Do czego może doprowadzić zazdrość
Rabbi Nachman ber Icchak1005 usypał kiedyś w swoim ogrodzie górkę z piasku. Po pewnym czasie wynajął robotników, żeby górkę rozsypać. Pracowali cały dzień. Kiedy po nocnym odpoczynku przystąpili do dalszej pracy, nagle z pagórka wyskoczył trup. Znalazłszy się w powietrzu, nieboszczyk zaczął kiwać i coś niewyraźnego szeptać. Na pytanie, co chce powiedzieć, oświadczył:
— Zobaczyłem, że ziemia podnosi się nade mną, więc pomyślałem, że nastał czas zmartwychwstania, a wtedy, jak wiadomo, zmarli wstają z grobów.
Robotnicy szybko pobiegli do rabbiego Nachmana i opowiedzieli mu o tym, co się zdarzyło. Ten natychmiast przybył do nieboszczyka.
— Kim jesteś?
— Nieboszczykiem. Zdawało mi się, że już nastał czas zmartwychwstania.
— Co więc porabiasz pod tą górką?
— Już ci przecież powiedziałem, żem nieboszczyk, któremu się zdawało, że czas zmartwychwstania nadszedł.
— Jeśli z ciebie nieboszczyk, to skąd się wzięły na tobie całe kości i ciało?
— Czyżbyś nie chodził do chederu1006 i nie uczył się Przypowieści Salomona1007? W niej jest przecież napisane, że kości człowieka „gniją tylko wskutek zazdrości”. Ja zaś nigdy nikomu niczego nie zazdrościłem. Dlatego kości zachowały mi się w nietkniętym stanie.
Rzecz o pewnej brzydkiej niewieście żydowskiej
Opowiada rabbi Josi1008:
Pewnego razu przechadzałem się po ulicy wielkiego miasta w naszym państwie. Zobaczyłem przejeżdżającego na wspaniałym rumaku władcę miasta i okolicy. Towarzyszyli mu na koniach najznakomitsi obywatele. W pewnej chwili władca miasta zatrzymał się przed usypiskiem śmieci, obok którego siedziała chora, obsypana wrzodami Żydówka. Zszedł z konia, stanął przed nią, po czym zgiął się nisko w pokłonie. Towarzyszące mu znakomite osobistości na widok kłaniającego się władcy wpadły w gniew:
— Komu się kłaniasz? — spytali z oburzeniem.
— Nie dziwcie się, moi panowie — odpowiedział władca. Przyjdzie kiedyś czas, a wszyscy książęta i władcy tego świata będą się kłaniać tym, którzy posiedli Torę1009 i kierują się jej wskazaniami.
Nie przesadzać z modleniem się
Cesarz Antoniusz1010 zapytał kiedyś świątobliwego rabbiego, czy należy się modlić co godzinę.
— Nie — odpowiedział rabbi. — Tego nie wolno.
— Dlaczego?
— Bo nie przynosi to Bogu zaszczytu.
Antoniuszowi odpowiedź rabbiego nie spodobała się. Świątobliwy rabbi zaczął się zastanawiać, jak przekonać cesarza. Myślał i postanowił. Raniutko, skoro świt, wpadł do sypialni cesarza i powitał go tymi słowy:
— Bądź pozdrowiony, szanowny cesarzu.
Po godzinie znów przyszedł do cesarza i zawołał:
— Bądź pozdrowiony, imperatorze.
Odczekał jeszcze jedną godzinę, po czym znowu zawitał w progi pałacu.
— Pokój tobie, królu — powiedział wchodząc do sali tronowej.
Antoniusz stracił cierpliwość. Z oburzeniem w głosie zawołał:
— Dlaczego kpisz sobie z króla?
— Niech twoje uszy słyszą to, co twoje usta mówią — odpowiedział rabbi. — Jeśli ty, człowiek śmiertelny, nie możesz ścierpieć tego, że co godzinę przychodzi człowiek i składa ci hołd, to tym bardziej Bóg, który jest królem królów, nie może znieść tego, żeby co godzinę obciążano go modlitwą.