XVI. Jak Zygfryda zabiło
Gunter z Hagenem razem, dwaj rycerze śmiali,
Podstępnie w kniei łowy owe urządzali;
Z oszczepem się puszczali na dziki i tury,
I niedźwiedzie. Czyż śmielej puści się mąż który?
Zygfryd świetnie wystąpił, jadąc na te łowy.
Wieźli z sobą do lasu dość spiży gotowej.
Tam przy zimnej krynicy życie stracił zdradą, —
Stało się to za możnej Brunehildy radą.
Poszedł Zygfryd odważny do komnaty żony
A świetny strój myśliwski już był wyłożony
Dlań i dla towarzyszy, (bo się wybrać miano
Za Ren). Tam zastał żonę strapioną, stroskaną.
Całował ją serdecznie w usta na rozstanie:
«Daj Boże, bym cię ujrzał, luba, w zdrowym stanie
I sam stanął przed tobą zdrów! Przy twej rodzinie
Bawże się tu wesoło, — ja odjeżdżam ninie».
Pomyślała, iż było niepotrzebnem wyznać
Hagenowi rzecz tajną, (nie śmiała się przyznać) —
Jęła szlochać, że kiedy światło dnia ujrzała,
Bez miary Zygfrydowa małżonka płakała.
I do męża, tak rzekła: «Nie jedź dziś na łowy
Do kniei! Oto w nocy miałam sen takowy,
Iż dwa odyńce ciebie ścigały przez błonie, —
Kwiaty zakwitły krwawo, — dlatego łzy ronię.
Drżę na myśl, iż cię jaka spotkać może zdrada,
Może ktoś obrażony słowem się zasiada65,
Jeden z tych, co boleśnie zaszkodzić ma władzę.
Zostań w domu, mój mężu, serdecznie ci radzę!»
Lecz on rzekł: «Toć powrócę rychło, moja droga,
A nie wiem, w kim na dworze miałbym tutaj wroga.
Z twej rodziny mnie każdy chętny i przychylny,
Jako słuszna, bom wierny był dla nich i pilny».
«Strach mnie srogi przenika, mój Zygfrydzie miły,
Miałam sen, że nad tobą dwie się zawaliły
Góry, iżem cię widzieć nie mogła nieboga.
Gdy pojedziesz, żal dla mnie zostanie i trwoga».
Lecz on objął ramiony czule piękną postać
Żony i pocałunkiem żegnał; nie chciał zostać,
Odszedł wnet i niebawem wybrał się na łowy.
— Niestety, już do domu nie powrócił zdrowy.
Odjechali, a wkrótce dla miłej zabawy
Weszli głęboko w lasy. Niejeden zuch żwawy
Jechał w łowczym orszaku za królem Gunterem,
W domu zostali jeno Gernot z Giselherem.
A z nim się jeszcze z domu wybrała drużyna,
Wyprawiono na koniach i chleba, i wina
Dostatek, mięsa, ryby, wszelakich zapasów.
Słusznie się tak król możny wyprawia do lasów.
Rozłożyli się łowcy pod zielonym lasem,
Kędy zwierz zwykł wychodzić, strwożony hałasem,
Na szerokiej równinie; i Zygfryd się stawił,
Wnet ktoś pobiegł do króla, by mu to objawił.
Zaraz na stanowiskach łowce z każdej strony
Stanęli, — wtedy pyta siłą swą wsławiony
Zygfryd: «Dzielni rycerze, któryż będzie taki,
Co nam w kniei pokaże, kędy zwierza szlaki?»
A Hagen rzekł: «Rozdzielmy się i swoim dworem
Każdy niech w las się puści, jakim zechce torem.
Wnet poznam ja i pozna pan mój miłościwy,
Który tu między nami najlepszy myśliwy.
Podzielim między siebie i ludzi, i sfory,
I puścim się do kniei rozmaitymi tory,
Kto się najlepiej sprawi, weźmie dank66 niemały».
Niebawem się myśliwskie grona rozjechały,
A Zygfryd rzekł: «Na łowy cóż po całej sforze?
Wystarczy ogar jeden, co mi wskazać może
Tropy zwierza i dobrze powiedzie po kniei,
Boć i tak osiągniemy cel naszej nadziei».
Wziął stary jeden łowczy z sobą psa dobrego
I za godzinkę małą zawiódł pana swego
Do ostępu, gdzie zwierza dość, — ruszy się jaki,
Wnet go łowców zwyczajem ubiją, junaki.
Co jeno pies wystraszył, zaraz ubił żwawy
Zygfryd, którym się szczycą ojczyste Żuławy,
Gnał jego rumak, że mu nie mógł ujść zwierz wszelki,
Więc w tych łowach on witeź dank pozyskał wielki.
Dzielnym był i odważnym siłacz każdej pory!
Pierwszym zwierzem, co spotkał, był warchlak już spory
Powalił go cios jeden dobrze wymierzony.
Aliści lew mu zaszedł drogę rozjuszony.
Gdy tego pies wystraszył, Zygfryd się doń składa
Z łuku i ostra strzała cios srogi mu zada.
Podskoczył lew po strzale trzy razy, padł potem —
A orszak dzięki składał za trafny strzał grotem.
Padł z jego ręki jeszcze bawół, łoś rogaty,
Cztery żubry, olbrzymi jeleń rosochaty,
Rumak niósł go tak chyżo, iż nic ujść nie zdoła
Wiec jelenie i łanie padały dokoła.
Wytropił ogar dzika olbrzymiego w lesie,
Uciekał zwierz, a rumak Zygfryda już niesie,
Bo mistrz łowców tej pięknej zdobyczy nie rzucił.
Wściekły odyniec wprost się ku niemu obrócił.
Krymhildy mąż powalił dzika jednem cięciem, —
Nikt by się nie uporał tak snadnie z zwierzęciem.
Gdy padł, odprowadzono ogara na smyczy,
A łowcy przyglądali się świetnej zdobyczy.
Rzekli: «Jeśli bez ujmy jakiej być to może,
Toć nam zostaw, cny panie, coś zwierzyny w borze,
Bo inaczej dziś góry wypróżnisz i knieje».
Na te słowa on rycerz dziarski się rozśmieje.
Tymczasem się wokoło gwar rozległ donośny,
Krzyk ludzi, psów szczekanie i hałas tak głośny,
Iż echem brzmiały bory i górskie manowce,
Bo sfor dwadzieścia cztery rozpuścili łowce.
Padło zwierzyny dosyć tego dnia; każdemu
Chciało się, by pierwszeństwo w łowach przyznać jemu,
Lecz na próżno kto siły w tych zabiegach trawił,
Kiedy się siłacz Zygfryd przy ognisku stawił.
Kończyć się miały łowy, więc co kto pozyska
I ubije, to wreszcie znosi od ogniska,
Skóry, futra, zwierzynę poznosili radzi
I mięsa w bród do kuchni dla króla czeladzi.
Wtedy król kazał łowcom ogłosić dokoła.
Iż nadszedł czas przekąski, więc ich głośno woła
Głos rogu — tak wzywano mężów do ogniska,
Dano znać, że król czeka u obozowiska.
Z Zygfryda towarzyszy rzekł jeden: «Ot, panie,
Słyszę róg; umówione to dla nas wezwanie,
By wracać. Niech dźwięk rogu odpowiedź zaniesie!»
Więc poczęto myśliwych strębywać po lesie.
Zygfryd rzecze: «Wracajmy, i ja trąbkę słyszę!»
Poniósł go rumak przodem, za nim towarzysze.
Zerwał się zwierz przed nimi, strwożony hałasem,
Dziki niedźwiedź, a Zygfryd rzekł łowcom tymczasem:
«Wyprawię figla waszej łowieckiej drużynie,
Spuśćcie psa, ot, niedźwiedzia zoczyłem tu ninie,
Niechże i on pojedzie z nami do ogniska,
Chyba że wprzódy umknie i wolność pozyska».
Spuszczono psa, a niedźwiedź umyka po lesie,
Zygfryd w czwał za nim, myślał, że go koń poniesie
Równo z zwierzem, lecz nagle wjechał między kłody
Powalone, a niedźwiedź mógł mu ujść bez szkody.
Więc skoczył Zygfryd z konia i raźno poskoczył
Za niedźwiedziem, co sobie bezpiecznie już kroczył,
Bo widział, że go kłody wstrzymały. Dogonił
Zwierza i związał silnie, choć się niedźwiedź bronił.
Nie zdołał ugryźć, ani pazurem junaka
Szarpnąć, bo go do siodła przypiął i rumaka
Dosiadł. Tak do ogniska wiózł swą zdobycz rzadką,
By towarzyszom sprawić zabawkę tą gratką.
Dumnie zjeżdżał do ognia on, rycerzy chluba.
W górę strzela kopia, potężna i gruba,
Koncerz aż ku ostrodze zwiesił się na toku,
A złoty róg myśliwski miał rycerz u boku.
Nikt się do lasu w lepszej nie wybrał odzieży:
Czarna jedwabna szata na rycerzu leży
I kołpak sobolowy bogato zdobiony,
Zaś na sajdaku lite błyszczą się galony.
Wonną pantery skórę narzucił na barki
Zygfryd, a na ramieniu wisiał mu łuk szparki,
Lecz aby łuk ten napiąć, trzeba się posłużyć
Korbą, on jeden tylko mógł tej broni użyć.
Cały był obleczony w odzież z wydrzej skóry,
Po niej futro bogate od dołu do góry,
A między jasnym włosem błyszczą z każdej strony
Złote druty, bo niemi był strój ozdobiony.
Miał też i Balmung z sobą, broń szeroką, piękną,
A tak ostrą, iż hełmy by67 najtwardsze pękną
Niezawodnie od ciosu, bo klingę ma tęgą.
Więc dumny był myśliwy swą wielką potęgą.
By wszystko opowiedzieć, miał on na ostatek
W kołczanie pięknie zdobnym strzał ostrych dostatek
Z złotą obrączką, z grotem szerokości dłoni,
Zginie wnet, kogo takim pociskiem dogoni.
Tak okazale jechał Zygfryd do stannicy.
Ujrzeli go z daleka Guntera lennicy,
Biegną ku niemu, konia chwytają za wodze
A tam u siodła niedźwiedź wielki, silny srodze.
Gdy Zygfryd wreszcie z konia zesiadł u ogniska,
Zdjął niedźwiedziowi pęta i z łapy, i z pyska,
Psiarnia poczęła warczeć, ujadać i szczekać.
Krzyk powstał, niedźwiedź myślał do lasu uciekać.
Ale wrzawą spłoszony zabieżał zwierz srogi
Do kuchni między kotły, a kuchty nuż w nogi!
Przewracały się kotły, głownie rozleciały
A potrawy wyborne w popiół powpadały.
Zerwali się panowie i orszak lenniczy,
Niedźwiedź jął gniewnie mruczeć, król kazał ze smyczy
Pospuszczać całą psiarnię, — wesoły prawdziwie
Byłby dzień, gdyby tak się zakończył szczęśliwie.
Ten łuk porwał, ten dzidę, by powalić zwierza
I puścili się w pogoń, kędy niedźwiedź zmierza,
Lecz nikt nie chciał ugodzić, bo psów było siła, —
Wrzawa się aż o góry pobliskie odbiła.
Niedźwiedź przed psiarni zgrają czmychał, gonił, krążył,
A nikt oprócz Zygfryda dopędzić nie zdążył,
Ten mieczem dopadł wreszcie i ubił go z bliska
I znowu zaniesiono zwierza do ogniska.
Każdy przyznał, iż siłacz z Zygfryda nie lada!
Zaproszono do stołu, czekała biesiada
Dla myśliwych na pięknej zastawiona łące;
Podano im potrawy smaczne, woniejące.
Brakło jeno cześników, co by dali wina,
Zresztą lepszej biesiady nie miała drużyna.
Gdyby jeno nie knuli chytrze tajnej zdrady,
To wstydzić się nie było czego tej biesiady.
Więc rzecze dzielny Zygfryd: «Dziwny zwyczaj taki!
Niosą nam z kuchni różne wyborne przysmaki,
Lecz wina nie ma! Na nas pamiętać się godzi,
Inaczej niech kto inny na łowy wam chodzi.
By o mnie lepiej dbano, zasłużyłem snadnie!»
A król mu spoza stołu odpowiedział zdradnie:
«Czego tu braknie, będę starał się dołożyć.
Hagen zawinił, chce nas pragnieniem umorzyć!»
Na to Hagen odrzecze: «Miłościwy panie,
Jam myślał, że w Spessarcie dzisiaj polowanie,
I wino tam wydałem, miejcie to na względzie,
Dziś się obejdźmy, więcej tego już nie będzie!»
«A bodaj was — rzekł Zygfryd — po takiej pogoni
Trzeba z winem i miodem z siedem jucznych koni.
Gdy było niemożebnem, to było ognisko
I ten obóz rozłożyć gdzieś nad Renem blisko».
Hagen na to: «Przebaczcie, dzielni wojownicy!
Wiem ja tu niedaleko o zimnej krynicy
(Nie bierzcie tego za złe), tam gaśmy pragnienie!»
Niejednemu stąd gorzkie wynikło strapienie.
Zygfrydowi dokucza pragnienie i pali,
Więc nagli, by co rychłej od stołu powstali.
Chciał biec zaraz pod górę, pić wodę u źródła,
— Radę taką poddała mu zdrada ich podła.
Na wozach powieść mieli zwierzynę do dworu,
Którą Zygfryda ramię spolowało w boru.
Kto widział stos zdobyczy, chwalił łowca snadnie,
Lecz Hagen Zygfrydowi wiarę złamał zdradnie.
Mieli pójść, gdzie nad zdrojem wielka lipa ściele
Cień szeroki, a Hagen rzekł: «Słyszałem wiele,
Zygfryda nie dogna nikt, kiedy się lotem
Puści; może by zechciał przekonać nas o tem!»
A na to rzecze witeź żuławski on młody:
«Spróbujcież, kiedy chcecie! Biegajcie w zawody
Ze mną aż tam do zdroju, a który dobieży
Pierwszy, niech dank odbierze; jako się należy».
«Spróbujemy!» — rzekł Hagen, dzielny w każdej sprawie,
A Zygfryd dodał: «Ja się położę na trawie
U stóp waszych, biegajcie, nim powstanę z ziemi!»
Gunter słyszał te słowa, radował się niemi.
Jeszcze Zygfryd powiedział: «Na niekorzyść moję
Poniosę w biegu z sobą caluteńką zbroję,
Oszczep, tarcz i myśliwską odzież». Miecz potężny
Wypasał więc i kołczan ujął młodzian mężny.
Tamci wnet pozrzucali przyodzienie całe,
Iż im jeno na ciele gzła zostały białe,
I jak dzikie pantery polem pobieżeli,
Lecz przy zdroju już pierwej Zygfryda ujrzeli,
Co przed innymi pierwszym był w wszelakiej sprawie.
Odpiął miecz żywo, kołczan położył na trawie,
O lipę oparł oszczep, którym celnie ciska, —
Stał dzielny młodzian, kędy zdrój żywy wytryska.
Pokazał, jaką cnotę nosi w sercu swojem:
Tarczę ciężką z ramienia położył nad zdrojem,
Ale choć pragnął wielce i bieg go też zmęczył.
Czekał na króla. Ten mu szpetnie się odwdzięczył.
Woda była czyściutka, dobra do ochłody, —
Gunter spragniony zaraz schylił się do wody,
Gdy się napił dość, powstał pokrzepion znad brzegu.
Więc Zygfryd chciał też wody napić się po biegu.
Tu zyskał swojej cnoty plon młodzieniec dzielny.
Hagen miecz mu na stronę uniósł i łuk celny,
Wnet gdzie oszczep stał, biegiem chyżym się przybliża
I na sukni Zygfryda szuka znaku krzyża.
A kiedy rycerz pijąc nad zdrojem zawisnął,
Wbił mu oszczep w to miejsce, aż z rany wytrysnął
Brocząc Hagena suknie, krwawy strumień z serca.
Gdzież kiedy śród rycerzy był taki morderca?
Zbrodzień zostawił oszczep w ranie srogiej tkwiący
I uciekał pospiesznie z miejsca czynu drżący,
Jako nigdy przed wrogiem nie uciekał w polu.
Zygfryd, kiedy po pierwszym przyszedł do się bolu,
Zerwał się jak szalony od krynicznej strugi,
W plecach sterczał głęboko wbity oszczep długi,
Witeź szukał, gdzie miecz mu i łuk się zatracił,
Byłby Hagen swą zbrodnię wnet życiem przypłacił.
Lecz ni miecza nie znalazł, ani innej broni
I nic oprócz puklerza nie miał do pogoni,
Chwycił tarcz, na Hagena gwałtownie naciera, —
Nie zdołał ujść pogoni wojownik Guntera.
A Zygfryd chociaż ranny, walił z taką siłą,
Iż z tarczy się niemało klejnotów wybiło,
Lecąc na wszystkie strony, tarcz poszła w kawały,
Bo krwawej zemsty żądał on witeź wspaniały.
Upadł Hagen na ziemię pod Zygfryda ciosem
Tak silnym, że aż pola zagrzmiały odgłosem,
Gdyby miał miecz, morderca byłby zginął marnie.
Zygfryd wrzał gniewem, straszne bo cierpiał męczarnie.
Zbladł i na nogach dłużej ustać nie miał siły,
Bo moc i dzielność ciała wnet go opuściły,
Kiedy śmiertelna bladość okryła mu lice.
— Niemało łez wylały stąd piękne dziewice.
Pada rycerz, gdzie kwiaty jaśniały na łące,
Z rany płyną obficie strugi krwi gorące,
Więc gdy nieposkromiony ból mu w sercu wierci.
Łaje tych, co przyczyną byli jego śmierci.
Wołał śmiertelnie ranny: «Tchórze, podli tchórze!
Mógł żem myśleć, że tego u was się dosłużę?
Byłem wam zawsze wierny, za toż cierpię ninie?
Wy gotujecie straszną zakałę rodzinie,
Ród wasz zhańbion, zhańbione, co się kiedy zrodzi,
Potomstwo wasze późne, bo tak się nie godzi,
Mścić na nieprzyjacielu krzywdy ni cierpienia!
Niegodniście uczciwych rycerzy imienia!»
A już na miejsce zbrodni przybiegło niemało
Rycerzy, niejednego serce zabolało!
Kto cenił cześć rycerską, żałował go szczerze,
Jako zasłużył witeź, dzielny w każdej mierze.
I król burgundzki skargi z innymi wywodzi,
A rycerz na śmierć ranny rzecze: «Czyż się godzi,
By ten kłamał, kto krzywdę wyrządził ochotnie?
Daj pokój, bo się hańby doczekasz sromotnie!»
Na to Hagen ponury: «O cóż takie żale?
Żeśmy troski i cierpień pozbyli się wcale?
Któż się teraz potędze naszej oprzeć zdoła?
Cieszę się, żem mu dumę starł nareszcie z czoła!»
«Chełpże się! — rzecze Zygfryd — łatwo się naśmiewać!
Gdybym mógł się zbójeckich zasadzek spodziewać
Po was, żyłbym swobodnie pewnie i bez trwogi!
Nic mi też nie żal, jeno Krymhildy mej drogiej.
Niech wam Bóg nie pamięta, iż synek mój mały
Z waszej winy wyrzutu dozna i zakały
Kiedyś, że skrytobójcę liczył w swej rodzinie!
Gdybym mógł, na to tylko narzekałbym ninie».
Jeszcze mówił żałośnie mąż tchnieniem ostatniem:
«Królu szlachetny, jeśli przywiązaniem bratniem
Chcecie komu usłużyć, pod waszą obronę
I łaskę wam polecam ukochaną żonę
Niechaj od was braterskiej doświadczy miłości.
Polecam ją książęcej waszej uczciwości.
Mnie długo będzie ojciec, drużyna czekała —
Nigdy małżonka większej straty nie doznała!»
Naokoło się kwiaty zbroczyły krwi strugą.
Zygfryd walczył ze śmiercią, lecz walczył niedługo,
Bo go nieubłaganie ranił grot śmiertelny,
Iż nie mógł dłużej mówić bohater on dzielny.
Gdy ujrzeli panowie, iż skonał, więc zwłoki
Położyli na puklerz złocisty, szeroki,
I radzili, jakiego sposobu się chwycą,
Ażeby czyn Hagena został tajemnicą.
Mówiło wielu: «Otóż stała się nam bieda!
Ukryjcie wszyscy prawdę, niechaj się nie wyda;
Mówcie, iż się zapuścił w bory bez drużyny
A zbójcy go zabili śród leśnej gęstwiny».
Ale Hagen z Tronje, rzekł: «Ja go odstawię
Do domu, a choć dowie się o całej sprawie
Ta, co Brunhildzie tyle zadała katuszy,
Nie dbam o to i płacz jej wcale mnie nie wzruszy».
XVII. Jak Krymhilda opłakiwała małżonka i jak go pogrzebiono
Poczekali do zmroku, w nocy Ren przebyli.
Nigdy rycerze gorzej łowów nie odbyli,
Ich zdobycz opłakały szlachetne kobiety
I przypłaciło wielu rycerzy, niestety!
Posłuchajcie, opowiem wara sprawkę zuchwałą,
Srogą zemstę Hagena. Kazał martwe ciało
Zygfryda, co panował w Nibelungów ziemi,
Zanieść przed drzwi Krymhildy i złożyć pod niemi.
Kazał służbie, niech tak go ostrożnie ułoży,
Aby go obaczyła, skoro drzwi otworzy
Idąc przed świtem na mszę ranną do kościoła;
Bo nigdy jej od tego sen wstrzymać nie zdoła.
Odezwał się, jak zwykle, dzwon zwołując ludzi.
Piękna Krymhilda zaraz dziewki swoje budzi,
Każe dać sobie zaraz światła i odzieży.
Wtem zaszedł jeden z służby, kędy Zygfryd leży.
Widzi, że we krwi cały i szata krwią zlana, —
Lecz nie wie, że w tym trupie widzi swego pana,
I niesie do komnaty światło, jak kazała;
Przez niego się Krymhilda o tem dowiedziała.
Gdy z niewiastami miała wyjść już do kościoła,
Wtedy dworzanin «Pani, wstrzymajcie się! — woła —
Tam przed domem jakiegoś rycerza są zwłoki!»
Jęknęła, żal ją nagle przeraził głęboki.
Zanim się dowiedziała, że to męża ciało,
Zapytanie Hagena jej się przypomniało,
Jako ma go ochraniać, — boleść w niej zawierci, —
Wyrzekła się radości od Zygfryda śmierci.
Padła na ziem i wyrzec nie mogła ni słowa,
Leżała w swem strapieniu piękna białogłowa
A ból wzmagał się w piersi, — po zmysłów utracie
Ocknęła się, krzyk głośny rozległ się w komnacie.
Mówiła czeladź: «Może to obcy człek leży!»
Lecz jej na to krew strugą przez usta uderzy —
I rzecze: «Nie! To Zygfryd, mój małżonek drogi!
Z rady Brunhildy Hagen uczynił to srogi».
Kazała się prowadzić, gdzie trup bohatera,
I piękną jego głowę na ręce opiera,
Poznała, chociaż we krwi, że to mąż nieżywy
Tak leżał, z Nibelungów rycerz nieszczęśliwy.
Więc zawołała z piersi boleścią ściśniętej:
«Biada mnie biednej, biada! Twój puklerz nietknięty
Od ciosu miecza! Padłeś z skrytobójczej dłoni —
Gdzie zbójca? Przed mą zemstą nic go nie uchroni».
Płakała czeladź cała i jękiem rozgłośnym
Zawodziła wraz z panią, — bo smutkiem żałośnym
Tknęła wszystkich utrata pana, domu głowy,
Zbyt okrutnie mścił Hagen obrazę królowej.
Rzecze nieszczęsna: «Niechże idzie tam kto z ludzi
Zygfryda drużynę natychmiast pobudzi.
Do Zygmunta też smutna niech dojdzie nowina,
By ze mną walecznego opłakiwał syna».
Pobiegł posłaniec rychło, gdzie po domach stali
Rycerze, co z Zygfrydem tutaj przyjechali,
I radość ich zamącił, niosąc straszne wieści.
Nie wierzyli, aż doszedł jęk i płacz niewieści.
Przybył poseł niebawem do sypialni króla.
Czuwał Zygmunt, sen dawno powiek mu nie stula,
Snać poczuł po trwożliwem swego serca biciu,
Co się stało, — iż syna nie ujrzy już w życiu.
«Wstajcie, królu Zygmuncie! — rzekł poseł — przychodzę
Od mej pani Krymhildy, którą boleść srodze
Dotknęła i żałośnie serce jej uciska,
Płaczcie z nią, bo to sprawa i wam bardzo bliska».
Zerwał się Zygmunt mówiąc: «Jakaż boleść gniecie
Piękną Krymhildę ninie? O czem mówisz przecie?»
«Nie śmiem milczeć — rzekł poseł, a płacz mu serdeczny
Przerwał mowę, — zabity Zygfryd wasz waleczny!»
A Zygmunt na to: «Porzuć te żarty niewczesne,
Na miłość Boga, i te nowiny bolesne!
I nie mów mi, że Zygfryd zginął, bo ta strata
Okryłaby mnie żalem w najpóźniejsze lata!»
«Królu, jeżeli wiary mym słowom nie dacie,
Sami słyszeć możecie, jak po jego stracie
Krymhilda i jej czeladź jęk zawodzą smutny».
Przeląkł się Zygmunt, żal go przeniknął okrutny,
Skoczył z łoża, z nim jego porwali się męże,
Chwycili w dłonie długie, ostre swe oręże,
Bieżąc, gdzie narzekanie smutne się rozległo;
Za nimi tysiąc mężów Zygfryda nadbiegło.
Gdy słyszeli, że kobiet jęk tam się rozchodzi,
Za późno przypomnieli sobie, że się godzi
Wdziać odzież, — nagła boleść tak ich uderzyła
I głęboko w ich serce rycerskie się wryła.
Przybył król, gdzie Krymhilda stała łzawa, blada
I jęknął: «Ach, nieszczęsna to podróż! Och, biada!
Któż śmiał morderczym ciosem w uprzejmej gościnie
Mnie syna zabić, tobie męża wydrzeć ninie?»
«Ha — rzecze ona — gdybym poznała mordercę,
Nie znałoby litości ni łaski me serce
I takiej strasznej zemsty doznałby z mej ręki,
Iżby druhy w głos po nim zawodzili jęki!»
Zygmunt upadł przy trupie, ujął go w objęcia,
Wkoło płaczem ryknęli przyjaciele księcia
I krzyk boleści rozległ się w domu i w sali
A po mieście jęk głośny szedł dalej i dalej.
Krymhilda na pociechy głucha, choć ją błaga
Orszak; aż rozebrano już zwłoki do naga,
Wymyto ranę, ciało złożono na mary.
A w piersiach druhów znów się odnowił żal stary.
Mówiła Nibelungów drużyna waleczna:
«Ścigać będzie mordercę pomsta nasza wieczna!
On tu w zamku być musi, niegodziwy zbrodzień!»
Więc pobiegli do zbroic i rycerskich odzień.
Z puklerzem na ramieniu wróciło do razu
Tysiąc sto męża, wszyscy słuchali rozkazu
Króla Zygmunta, — pomsty żądali rycerze
A król stary też syna pomścić pragnął szczerze.
Lecz nie wiedzieli, kogo wstępnym zwalczać bojem,
Chyba Guntera z jego wojowników rojem,
Bo z nimi się cny Zygfryd wybrał na te łowy.
Widziała to Krymhilda, żal ją ścisnął nowy.
Chociaż smutek ją gnębi i nieszczęsna dola,
Chce przeszkodzić, bo snadnie z rąk drużyny króla
Mogą poginąć męże, to ją dręczy trwogą, —
Więc powstrzymała zuchów przyjazną przestrogą:
«Królu Zygmuncie — rzecze, a drżał jej głos rzewny —
Co poczynać myślicie? Czyś już prawdy pewny?
Król Gunter ma walecznych wojowników mnogo,
Gdy nań uderzysz, wszyscy twoi zginąć mogą».
Lecz oni wzniósłszy tarcze, płoną żądzą boju,
Ona prosi, by w miejscu zostali w spokoju,
To znów słowem rozkazu chce ich udobruchać,
Cierpiała gorzko, że jej nie chcieli posłuchać.
Rzekła: «Nie dobywajcie, Zygmuncie, oręża,
Aż się wszystko odkryje, a drogiego męża
Pomszczę z wami, gdy pewnie całą prawdę zbadam.
Niecnemu ja mordercy straszną mękę zadam.
Tu nad Renem potęgą przemożni zuchwalce,
Więc nie radzę wam losu doświadczać w tej walce —
Na jednego trzydzieści może stanąć pięści.
Niech im, jak zasłużyli, Bóg za nas poszczęści!
Zostańcie ze mną, dzieląc mój smutek; gdy dzionek
Zaświta, cni rycerze, niechaj mój małżonek
Z waszą pomocą będzie złożony do grobu!»
Więc rycerze się tego chwycili sposobu.
Nikt tego opowiedzieć ni opisać w stanie,
Jako płakali teraz rycerze i panie;
Po ulicach się jęki ozwały, a rzeszą
Liczną zacni mieszczanie też na zamek spieszą.
I oni narzekali pospołu z drużyną,
Nie wiedzieli, co mogło być Zygfryda winą
I dlaczego ten rycerz dzielny stracił życie.
Więc z paniami mieszczanki łzy lały obficie.
Zwołano rzemieślników; ze srebra i złota
Kowano trumnę, mocna to była robota,
Bo ją okuto pręty silnymi ze stali.
A ludzie smutno na te roboty patrzali.
Przeszła noc i już świtać począł brzask poranka,
Więc pani rozkazała zanieść do krużganka
Kościelnego Zygfryda kochanego ciało.
Szło za nim płacząc wiernych przyjaciół niemało.
Gdy go w tumie złożono, ozwały się dzwony,
Po świątyni się rozległ śpiew księży stłumiony.
Przyszedł Gunter, z nim orszak jego nadszedł cały,
Przyszedł i Hagen srogi, kędy jęki brzmiały.
Rzecze król: «Droga siostro, żałować cię trzeba,
Że wam nie oszczędziły tej boleści nieba!
Wiecznie żałować będziem utraty Zygfryda».
Na to rzecze Krymhilda wnet: «To się nie przyda.
Żyłby, gdyby wam na tem zależało wiele,
Mój Zygfryd! Ale teraz mogę wam rzec śmiele:
Zapomnieliście o mnie chyba, śmierć mu dając,
Rada bym wskrzesić męża, siebie poświęcając!»
Wypierali się święcie, więc znów głos zabierze:
«Dowiedźcież niewinności, wtedy wam uwierzę,
Niechaj każdy przystąpi do zwłok tu na marze,
I prawdziwość swej mowy dowodnie ukaże».
Rzecz to iście cudowna, a często się zdarza:
Gdy trup ofiary bliskość poczuje zbrodniarza,
Poczyna z ran krew płynąć. Tak się i tu stało
I to Hagena winę w morderstwie wydało.
Popłynęła krew znowu, jakby z świeżej rany,
Rozległ się płacz drużyny niepohamowany
A Gunter rzecze: «Wiedzcie, to nic nie wskazuje, —
Hagen niewinny, — w lesie zabili go zbóje!»
«Znam tych zbójów! — Krymhilda rzecze żałośliwa —
Da Bóg, druhów prawica dosięgnie ich mściwa,
Bo to wasza, Gunterze i Hagenie, sprawa»
Myśleli męże, że już na walkę zakrawa,
Lecz rzekła dalej: «Dzielcie ze mną żal głęboki!»
Wtem nadeszli w te miejsca, gdzie leżały zwłoki,
Gernot, jej brat, a za nim tuż Giselher młody
I obaj narzekali z innymi w zawody,
Żałowali Zygfryda szczerze. Lecz dzwon woła,
Bo msza się ma poczynać, a więc do kościoła
Szli ludzie, — mąż, niewiasta tu idzie, tam dziecię,
Bo i obcy go ludzie żałowali przecie.
Rzekł Gernot i Giselher: «Siostro moja droga,
Pociesz się po tej stracie! Taka wola Boga!
Póki życia, nieść będziem losu ci osłodę».
Próżne słowa, któż taką wynagrodzi szkodę?
Do południa już trumnę zrobiono wspaniałą,
Zdjęli go z mar, na których spoczywało ciało, —
Ale żona go jeszcze nie dała pochować,
— Stąd przyszło wszystkim trudu wiele zakosztować.
W całun bogaty ciało spowito bez ducha.
U nikogo źrenica nie została sucha,
Płakała też Uota po dzielnym wojaku,
Z nią płakały niewiasty społem z jej orszaku.
A gdy się rozlegała w świątyni pieśń klesza68,
Gdy trumnę zabijano, cisnęła się rzesza,
Mnogo ofiar za niego złożono w kościele,
Bo obok nieprzyjaciół miał przyjaciół wiele.
Krymhilda rzecze temu, co przy niej z urzędu
Komornika zostawał: «Niechajże obrzędu
Dopełnią ci, co wiernie nam służą z ochotą,
A za duszę Zygfryda dzielcie jego złoto».
Wyrostek, co zaledwie przyszedł do rozumu,
Spieszył na tę ofiarę z starszymi do tumu,
Sto mszy śpiewano, zanim zamknęła się trumna,
A zbiegła się Zygfryda druhów rzesza tłumna.
Po mszy do dom gromadnie lud się garnął bramą,
Krymhilda rzecze wtedy: «Nie zostawcież samą
Mnie tej nocy, cni męże, i uczyńcie zadość
Mej boleści, bo dla mnie skończyła się radość.
Niech trzy dni i trzy nocy stoi na widoku,
Bym się dała napatrzeć zbolałemu oku,
A może wnet za mężem Bóg mi pójść pozwoli,
I może tak się końca doczekam niedoli».
Więc do domu rozeszli się mieszkańce miasta,
Ale księży i mnichów prosiła niewiasta,
By zostali, toż druhów, co stali przy ciele.
Mieli trzy dni i nocy utrapienia wiele.
Zostało mężów mnogo bez jadła, napitku, —
Chociaż spiży i wina stawiano do zbytku
Dla tych, co by pragnęli, — król Zygmunt dbał o to, —
Lecz rycerze trud wszelki znosili z ochotą,
A przez te trzy dni całe klecha jaki taki
Co mszę mógł jeno śpiewać, trud nie lada jaki
Musiał znosić, bo liczne spływały ofiary,
I biedak zebrał sobie plon suty bez miary,
Bo choć zdarzył się może kto z próżną skarboną,
To mu z Zygfryda skarbu złota naliczono,
Aby niósł na ofiarę. Przy żałosnym końcu
Płynął za jego duszę tysiąc po tysiącu.
Dzieliła hojnie ziemie, dając ją na wieki
Między klasztory, chore ludzie i kaleki,
Biednych darzyła srebrem i pokaźną szatą.
Tak królowa bolała szczerze nad swą stratą.
Trzeciego dnia, gdy dzwonek wzywał na mszę świętą,
Roił się cmentarz rzeszą, szczerym bólem zdjętą
I płakał rzewnie ludek z okolicznych włości,
Co na pogrzeb pospieszył ze szczerej miłości.
A mówią iż rozdano trzydzieści tysięcy
Grzywien przez te dni cztery — a może i więcej —
Ubogim, by za duszę niebu nieśli modły.
Tak życiu i urodzie przyszedł koniec podły.
Kiedy po nabożeństwie śpiew się skończył smutny,
Lud jęczał jeno, w piersi tłumiąc żal okrutny, —
Miano go już z kościoła nieść do grobu; zaczem
Przyjaciele żałosnym wybuchnęli płaczem.
Lud idzie za nim, jęczy, narzeka i szlocha,
W żadnem sercu wesela nie stało ni trocha.
Zanim trumnę spuszczono, śpiew się wzbił ponury
I zabrzmiały nad grobem licznych księży chóry.
A nim do grobu zaszła Zygfrydowa żona,
Taki żal jej zawiercił śród wiernego łona,
Że aż wodą musiano ją krzesić po drodze,
Bo ją rozpacz i straszny ból przygniotły srodze.
Cudem iście, że zdrową została i żywą, —
Orszak kobiecy skargę łączył żałośliwą:
«Hej, wy, Zygfryda druhy, błaganie zanoszę,
I przez mą wierność dla was, zlitujcie się, proszę.
Niech mi los w mej boleści tę pociechę zdarzy,
Bym się raz jeszcze jego przypatrzyła twarzy».
Nie przestała żałośnie błagać i napierać,
Iż trzeba było trumnę raz jeszcze otwierać.
Przyszła, gdzie zwłoki były, na ręce podniosła
Śliczną głowę i rzekłbyś pocałunkiem zrosła
Się z małżonkiem, do trupa przywarta ustami
A oczy jej krwawemi zapłakały łzami.
Straszne było rozstanie od drogiego ciała.
Ponieśli trumnę, ona na miejscu została
I bez zmysłów upadła, tak ją żałość sroga
Zdjęła, iż mogła życiem przypłacić nieboga.
A gdy zacnego pana już złożono w grobie,
Długo za nim płakali w smutku i żałobie
Ci, co z nim z Nibelungów ziemi tu przybyli.
Zygmunt odtąd wesołej nie zaznał już chwili.
Byli tacy, co trzy dni przy zwłokach strawili
I przez trzy doby całe nie jedli, nie pili,
Aż ciało się o swoje upomniało prawa
I jak zwykle strudzonych posiliła strawa.