VI. Sherlock Holmes działa
— Watsonie — odezwał się Holmes, zacierając dłonie — mamy pół godziny dla siebie. Zróbmy z tego dobry użytek. Jak ci powiedziałem, prawie rozwikłałem już sprawę, nie wolno nam jednak pobłądzić wskutek nadmiernej pewności siebie. Choć sprawa wydaje się teraz prosta, głębiej może kryć się coś jeszcze.
— Prosta! — wykrzyknąłem.
— Oczywiście — odparł tonem profesora w czasie wykładu klinicznego. — Usiądź tam, w kącie, żeby ślady twoich kroków nie utrudniły poszukiwań. A teraz do roboty! Przede wszystkim, jak oni weszli i którędy wyszli? Drzwi nie były otwierane od wczoraj wieczór. Obejrzyjmy okno.
Wziął latarnię i podszedł do okna, robiąc głośno uwagi, lecz raczej do siebie samego niż do mnie.
— Okno zamykane jest od wewnątrz. Rama mocna. Z tamtej strony nie ma zawiasów. Otwórzmy. Rynny nigdzie blisko nie ma. Dach za wysoko. A jednak ktoś wszedł oknem. Wczorajszej nocy padał deszcz. Na parapecie jest ślad zabłoconej stopy. A tu okrągła plama błota... o i tu, na posadzce, tu przy stole! Spójrz, Watsonie! To doprawdy ciekawe wskazówki...
Przyglądałem się okrągłym, wyraźnym plamom.
— To nie są ślady stopy — rzekłem.
— To coś znacznie dla nas cenniejszego. To odcisk drewnianej protezy. Patrz, tu na parapecie mamy ślad buta, ciężkiego buta z metalowym podkuciem, a obok odcisk grubej drewnianej pałki.
— Już wiem!... Człowiek o drewnianej nodze!
— Właśnie! Ale był tu jeszcze ktoś inny... jakiś zręczny pomocnik. Mógłbyś wdrapać się na ten mur, doktorze?
Wyjrzałem przez okno. Jasny blask księżyca padał jeszcze na ten właśnie róg domu. Staliśmy na wysokości sześćdziesięciu stóp nad ziemią, a gdzie spojrzałem, nigdzie nie mogłem dostrzec nie tylko oparcia dla stopy, ale nawet najmniejszej szpary w murze.
— Stanowczo niemożliwie — odparłem.
— Niemożliwe bez pomocy. Ale przypuśćmy, że miałbyś tu na górze sprzymierzeńca, który opuściłby mocną linę... leżącą tam w kącie, przywiązawszy drugi jej koniec do tego wielkiego haka w ścianie. W takim razie, o ile sądzę, mógłbyś wdrapać się tu, choćbyś miał drewnianą nogę. Wyszedłbyś, oczywiście, w ten sam sposób, a pomocnik wciągnąłby na powrót linę, odwiązał ją z haka, zamknął okno i opuścił pokój w ten sam sposób, w jaki się do niego dostał. Zaznaczyć muszę — dodał, wskazując linę — że nasz jegomość z drewnianą nogą, jakkolwiek zręczny gimnastyk, nie jest marynarzem. Dłonie ma delikatne. Dostrzegłem przez lupę niejedną krwawą plamę na linie, zwłaszcza ku końcowi, skąd wnoszę, że spuszczał się z taką szybkością, iż pościerał sobie z dłoni naskórek.
— Bardzo pięknie — rzekłem — ale to sprawy nie wyjaśnia; przeciwnie, wikła ją tylko. Kim był ten tajemniczy pomocnik? W jaki sposób dostał się do tego pokoju?
— Tak, ten pomocnik! — powtórzył Holmes w zamyśleniu. — Ten pomocnik jest bardzo ciekawy! Dzięki niemu cała sprawa przestaje być banalna. Wydaje mi się, że ten sprzymierzeniec otwiera nowy rozdział w historii zbrodni w naszym kraju, chociaż podobne przypadki zdarzały się w Indiach i, jeśli mnie pamięć nie myli, w Senegambii33.
— Ale którędy wszedł? — spytałem. — Drzwi były zamknięte, okno jest niedostępne. Przez kominek?
— Otwór jest znacznie za mały — odpowiedział Holmes. — Rozważałem już tę możliwość.
— Którędy więc? — nalegałem.
— Nie chcesz zastosować mojej metody — rzekł, potrząsając głową. — Ile razy powtarzałem ci, że po wyłączeniu rzeczy niemożliwych, to, co pozostanie, chociaż nieprawdopodobne, musi być prawdziwe! Wiemy, że morderca nie wszedł ani drzwiami, ani oknem, ani przez kominek. Wiemy też, że nie mógł być ukryty w pokoju, bo ukryć się tu niepodobna. Którędy zatem wszedł?
— Przez otwór w suficie!
— Ma się rozumieć! Tylko tamtędy. Potrzymaj latarnię, to zajrzymy do izdebki na górze... do tajemniczej izdebki, w której znaleziono skarb.
Wszedł na schodki, a chwyciwszy się oburącz belki stropu, wskoczył na poddasze. Po czym, leżąc na brzuchu, wyciągnął rękę po latarnię, ja zaś wskoczyłem za nim.
Izdebka, w której się znaleźliśmy, miała około dziesięciu stóp na sześć. Podłogę tworzyły belki stropowe, na które położono cienkie, pokryte tynkiem deski, tak że idąc, trzeba było stawiać kroki od belki do belki. Mebli żadnych, wszędzie zalegała gruba warstwa kurzu, nagromadzonego z biegiem lat.
— Patrz, widzisz — rzekł Holmes, kładąc rękę na pochyłej ścianie — tu jest klapa prowadząca na dach. Mogę ją otworzyć... a oto dach, spadzisty wprawdzie, ale nie stromy. Tą drogą zatem wszedł Numer Jeden. Zobaczymy, czy znajdziemy jeszcze jakieś inne ślady jego obecności.
Zbliżył latarnię do podłogi i dostrzegłem wówczas po raz drugi w ciągu tej nocy wyraz zdumienia na jego obliczu. Spojrzałem w kierunku jego wzroku i zimny dreszcz wstrząsnął mną od stóp do głowy. Podłogę pokrywały ślady bosych stóp — bardzo kształtnych, ale o połowę mniejszych od stóp przeciętnego mężczyzny.
— Holmesie — wyszeptałem z trudem — sprawcą tego ohydnego czynu jest... dziecko.
Holmes zapanował już nad sobą.
— Miałem chwilę wahania i niepewności — rzekł — ale to rzecz zupełnie naturalna. Pamięć mnie zawiodła, inaczej byłbym mógł to przepowiedzieć. Niczego więcej się tu nie dowiemy. Zejdźmy.
— Cóż myślisz o tych śladach? — spytałem skwapliwie, gdy znaleźliśmy się w pokoju.
— Drogi Watsonie, spróbuj sam trochę pomyśleć, poszukaj — odparł z pewnym zniecierpliwieniem. — Znasz moją metodę. Zastosuj ją, a porównanie naszych wniosków będzie pouczające.
— Nie mogę sobie wyobrazić okoliczności, które by odpowiadały tym faktom.
— Niebawem zrozumiesz wszystko. Zdaje się, że tu nie ma już nic ważnego, ale zobaczę jeszcze.
Wydobył lupę i kieszonkową taśmę mierniczą, następnie zaczął przemierzać pokój na kolanach, mierząc, porównując, badając. Zaledwie kilka cali dzieliło jego długi, cienki nos od posadzki, a jego niewielkie, osadzone głęboko, ptasie oczy iskrzyły się i promieniowały. Ruchy miał tak szybkie, ciche i zwinne, że nie mogłem oprzeć się myśli, jak straszny byłby z niego przestępca, gdyby swoją energię i bystrość zwrócił był przeciw prawu, zamiast użytkować je na jego obronę! Śledząc i tropiąc, szeptał coś do siebie, w końcu zaś wydał głośny okrzyk radości.
— Szczęście sprzyja nam, kapitalnie! Teraz będziemy mieli już niewiele kłopotu. Numer Jeden na swe nieszczęście wdepnął w kreozot34. Można wyraźnie dostrzec ślad jego drobnej stopy tu, obok tego cuchnącego strumienia. Gąsior pękł, jak widzisz, i kreozot się wylał.
— I cóż z tego? — spytałem.
— Mamy go, i koniec — odparł Holmes. — Znam psa, który poleciałby za śladem tej woni na koniec świata. Ale oto i urzędowi przedstawiciele prawa.
Z dołu doleciał odgłos ciężkich kroków i dźwięk głosów; drzwi frontowe zamknęły się z trzaskiem.
— Zanim tu wejdą — odezwał się Holmes — przyłóż dłoń do ramienia i do nogi tego nieboraka. Co czujesz?
— Mięśnie twarde jak kamień — odpowiedziałem.
— Właśnie! Są w stanie skrajnego skurczu, znacznie przewyższającego zwykły rigor mortis35. W połączeniu z wykrzywieniem twarzy, tym hipokratesowym uśmiechem, czyli „risus sardonicus”36, jak go nazywali pisarze starożytni, jakiż nasuwa ci to wniosek?
— Śmierć spowodowaną silnym roślinnym alkaloidem37 — odrzekłem — substancją zbliżoną do strychniny, wywołującą tężec.
— Ta sama myśl przyszła mi do głowy, jak tylko spostrzegłem skurcz mięśni twarzy. Zacząłem od razu szukać drogi, którą trucizna dostała się do organizmu tego człowieka. Jak widziałeś, znalazłem cierń, z niezbyt wielką siłą wbity lub wystrzelony w skórę głowy. Zauważ, że cierń trafił w tę część głowy, która byłaby zwrócona w stronę otworu w suficie, jeśli ten człowiek w fotelu siedział wyprostowany. A teraz obejrzyj cierń.
Wziąłem go ostrożnie do ręki i przybliżyłem do światła latarni. Był długi, ostry i czarny, a jego czubek lśnił, jak gdyby zastygł na nim jakiś lepki płyn. Tępy koniec został zastrugany i wyrównany nożem.
— Czy to cierń pochodzenia angielskiego? — spytał Holmes.
— Stanowczo nie.
— Mając te wszystkie dane, mógłbyś już wysnuć trafny wniosek. Ale oto i regularne wojsko, więc siły ochotnicze muszą się wycofać.
Z korytarza dobiegł odgłos zbliżających się kroków, po czym postawny, tęgi mężczyzna w szarym garniturze wszedł ciężko do pokoju. Miał dużą, czerwoną twarz i maleńkie oczy, spoglądające bystro spod obrzękłych, mrugających powiek. Tuż za nim szedł umundurowany policjant i drżący jeszcze Thaddeus Sholto.
— Oho, będzie robota! — rzekł głosem ochrypłym przedstawiciel władzy. — Będzie ładna robota! Ale co to za ludzie? Cóż to, dom pełen... jak królikarnia!
— Sądzę, że mnie pan pamięta, panie Athelney Jones — odezwał się Holmes spokojnie.
— Naturalnie, ma się rozumieć! — odparł, sapiąc. — Pan Sherlock Holmes, teoretyk! Czy ja pana pamiętam?! Ależ nigdy nie zapomnę, jakie pan nam wszystkim palnął kazanie o przyczynach, wnioskach i skutkach w sprawie klejnotów z Bishopsgate38. Prawda, naprowadził nas pan na właściwy ślad, ale przyzna pan teraz, że był to po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności.
— Był to wynik prostego rozumowania.
— No, no, można się przyznać, nie ma się czego wstydzić! Ale co się tu stało? Hm, kiepska sprawa! Kiepska sprawa! Fakty niezaprzeczone... tu teoria na nic! Jakie szczęście, że wyjeżdżałem właśnie do Norwood w innej sprawie! Byłem na stacji, gdy nadeszła wiadomość. Jak pan myśli, co było przyczyną śmierci tego człowieka?
— Ten wypadek nie nadaje się do rozumowania, tu teoria na nic! — rzekł Holmes sucho.
— Nie, nie! Nie mogę zaprzeczyć, że pan czasem trafia w sedno. Och, Boże!... Drzwi zamknięte, rozumiem. Skradzione kosztowności wartości pół miliona! A co z oknem?
— Było zamknięte, ale są ślady kroków na parapecie.
— Dobrze, dobrze... jeśli było zamknięte, ślady kroków nie mogą mieć z tym nic wspólnego. Ten człowiek mógł umrzeć na apopleksję39... ale kosztowności nie ma. Aha, rozumiem!... Takie błyski zdarzają mi się czasami. Proszę nas zostawić samych, sierżancie i pan, panie Sholto... pański przyjaciel może zostać... Panie Holmes, Sholto przyznał się, że był wczoraj u brata. Brat skonał, rażony apopleksją, a Sholto wyniósł się ze skarbem. No, jak się panu taka teoria podoba?
— A nieboszczyk z całym spokojem wstał i zamknął drzwi od wewnątrz...
— Hm! To słaby punkt. Rozważmy wszystko kolejno. Thaddeus był u brata, urządzili kłótnię, to wiemy na pewno. Brat nie żyje, a klejnoty zniknęły. To wiemy również. Nikt nie widział brata od chwili, kiedy Thaddeus go opuścił. Łóżko jest nienaruszone, nikt w nim nie spał. Thaddeus jest najwyraźniej bardzo wzburzony. Powierzchowność ma, że tak powiem, niezbyt pociągającą. Jak pan widzi, snuję swoją pajęczynę dokoła Thaddeusa. Sieć zacieśnia się coraz bardziej...
— Nie zna pan jeszcze wszystkich faktów — rzekł Holmes. — Ten oto cierń, który moim zdaniem jest zatruty, tkwił w głowie nieboszczyka, o, tu, gdzie widać jeszcze ślad ukłucia. Kartka z tym oto napisem leżała na stole, a obok to dziwaczne narzędzie. Jakże to wszystko zgadza się z pańską teorią?
— Potwierdza ją pod każdym względem — odparł uroczyście otyły policjant. — Dom jest pełen indyjskich osobliwości. Thaddeus więc przyniósł to, a jeśli drzazga jest zatruta, mógł jej użyć do zbrodniczych celów równie dobrze, jak kto inny. Kartka to sztuczka dla zmylenia śladów. Pytanie tylko, w jaki sposób Thaddeus stąd wyszedł? Aha, naturalnie, jest otwór w suficie.
Z dużą zwinnością jak na swą pokaźną tuszę Athelney Jones wskoczył na schodki i przecisnął się na poddasze, skąd niebawem usłyszeliśmy triumfalną nowinę, że znalazł wyjście na dach.
— On może nawet tam coś wykryć — zauważył Holmes, wzruszając ramionami — miewa niekiedy przebłyski rozsądku. „Il n’y a pas des sots si incommodes que ceux qui ont de l’esprit!”40.
— A widzi pan! — zawołał Athelney Jones, ukazując się znów na schodkach. — Fakty są jednak lepsze od teorii. Mój pogląd na sprawę potwierdza się. Na poddaszu jest klapa prowadząca na dach, i to niedomknięta.
— Ja ją otworzyłem.
— O... doprawdy?! Więc pan ją zauważył? — Był widocznie niezadowolony z tego odkrycia. — Zresztą, mniejsza o to, kto ją zauważył, faktem jest, że świadczy, którędy ulotnił się nasz jegomość. Sierżancie!
— Jestem — odezwał się głos z korytarza.
— Poproś tu pana Sholto... Panie Sholto, moim obowiązkiem jest przestrzec pana, że cokolwiek pan powie, może zostać użyte przeciwko panu. Aresztuję pana w imieniu Królowej jako podejrzanego w sprawie śmierci brata.
— A co! Nie mówiłem? — krzyknął nieborak, załamując ręce i spoglądając na nas kolejno.
— Niech się pan tym nie martwi, panie Sholto — rzekł Holmes. — Sądzę, że mogę uwolnić pana od tego podejrzenia.
— Niech pan nie przyrzeka za dużo, panie teoretyku, niech pan nie przyrzeka za dużo! — sapał detektyw. — Dotrzymanie obietnicy będzie może trudniejsze, niż się panu wydaje.
— Nie tylko uwolnię go, panie Jones, ale nadto podam panu na deser nazwisko i rysopis jednego z dwóch ludzi, którzy tu byli ubiegłej nocy. Mam wszelkie dane, by sądzić, że nazywa się Jonathan Small. Jest to człowiek o niskim poziomie umysłowym, mały, żywy, brak mu prawej nogi, chodzi o drewnianej kuli, bardzo już zużytej od strony wewnętrznej. Jego but ma grubą podeszwę ze ściętym nosem i żelazną podkówkę wokół obcasa. To człowiek w średnim wieku, ogorzały, siedział już w więzieniu. Wskazówki te mogą się panu przydać. Dodam jeszcze, że ów Small ma starty naskórek z dłoni. Drugi...
— Aha... drugi? — spytał Athelney Jones drwiąco, chociaż widziałem dobrze, iż pewność siebie, z jaką mówił Holmes, zrobiła na nim wrażenie.
— To osobliwy jegomość — odparł Sherlock Holmes, wykręcając się na pięcie. — Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł przedstawić pana jednemu i drugiemu. Watsonie, proszę cię na słówko.
Wyprowadził mnie na schody.
— Ta niespodziewana przygoda — rzekł — sprawiła, że zapomnieliśmy o pierwotnym celu podróży.
— Właśnie to samo myślałem — odparłem. — Miss Morstan nie powinna tu dłużej siedzieć.
— Tak. Musisz ją odwieźć do domu. Mieszka u pani Forrester w Lower Chamberwell, zatem niedaleko. Poczekam tu na ciebie, jeśli raczysz jeszcze wrócić. A może jesteś trochę zmęczony?
— Bynajmniej. Nie spocznę, póki nie dowiem się dalszych szczegółów tej fantastycznej sprawy. Chociaż niesłychane niespodzianki dzisiejszej nocy stargały mi do szczętu nerwy, niemniej chciałbym sprawę przeprowadzić z tobą do końca.
— Twoja obecność będzie mi wielką pomocą — odparł. — My sobie poprowadzimy sprawę na własną rękę, a temu Jonesowi pozwolimy tworzyć kombinacje, jakie tylko zechce. Gdy już odwieziesz miss Morstan, chciałbym, żebyś wstąpił pod numer trzeci na Pinchin Lane41, tuż brzegu rzeki w Lambeth42. Trzeci dom po prawej stronie jest własnością wypychacza ptaków nazwiskiem Sherman. W oknie zobaczysz łasicę trzymającą małego królika. Zastukaj, wywołaj Shermana, kłaniaj mu się ode mnie i powiedz, że potrzebny mi jest niezwłocznie Toby. Przywieziesz go ze sobą dorożką.
— Domyślam się, że to pies.
— Tak, ordynarny kundel, mieszaniec, obdarzony zdumiewającym węchem. Wolę mieć do pomocy Toby’ego niż cały zastęp policji londyńskiej.
— Przywiozę go — odparłem. — Teraz jest pierwsza. Jeśli dostanę gdzieś świeżego konia, mogę być z powrotem przed trzecią.
— A ja — rzekł Holmes — zobaczę, czego zdołam dowiedzieć się od pani Bernstone i hinduskiego służącego, który, jak twierdzi pan Thaddeus, sypia na poddaszu. Potem przestudiuję metody wielkiego Jonesa i posłucham jego niezbyt subtelnych sarkazmów. „Wir sind gewohnt das die Menschen verhöhnen was sie nicht verstehen”43. Goethe jest zawsze jędrny i dobitny.
VII. Przygoda z beczką
Policjanci przyjechali dorożką, którą teraz odwiozłem miss Morstan do domu. Zwyczajem kobiet o anielskim usposobieniu znosiła ona wszystko na pozór spokojnie, póki musiała dodawać otuchy istocie słabszej. Przy przerażonej gospodyni zastałem ją więc pogodną i zrównoważoną. Skoro tylko jednak znalazła się w dorożce, prawie zemdlała, zaś w chwilę później wybuchnęła spazmatycznym płaczem, tak bardzo wstrząsnęły nią nocne przygody. Powiedziała mi później, że podczas tej jazdy uważała mnie za człowieka zimnego, nieczułego. Nie domyślała się nawet, jaka walka wrzała w mej piersi, jakim wysiłkiem woli hamowałem uczucia.
Moje serce rwało się do niej, tak jak w ogrodzie moja dłoń do jej dłoni. Czułem, że przez całe lata konwencjonalnego stosunku towarzyskiego nie poznałbym tak dokładnie jej słodkiej, mężnej natury, jak w ciągu tego jednego dnia, pełnego niezwykłych wydarzeń. Jednak dwie przyczyny zatrzymywały na mych ustach słowa miłości. Była słaba i bezbronna, wstrząśnięta do głębi i popełniłbym wprost nadużycie, korzystając z takiej chwili, by jej narzucać swą miłość. Nadto, co jeszcze gorzej, będzie bogata. Jeżeli poszukiwania Holmesa zostaną uwieńczone pomyślnym skutkiem, odziedziczy wielką fortunę. Czy to uczciwie zatem, by żyjący z pensyjki chirurg wyzyskał poufałe zbliżenie, które zawdzięcza jedynie przypadkowi? Czy nie będzie na mnie patrzyła jak na pospolitego łowcę posagów? Nie mogłem narazić się na podobne podejrzenie z jej strony. Skarb Agry stanął między nami jak nieprzekraczalna przeszkoda.
Była blisko druga, gdy przybyliśmy do pani Forrester. Służba spała już od dawna, ale pani Forrester była tak zaintrygowana niezwykłym wezwaniem, jakie otrzymała miss Morstan, że czekała na jej powrót. Sama otworzyła nam drzwi. Z przyjemnością patrzyłem, jak ta kobieta w średnim wieku, bardzo jeszcze przystojna, tkliwie otoczyła ramieniem kibić przybyłej i witała ją z macierzyńską czułością. Miss Morstan przedstawiła mnie, a pani Forrester poprosiła, bym wszedł i opowiedział nasze przygody. Wyjaśniłem jednak, że mam jeszcze spełnić bardzo ważne polecenie i przyrzekłem święcie, że przyjdę i doniosę o wszelkich nowych odkryciach, jakie w sprawie tej poczynimy. Odjeżdżając, rzuciłem jeszcze spojrzenie za siebie i wciąż zdaje mi się, że mam przed oczyma te dwie pełne wdzięku, przytulone do siebie postacie w półotwartych drzwiach, światło padające z przedpokoju przez matowy klosz, barometr i błyszczące pręty, które przytrzymywały chodnik na schodach... Ten przelotny widok cichego ogniska domowego w przeciwstawieniu do ponurej, tajemniczej sprawy przyniósł mi niemałą ulgę.
A im głębiej rozważałem to, co się stało, tym sprawa wydawała mi się bardziej ponura i tajemnicza. Jadąc cichymi, oświetlonymi gazem44 ulicami, przebiegłem myślą szereg tych nadzwyczajnych wypadków. Śmierć kapitana Morstana, przesyłki z perłami, ogłoszenie, list — wszystko to wyjaśniło się już dokładnie. Wypadki te doprowadziły nas wszakże do tajemnicy głębszej jeszcze i daleko tragiczniejszej. Skarb z Indii, zagadkowy plan znaleziony w rzeczach Morstana, dziwna scena śmierci majora Sholto, odnalezienie skarbu, po którym nastąpiło niezwłocznie zamordowanie człowieka, który go odnalazł, wielce osobliwe okoliczności towarzyszące zbrodni, ślady kroków, niezwykła broń, słowa na kartce, zgodne ze słowami wypisanymi na kartce przy majorze Sholto — wszystko to razem stanowiło labirynt, z którego człowiek uposażony mniej szczodrze przez naturę niż mój współlokator nie znalazłby z pewnością wyjścia i zrozpaczony dałby za wygraną.
Pinchin Lane była szeregiem odrapanych dwupiętrowych domków z cegły w niżej położonej części dzielnicy Lambeth. Musiałem pukać przez dłuższy czas pod numer trzeci, zanim mnie usłyszano. W końcu za roletą błysnęła świeca i jakaś twarz wyjrzała z okna na piętrze.
— Uciekaj stąd, pijaku! — zawołano. — Jak się zaraz nie uspokoisz, otworzę budy i wypuszczę na ciebie czterdzieści trzy psy.
— Niech pan wypuści tylko jednego, to mi starczy, po to właśnie przyszedłem — rzekłem.
— Precz stąd! Słuchaj, mam tu w torbie żmiję i jak nie przestaniesz, rzucę ci ją na łeb!
— Ale ja muszę dostać psa! — krzyknąłem.
— Mam dość tej kłótni! — huknął pan Sherman. — Wynoś się! Liczę do trzech, a potem rzucam żmiję.
— Pan Sherlock Holmes... — zacząłem, ale słowa te miały najwidoczniej jakąś magiczną moc. Okno zamknęło się z trzaskiem, w minutę później drzwi odryglowano i otworzono. Stanął w nich pan Sherman, nieco zgarbiony, chuderlawy staruszek w okularach o barwionych na niebiesko szkłach.
— Przyjaciel pana Sherlocka Holmesa — rzekł — jest zawsze mile widziany. Proszę wejść. Ostrożnie koło borsuka, bo gryzie... A ty paskudna, ty paskudna! Chciałabyś skosztować tego pana — mówił znów do kuny, która wysunęła z klatki łeb o złych, czerwonych ślepiach. — Niech się pan nie boi, to tylko padalec, wypuszczam go na podłogę, bo oczyszcza mi mieszkanie z robactwa. Niech mi pan wybaczy, że początkowo nie byłem bardzo gościnny, ale dzieciaki mi strasznie dokuczają i umyślnie stukają do drzwi, żeby mnie niepokoić. Czego pan Sherlock Holmes chce ode mnie?
— Jednego z pańskich psów.
— A, to pewnie Toby’ego?
— Tak jest, Toby’ego.
— Toby mieszka pod numerem siedem, tu na lewo.
Sherman szedł wolno naprzód wśród dziwacznej zwierzęcej rodziny, jaką wokół siebie zgromadził. W niepewnym, bladym blasku świecy widziałem niewyraźnie błyszczące, rozognione ślepia, spoglądające na nas z każdego kąta i każdego otworu. Nawet belki nad głowami zajęte były przez jakieś dwa ptaki, które leniwie przestępowały z nogi na nogę, gdyż nasze głosy zakłóciły im drzemkę.
Jak się okazało, Toby był brzydkim, długowłosym, kłapouchym stworzeniem, mieszańcem wyżła i ogara, o brązowo-białej sierści i niezgrabnym, kaczkowatym chodzie. Po chwili wahania przyjął kawałek cukru, który mi podał stary przyrodnik, a po zawarciu w ten sposób przyjaźni pies poszedł za mną do dorożki i bez najmniejszego oporu pojechał.
Na zegarze jakiejś wieży biła właśnie trzecia, gdy stanąłem nareszcie przed Pondicherry Lodge. Dowiedziałem się, że były bokser turniejowy McMurdo został aresztowany jako wspólnik Thaddeusa Sholto i obu odprowadzono już na posterunek. Dwaj policjanci strzegli wąskich drzwi w murze, lecz gdy tylko wymieniłem nazwisko przyjaciela, wpuścili mnie razem z psem.
Holmes stał na progu, z rękoma w kieszeniach. Palił fajkę.
— Aha, masz go! — rzekł. — Dobry, dobry pies... Athelney Jones poszedł sobie. Okazał niesłychaną energię: po twoim odejściu aresztował nie tylko naszego przyjaciela Thaddeusa, ale i odźwiernego, i gospodynię, i hinduskiego służącego. Jesteśmy teraz sami, tylko jeden policjant siedzi na górze. Zostaw tu psa i chodź ze mną.
Przywiązaliśmy Toby’ego do nogi stołu w przedpokoju i weszliśmy na piętro. Pokój zastaliśmy w takim stanie, w jakim zostawiliśmy, tylko ciało przykryto prześcieradłem. Znużony policjant siedział w kącie.
— Niech mi pan użyczy swojej latarni, sierżancie — powiedział Holmes. — A teraz zawiąże mi ten sznurek z tyłu na szyi, żeby wisiała mi na piersi. Dziękuję. Teraz muszę zdjąć buty i skarpetki, a ty, Watsonie, zabierzesz je ze sobą. Trzeba będzie się trochę pogimnastykować. Umaczaj moją chustkę do nosa w kreozocie. Dosyć, tyle starczy. A teraz chodź ze mną na chwilę na poddasze.
Przeleźliśmy przez otwór i Holmes raz jeszcze oświetlił ślady kroków na kurzu.
— Chciałbym, żebyś się dobrze przypatrzył tym śladom — rzekł. — Dostrzegasz w nich coś godnego uwagi?
— Są to ślady stóp dziecka albo kobiety małego wzrostu.
— Ale prócz rozmiarów... Nie widzisz nic szczególnego?
— Wydają się takie jak każde inne.
— Bynajmniej. Spójrz tu! Masz odcisk prawej stopy na kurzu. A teraz ja stawiam swoją bosą stopę obok i też zostawiam odcisk. Jaka między nimi główna różnica?
— Twoje palce są złączone razem, a na tamtym odcisku widać wyraźnie każdy palec osobno.
— Właśnie! O to głównie chodzi! Zapamiętaj sobie tę różnicę. A teraz, czy byłbyś łaskaw podejść do okienka w dachu i powąchać framugę? Ja zostanę tutaj, bo mam tę chustkę w ręku.
Zrobiłem, jak mi polecił, i od razu poczułem silną, ostrą woń.
— Tam właśnie postawił nogę, wychodząc. Jeśli ty możesz go tym śladem wytropić, myślę, że i Toby nie będzie miał żadnych trudności. A teraz zejdź na dół, odwiąż psa i przyjrzyj się sztukom Blondina45.
Wyszedłem przed dom, a Sherlock Holmes wdrapał się na dach. Widziałem go, jak na kształt olbrzymiego robaczka świętojańskiego sunął wzdłuż rynny. Znikł mi z oczu za kominami, lecz po chwili ukazał się ponownie, następnie znów zniknął ze strony przeciwnej. Obszedłem dom dokoła i ujrzałem go siedzącego na rogu przy rynnie.
— To ty, Watsonie? — krzyknął.
— Tak.
— Chodź tu. Co tam stoi czarnego na dole?
— Beczka na wodę.
— Ma pokrywę?
— Tak.
— Ani śladu drabiny?
— Nie.
— Niech go diabli porwą!... Tu można kark skręcić. Powinienem przecież umieć zejść stąd na dół, skoro on zdołał się tu wdrapać. Rynna wydaje się dość solidna... Ale tu jakoś idzie...
Usłyszałem szuranie stóp, a światło latarni zaczęło zsuwać się po murze. Wreszcie Holmes lekkim susem zeskoczył na beczkę, a stamtąd na ziemię.
— Nietrudno było pójść w jego ślady — rzekł, naciągając skarpetki i buty. — Dachówki są zupełnie obluzowane. W pośpiechu zgubił ten oto przedmiot. To potwierdza moją diagnozę, jak się wyrażacie wy, lekarze.
To mówiąc, pokazał mi małą torebkę, czy też sakiewkę z kolorowej trawy, ozdobioną kilkoma jaskrawymi paciorkami. Kształtem i wielkością przypominała papierośnicę. Wewnątrz znajdowało się sześć cierni, zaostrzonych z jednego końca, zaokrąglonych z drugiego, takich jak ten, który utkwił w głowie Bartholomeusa Sholto.
— Piekielna broń! — rzekł Holmes. — Uważaj, żebyś się nie ukłuł. Jestem zachwycony, że to znalazłem, bo zdaje się, że więcej tych cierni nie ma. Teraz słabnie obawa, aby coś podobnego znalazło się wkrótce w naszym ciele. Gdyby mi przyszło wybierać, wolałbym już kulkę Martiniego46. Czy zdolny jesteś jeszcze do sześciomilowej47 wycieczki, Watsonie?
— Ma się rozumieć — odparłem.
— Twoja noga wytrzyma?
— O, naturalnie!
— A, jesteś tu, piesku!... Poczciwy, dobry Toby! Powąchaj, piesku, powąchaj! — Mówiąc to, podsunął nasyconą kreozotem chustkę pod nos psu, który stał z rozkraczonymi łapami i wielce komicznym ruchem przekrzywił łeb, zupełnie jak znawca wąchający doskonałe wino.
Następnie Holmes rzucił chustkę daleko, przywiązał mocny sznur do obroży psa i podprowadził go do beczki. Pies natychmiast głośno zaszczekał, po czym z nosem przy ziemi i zadartym w górę ogonem leciał śladem woni tak szybko, że musieliśmy pędzić, chcąc go utrzymać.
Na wschodzie zaczęło świtać i mogliśmy już teraz widzieć na pewną odległość. Kwadratowy, wielki dom o czarnych, pustych oknach i wysokich nagich murach został w tyle, ponury i groźny. Droga wiodła przez niezabudowany obszar wśród dołów i kopców. Całe to miejsce, z porozrzucanymi stosami śmieci i nędznymi krzakami, wyglądało jak przeklęte, a złowrogie pozory odpowiadały ponurej tragedii, jaka się tu rozegrała.
Po zbliżeniu się do otaczającego posiadłość muru Toby zaczął biec wzdłuż niego, skowycząc, i wreszcie zatrzymał się na rogu osłoniętym młodym krzakiem. W miejscu, gdzie łączyły się ze sobą dwie ściany, wyjęto kilka cegieł, a powstałe otwory były wytarte i zaokrąglone na dolnej krawędzi, jakby służyły często za stopnie. Holmes wszedł po tych stopniach i wziąwszy ode mnie psa, opuścił go na przeciwną stronę.
— Patrz, tu jest odcisk ręki człowieka o drewnianej nodze — rzekł, gdy znalazłem się przy nim. — Widzisz małą plamkę krwi na białym tynku? Co za szczęście, że jeszcze deszcz nie zmył! Pomimo że minęła już przeszło doba od ich ucieczki, jestem przekonamy, że woń kreozotu została jeszcze na drodze.
Wyznaję, że miałem co do tego poważne wątpliwości, zważywszy wielki ruch panujący na tej londyńskiej drodze. Jednak obawy moje niebawem pierzchły. Toby nie zawahał się ani nie zatrzymał, lecz biegł stale naprzód. Widocznie ostra woń kreozotu górowała nad wszystkimi zapachami.
— Nie wyobrażaj sobie — rzekł Holmes — że moje powodzenie tym razem zależy jedynie od tego, iż jeden z tych jegomościów wdepnął przypadkiem w kreozot. Teraz wiem już tyle, że mógłbym ich śledzić rozmaitymi sposobami. Ten wszakże jest najszybszy, a skoro szczęśliwy zbieg okoliczności nam go podsunął, zawiniłbym, gdybym go zaniechał. Niemniej fakt ten sprawił, że cały wypadek przestał już być tak ciekawą zagadką, na jaką się zrazu zapowiadał. Sprawa mogłaby przynieść duże uznanie, gdyby nie ta zbyt widoczna wskazówka.
— Już zyskałeś niemałe uznanie — rzekłem. — Zapewniam cię, że zdumiewam się nad metodami, jakimi dochodzisz do wyników, zdumiewam się jeszcze hardziej niż w sprawie morderstwa Jeffersona Hope’a. Wypadek obecny wydaje mi się bardziej złożony i bardziej niewytłumaczalny. Jakim sposobem, na przykład, mogłeś opisać z taką pewnością człowieka z drewnianą nogą?
— Phi, mój drogi... to takie proste! Posłuchaj tylko: dwaj oficerowie, którym powierzono straż nad więźniem, dowiadują się ważnej tajemnicy o ukrytym skarbie. Niejaki Jonathan Small, Anglik, rysuje dla nich plan. Przypomnij sobie, że widzieliśmy to nazwisko na planie znalezionym w rzeczach kapitana Morstana. Small podpisał go w imieniu swoim i swych trzech wspólników — „Znakiem Czterech”, jak to dramatycznie nazwał. Przy pomocy tego planu oficerowie, lub może jeden z nich, odnajdują skarb i przywożą do Anglii, nie spełniwszy, jak przypuszczam, pewnego warunku, pod jakim ten skarb otrzymali. A teraz, dlaczego Jonathan Small nie wydobył skarbu sam? Odpowiedź nietrudna. Na planie jest data z czasu, kiedy Morstan był w bliskim kontakcie z więźniami. Jonathan Small nie mógł wydobyć skarbu, gdyż zarówno on, jak i jego wspólnicy byli więźniami, a wskutek tego nie mieli swobody ruchów...
— Ależ to tylko przypuszczenia — zauważyłem.
— Przepraszam cię, to jedyna hipoteza, która odpowiada faktom. Zobaczmy, jak się zgadza z faktami. Major Sholto żyje przez czas pewien w spokoju, szczęśliwy z posiadania skarbu. Następnie otrzymuje z Indii list, który go przeraża. Dlaczego?
— Bo mu doniesiono, że ludzie, których skrzywdził, zostali uwolnieni.
— Albo uciekli z więzienia. To daleko prawdopodobniejsze, inaczej bowiem wiedziałby, kiedy kończy się ich kara, i nie byłoby to dla niego niespodzianką. Cóż więc czyni? Wystrzega się człowieka o drewnianej nodze, myli się, bierze za niego jakiegoś wędrownego handlarza i strzela doń z rewolweru. Na planie zaś jest tylko jedno nazwisko białego człowieka, reszta to hinduiści lub mahometanie. Stąd też możemy twierdzić na pewno, że człowiekiem o drewnianej nodze jest Jonathan Small. Czy rozumowanie to wydaje ci się fałszywe?
— Nie, owszem, jest jasne i ścisłe.
— A teraz postawmy się na miejscu Jonathana Smalla i rozważmy sprawę z jego punktu widzenia. Przybywa do Anglii z podwójnym zamiarem: odzyskania tego, do czego sądzi, iż ma prawo, i zemszczenia się na człowieku, który go skrzywdził. Odszukał mieszkanie Sholta i prawdopodobnie nawiązał kontakt z kimś ze służby. Nie widzieliśmy tego służącego, Lala Rao, o którym pani Bernstone wyrażała się, że daleko mu do dobrego człowieka. Small nie mógł jednak znaleźć skarbu, bo nikt nigdy nie wiedział, gdzie był schowany, z wyjątkiem majora i jednego wiernego sługi, który już nie żył. Nagle Small dowiaduje się, że major kona. Zdjęty trwogą, iż tajemnica zginie wraz z nim, biegnie, niepomny, że może zostać schwytany. Dostaje się pod okno konającego i jedynie obecność dwóch synów Sholta wstrzymuje go od wejścia. Ogarnięty szałem nienawiści do nieboszczyka, wchodzi do pokoju w nocy, przetrząsa jego papiery w nadziei, że znajdzie jakąś notatkę dotyczącą skarbu, i w końcu zostawia ślad swej wizyty w postaci krótkiego napisu na kartce. Zaplanował sobie prawdopodobnie z góry, że gdyby zamordował majora, pozostawi jakiś znak na zwłokach, że nie jest to zbrodnia pospolita, lecz z punktu widzenia czterech wspólników coś w rodzaju wymiaru sprawiedliwości. Fantastyczne, dziwaczne urojenia tego rodzaju notują dość często roczniki kryminalne. Czy ci się to wydaje jasne?
— Najzupełniej.
— Cóż Jonathan Small mógł następnie uczynić? Mógł tylko potajemnie czuwać nad usiłowaniami odnalezienia skarbu. Prawdopodobnie opuszcza Anglię i przyjeżdża tu od czasu do czasu. Następuje odkrycie poddasza, o czym Small zostaje niezwłocznie zawiadomiony. Mamy tu ponownie ślad jakiegoś sprzymierzeńca w domu. Jonathan, ze swoją drewnianą nogą, nie może oczywiście dostać się do pokoju Bartholomeusa Sholto. Zabiera więc ze sobą jakiegoś osobliwego wspólnika, który pokonuje tę trudność, lecz wchodzi bosą stopą w kreozot. Stąd potem wynika pomoc Toby’ego i sześciomilowy spacer dla doktora z uszkodzonym ścięgnem Achillesa.
— Ale morderstwo popełnił wspólnik, nie Jonathan!
— Tak jest. I to ku rozpaczy Jonathana, sądząc po sposobie, w jaki tupał nogami, gdy wszedł do pokoju. Nie miał żadnego żalu do Bartholomeusa Sholto i wolałby go po prostu związać i zakneblować. Nie chciał bynajmniej dawać głowy pod stryczek, jednak nie było rady: dzikie instynkty towarzysza i trucizna zrobiły swoje. Jonathan Small tedy pozostawił notatkę, spuścił skrzynkę ze skarbem przez okno i... czmychnął. Oto według mnie przypuszczalny bieg wypadków. Co zaś do powierzchowności Smalla, to musi on być w średnim wieku i ogorzały, skoro odbył służbę w takim piecu jak Andamany. Wzrost jego łatwo da się określić z długości kroku, wiemy również, że ma brodę. Właśnie bujność owłosienia uderzyła Thaddeusa Sholto, gdy ujrzał twarz za oknem. Myślę, że to już wszystko.
— A wspólnik?
— I tu tajemnica niezbyt zawikłana. Ale dowiesz się niebawem reszty. Jakie to poranne powietrze jest rozkoszne! Spójrz... ta drobna chmurka wisi niby różowe pióro jakiegoś olbrzymiego flaminga... Teraz purpurowy brzeg słońca wtacza się na ławę chmur... Przyświeca tysiącom ludzi, ale ręczę, że nikomu, kto by miał tak szczególne zadanie do spełnienia, jak my. Jakże mali wydajemy się z naszymi błahymi ambicjami i walkami wobec potężnych, żywiołowych sił przyrody! Znasz dobrze Jean Paula48?
— Dość dobrze. Powróciłem do niego po przestudiowaniu Carlyle’a49.
— To znaczy śledzić brzeg strumienia w górę, aż do jeziora, z którego wypływa. Jean Paul rzucił jedno ciekawe a głębokie spostrzeżenie. Mianowicie, że najlepszym dowodem prawdziwej wielkości człowieka jest jego przekonanie o własnej małości. Dowodzi to, widzisz, jego zdolności porównywania i oceny, co samo w sobie jest dowodem szlachetnego ducha. Masz rewolwer?
— Mam laskę.
— Być może będzie nam potrzebna, jeśli dotrzemy do ich kryjówki. Jonathana zostawię tobie, ale gdyby tamten drugi stawiał opór, zastrzelę go na miejscu.
Mówiąc to, wyjął rewolwer, nabił go i schował do bocznej prawej kieszeni marynarki.
Prowadzeni przez Toby’ego, szliśmy ku stolicy podmiejskimi drogami, wzdłuż których ciągnęły się wille. Teraz jednak zaczynaliśmy zbliżać się do ciasno zabudowanych ulic, gdzie rolnicy i robotnicy okrętowi wybierali się do pracy, a zaspane kobiety otwierały okiennice i zamiatały stopnie przed drzwiami. W szynkowniach rozpoczynał się już ruch — wychodzili z nich mężczyźni o powierzchowności niebudzącej zaufania i rękawem ocierali brody po rannym, obficie zakropionym śniadaniu. Psy harcowały po ulicach i spoglądały na nas ze zdziwieniem, ale niezrównany Toby nie oglądał się ani na lewo, ani na prawo, tylko szedł naprzód z nosem przy ziemi, skomląc od czasu do czasu, co dowodziło, że ślad jest jeszcze gorący.
Minęliśmy Streadham, Brixton, Camberwell i przedostawszy się bocznymi uliczkami na wschód od Ovalu, znaleźliśmy się w Kennigton Lane. Ludzie, których ścigaliśmy, dążyli zygzakowatą drogą, chcąc prawdopodobnie zmylić prześladowców. Nigdy nie szli główną ulicą, jeśli boczna prowadziła w tym samym kierunku. Na krańcu Kennington Lane skręcili na lewo przez Bond Street i Miles Street. W miejscu, gdzie Miles Street wychodzi na Knight’s Place, Toby przystanął na chwilę, po czym zaczął latać tam i z powrotem, z jednym uchem nastawionym, drugim opuszczonym — istny obraz psiego zakłopotania. Potem kręcił się w kółko, spoglądając na nas od czasu do czasu, jakby oczekując współczucia.
— Co ten pies wyprawia? — mruknął Holmes. — Przecież nie wsiedli do dorożki ani nie pofrunęli balonem.
— Może zatrzymali się tutaj i stali jakiś czas.
— A... masz słuszność. Toby znów rusza w drogę — rzekł z widocznym zadowoleniem.
Istotnie, pies zakręcił się raz jeszcze w kółko, zdecydował się widocznie i popędził naprzód z nową energią i zapałem. Woń była widocznie silniejsza niż poprzednio, gdyż Toby już nawet nie trzymał nosa przy ziemi, lecz szarpał się i próbował urwać się z postronka. Z błysku w oczach Holmesa biło przekonanie, że zbliżamy się do kresu wycieczki.
Droga wiodła przez Nine Elms aż do dużego tartaku Brodericka i Nelsona, za gospodą pod Białym Orłem. Tu pies, podniecony do najwyższego stopnia, skręcił w boczną bramę i wpadł na dziedziniec, gdzie pracowali już tracze. Biegł dalej przez trociny i wióry, ścieżką między dwoma stosami drzewa, i w końcu z triumfującym szczekaniem wskoczył na wielką beczkę stojącą na ręcznym wózku. Z wywieszonym ozorem i przymrużonymi ślepiami stał na beczce, spoglądając na nas kolejno, jakby czekał nagrody. Klepki beczki i koła wózka zasmarowane były ciemnym płynem, a w powietrzu unosiła się ostra woń kreozotu.
Osłupieliśmy, spojrzeliśmy po sobie i... mimo woli parsknęliśmy głośnym śmiechem.
VIII. Siły ochotnicze z Baker Street
— Co dalej? — spytałem. — Toby przestał być nieomylny.
— Działał, jak mu instynkt wskazywał — odparł Holmes, zdjął psa z beczki na ziemię i wyprowadził go z dziedzińca. — Jeśli weźmiesz pod uwagę, ile kreozotu przewożą codziennie po ulicach, nic dziwnego, że zmyliliśmy drogę. Kreozot jest bardzo rozpowszechniony, zwłaszcza w zastosowaniu do nasycania drzewa. To nie wina biednego Toby’ego.
— Trzeba będzie teraz powrócić do pierwotnego tropu.
— Tak. Na szczęście droga nie będzie daleka. Na rogu Knight’s Place pies dlatego widocznie znalazł się w kłopocie, że rozchodziły się tam dwie drogi w różnych kierunkach. Poszliśmy złą drogą, teraz pozostaje nam udać się inną ulicą.
Wykonanie tego planu nie przedstawiało trudności. Pies, przyprowadzony na punkt rozstajny, zaczął znów kręcić się na miejscu i ostatecznie pobiegł w innym kierunku.
— Musimy uważać, żeby nas teraz nie zaprowadził tam, skąd przywieźli beczkę z kreozotem — zauważyłem.
— Myślałem o tym. Ale, jak widzisz, prowadzi nas chodnikiem, podczas gdy beczka jechała środkiem ulicy. Nie, teraz jesteśmy na właściwym tropie.
Uliczka wiodła nad Tamizę, przez Belmont Place i Prince’s Street. Przy końcu Broad Street pies pobiegł prosto nad wodę, do małej drewnianej przystani, i zaprowadził nas na brzeg, gdzie stanął, skowycząc i patrząc w ciemną toń.
— Nie mamy szczęścia — rzekł Holmes. — Widocznie wsiedli do łódki.
W przystani stały łodzie różnego kształtu. Obeszliśmy je kolejno z Tobym, ale pies, choć obwąchiwał je skwapliwie, pozostał obojętny.
Opodal przystani stał mały domek, a w oknie widniała drewniana tabliczka z napisem: „Mordechaj Smith, łodzie do wynajęcia na dni i godziny”. Drugi napis nad drzwiami zawiadamiał, że można było wynająć również łódź motorową, a potwierdzał to stos koksu złożony obok domku. Sherlock Holmes rozglądał się dokoła ponuro.
— Kiepska sprawa — rzekł. — Ci hultaje są sprytniejsi, niż sądziłem. Zatarli, zdaje się, ślady. Obawiam się, że mieli plan dobrze obmyślony.
Mówiąc to, zbliżał się do domku, gdy naraz drzwi się otworzyły i wybiegł sześcioletni kędzierzawy malec, a za nim tęga kobieta o rumianym obliczu, z wielką gąbką w dłoni.
— Jack, wracaj tu! Chodź do mycia! — krzyknęła. — Wracaj, nicponiu jeden! Jak ojciec przyjdzie i zastanie cię umorusanego, będziemy się mieli z pyszna!
— Co za śliczny dzieciak — odezwał się Holmes dyplomatycznie. — A jaką ma buzię różową, urwis! Jack, słuchaj no, cobyś chciał mieć?
Malec zastanowił się.
— Chciałbym szylinga50 — odparł po chwili.
— A może byś wolał coś innego?
— Wolałbym dwa szylingi — odpowiedział po krótkim namyśle.
— Patrzcie państwo! A, no to masz... łap!... Mądre dziecko, pani Smith.
— Bóg panu zapłać... A taki żywy! Nie mogę sobie z nim poradzić, zwłaszcza, jak męża nie ma w domu całymi dniami.
— Nie ma go w domu? — rzekł Holmes takim tonem, jakby doznał największego zawodu. — Bardzo mi przykro, bo właśnie chciałem pomówić z panem Smithem.
— Nie ma go od wczoraj i prawdę mówiąc, to zaczynam być o niego niespokojna. Ale jeśli chodzi o łódź, to mogę męża zastąpić.
— Chciałem wynająć jego motorówkę.
— Niestety, proszę pana, akurat nią popłynął. To mnie właśnie dziwi, bo wiem, że węgla na niej tylko tyle, że starczy do Woolwich i z powrotem. Gdyby był popłynął łodzią, nic bym nie myślała, bo nieraz pływał aż do Gravesend, a jak tam miał dużo roboty, to zostawał na dłużej. Ale co za pożytek z motorówki bez węgla?
— Mógł dokupić węgiel w jakiejś przystani w dole rzeki.
— Mógł, ale nie ma tego w zwyczaju. Nieraz słyszałam, jak narzekał, że tak drogo cenią za parę głupich worków. Zresztą, nie podoba mi się ten człowiek z drewnianą nogą, z tą szkaradną twarzą i cudzoziemską wymową. Po co on się tu kręci?
— Człowiek z drewnianą nogą? — powtórzył Holmes tonem zdziwienia.
— Tak, proszę pana. Taki opalony, z małpią twarzą, przychodził już nieraz do męża. Obudził go wczoraj w nocy, a co więcej, mąż wiedział, że on przyjdzie, bo rozpalił ogień pod kotłem. Mówię panu otwarcie, że mi się to nie podoba!
— Ależ, droga pani — rzekł Holmes, wzruszając ramionami — zupełnie niepotrzebnie się pani niepokoi. Skąd pani wie, że to właśnie ten człowiek z drewnianą nogą przyszedł do męża w nocy? Skąd ta pewność?
— Jego głos, proszę pana! Poznałam jego gruby głos. Zastukał do okna... mogła być trzecia... „Wstawajcie — powiada — czas w drogę”. Mój stary obudził Jima... to mój najstarszy... i poszli, a do mnie to się nawet nie odezwali. Słyszałam dobrze stuk drewnianej nogi po kamieniach.
— A czy ten człowiek był sam?
— Nie mogę powiedzieć, proszę pana. Nie słyszałam nikogo innego.
— Bardzo mi przykro, bo chciałem wynająć porządną łódź motorową, a zachwalano mi bardzo... jakże się nazywa?
— „Aurora”, panie.
— Aha! Czy to nie taka stara, zielona motorówka z żółtym pasem, bardzo szeroka pośrodku?
— Nie, proszę pana. Jest mała i wąska, a została teraz świeżo pomalowana na czarno z dwoma czerwonymi pasami.
— Dziękuję. Liczę, że pan Smith wróci niebawem. Udaję się w dół rzeki, a gdybym gdzieś spostrzegł „Aurorę”, zawiadomię pana Smitha, że pani jest niespokojna. Mówiła pani, że „Aurora” ma czarny komin, prawda?
— Nie, proszę pana. Czarny z białym pasem.
— A, tak... To boki miała czarne. Żegnam panią. Watsonie, tam stoi przewoźnik z promem. Wsiądziemy i przepłyniemy na drugą stronę rzeki.
— Główna rzecz w postępowaniu z takimi ludźmi — odezwał się Holmes, gdyśmy już siedzieli na promie — to nie dać im poznać, że ich informacje mogą mieć dla ciebie jakiekolwiek znaczenie. Jeżeli się tylko z tym zdradzisz, zamkną się niezwłocznie jak ostryga. A jeśli ich słuchasz obojętnie, dowiesz się zawsze, czego tylko zechcesz.
— Nasza droga jest teraz bardzo prosta — rzekłem.
— Cóż byś uczynił?
— Wynająłbym statek i popłynął w dół rzeki szukać „Aurory”.
— Mój drogi, byłoby to olbrzymie zadanie. Mogła zawinąć do którejkolwiek przystani po obydwu stronach rzeki stąd aż do Greenwich. Poniżej mostu ciągnie się istny labirynt przystani. Minęłyby tygodnie, zanim człowiek zdołałby je przeszukać.
— To wezwij do pomocy policję.
— Nie chcę... Prawdopodobnie na zakończenie wezwę Athelneya Jonesa. To niezły chłop i nie chciałbym zrobić czegoś, co mogłoby mu zaszkodzić zawodowo. Ale pragnąłbym opracować całą sprawę sam, skoro mam już wszystkie nici w ręku.
— Może zamieścić ogłoszenie, żeby pracownicy przystani udzielili nam informacji?
— To byłoby jeszcze gorzej. Nasi panowie domyślą się z pewnością, że są ścigani, i opuszczą kraj. Dopóki jednak będą przypuszczać, że nikt nie wykrył ich śladu, nie będą się śpieszyli. Dopomoże nam tu gorliwość i energia Jonesa. Dzienniki opiszą zaraz jego działalność w tej sprawie i bandyci nabiorą przekonania, że wszyscy są na fałszywym tropie.
— Cóż więc poczniemy? — spytałem, gdy wylądowaliśmy w pobliżu więzienia Millbank51.
— Weźmiemy dorożkę, pojedziemy do domu, zjemy śniadanie i prześpimy się z godzinkę. Bardzo możliwe, że będziemy musieli dzisiejszą noc spędzić jeszcze przy pracy. Stańcie przed urzędem pocztowym — zwrócił się do woźnicy. — Zatrzymamy Toby’ego, może nam się jeszcze przydać.
Stanęliśmy przed pocztą na Great Peter Street, skąd Holmes wysłał depeszę.
— Jak ci się zdaje, do kogo telegrafowałem? — spytał, gdy ruszyliśmy dalej.
— Nie mam pojęcia.
— Pamiętasz oddział policji śledczej z Baker Street, którym posługiwałem się w sprawie Jeffersona Hope’a?
— Pamiętam.
— Otóż w obecnym wypadku mogą się okazać użyteczni. Jeśli mi się nie uda, mam inne środki, ale najpierw spróbuję ich pomocy. Wysłałem depeszę do tego małego, umorusanego łobuziaka, Wigginsa, i liczę, że będzie u nas ze swoją bandą, zanim zdążymy zjeść śniadanie.
Była już blisko dziewiąta i zacząłem odczuwać silną reakcję po wrażeniach nocnych. Noga mi dokuczała, utykałem, ogarnęło mnie znużenie, miałem umysł mętny, a ciało zmęczone. Nie ożywiał mnie, jak Holmesa, zawodowy zapał, nie mogłem też traktować sprawy jedynie abstrakcyjnie. O Bartholomeusie Sholto słyszałem tak mało dobrego, że nie czułem bynajmniej wielkiej antypatii do jego morderców. Ze skarbem wszakże miało się inaczej. Co najmniej jego część należała do miss Morstan i dopóki istniała jakakolwiek szansa odzyskania go, byłem gotów poświęcić życie dla tego celu. Prawda, że gdybym odnalazł skarb, miss Morstan stałaby się dla mnie na zawsze niedostępna. Ale marna i samolubna byłaby miłość ulegająca wpływom podobnych myśli. Jeśli Holmes mógł pracować nad wykryciem przestępców, mnie stokroć silniejsze powody pobudzały do odszukania skarbu.
Powróciłem do domu. Kąpiel orzeźwiła mnie zupełnie. Gdy zeszedłem na śniadanie, Holmes nalewał kawę.
— Oto masz — rzekł, śmiejąc się i wskazując rozłożoną gazetę. — Energiczny Jones i wszędobylski reporter już się porozumieli. Ale dosyć tego. Zabierz się do szynki i jajek.
Wziąłem jednak gazetę i przeczytałem krótką notatkę pod tytułem: „Tajemnicza sprawa w Upper Norwood”.
Wczoraj około godziny dwunastej w nocy — pisał „Standard” — w Pondicherry Lodge w Upper Norwood znaleziono zwłoki pana Bartholomeusa Sholto w jego własnym pokoju, w nader tajemniczych okolicznościach. Nie wykryto dotąd na osobie pana Sholto żadnego śladu gwałtu, zginął jednakże cenny zbiór klejnotów indyjskich, które nieboszczyk odziedziczył po ojcu. Fakt ten wykryli pan Sherlock Holmes i dr Watson, którzy przybyli wraz z bratem zmarłego, Thaddeusem Sholto. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pan Athelney Jones, znany członek policji śledczej, był właśnie na posterunku w Norwood i znalazł się na miejscu wypadku w pół godziny po alarmie. Zabrawszy się do dzieła z właściwą mu energią i wprawą, usiłował przede wszystkim wykryć przestępców; usiłowania te uwieńczone zostały pomyślnym skutkiem. Aresztowano Thaddeusa Sholto, gospodynię, panią Bernstone, hinduskiego służącego, nazwiskiem Lal Rao, i odźwiernego McMurdo. Nie ulega wątpliwości, że złodziej, względnie złodzieje, obeznani byli z terenem, pan Jones bowiem dzięki swym wiadomościom technicznym i niepospolitemu darowi obserwacyjnemu dowiódł niezbicie, że złoczyńcy nie mogli wejść drzwiami ani oknem, lecz dostali się przez dach budynku, następnie przez klapę do pomieszczenia, które łączyło się bezpośrednio z pokojem, w którym znaleziono ciało. Fakt ten jest oczywistym dowodem, że kradzież nie była przypadkowa, lecz zaplanowana. Szybka i energiczna akcja przedstawicieli prawa wykazuje, jak korzystna w podobnych wypadkach jest obecność człowieka obdarzonego silną wolą i bystrym umysłem. Zdaniem naszym jest to jeszcze jeden argument na poparcie żądania decentralizacji służb policyjnych, co ułatwiłoby im natychmiastowe dochodzenia.
— Kapitalne — rzekł Holmes, śmiejąc się. — Cóż ty na to?
— Co? Myślę, że niewiele brakowało, aby i nas aresztowano jako uczestników zbrodni.
— I mnie się tak zdaje. Nie ręczyłbym za nasze bezpieczeństwo w razie powtórnego napadu energii pana Jonesa.
W tej samej chwili rozległ się dzwonek i usłyszałem okrzyki oburzenia naszej gospodyni, pani Hudson.
— Na Boga — rzekłem, wstając — zdaje się, że naprawdę przyszli po nas.
— Nie, nie obawiaj się, tymczasem jeszcze nie. To siła nieurzędowa... ochotnicza policja z Baker Street.
Gdy to mówił, rozległ się szybki tupot bosych stóp po schodach, krzykliwa paplanina i do pokoju wpadło dwunastu brudnych, obdartych łobuzów. Pomimo hałaśliwego wejścia ustawili się natychmiast karnym szeregiem i spoglądali wyczekująco. Najwyższy i najstarszy z nich stał na przodzie z miną pełną komicznej godności.
— Otrzymałem wezwanie — rzekł — i sprowadziłem ich.
— Dobrze — odparł Holmes — ale na przyszłość niech oni zgłaszają się do ciebie, Wiggins. Nie lubię takiego najścia na mój dom, choć dobrze się składa, iż wszyscy usłyszycie zlecenie. Chcę, żebyście się dowiedzieli, gdzie jest teraz łódź motorowa „Aurora”, własność Mordechaja Smitha, czarna z dwoma czerwonymi pasami; komin czarny z białą obręczą. Jest gdzieś w dole rzeki. Jeden z was musi pójść na przystań Smitha naprzeciwko Millbank i uważać, czy motorówka nie wraca. Rozdzielcie się tak, żeby pilnować jednocześnie obu brzegów i donosić mi niezwłocznie o wszystkim. Rozumiecie?
— Tak, proszę pana.
— Dostaniecie zwykłą zapłatę, a kto znajdzie motorówkę, dostanie ponadto gwineę. Macie tu za dzień z góry. A teraz jazda!
Wręczył każdemu po szylingu. Chłopcy zbiegli ze schodów i popędzili na stanowiska.
— Jeśli motorówka jest gdzieś na wodzie, znajdą ją — rzekł Holmes, wstając od stołu i zapalając fajkę. — Malcy pójdą wszędzie, dostrzegą wszystko, każdego podsłuchają. Spodziewam się przed wieczorem wiadomości. Tymczasem musimy czekać. Nie możemy powiązać zerwanych nici, póki nie znajdziemy „Aurory” lub Smitha.
— Położysz się teraz, Holmesie?
— Nie, nie jestem zmęczony. Mam szczególny organizm: tylko próżniactwo nuży mnie i wyczerpuje. Będę palił i rozważał tę niewesołą sprawę, w którą wplątała nas piękna klientka. Pod pewnym względem trudno o łatwiejsze zadanie niż nasze. Ludzi z drewnianymi nogami nie ma znów tak wielu, a wspólnik Smalla musi być po prostu unikatem.
— Znów tak zagadkowo wspominasz o tym wspólniku!
— Nie chcę bynajmniej osłaniać go przed tobą tajemnicą. Chciałbym, żebyś sam wyrobił sobie o nim zdanie. Zastanów się tylko nad danymi, jakie mamy: ślady bardzo małych stóp, palce nóg nigdy niekrępowane obuwiem, nagie stopy, maczuga z kamienną gałką, niebywała zręczność, małe zatrute strzałki... Co sądzisz o tym człowieku?
— Dziki! — zawołałem. — Może ktoś z Hindusów, wspólników Jonathana Smalla?
— Nie sądzę. Kiedy pierwszy raz spostrzegłem znak po niezwykłej broni, i ja tak myślałem, ale widząc szczególne ślady stóp, zmieniłem zdanie. Żaden z mieszkańców Półwyspu Indyjskiego nie mógł pozostawić takich śladów. Hindus ma stopę długą i wąską. Mahometanin ma duży palec wyraźnie oddzielony od innych, bo rzemień sandału przechodzi zwykle między palcem wielkim a sąsiednim. Co zaś tyczy się pocisku, mógł być wyrzucony tylko przez dmuchawkę. Gdzie wobec tego należałoby szukać naszego dzikiego?
— W Ameryce Południowej — odparłem na chybił trafił.
Holmes wyciągnął rękę i zdjął z półki grubą książkę.
— Jest to pierwszy tom niedawno rozpoczętego wydawnictwa, zawiera więc niewątpliwie najnowsze dane. Zobaczmy... Patrz: „Wyspy Andamańskie, położone o 340 mil na północ od Sumatry, w Zatoce Bengalskiej”. Hm... hm... to mniejsza... „Klimat wilgotny, rafy koralowe, rekiny, Port Blair, więzienie, Rutland Island, bawełna”... Aha, mam! „Pierwotni mieszkańcy Wysp Andamańskich mogą rościć pretensje do miana najmniejszej rasy na ziemi, chociaż antropologowie oddają pod tym względem pierwszeństwo Buszmenom afrykańskim, Indianom plemienia Digger w Ameryce oraz mieszkańcom Ziemi Ognistej. Przeciętny wzrost Andamańczyka wynosi niecałe cztery stopy, choć często spotykamy tam ludzi dorosłych znacznie niższych. Są oni okrutni, dzicy i ponurego usposobienia, niesforni, zdolni mimo to do wiernej przyjaźni dla człowieka, który umie pozyskać ich zaufanie”. Zanotuj to sobie dobrze, Watsonie. A teraz słuchaj dalej: „Powierzchowność ich jest potworna, wielkie, niekształtne głowy, dzikie oczy, powykrzywiane rysy, stopy i ręce bardzo małe. Wszelkie usiłowania kolonistów brytyjskich w celu pozyskania sympatii Andamańczyków spełzły na niczym wobec ich niesforności i okrucieństwa. Są oni ciągłym postrachem rozbitych okrętów; zabijają bez miłosierdzia ocalałych rozbitków maczugami o kamiennych gałkach lub zatrutymi strzałami. Rzezie te kończą się zwykle ludożerczą ucztą”. Nie ma co, miły ludek. Gdyby ów jegomość mógł działać według własnego uznania, obrót sprawy byłby jeszcze straszliwszy. Zdaje mi się, że i tak wobec tego, co zaszło, Small dałby wiele, aby nie potrzebować uciekać się do jego pomocy.
— Ale jak się to stało, że wybrał sobie takiego pomocnika?
— Tego nie mogę ci wyjaśnić. Skoro jednak ustaliliśmy już, że Small przybył z Andamanów, nie ma w tym nic dziwnego, że przywiózł ze sobą tego wyspiarza. Niewątpliwie dowiemy się o wszystkim we właściwym czasie. A teraz spróbuję cię ukołysać do snu.
Holmes wyjął skrzypce z futerału. Wyciągnąłem się na kanapie, a on zagrał jakąś rzewną melodię, niewątpliwie własnej kompozycji, miał bowiem niezwykłą łatwość improwizacji. Zachowałem tylko niejasne wspomnienie jego wysokiej, poważnej postaci i pociągnięć smyczka. Uniosła mnie łagodna fala dźwięków i wkrótce znalazłem się w krainie marzeń, a słodkie oblicze Mary Morstan pochyliło się nade mną...