust... Skarb ukryty został...”
W tej chwili w jego twarzy zaszła straszliwa zmiana: wytrzeszczone oczy spoglądały błędnym wzrokiem, szczęka mu opadła i wrzasnął głosem, którego nie zapomnę do końca życia: „Nie wpuszczajcie go! Na miłość boską, nie dajcie mu wejść!”
Zwróciliśmy się z bratem w kierunku okna, gdzie utkwił obłąkany wzrok, i dostrzegliśmy wyraźnie wynurzającą się z ciemności czyjąś twarz, widzieliśmy nawet, jak zbielał nos, przyciśnięty do szyby. Twarz była okolona gęstym zarostem, malował się na niej wyraz zaciętej nienawiści, a oczy spoglądały okrutnie i dziko. Rzuciliśmy się z bratem ku drzwiom, ale nie znaleźliśmy już nikogo. Kiedy powróciliśmy, zastaliśmy ojca z opadłą na poduszki głową. Nie żył...
Przeszukaliśmy tej nocy cały ogród, lecz nie było nigdzie śladu intruza; pod oknem dostrzegliśmy odcisk stopy na klombie. Gdyby nie ten ślad, moglibyśmy przypuszczać, że straszna twarz była wytworem wyobraźni. Niebawem wszakże inny, jeszcze bardziej zdumiewający dowód wykazał, że otaczają nas jakieś tajemnicze siły. Następnego rana zastaliśmy okno do pokoju ojca otwarte, szafy i szuflady opróżnione, a na piersi nieboszczyka dostrzegliśmy przyczepioną kartkę z nabazgranymi w poprzek słowami: „Znak Czterech”.
Co miały znaczyć te słowa i kto był tym nocnym gościem, nie dowiedzieliśmy się nigdy. O ile mogliśmy stwierdzić, nic z rzeczy ojca nie skradziono, choć wszystko było porozrzucane. Obaj z bratem nie wątpiliśmy oczywiście, że ów niezwykły wypadek miał związek ze strachem, który całe życie prześladował naszego ojca. Jednak wszystko razem pozostało dla nas dotychczas głęboką tajemnicą.
Pan Sholto umilkł, zapalił ponownie nargile i dobrą chwilę puszczał w zamyśleniu kłęby dymu. Siedzieliśmy również zadumani, zastanawiając się nad jego opowieścią. Słuchając skąpych szczegółów o śmierci ojca, miss Morstan pobladła śmiertelnie i przez chwilę obawiałem się, że zemdleje. Nalałem jej szklankę wody z kryształowej karafki z weneckiego szkła, stojącej na małym stoliku, i podałem. Miss Morstan wypiła i opanowała się.
Sherlock Holmes siedział rozparty wygodnie w fotelu, błyszczące oczy przykrył powiekami, a jego twarz wyrażała wielkie skupienie myśli. Thaddeus Sholto spoglądał na nas kolejno, dumny z wrażenia, jakie wywarła jego opowieść, a po chwili ciągnął dalej, pykając z ogromnej fajki:
— Domyślają się państwo — mówił — że byliśmy obaj z bratem wielce zaintrygowani myślą o skarbie, o którym wspominał ojciec. Tygodniami i miesiącami przetrząsaliśmy dom, przekopywaliśmy ogród, jednak bez skutku. Oszaleć można było na myśl, że ojciec miał na ustach tę tajemnicę, gdy zaskoczył go zgon. O wartości ukrytych bogactw mogliśmy wnioskować z naszyjnika z pereł. Ten właśnie naszyjnik stał się powodem sprzeczki między mną a Bartholomeusem. Perły były wielkiej wartości, nie chciał się więc z nimi rozstać, gdyż, mówiąc między nami, brat odziedziczył poniekąd przywarę ojca. Sądził nadto, że jeśli oddamy perły, może to wywołać plotki i w końcu sprowadzić na nas niemałe kłopoty. Nareszcie zdołałem go nakłonić, żeby mi pozwolił odnaleźć adres miss Morstan i posyłać jej perły po jednej, w pewnych odstępach czasu, tak żeby przynajmniej nigdy nie cierpiała biedy.
— Miał pan bardzo poczciwą myśl — rzekła poważnie nasza towarzyszka — dał pan dowód niezwykle dobrego serca...
Sholto machnął lekceważąco ręką.
— Moim zdaniem byliśmy po prostu opiekunami zarządzającymi pani majątkiem — rzekł — choć Bartholomeus nigdy się nie zgadzał na takie pojmowanie sprawy. Sami mieliśmy pieniędzy pod dostatkiem. Ja więcej nie pragnąłem. A poza tym postępować w tak niegodny sposób z młodą damą byłoby w bardzo złym tonie. „Le mauvais goût mène au crime”25: Francuzi umieją tak elegancko wyrażać podobne rzeczy! Różnica naszych zdań w tej sprawie zaostrzyła się tak dalece, że uważałem za stosowne zamieszkać sam. Wyprowadziłem się tedy z Pondicherry Lodge, zabierając starego khitmutgara i Williamsa. Wczoraj jednak dowiedziałem się, że zaszło zdarzenie wielkiej wagi. Skarb został odnaleziony! Porozumiałem się z miss Morstan i teraz pozostaje nam tylko jechać do Norwood i zażądać naszego udziału. Wczoraj wieczorem zawiadomiłem Bartholomeusa o swoich zamiarach, tak że będziemy tam oczekiwanymi, jeśli nawet niezbyt pożądanymi gośćmi.
Thaddeus Sholto znowu umilkł, a i my siedzieliśmy, nic nie mówiąc, zastanawiając się nad nowym zwrotem w tej tajemniczej sprawie. Holmes pierwszy zerwał się na równe nogi.
— Postąpił pan uczciwie od początku do końca — rzekł. — Może będziemy mogli odwdzięczyć się panu poniekąd, wyświetlając jako tako szczegóły, które są dla pana jeszcze ciemne. Ale, jak miss Morstan słusznie przed chwilą zauważyła, jest późno i powinniśmy wyruszyć w drogę bez dalszej zwłoki.
Nowy znajomy zwinął starannie cybuch swych nargili i wyjął zza portiery długi, fałdzisty płaszcz z karakułowym kołnierzem i mankietami. Włożywszy płaszcz, zapiął go szczelnie i postawił kołnierz, pomimo że wieczór był parny, i dokończył stroju, kładąc na głowę futrzaną czapkę z klapami na uszy, tak że z całej postaci widać było tylko jego ruchliwą, długą twarz.
— Jestem delikatnego zdrowia — zauważył, prowadząc nas przez korytarz — muszę się bardzo pilnować.
Dorożka czekała przed domem, a plan wycieczki był widocznie z góry ułożony, bo woźnica ruszył od razu z miejsca szybkim kłusem. Thaddeus Sholto mówił bez przerwy, a jego piskliwy głos wznosił się ponad turkot kół.
— Bartholomeus to szczwany lis — wywodził. — Jak się państwu zdaje, w jaki sposób wpadł na to, gdzie jest ukryty skarb? Doszedł do wniosku, że jest gdzieś w domu. Przeszukał tedy wszystkie dziury w całym budynku, dokonał wszędzie pomiarów, nie pominąwszy ani jednego cala. Między innymi przekonał się, że wysokość budynku wynosiła siedemdziesiąt cztery stopy26, tymczasem kiedy dodał wysokości poszczególnych pięter i doliczył przestrzeń między podłogami a sufitami, której rozmiary stwierdził za pomocą świdra, nie mógł doliczyć się sumy większej niż siedemdziesiąt stóp. Brakło zatem czterech stóp, których jego zdaniem należało szukać jedynie pod dachem domu. Wyrąbał tedy otwór w suficie najwyższego pokoju i istotnie ponad nim znalazł maleńką izdebkę na poddaszu, opieczętowaną, nieznaną nikomu. Pośrodku, oparta na dwu belkach podłogi, stała skrzynka ze skarbem. Opuścił ją przez otwór i ma nareszcie u siebie. Bartholomeus ocenia wartość klejnotów co najmniej na pół miliona funtów szterlingów27.
Usłyszawszy o tak olbrzymiej sumie, spojrzeliśmy po sobie szeroko otwartymi oczami. Miss Morstan zatem, gdybyśmy tylko zdołali udowodnić jej prawa, z ubogiej guwernantki stałaby się najbogatszą dziedziczką w Anglii. Oczywiście każdy przyjaciel, słysząc taką nowinę, miałby powód do niemałej radości. Jednak, wstyd mi wyznać, egoizm wziął u mnie górę, a serce zaciążyło w piersi ołowiem. Wyjąkałem kilka banalnych słów powinszowania i siedziałem przygnębiony, ze spuszczoną głową, głuchy na dalszą paplaninę naszego nowego znajomego.
Człowiek ten był najwyraźniej skończonym hipochondrykiem. Jak przez sen słyszałem, że wyliczał nieskończony szereg chorobliwych objawów i błagał o informacje co do składu i skutku przeróżnych specyfików, z których kilka nosił nawet przy sobie w skórzanym pudełku. Mam nadzieję, że nie zapamiętał ani jednej odpowiedzi, jakie mu dałem owego wieczora. Holmes zapewnia, że słyszał, jak ostrzegałem go, aby nie zażywał więcej niż dwie krople oleju rycynowego, gdyż to środek bardzo niebezpieczny, zalecałem natomiast strychninę28 w wielkich dawkach jako środek uspokajający. W każdym razie ucieszyłem się, gdy dorożka szarpnęła nagle i stanęła, a woźnica zeszedł z kozła i otworzył drzwiczki.
— Miss Morstan, oto Pondicherry Lodge — rzekł Thaddeus Sholto, podając jej rękę przy wysiadaniu.
V. Tragedia w Pondicherry Lodge
Była już blisko jedenasta, gdy dotarliśmy do ostatecznego celu naszej wycieczki. Wilgotna mgła i wielka stolica pozostały za nami, noc wypogodziła się. Z zachodu wiał ciepły wiatr, ciężkie chmury snuły się wolno po niebie, a od czasu do czasu zza chmur wyzierał półksiężyc. Było dość jasno, ale mimo to Thaddeus Sholto wziął jedną z bocznych latarni dorożki, żeby lepiej oświetlić nam drogę.
Pondicherry Lodge stał na własnym obszernym gruncie, otoczonym bardzo wysokim kamiennym murem, zwieńczonym tłuczonym szkłem. Jedyne wejście stanowiły wąskie drzwi okute żelazem. Nasz przewodnik zastukał do drzwi w szczególny sposób.
— Kto tam? — odezwał się szorstki, niski głos z wewnątrz.
— To ja, McMurdo. Powinieneś już poznawać moje stukanie.
Dobiegły nas mrukliwe dźwięki i zgrzyt klucza. Drzwi cofnęły się ciężko i ujrzeliśmy w nich krępego, barczystego człowieka o szerokiej piersi, z oświetloną żółtym blaskiem latarni, wysuniętą do przodu twarzą, który patrzył na nas badawczym, nieufnym wzrokiem.
— To pan Thaddeus? A reszta co za jedni? Mój pan nie wydał mi żadnych poleceń co do nich.
— Nie? Bardzo się dziwię! Powiedziałem bratu wczoraj wieczór, że przyprowadzę ze sobą kilku przyjaciół.
— Nie wychodził dzisiaj przez cały dzień z pokoju. Nie mam żadnych instrukcji, a wie pan dobrze, że muszę się trzymać rozkazów. Pana mogę wpuścić, ale pańscy przyjaciele muszą pozostać tam, gdzie stoją.
Była to zupełnie niespodziewana przeszkoda. Thaddeus Sholto spoglądał zaniepokojony, nie wiedząc, co począć.
— McMurdo, to brzydko z twojej strony! — rzekł. — Ja za nich ręczę, powinno to wystarczyć. Patrz, jest z nami młoda dama. Przecież nie może stać na ulicy o tej godzinie.
— Bardzo mi przykro — odparł nieubłagany odźwierny. — Ci państwo mogą być pańskimi przyjaciółmi, co jeszcze nie dowodzi, że są przyjaciółmi mego pana. Dobrze mi płaci za spełnianie obowiązków, więc nie będę ich zaniedbywał. Nie znam żadnego z tych pańskich przyjaciół.
— O, przeciwnie, McMurdo, znacie! — zawołał Sherlock Holmes wesoło. — Nie przypuszczam, żebyście mnie mogli zapomnieć. Nie pamiętacie amatora, który walczył z wami trzy rundy w wieczór waszego benefisu29 u Alisona przed czterema laty?
— Co, czyżby pan Sherlock Holmes?! — ryknął bokser. — Dalibóg! Jakem ja mógł pana nie poznać? Gdyby pan zamiast stać spokojnie z daleka, podszedł był do mnie i machnął swoim sierpowym w szczękę, byłbym pana od razu poznał. O, pan się zmarnował! Takie zdolności! Mógłby pan zajść bardzo daleko, gdyby je pan był wyzyskał.
— Widzisz, Watsonie, jak mi się już nic nie powiedzie, zawsze jeszcze ten jeden zawód naukowy stoi przede mną otworem — rzekł, śmiejąc się, Holmes. — No, teraz mam nadzieję, nasz przyjaciel nie będzie nas trzymał na zimnie.
— Proszę wejść, proszę wejść... pan i pańscy przyjaciele. Przepraszam pana bardzo — zwrócił się do Thaddeusa — ale mam bardzo ścisłe rozkazy... Musiałem się upewnić co do pańskich przyjaciół, zanim ich wpuściłem.
Kręta ścieżka posypana żwirem prowadziła przez pusty ogród do ogromnego, kwadratowego, pozbawionego wdzięku domu, który pogrążony był w cieniu. Blask księżyca padał na jeden róg i oświetlał jedno okno. Widok wielkiego gmachu, w którym panowała ciemność i śmiertelna cisza, sprawiał przygnębiające wrażenie. Nawet Thaddeus Sholto był widocznie rozdrażniony, bo latarnia drżała i chwiała się w jego ręku.
— Doprawdy, nie rozumiem — rzekł. — Prawdopodobnie zaszła jakaś pomyłka. Zapowiedziałem Bartholomeusowi wyraźnie, że przyjdziemy, a mimo to w jego oknie nie ma światła... Nie wiem, jak to sobie wytłumaczyć.
— Czy on zawsze w ten sposób pilnuje swojej posiadłości? — spytał Holmes.
— Tak, utrzymał zwyczaje ojca. Był jego ulubionym synem, widzi pan, i coś mi się zdaje, że ojciec zwierzył mu się z niejednej rzeczy, o której mnie nawet nie wspomniał. Tam, gdzie pada światło księżyca, to okno Bartholomeusa. Jest dość jasno oświetlone, ale zdaje mi się, że światło wewnątrz się nie pali.
— Tak jest — potwierdził Holmes. — Ale widzę blask światła w tym okienku obok drzwi.
— To pokój gospodyni. Tam zawsze siedzi stara pani Bernstone. Wyjaśni nam wszystko. Ale może państwo poczekają tu parę minut, bo jeśli wejdziemy wszyscy razem, a ona nie została uprzedzona o naszym przyjściu, może się przestraszyć. Ale... cicho! A to co?
Podniósł w górę latarnię, a ręka jego drżała tak silnie, że kręgi światła skakały dokoła nas zygzakowato. Miss Morstan chwyciła mnie za rękę i stanęliśmy wszyscy z zapartym oddechem i wytężonym słuchem. Z wielkiego, czarnego gmachu, rozdzierając ciszę nocną, doleciał rozpaczliwie smutny i żałosny dźwięk — łkanie przerażonej kobiety.
— To pani Bernstone — rzekł Shoho. — Prócz niej nie ma tu innej kobiety. Poczekajcie! Wrócę za chwilę!
Pośpieszył do drzwi, zastukał w specjalny sposób i ujrzeliśmy wysoką, starą kobietę, która otworzywszy mu, krzyknęła z radości.
— Ach, pan Thaddeus! Jak dobrze, że pan przyszedł! Tak się cieszę, że pan przyszedł!
Słyszeliśmy, jak powtarzała raz jeszcze, że jest wielce uradowana, potem drzwi się zamknęły, a jej głos ścichł w nieuchwytnym już dla nas szepcie.
Przewodnik zostawił nam latarnię. Holmes powiódł nią z wolna dokoła i przyglądał się bystro domowi oraz wielkim stosom śmieci, sterczącym ze wszystkich stron. Miss Morstan i ja staliśmy obok siebie, jej dłoń spoczywała w mojej. Cudownie subtelną rzeczą jest miłość... Oto nas dwoje, którzy nie widzieliśmy się nigdy wcześniej, którzy nie zamieniliśmy ze sobą jednego czułego słówka ani spojrzenia, w godzinie trwogi stanęliśmy przy sobie, a dłonie nasze instynktownie szukały się wzajemnie. Później nieraz zastanawiałem się i zdumiewałem nad tym, ale w tamtej chwili wydało mi się to najnaturalniejszą rzeczą, ona zaś mówiła mi potem niejednokrotnie, że i jej instynkt nakazywał zwrócić się do mnie po pocieszenie i ochronę. Staliśmy tedy, trzymając się za ręce jak dwoje dzieci, a w naszych sercach panował błogi spokój pomimo ciemnej, tajemniczej atmosfery, jaka nas otaczała.
— Co za dziwne miejsce! — rzekła miss Morstan, rozglądając się dokoła.
— Zdawałoby się, że wszystkie krety z całej Anglii urządziły tu najście. Widziałem coś podobnego na stoku wzgórza w pobliżu Ballaratu30, gdzie pracowali poszukiwacze złota.
— Przyczyna jest ta sama — rzekł Holmes. — Wszystko to są ślady poszukiwaczy skarbu. Nie zapominaj, że szukali go przez sześć lat. Nic dziwnego, że cały teren jest pełen dołów i nasypów.
W tejże chwili drzwi otworzyły się z hałasem i wypadł Thaddeus Sholto, z wyciągniętymi przed siebie rękoma i wyrazem przerażenia w oczach.
— Coś się stało Bartholomeusowi! — krzyknął. — Boję się! Moje nerwy, ach, moje nerwy!
Istotnie, był na pół przytomny ze strachu, a jego ruchliwa, blada twarz, wychylająca się z wielkiego karakułowego kołnierza, miała bezbronny, błagalny wyraz wystraszonego dziecka.
— Wejdźmy do domu — rzekł Holmes suchym, stanowczym tonem.
— O, tak, wejdźcie! — prosił Thaddeus Sholto. — Ja doprawdy nie czuję się na siłach dawać panom jakiejkolwiek wskazówki.
Poszliśmy za nim do pokoju gospodyni, położonego po lewej stronie korytarza. Stara kobieta chodziła niespokojnie, przerażona, załamując ręce, ale widok miss Morstan zdawał się mieć na nią kojący wpływ.
— Niech Bóg błogosławi pani słodką, spokojną twarzyczkę! — zawołała, histerycznie szlochając. — Na pani widok od razu czuję się lepiej. Och, co ja dziś miałam za dzień!
Nasza towarzyszka poklepała ją po chudej, spracowanej dłoni i szepnęła kilka miłych, kobiecych słów pocieszenia, które przywróciły rumieńce pobladłym policzkom gospodyni.
— Pan zamknął się na klucz i nie odpowiada na moje pukanie — wyjaśniła. — Przez cały dzień czekałam, żeby mnie wezwał, a że często lubi być sam, więc mnie to tak bardzo nie zdziwiło. Ale przed godziną zdjął mnie strach, że się coś stało, poszłam więc na górę i spojrzałam przez dziurkę od klucza. Pan Thaddeus musi pójść na górę... musi pan pójść i sam zobaczyć... Widywałam pana Bartholomeusa przez dziesięć lat w smutku i radości, ale z takim wyrazem twarzy nie widziałam go nigdy!
Sherlock Holmes wziął latarnię i poszedł naprzód. Thaddeus Sholto drżał cały i szczękał zębami. Był tak poruszony, że musiałem go wziąć pod rękę, bo nogi się pod nim uginały. Idąc po schodach, Holmes dwukrotnie wyjmował z kieszeni lupę i przyglądał się bacznie jakimś śladom, które mnie wydawały się zwyczajnymi plamami błota na macie z włókien kokosa, która pokrywała stopnie. Holmes wchodził wolno, stopień po stopniu, trzymał latarnię nisko i rozglądał się bystrym wzrokiem na prawo i lewo. Miss Morstan została z wylękłą gospodynią.
Trzeci bieg schodów wychodził na prosty, długi korytarz. Z prawej strony na ścianie wisiał wielki indyjski gobelin, w lewej ścianie było troje drzwi. Holmes szedł korytarzem w ten sam powolny sposób, rozglądając się bacznie, my zaś dążyliśmy tuż za nim, a długie czarne cienie włóczyły się po posadzce. Trzecie drzwi były celem, do którego zmierzaliśmy. Holmes zapukał, a nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, chwycił za klamkę, usiłując otworzyć drzwi. Były jednak zamknięte od wewnątrz, i to na szeroki, mocny rygiel, o ile mogliśmy dostrzec, oświetlając szparę. Klucz w zamku był trochę przekręcony w bok i nie zakrywał całkiem dziurki. Sherlock Holmes schylił się, zajrzał i natychmiast wstał, gwałtownie wciągając powietrze.
— Watsonie — rzekł wzburzony — to jakaś piekielna sprawa. Spójrz no, co o tym sądzisz?
Schyliłem się do dziurki i wnet cofnąłem się ze zgrozą. Blask księżyca padał do pokoju snopem tajemniczego, migocącego światła. Wpatrzona we mnie, zawieszona, jak się zdawało, w powietrzu — bo poniżej dokoła wszystko tonęło w cieniu — widniała twarz, twarz naszego towarzysza, Thaddeusa Sholto. Ta sama wysoka, łysa czaszka, to samo pasmo rudych włosów dokoła, ta sama blada cera. Rysy jednakże zastygły w strasznym uśmiechu, w potwornym skrzywieniu, które na tle tego cichego pokoju skąpanego w księżycowym blasku robiło nieopisane, wstrząsające wrażenie. Twarz ta była tak podobna do twarzy naszego nowego znajomego, że odwróciłem się, aby się upewnić, czy jest on istotnie z nami. W tejże chwili przypomniałem sobie, że byli bliźniętami.
— Okropne! — rzekłem do Holmesa. — Co tu począć?
— Trzeba wyważyć drzwi! — odparł i rzucił się całym ciężarem na zamek.
Zatrzeszczał, zgrzytnął, ale nie uległ. Zabraliśmy się więc wspólnymi siłami. Tym razem drzwi ustąpiły z nagłym trzaskiem i znaleźliśmy się w pokoju Bartholomeusa Sholto.
Pokój urządzony był jak pracownia chemiczna. Na ścianie na wprost drzwi wisiała półka, a na niej dwoma rzędami stały różnej wielkości butelki, stół zaś zarzucony był palnikami Bunsena31, probówkami i retortami. W rogach stały gąsiory z kwasami oplecione łoziną. Jeden pękł widocznie, bo płynął z niego strumień ciemnej cieczy, a w powietrzu unosiła się ostra woń przypominająca odór dziegciu32. W jednym kącie wśród stosu gruzów i tynku stały przenośne schodki, a nad nimi znajdował się w suficie otwór wystarczająco duży, by swobodnie mógł się przez niego przedostać dorosły mężczyzna. Przed schodkami leżał niedbale rzucony długi zwój liny.
Przy stole, w drewnianym fotelu, siedział pan domu, skulony, z głową opuszczoną na lewe ramię, o twarzy zastygłej w strasznym, niezrozumiałym uśmiechu. Był sztywny i zimny. Nie żył widocznie już od kilku godzin. Zdawało mi się, że nie tylko rysy jego oblicza, ale wszystkie członki postaci były powykrzywiane i powykręcane w fantastyczny sposób. Obok jego spoczywającej na stole dłoni leżało szczególne narzędzie — ciemny kij z twardego drewna z kamienną główką w kształcie młotka, niedbale przywiązaną sznurkiem. Obok leżała kartka papieru, a na niej nabazgrane kilka słów. Holmes spojrzał i podał mi kartkę.
— Patrz — rzekł znaczącym tonem.
Przy świetle latarni odczytałem ze zgrozą: „Znak Czterech”.
— Na miłość boską, co to wszystko znaczy? — spytałem.
— Popełniono morderstwo — odparł, pochylając się nad ciałem. — Aha, spodziewałem się tego! Spójrz!
Wskazywał coś, co wyglądało jak długi, czarny cierń, wbity w skórę tuż nad uchem.
— Wygląda jak cierń — rzekłem.
— Bo też jest to cierń. Możesz go wyjąć, ale uważaj... zatruty!
Uchwyciłem go dwoma palcami i wydobyłem z taką łatwością, że pozostawił tylko prawie niewidoczny ślad w postaci maleńkiego ukłucia.
— Wszystko to jest dla mnie nieprzeniknioną tajemnicą — rzekłem. — Zamiast się wyjaśniać sprawa zaciemnia się coraz bardziej.
Od chwili wejścia do pokoju zapomnieliśmy zupełnie o towarzyszu. Stał w drzwiach, istny obraz rozpaczy, załamując ręce i zawodząc. Nagle krzyknął przeraźliwie.
— Skarb znikł! — zawołał. — Okradli go ze skarbu! To otwór, przez który spuszczaliśmy skrzynkę. Pomagałem mu! Byłem ostatnią osobą, która go widziała!... Zostawiłem go tu wczoraj wieczorem, a schodząc ze schodów, słyszałem, jak zamykał drzwi na klucz...
— O której godzinie?
— O dziesiątej... Teraz nie żyje, przyjdzie policja i będę podejrzany, że przyłożyłem rękę do zabójstwa... Tak, jestem pewny, że mnie posądzą. Ale panowie mnie przecież nie podejrzewają? Panowie nie myślą, że to ja? Czyż sprowadzałbym panów tutaj, gdybym to zrobił? O Boże, Boże! Ja chyba oszaleję!
Wymachiwał rękami i tupał nogami jak w nieokiełznanym szale.
— Nie ma pan żadnego powodu do obaw, panie Sholto — rzekł Holmes łagodnie, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Proszę posłuchać mojej rady: niech pan jedzie na posterunek i zgłosi sprawę policji. Niech im pan zaproponuje wszelką pomoc. Zaczekamy, póki pan nie wróci.
Nieborak posłuchał, poszedł na pół przytomny i niebawem usłyszeliśmy, jak potykał się na ciemnych schodach.