XXXIV. Jak ciała zabitych wyrzucali na dół

Posiadali panowie na ziemi znużeni.

Hagen zasię z Volkerem wychodzą do sieni,

Stanie jeden i drugi o swój puklerz wsparty

I zuchwałe prowadzić z sobą poczną żarty.

Ale z Burgundii młody Giselher powiada:

«Jeszcze, mili druhowie, spocząć nie wypada,

Trzeba pierwej te trupy z domu powywlekać.

Wierzcie, iż nowa napuść nie da na się czekać.

Niechże nie zawadzają trupy nam pod nogą!

Zanim nas w walce huńscy wojownicy zmogą,

Dosyć ran jeszcze nasze zadadzą brzeszczoty!

Jam z tego rad, wojennej nie brak mi ochoty!»

«Otóż to mi pan dzielny! — Hagen odpowiada —

Jeno z ust bohatera wyjdzie taka rada,

Jakiej nam tu nasz młody królewicz udzielił!

Warto, by temi słowy każdy się weselił».

Usłuchali więc rady i wynosząc z sali

Siedm tysięcy trupów za drzwi wyrzucali.

Po schodach się staczając wiele na dół pada

A rodzina zabitych głośno jęczy, biada.

Był tam jeszcze niejeden lekko jeno ranny,

Co by mógł przyjść do zdrowia przy pieczy starannej, —

Ale dobił się każdy, z wysoka spadając.

Więc płaczą przyjaciele, głośno wyrzekając.

A Volker śmiały szydził: «Jasno widzę ano,

Iż z Hunnów tchórze! Dawno mi to powiadano!

Narzekają jak baby, — łzy im z oczów cieką,

Zamiast by mieli rannych otoczyć opieką!»

Jakiś margrabia myślał, że to szczera rada,

Widział właśnie, jak krewny jego na stos pada.

Więc objął go ramiony i spiesznie uchodził,

Lecz go grajek tymczasem śmiertelnie ugodził.

Gdy to inni ujrzeli, rozbiegła się szajka;

Złorzecząc głośno wszyscy przeklinali grajka.

On z ziemi oszczep twardy, ostry porwał, który

Pierwej był jeden z Hunnów wyrzucił do góry;

Ujął go, ponad głowy tłumu, co stał w dali,

Rzucił go przez dziedziniec — więc w tył się cofali

Męże Ecela, z dala stanęli od gmachu,

Bo wszystkich siła grajka nabawiła strachu.

Kilka tysięcy ludzi stało tam, tłum spory; —

Volker zasię i Hagen poczną rozhowory

Z królem Eclem i swoje objawiają myśli.

— Lecz zuchwali rycerze stąd do biedy przyszli. —

Rzekł Hagen: «Ja bym sądził, iż ten, co rej wiedzie

W narodzie, stać powinien i w walce na przedzie,

Jak każdy z moich panów czyni; gdzie zabłyśnie

Ich miecz, wnet pękną hełmy i krew z ran wytryśnie».

Ecel miał dość odwagi, więc tarczy się ima.

«Ostrożnie, ej ostrożnie — Krymhilda go wstrzyma —

Lepiej przyrzecz im złota, ile tarcz udźwignie,

Bo śmierć pewna, gdy Hagen w walce cię doścignie».

Król się rwał, nie chciał słuchać ostrzeżeń, boć mężny

Był, jako rzadko teraz król jaki potężny.

Powstrzymuje za rzemień rzesza go trwożliwa,

Więc Hagen znów szyderską mową go przedrwiwa:

«Bardzo chyba dalekie pokrewieństwo było,

Co Ecela z Zygfrydem razem połączyło.

Krymhildę, nim cię znała, pieścił junak gracki!

Czemuż, tchórzliwy królu, mnie stawiasz zasadzki?»

Słyszała to Krymhilda, co tam Hagen gada, —

Nowy smutek ją dręczy i na serce pada,

Iż szydzi z niej w rycerzy Ecla obecności:

Więc znowu zdrady knować poczyna na gości.

Rzekła: «Kto by miał serce ubić tego śmiałka

I zdołał przynieść głowę uciętą pyszałka,

Dostałby napełnioną złotem tarcz w zapłatę

I grodów moc, i włości wielkie i bogate!»

«Nie wiem — drwił grajek dalej — po co zwlekać dłużej!

Nie do wiary prawdziwie, że rycerz tak tchórzy,

I dla takiej nagrody nikt się nie chce ważyć!

Nie powinien by Ecel względami ich darzyć!

Żyją jeno bezczelnie na królewskim chlebie,

A opuszczają pana haniebnie w potrzebie, —

Stoją jak podli tchórze, chociaż taka harda

Dusza niby w nich siedzi! Hańba im i wzgarda!»