Herod
Herod był niewolnikiem w domu panującej rodziny Hasmoneuszy. Ze wszelkich sił starał się zdobyć zaufanie gospodarzy. W oko wpadła mu księżniczka, córka panującego króla.
Pewnego dnia rozległ się głos z nieba:
— Ten niewolnik, który wnet popełni zdradę, osiągnie sukces.
I tak się rzeczywiście stało. Wkrótce wymordował całą rodzinę, pozostawiając przy życiu tylko księżniczkę, którą sobie upodobał.
Po tym wszystkim sam obwołał się królem.
Księżniczka widząc, że Herod chce ją pojąć za żonę, weszła na dach pałacu i zawołała:
— Ten, który teraz pochwali się, że jest z rodu Hasmoneuszy, jest w istocie zwykłym niewolnikiem. Ja jestem ostatnią z rodu Hasmoneuszy.
I wypowiedziawszy ostatnie słowa, rzuciła się w dół, ponosząc śmierć na miejscu.
Herod zaś w tajemnicy przechowywał przez siedem lat jej zwłoki w miodzie, żeby nieświadomi jej śmierci ludzie myśleli, iż żyje i jest jego żoną.
Mędrcy żydowscy nie uznali go za króla, ponieważ nie był Żydem, tylko Edomitą, a w Torze jest napisane: „Spośród swoich braci wybierzesz sobie króla. Nie wolno ci obcego wybrać za króla”.
On więc wszystkich wymordował, oszczędzając jedynie Bawa ben Buta, żeby mieć u kogo zasięgać czasem rady. Włożył mu jednak wieniec z pijawek na głowę i wykłuł oczy.
Pewnego dnia Herod przyszedł do niego, udając kogoś innego, i zmienionym głosem zapytał:
— Widziałeś, co ten, wściekły niewolnik wyczynia?
— Co ja mogę na to poradzić?
— Przeklnij go!
— W piśmie jest napisane: „Nawet w myśli nie wolno ci przeklinać króla”.
— Ale ten nie jest przecież legalnym królem.
— „I najstarszego ze swego rodu nie wolno ci przeklinać”.
— Ten jednak pochodzi z narodu edomskiego i jego zachowanie nie jest żydowskie.
— Boję się, że mu doniosą o naszej rozmowie.
— Oprócz nas przecież nie ma nikogo.
— „Ptak może przenieść głos” — mówi Pismo.
Wtedy Herod przyznał mu się, kim jest, i oświadczył:
— Gdybym wiedział, że mędrcy są tacy ostrożni jak ty, tobym ich nie zabił. W jaki sposób mogę teraz naprawić swój błąd?
— Zabijając mędrców, zgasiłeś światło. Mędrcy bowiem to nasze światło. Wznieś nową Świątynię, nowy bet ha-midrasz, który będzie światłem dla wszystkich narodów świata.
— Boję się władzy rzymskiej. Ona nie pozwoli.
— Wyślijcie więc do Rzymu pełnomocnego delegata. Droga zajmie ci rok. Pobyt w Rzymie potrwa rok i droga powrotna również rok. W tym czasie zdążysz rozebrać i zbudować Świątynię.
IHerod tak postąpił. Potem nadeszła odpowiedź z Rzymu tej treści:
„Jeśli nie rozebrałeś Świątyni, nie czyń tego. Jeśli uczyniłeś to, nie buduj nowej. Jeśli rozebrałeś ją i zbudowałeś nową — marny z ciebie sługa! Najpierw czynisz, a potem dopiero prosisz o radę. Jesteś bohaterem i nosisz broń, ale akta twego rodowodu są tutaj. Ani król, ani syn króla. Niewolnik Herod zrobił się królem”.
Kiedy za czasów Heroda przebudowywano Świątynię, deszcze padały tylko w nocy. Rano wiatr rozwiewał chmurę i zaczynało świecić słońce. Ludzie szli do pracy świadomi, że wykonują dzieło Boga.
Kto nie widział wzniesionego przez Heroda Przybytku Pana, ten nie widział niczego piękniejszego w swoim życiu. Herod zbudował go z białego i kolorowego marmuru i niebieskiego malachitu. Jedne kamienie wystawały, drugie były nieco schowane. Chciał je jeszcze pokryć złotem, ale mędrcy mu odradzili, mówiąc, że tak jest ładniej.
„Sprawiają wrażenie pienistych fal na morzu — przekonywali go”.
I. Kapłani i ofiary
Król Agryppa postanowił kiedyś złożyć naraz tysiąc ofiar całopalnych. Nakazał więc arcykapłanowi, żeby tego dnia nie przyjął innych ofiar.
I oto tego samego dnia przychodzi do arcykapłana pewien biedak, który chce złożyć w ofierze dwa gołębie. Arcykapłan rzecz jasna odmawia mu przyjęcia ofiary.
— Wielmożny arcykapłanie — powiada biedak — codziennie łowię cztery gołębie. Dwa składam w ofierze i dwa przeznaczam na wyżywienie. Nie przyjmując ode mnie gołębi, podkopujesz tym samym źródło moich zarobków.
Słysząc to, arcykapłan przyjął gołębie na ofiarę.
Agryppa doznaje we śnie jasnowidzenia. Oto najpierw została przyjęta ofiara biedaka. Rozgoryczony, przywołuje do siebie arcykapłana i robi mu wyrzuty. Ten wyjaśnia Agryppie, jak do tego doszło. Słowa arcykapłana trafiają do serca króla.
— Dobrze postąpiłeś — powiedział.
*
Dwadzieścia cztery warty na przemian pełniły służbę w Świątyni. Co tydzień inna warta stała na straży.
W nocy nadzorujący wartę kapłan, oświetlając sobie drogę zapaloną pochodnią, sprawdzał każdy posterunek strażniczy. Wartownicy pozdrawiali nadzorcę i składali mu meldunek. Zdarzało się, że wartownik na służbie zasypiał. Wtedy za karę nadzorca palił jego płaszcz.
Dawniej panował zwyczaj, że każdy, jeśli tylko wyraził chęć, mógł sprzątać popiół z ołtarza. Potem, kiedy wśród kapłanów znalazło się wielu amatorów sprzątania popiołu z ołtarza, wydano zarządzenie zgodne z zasadą: „kto pierwszy, ten lepszy”. Pewnego razu dwaj kapłani równocześnie dobiegli do ołtarza i jeden z nich odepchnął drugiego. Uczynił to z taką siłą, że tamten upadł i złamał nogę. Od tej chwili wprowadzono losowanie.
Doszło też kiedyś do bardziej smutnego wypadku. Biegnąc do ołtarza, kapłan pchnął rywala nożem. Rabi Cadok stanął wtedy na schodach prowadzących do wnętrza Świątyni i zawołał:
— Bracia, synowie Izraela, posłuchajcie tego, co wam powiem! W świętej Torze jest napisane, że w wypadku znalezienia na polu zabitego człowieka, naczelnicy z okolicznych miast powinni się zbierać i ściąć łeb cielakowi. Dokonawszy tego, mają głośno oświadczyć: „Nasze ręce są czyste, myśmy tej niewinnej krwi nie przelali”. Rodzi się więc pytanie, kto ma przenieść cielaka bez głowy? Miasto Jerozolima czy też kapłani z bet ha-midraszu? Kto jest winien przelanej krwi?
Izgromadzony tłum wybuchnął płaczem.
Tymczasem przybiegł ojciec pchniętego nożem młodego kapłana.
— Moje dziecko — krzyknął — jeszcze się rusza. Czy nóż jest jeszcze czysty?
Tak ważna bowiem była mycwa czystości u Żydów. Ważniejsza od zakazu przelewania krwi.